Forum polonus.forumoteka.pl Strona Główna polonus.forumoteka.pl
Archiwum b. forum POLONUS (2008-2013). Kontynuacją forum POLONUS jest forum www.konfederat.pl
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

W. Gauza - O historykach, sędziach i TW bez kadzenia

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum polonus.forumoteka.pl Strona Główna -> "LEWA WOLNA, CZYLI NIE TRZEBA GŁOŚNO MÓWIĆ
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Administrator
Site Admin


Dołączył: 04 Maj 2008
Posty: 9116

PostWysłany: Sro Paź 07, 2009 11:11 am    Temat postu: W. Gauza - O historykach, sędziach i TW bez kadzenia Odpowiedz z cytatem

Cytat:


O historykach, sędziach i TW bez kadzenia

Na portalu POLONUS znajdują się różne teksty, mające jakoby stanowić „dowód” na to, że Andrzej Mazur, były uczestnik ROPCiO, był T(ajnym) W(spółpracownikiem) wszechwładnej SB. Nie tylko zresztą A. Mazur, ale TW miał być też L. Moczulski, A. Szomański, W. Parchimowicz, A. Jarmakowski i wielu innych działaczy ROPCiO a potem KPN.

Poniżej zajmę się tylko dwoma przypadkami jako przykładowymi: A. Mazura i L. Moczulskiego, którym uporczywie przyczepia się wszędzie, gdzie tylko się da, etykiety „TW” na podstawie bardzo wątpliwych poszlak, nie mówiąc już o braku dowodów nie budzących wątpliwości.

A. Mazura dlatego, że ostatnio jeden z bywalców portalu „Polonus” dostał „mieszanych uczuć”, kiedy zapoznał się z dotąd nigdzie nieopublikowanymi dokumentami, związanymi z działalnością Andrzeja M. z Łodzi. Wysilać się na analizę tych dokumentów i wyciągnięcie jakichś konkluzji nie ma według niego potrzeby, a może nawet nie jest wskazane, bo po pierwsze: „prawda” została dawno ustalona przez pewne instancje i polemizować z ich poglądami kosztuje za dużo wysiłku umysłowego. Po drugie: istnieje niebezpieczeństwo wyłamania się ze stada mającego „taki sam pogląd”, co oznacza, że można stać się „czarną owcą”. Lepiej więc się nie narażać, to znaczy: nie wychylać się – jak to pouczano w znanych „partiach”, dzisiaj uznanych jako czerwone gangi. „Prawda” ta już istnieje i jest „faktem prasowym” – jakby to określił Br. Geremek – według której „Andrzej Mazur był głównym agentem w łódzkim środowisku ROPCiO”, o czym „Gauza nie wiedział”. Skąd ta pewność, co Gauza wiedział a co nie wiedział?! Ale nie o to chodzi, lecz o coś innego. Czy nie byłoby tutaj na miejscu postawić sobie pytanie: kto tę „prawdę” wyprodukował? I w jakim celu?!

Owszem, przyznaję się, nie wiedziałem, że A.M. czy L.M. był „TW”. I – w przeciwieństwie do ludzi najlepiej wiedzących i nie mających wątpliwości – nie wiem do dzisiaj. Zawsze zakładałem, że każdy mógłby być agentem reżymu PRLowskiego, nawet najbliżsi współpracownicy. I co z tego? Dotąd, dopóki nie miałem konkretnych dowodów, ani konkretnych przesłanek (poszlak), żadnego z nich nie mogłem traktować jako „TW” SB, bo w przeciwnym wypadku ocierałoby się to o paranoję i w takiej sytuacji nie dałoby się z ludźmi współpracować, a zatem niemożliwe byłoby cokolwiek zrobić. Najlepszym zabezpieczeniem się przed agentami reżymu było nic nie robić, tylko siedzieć na kanapie, narzekać na świat i wytykać błędy innym. I jeszcze najlepiej prowadzić takie „konwersacje” przy piwie i kieliszku.

W innym dziale na „Polonusie” wklejony jest jakiś „dokument” SB, powołujący się na Andrzeja Czumę (www.czuma.pl) - „dokument”, który ma dowodzić, że A. Mazur, to TW „Wacław”. Analizowałem ten rzekomy „dokument” szeroko i głęboko. I wyszło mi, że TW „Wacław”, to działacz łódzkiego ROPCiO, Andrzej Woźnicki. „Wacław” lepiej pasuje do W(oźnickiego), bo też zaczyna się na „W” i coś tak, jak z „Lech” kojarzy się „Leszek”. Nie wykluczam, że się tu mylę, ale w tym tekście, niby SBeckim, jest tyle samo „dowodów” na agenturalność obu łódzkich Andrzejów w ROPCiO. Inna rzecz to, że powoływanie się na afisz www.czuma.pl nie może być dowodem. A zwłaszcza od czasu, kiedy A. Czuma ukazał publicznie, że nie jest mniej wredny, bardziej uczciwy i mniej kłamliwy, niż jego przyjaciel opozycyjny, bardzo wpływowy cadyk III RP, Adam Michnik. Dokumenty, które wywodzą się od A. Czumy, dla ludzi myślących, mają wartość papieru mniejszą od toaletowego, bo ten ostatni daje się użyć. Może ktoś tego nie rozumieć i nie lubić, ale to jego problem, nie mój.

IPN i historycy

Powoływanie się na Instytut Pamięci Narodowej i pracujących tam historyków, jako na wiarygodne instancje, też wielu spraw nie dowodzi i nie czyni ich miarodajnymi. Historycy są ludźmi ze wszystkimi ludzkimi ułomnościami i słabościami, nie mówiąc już o zależnościach, wynikających z powiązań towarzyskich, rodzinnych, organizacyjnych, instytucjonalnych, ekonomicznych etc. Oprócz tego mogą też się mylić, czyli – mówiąc językiem PRLowskim – popełniać „błędy i wypaczenia”. Posiadane przez nich tytuły naukowe „dr”, „doc” czy „prof”, nie mówią nic dla ludzi o otwartych umysłach, a przede wszystkim nie dowodzą ich nieomylności i wiarygodności, bo tytuły naukowe nie dowodzą sprawności umysłowej, ani też rzetelności i uczciwości intelektualnej. Skrajnym przykładem niech tu będzie senator prof. Stefan Niesiołowski z PO w III RP.

Kiedy studiuje się krytycznie, różne prace historyczne, na przykład, historyka warszawskiego IPN, prof. J. Eislera, czy A. Friszke i ich publicystykę prasową, to nie trudno zauważyć, że stosowane są tam najróżniejsze chwyty literackie, celem których jest próba pogodzenia funkcji agitatora politycznego z trudnym obowiązkiem historyka. Nie oczekujmy zatem – jak to ktoś zauważył – od agitatorów mówienia prawdy i tylko prawdy. Nie wolno przy tym zapominać, że nauczycielami historyków z IPN byli nauczyciele komunistyczni. Na uniwersytetach nie było lustracji, bo naukowcy PRLowscy sprzeciwili się temu bardzo skutecznie z nietrudnych do zrozumienia powodów.

We wszystkich państwach dyktatur totalitarnych, historia była instrumentem obrony interesów sitw u władzy i tak ukierunkowana, żeby służyła bez reszty celom kliki rządzącej. Funkcją historyka było służenie rzezimieszkom i opryszkom sprawującym władzę.

Ponieważ na uniwersytetach w PRL-bis nie było lustracji, ani radykalnych zmian, funkcje ich nie uległy zmianie. Co „Jaś się nauczył, to Jan będzie umiał” – mówi stare mądre przysłowie. A co Jaś mógł się nauczyć w szkole komunistycznej od nauczyciela komunistycznego? Trzeba też brać przy tym pod uwagę inny ważny czynnik mający wpływ na interpretację faktów i formułowanie konkluzji: na czyim „garnuszku” jest IPN i kto daje ludziom tam zatrudnionym tzw. „wikt i opierunek”.

Żebym nie został tu źle zrozumiany, pragnę zaznaczyć, że to, co wyżej napisałem o historykach i IPN, nie należy odbierać jako ataku na tą instytucję. Uważam, że IPN jest potrzebna, nawet w tak ograniczonej postaci – „lepszy rydz, niż nic”. Moim zamiarem jest wskazanie na te jej strony, które osłabiają wydatnie wiarygodność formułowanych przez tę instytucję orzeczeń.

Jako przykład nierzetelności naukowej i prób sterowania prawdą niech posłuży poprzedni prezes IPN, naukowiec oczywiście, a jakże, prof. Leon Kieres, ideowo i duchowo związany z Platformą Obywatelską, polityczną formacją "po-okrągłostołową”, założoną przez postkomunistów. Ten prezes IPN i kierowany przez niego zespół historyków, ustalał prawdy historyczne i wydawał werdykty nie w oparciu o fakty, lecz na podstawie głosowania przez wybrane do tego celu osoby, mające zadecydować, co jest dzisiaj prawdą. A więc prawdę ustalano przez głosowanie. Jest to sprawa dzisiaj dobrze znana, więc nie potrzeba tu przytaczać szczegółów.

Nie mam dowodów na to, że Andrzej Mazur nie był „TW”. I nigdzie takich jak dotąd nie znalazłem. Istnieją tylko poszlaki, że Mazur nie był TW, na przykład w latach 1977 – 1981 (ja tu omawiam tylko te lata, co było potem, to inna sprawa). Poszlaki nie są dowodem, choć wskazują, że w czerwcu 1978 roku i potem do roku 1981, TW „Wacław”, to nie był Andrzej Mazur. Jeżeli ktoś ma naprawdę jakieś konkretne dowody, to niech je przedstawi, wtedy będziemy rozmawiać inaczej.

To, co jest ciągle i nachalnie przytaczane jako rzekomy „dowód”, nie jest żadną nowością; jest niczym innym jak tylko uporczywym powtarzaniem jednego historyka i publicysty za drugim tej samej „prawdy”, na którą wkoło się powołują, jako rzekomo wiarygodną. Inaczej mówiąc: kiedy czyta się i analizuje tzw. „prace historyczne”, to daje się zauważyć pewną prawidłowość: że bardzo niewiele z nich ma charakter odkrywczy, objawiający coś nowego. Przytłaczająca większość z nich, to odpisywanie jednego „naukowca-eksperta” od drugiego i przedstawianie zagadnienia w nowym ujęciu powieściowym i nowej oprawie literackiej. A potem kadzą sobie nawzajem, że ta, czy tamta „praca”, jest to „bardzo ważna praca”, której właśnie brakowało, że „uzupełnia lukę”, że to „cenny przyczynek”, że „nigdy nie za mało na ten temat”, etc. A tak naprawdę jest to rodzaj wyrafinowanej i przebiegłej propagandy, naganiającej ludzi w wyznaczonym kierunku politycznym. Coś tak, jak się nagania bydło w pożądanym fizycznie kierunku przed ubiciem w rzeźni. Kim są ci polityczni naganiacze? Jakie mają faktyczne poglądy? Jaki mają w tym interes? Jaki cel im przyświeca? Czy mogą być bezstronni w obróbce faktów, ich interpretacji i wydawaniu osądów?

Izrael rok 1984. Po wylądowaniu na lotnisku „Ben Gurion” w Tel Avivie, kontrola paszportowa. Podaję paszport z wizą jak należy. Po chwili zostaję wywołany na bok i skierowany do bocznego pomieszczenia. Siedziało tam dwóch oficerów MOSSAD-u. Po krótkiej wstępnej rozmowie i pytaniu, w jaki celu tu przybyłem, padają pytania, czy mam brata? Siostrę? Gdzie pracował ojciec? Matka? Do jakich organizacji należeli przed wojną i po wojnie? Z jakimi instytucjami byli w kontakcie? Dziadek z ojca strony? Matka z ojca strony? Dziadek z matki strony? Matka matki? Jakie pełnili funkcje w organizacjach? Jakiego byli wyznania? Gdzie dziadkowie i rodzice przebywali w czasie wojny? Tego typu pytań było dużo więcej, ale te wystarczą, żeby postawić inne: Pytania śmieszne?! Głupie?! Absolutnie nie. Gdybyśmy procedurę tą zastosowali wobec historyków w III RP, to niewielu z nich, żeby nie powiedzieć: żaden – nie byłby w III RP zdolnym utrzymać habilitację, czyli zdatność bycia niezależnym, uczciwym i rzetelnym intelektualnie badaczem naukowym zasługującym na względne zaufanie.

Sądy „lustracyjne” i inne

Jeśli zaś chodzi o wymiar sprawiedliwości w PRL i w "po-okrągłostołowej” III RP, to sprawa wygląda jeszcze gorzej. Gdybyśmy zebrali tego rodzaju informacje (co jest zadaniem i obowiązkiem rzetelnego i niezależnego adwokata) o każdym sędzim, to jest bardziej niż pewne, że ani jeden nie przeszedłby jako zdatny do bezstronności w wyrokowaniu w sprawach o zabarwieniu politycznym. A zwłaszcza w sprawach o charakterze prestiżowym, gdzie na przykład jakiś aparatczyk KPPowsko- PZPRowski, czy UBek, tudzież jego potomek lub krewniak, poczuł się dotknięty tym, że ktoś odkrył i wytknął mu, lub jego pociotkom, niechlubne powiązania, lub ukrywaną dotąd przeszłość przestępczą.

W prasie norweskiej, na przykład, można czasami przeczytać, że adwokat, lub adwokaci, zakwestionowali zdatność przewodniczącego składu sędziowskiego do bycia bezstronnym w aktualnej sprawie i zażądali zastąpienie go innym; ze względu na powiązania rodzinne, organizacyjne, albo towarzyskie z jedną ze stron w procesie. Gdy nowy sędzia zostanie wyznaczony, poddany jest od nowa procedurze lustracyjnej. We wrześniu br. prasa doniosła, że w USA w stanie Connecticut nie może dojść do rozprawy sądowej, bo adwokaci zakwestionowali zdatność kilkudziesięciu sędziów do bycia bezstronnym w wytoczonym procesie, czyli wykazali, że są oni niezdolni do wydania bezstronnego wyroku.

W III RP pewne instancje bardzo wątpliwej jakości moralnej, etycznej, politycznej i intelektualnej, wystawiły L. Moczulskiemu „dokument” człowieka wątpliwego gatunku. Zrobił to najpierw były członek KORu, A. Maciarewicz. A potem za nim różne tak zwane „sądy” lustracyjne i inne niby niezależne. Tam powinni znajdować się ludzie trochę rzetelni i trochę uczciwi, nie całkiem zepsuci i trochę niezależni, bo przecież „Polska już odzyskała niepodległość” i „wojna się skończyła” – jak to ogłosił wszem i wobec (również wobec wszelkiej maści głupców politycznych) Jacek Kuroń przy „okrągłym stole”.

Leszek Moczulski, wychodząc z założenia, że Polacy nie upadli moralnie i umysłowo tak nisko, że nie zauważą w tym absurdu, skierował dlatego sprawę do „sądu lustracyjnego”, licząc na jego uczciwość i bezstronność. Dostał KPP-owską pałą w głowę i chyba szybko otrzeźwiał, bo okazało się, że tam są usadowieni ludzie wiadomej przynależności ideowo-mafijnej, którzy szybko znaleźli (wiadomo teraz na jakiej podstawie), że przywódca nowo powstałej partii, która rzuciła im wyzwanie, to na pewno TW „Lech”.

Główny konstruktor i budowniczy KPN postawił pomimo tego jednak na rzetelność, uczciwość i bezstronność sądów innych instancji, niż na jakiś tam tzw. „sąd lustracyjny”. I tutaj znowu mocno się „przejechał”. Ale czy miał inne wyjście, lub możliwości w "po-okrągłostołowym” PRL-bis?

Dobrze, że istnieje jeszcze instancja sądownicza, działająca niezależnie od zainstalowanych państwowo-lokalnych klik i sitw ideologiczno-politycznych – sąd w Strasburgu, dokąd Moczulski się zwrócił. Zobaczymy jak post-PRLowski tzw. „wymiar sprawiedliwości” wypadnie w tej sprawie. Ale bądźmy i tu sceptyczni i ostrożni: w sądzie w Strasburgu może być w obsadzie też już zainstalowany sędzia z PRLu, z przeszłością komunistyczną, o czym jak dotąd nikt nie wie.

We wszystkich państwach dyktatur totalitarnych, jakim była również PRL, wymiar sprawiedliwości, sądownictwo i sędziowie zostali powołani do pełnienia funkcji, których zadaniem była obrona interesów kliki sprawującej niepodzielną władzę. I to niezależnie, jak klika ta określała siebie i jak legalizowała.

Nie musimy zresztą zatrzymywać się tylko na dyktaturach totalitarnych. Zacznijmy od sprawy Dreyfusa we Francji. Kto zna tę sprawę, ten nie będzie miał problemu zrozumieć, jak „sądzi” się osoby nielubiane lub niewygodne politycznie, stanowiące zagrożenie dla interesów sitwy dzierżącej władzę, lub klik i klanów z tą władzą powiązanych rodzinnie, towarzysko, czy organizacyjnie.

Sprawa Dreyfusa we Francji, to jedna rzecz. A inna w Niemczech po przejęciu władzy przez budowniczych socjalizmu narodowego. Wystarczy przyjrzeć się procesowi sądowemu o podpalenie Reichstagu w Berlinie. Oskarżonym i potem straconym był Holender, van der Lubbe. Po upadku nazizmu wszystko to zostało odwołane jako bandytyzm polityczny. Wejdźmy do PRLu. Co warte były ichnie orzeczenia sądowe? Na przykład wyrok śmierci na gen. Fieldorfa czy rotmistrza Pileckiego? Nie wspominając o tysiącach innych tego typu „orzeczeń sądowych”. O wymiarze sprawiedliwości Rosji bolszewickiej lepiej nie wspominać.

Jaką zatem w świetle tych faktów i doświadczeń mają wartość wyroki sądowe? Odpowiedź jest prosta: wartość papieru, na którym zostały sformułowane. I taką samą wartość mają werdykty sądów post-PRLowskich w sprawie L. Moczulskiego.

Aby nie być gołosłownym, że tak zwany „wymiar sprawiedliwości”, a zatem aparat sądowniczy w PRLu, został powołany do strzeżenia interesów bandy KPPowsko-PZPRowskiej, sięgnijmy do Ustawy z 20 lipca 1950 roku o ustroju i zadaniach sądów w PRL. Ustawa ta nałożyła na sądy konkretne obowiązki i zadania. W pierwszym rzędzie miały strzec żywotnych, a więc materialnych, ekonomicznych i politycznych interesów gangu dzierżącego władzę. Według przepisów tego prawa na stanowisko sędziowskie może być mianowany tylko ten, „kto daje rękojmie należytego wykonania obowiązków sędziego w Polsce Ludowej, tj. ten, kto nie nasuwa wątpliwości co do swej wierności względem ustroju i władz” (...)”. Nie potrzeba tu chyba dodawać, że sędzią mógł zostać tylko swój, z rodziny lub wypróbowany towarzysz. Zresztą w innym miejscu tej Ustawy czytamy, że sędzia obowiązany jest brać udział w działalności politycznej. Brać udział w działalności politycznej w PRL można było tylko w ramach PZPR, a więc sędzią mógł być tylko ten, kto przynależał do gangu. Ta sama Ustawa ograniczyła niezależność adwokatury do tego stopnia, że adwokaci przestali się liczyć. Można tu przytoczyć dużo więcej takich przykładów. Zainteresowanych odsyłam do w/w Ustawy, niech sami zobaczą. Były PRL-owski sędzia i prezes Trybunału Konstytucyjnego w latach 2006-2008 Jerzy Stępień, zwraca uwagę na jeszcze inną stronę sprawy – cytuję: „(...) w sądownictwie nie pozbyliśmy się jeszcze dziedzictwa zaborów. Przyjęliśmy po prostu modele sądownictwa, jakie obowiązywały w państwach zaborczych, a to były modele państw absolutystycznych, gdzie sędzia tak naprawdę nie był sędzią, tylko urzędnikiem reprezentującym wolę cesarza. A komuniści to doskonale wykorzystali i adoptowali po II wojnie światowej, dlatego mamy to, co mamy. (Zob. „Afery Prawa”).

Na mocy układów między dwoma gangami komunistycznymi w Magdalence i przy tak zwanym „okrągłym stole”, funkcje PRL-owskiego wymiaru sprawiedliwości nie zostały naruszone. Nie było tu żadnej lustracji ani weryfikacji. A przecież najpierw i przede wszystkim powinni zostać zlustrowani sędziowie, którzy mieli potem lustrować innych.

Ponieważ nie było tu żadnych zmian, jasne jest, że na stanowiskach sędziów siedzą nadal ludzie oddani sitwie PZPRowskiej i układowi dzierżącemu od 1989 roku władzę w Polsce. Są to byli członkowie PZPR i powiązane z nimi organizacyjnie, towarzysko i rodzinnie rozmaite elementy postkomunistyczne. W Sądzie Najwyższym prawie wszyscy sędziowie byli, i chyba są do dzisiaj nadal, byłymi członkami PZPR i którzy zostali powołani do pełnienia tej funkcji przez sitwę komunistyczną. Ich obowiązki i zadania, chociaż już nieoficjalnie, trwają do dzisiaj. To tłumaczy też, dlaczego michnikowszczyzna i osobnicy związani z postkomunistycznym układem, wygrywają wszystkie sprawy sądowe o t.zw. „pomówienia” i o naruszanie „dóbr osobistych”, a ich krytycy przegrywają.

Po tych doświadczeniach z sądownictwem, wierzyć w uczciwość sędziów, w ich bezstronność, rzetelność, wiarygodność, sprawiedliwość i brać ich na poważnie – mogą tylko osoby niedorosłe, albo cierpiące na daleko zaawansowaną „pomroczność jasną”.

Jakie mamy sądownictwo i jakich sędziów, prokuratorów i adwokatów, widzi ten, kto chce. Niepokój budzi mentalność ludzi, nie tylko tych nieoczytanych, niedouczonych, infantylnych i cierpiących na „pomroczność jasną”, ale również wielu z tych, z wyższym wykształceniem tzw. („wykształciuchy”), ponoć prawniczym, czego przykładem jest minister sprawiedliwości w III RP, Andrzej Czuma.

W krajach zachodnich obowiązuje zasada, że każdy jest niewinny dotąd, dopóki nie zostanie mu udowodnione to przeciwne. Ale nie tylko to. Wszelkie wątpliwości, co o jakości dowodów przypisywane są na korzyść oskarżonego. A w Polsce? Jak kto chce.

Nie zmieniło tej mentalności „wejście Polski do Europy”. Nie zmienił tej mentalności u A. Czumy jego 20-letni pobyt na Zachodzie (w USA). Jak wywiesił na swoim afiszu internetowym (www.czuma.pl) ludzi, jako „agentów SB” bez dowodów, tak trzyma, uważając zapewne, że tym sposobem odwróci uwagę czytających, od swojego niedołęstwa politycznego i od szkód, jakie wyrządził opozycji antykomunistycznej i niepodległościowej.

Jak wcześniej nadmieniłem, nie widzę nigdzie dotąd wystarczających dowodów na to, że A. Mazur był TW. Czyjeś tam gołe twierdzenia, podejrzenia, czy interpretacje jakichś śladów, nie stanowią dowodu. Wątpliwości wypadają na korzyść oskarżonego.

Moje doświadczenia na podstawie utrzymywanego kontaktu z A. Mazurem w latach 1978 – 1981 nie wskazują w najmniejszym stopniu na to, że mógł być TW, czy „agentem wpływu”. W wymienionym okresie utrzymywałem z nim kontakt korespondencyjny, (niektóre listy zostały opublikowane), kilka razy rozmawiałem z nim przez telefon po 20 –25 minut, kiedy był na Zachodzie. Miałem też z nim kontakt przez kuriera, gdy funkcjonowałem jako pośrednik między R. Piłsudskim w Londynie i A. Mazurem. Kurier ten zawoził „Trybunę”, wydawaną przez R. Piłsudskiego, pieniądze i inne materiały informacyjne a przywoził „Aspekt” wydawany przez A. Mazura. Jeżeli Mazur był w tym okresie TW, to powinny pozostać w archiwach SB jakieś dane dotyczące tej działalności. Dlaczego nie zostały ujawnione? Nie było ich tam? Również polityczno-historyczna teza, że Mazur był „agentem wpływu”, nie wytrzymuje krytyki. W okresie mojego kontaktu z Mazurem nie doświadczyłem ani razu z jego strony próby wpływania na kierunek lub jakość mojej działalności. Nie doświadczył tego redaktor londyńskiej „Trybuny”, Rawmund Piłsudski, ani prezes legalistycznego PSL i redaktor „Jutra Polski”, Franciszek Wilk, z którymi byłem w stałym kontakcie. Gdyby takie próby były, to zostałbym o tym niezwłocznie powiadomiony lub ostrzeżony. W moich kontaktach z Mazurem, nie było z jego strony nigdy najmniejszej nawet sugestii, żebym coś robił a czegoś nie. Nie było nigdy pytań, co i jak robię. Nie spotkałem się nigdy z jego strony z próbą tzw. „ostrzegania” przed wybranymi osobami, jako podejrzanymi, stosowanego do podrywania zaufania, tworzenia uprzedzeń i w konsekwencji przeciwstawiania sobie określonych ludzi w organizacji. A przecież, jak wynika z obszernej i dostępnej dzisiaj dokumentacji SB-eckiej, reżymowi PRL-owskiemu bardzo zależało na ukróceniu na Zachodzie i na Emigracji propagandy na rzecz ROPCiO a potem KPN, a przede wszystkim na ucięciu dopływu środków finansowych i materialnych oraz wymiany informacji. Jeżeli Mazur był TW i „agentem wpływu”, to dlaczego nie ujawniono jego donosów opisujących, co dowiedział się o emigrantach i jakich dokonał prób wpłynięcia na określonych działaczy emigracyjnych, włącznie ze mną, aby zmienić ich linię polityczną, kierunki działania, aby ich poróżnić lub skłócić?

Na internetowym afiszu A.Czumy, w dziale „Ruch Obrony Praw Człowieka i Obywatela” zamieszczona jest lista uczestników ROPCiO, gdzie czytamy, że „osoby oznaczone kolorem czerwonym w rzeczywistości dobrowolnie i świadomie działały przeciwko celom organizacji (...)”. Według tego kryterium Andrzej Czuma, jako pierwszy, powinien być oznaczony kolorem czerwonym, ale o tym później. Na liście tej, uczestnik ROPCiO, Maciej Pstrąg-Bieleński, nie figuruje jako TW i SBecki agent wpływu, który po znalezieniu się na Zachodzie, dokonał wśród emigracji to, co TW i agent wpływu powinien. Interesujące – nieprawda?

Na tej samej stronie internetowej Czumy znajduje się krótka historia ROPCiO, napisana przez Benedykta Czumę, brata Andrzeja. Napisana jest niezdarnie, co daje się wytłumaczyć tym, że główny wysiłek został skierowany na wymyślenie takich sformułowań, żeby wyszło, że winnymi późniejszych niepowodzeń politycznych oraz niechlubnemu upadkowi ROPCiO i rozbijackiej grupy A.Czumy – byli wszyscy inni, ale nie oni sami. Dlatego stwierdzają, że „największe szkody spowodowała działalność TW”, wśród których wymieniony jest A. Mazur z Łodzi (kto największe szkody wyrządził ROPCiO, zobaczymy później.)

Można sobie twierdzić, co się chce, ale żeby to twierdzenie było zgodne z prawdą lub wiarygodne, to trzeba udowodnić jego prawdziwość. Można mieć poglądy, ale żeby były brane pod uwagę i budzące respekt, to muszą być rzeczowo uzasadnione. Tego brakuje u Czumów.


cdn.


Ostatnio zmieniony przez Administrator dnia Czw Lis 05, 2009 8:44 am, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Sylwia



Dołączył: 06 Gru 2016
Posty: 67

PostWysłany: Wto Gru 06, 2016 9:10 am    Temat postu: Forumoteka.pl Odpowiedz z cytatem



Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
Administrator
Site Admin


Dołączył: 04 Maj 2008
Posty: 9116

PostWysłany: Sro Paź 07, 2009 1:18 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Cytat:
Kto wyrządził największe szkody

Mowa tu będzie o szkodach wyrządzonych nowo powstałej formacji niepodległościowej i antykomunistycznej.

Czumowie twierdzą, że TW wyrządzili największe szkody. Nie precyzują (może przez ostrożność), komu te największe szkody TW wyrządzili, ale z całości wynika, że Ruchowi Obrony PCiO Czumów, dlatego nie osiągnęli oni więcej i w 1980 roku i rozpadli się.

Otóż powiedzmy sobie od razu, że ROPCiO, to nie tylko A. Czuma, jego najbliżsi współpracownicy i entuzjaści, którzy razem dokonali rozbicia tego ruchu w czerwcu 1978 roku. Jeżeli coś się rozbija, to zostaje po tym więcej niż jedna część. Co stało się zatem z drugą częścią? Ta u nich nie istnieje. W każdym bądź razie na afiszu Czumów nic na ten temat nie znajdujemy. Czytelnik ma odejść z przeświadczeniem, że istniało tylko ROPCiO A.Czumy i ewentualnie: że rozbicie tego ruchu było dziełem Moczulskiego.

Żeby łatwiej ujrzeć te szkody, trzeba cofnąć się trochę w czasie, do okresu przed pojawieniem się KOR-u i KSS”KOR”-u, aby zrozumieć kryjącą się za tym szyldem opozycję lewicową występującą też pod nazwą „lewica laicka” – jak tę opozycję określił Michnik – za którą w rzeczywistości chowali się komuniści odsunięci od władzy po 56 r. i po marcu 68. Byli oni na swój sposób prześladowani, a nawet i więzieni przez tych, którzy uchwycili władzę. Należy tu zauważyć, że prześladowania te niczego nie dowodzą, ani niczego nie tłumaczą.

Międzyfrakcyjna rozgrywka o władzę nie jest żadną nowością w systemach dyktatur totalitarnych. Józef Stalin, pragnąc rozprawić się pewną grupą komunistów w WKP(b), wygłosił w październiku 1928 roku swoisty referat o „niebezpieczeństwie prawicowym w WKP(b)”. Referat ten dał początek walce o władzę, toczonej potem pod szyldem „walki z odchyleniami od generalnej linii partii”.W toku tej walki w latach 1928-1929 zepchnięto do „opozycji liberalnej” ponad 10 % członków partii komunistycznej. Wytoczono im procesy i wysłano do łagrów, jako „wrogów socjalizmu i rewolucji” – jak to ujawnił 28 lat później na XX Zjeździe KPZR N.Chruszczow. W 1938 roku Stalin znowu napotkał w partii „opozycję”, która zagrażała jego klice. I znowu rozprawił się z tą „opozycją” po komunistycznemu. Tym razem była to frakcja „antyradzieckiego bloku prawicy i trockistów”. Poszły w ruch sądy i zapadły wyroki. Więzienia i prześladowania współtowarzyszy miały różną formę, daleko gorszą niż w PRL-u. Tysiące dostało po prostu kulę w łeb. W tym czasie zlikwidowano fizycznie całe t.zw. kierownictwo KPP. Nieszczęściem dla Polski było to, że nie wszyscy komuniści polscy zostali wówczas wycięci.

Trochę inaczej rozegrał walkę frakcyjną w NSDAiP Adolf Hitler. Dlatego, że nie miał czasu na bawienie się w procesy, więzienia i prześladowania konkurentów do władzy takie, jak w ZSRR czy w PRL. Z konkurentami, którzy dobijali się do władzy, zrobił krótki proces, znany jako „Noc długich noży”. 30 czerwca 1934 roku wystrzelano SA, siłę, która wyniosła Hitlera i jego bandę do władzy w Niemczech. Wymordowano całe kierownictwo frakcji nazistowskiej wraz z jej szefem. E.J. Rohm´em, który utrzymywał dobre stosunki ze Strasser´em, reprezentantem lewicy w NSDAiP. Sprzątnięto też von Schleichera, a wraz z nim – jak potem utrzymywano – resztki socjalizmu w Niemczech.

Jak widzimy, walka frakcyjna na śmierć i życie w łonie ruchów i partyj totalitarnych nie była i nie jest żadną nowością. Prześladowania komunistów przez innych komunistów, socjalistów przez współtowarzyszy, to też nic nowego również w PRL. Warto o tym pamiętać, choćby dlatego, aby nie litować się nad jednym odłamem lewackim prześladowanym przez inny odłam, bo im wszystkim chodzi tylko o władzę, a nie o dobro społeczeństwa czy narodu.

W czasie II-wojny św. stalinowska Rosja zainstalowała w Polsce swoją agenturę pod nazwą „Polska Partia Robotnicza” (PPR). Wraz z ofensywą sowiecką przywleczono do Polski parę pułków niedobitków z KPP, zwanych „desantem ze Wschodu”. Po uplasowaniu się na kluczowych stanowiskach u władzy, desant KPPowski uznał, że nareszcie komuniści posiedli władzę w Polsce, a więc zostały wytworzone warunki polityczne do przekształcenia teorii w praktykę. Tutaj napotkali na opór ze strony komnunistów PPRowskich, reprezentowanych przez tandem Gomułka-Spychalski, którzy znając duszę polską, chcieli Polaków zdobyć podstępem; wprowadzać komunizm metodą salami, a nie gwałtownie. Tego nie rozumieli komuniści z desantu KPPowskiego, reprezentowani przez tandem Berman-Zambrowski.

Pierwsze starcie nastąpiło wskutek oporu frakcji G-S (Gomułka-Spychalski) wobec reaktywowania w Polsce Komunistycznej Partii Polski (KPP). Starzy KPP-owcy nie mogli pojąć, dlaczego przed wojną KPP mogła istnieć, jako nielegalna i ścigana, a po wojnie, kiedy komuniści przejęli władzę w Polsce, KPP nie mogła zaistnieć jako legalna. Kolejne niezadowolenie w szeregach KPP-owców wywołał opór frakcji G.-S. wobec kolektywizacji wsi. Tego już było za wiele. Po tak zwanym „zjednoczeniu” się z innymi opryszkami i bandami lewicowymi w jedną partię pod nazwą „PZPR”, desant KPP-owski, czyli frakcja B.-Z., poczuła się tak silna, że wsadziła do więzienia kierownictwo frakcji G.-S. za „odchylenie nacjonalistyczne”, po czym poddała ich uciążliwemu śledztwu, przygotowując się do wytoczenia im procesów. Pamiętajmy, że ci „biedacy” byli więzieni przez więcej lat i bardziej męczeni i prześladowani, niż KOR-owcy za Gierka i Jaruzelskiego.

Po uwięzieniu gangu Gomułka-Spychalski (G.-S.), komuniści z gangu Berman-Zambrowski otrzymali od 1949 roku niepodzielną władzę w Polsce. Dzierżyli ją do 1956 roku. Tutaj na marginesie warto zauważyć, że to właśnie w tym okresie dokonano największych mordów politycznych na polskich patriotach, jak n.p. na gen.E. Fieldorfie, rotm. Pileckim i wielu, wielu innych. To w tym czasie Berman utworzył formację „postępowych katolików” (katolewica od T. Mazowieckiego i ich pism „ZNAK” i „Więź”). To w tym okresie aresztowano bp. Kaczmarka i wytoczono mu i wielu innym księżom proces, na którym obserwatorem z ramienia PZPR był Jacek Kuroń. Winą za te „błędy i pomylenia” gangu KPP-owskiego obarczono potem „stalinizm”. Nikt nie przypomina przy tym, że prymasa Wyszyńskiego aresztowano i uwięziono już dawno po śmierci Stalina. Czy to nic nie mówi?

W 1956 roku władza bandy B.-Z. w PZPR zachwiała się. Jej pozycja została poważnie zagrożona. Jedynym ratunkiem okazał się „stół”. Co prawda nie okrągły, ale ... Zaproszono do stołu więzioną dotąd i prześladowaną opozycję z W. Gomułką i M. Spychalskim na czele. To była wówczas też swego rodzaju „konstruktywna opozycja”. Przecież nie mogli zaprosić do tego stołu opozycjonistów z PSL Mikołajczyka!!! Po długich i wyczerpujących pertraktacjach oba gangi doszły do porozumienia, że koniecznie trzeba dokonać zmian, żeby utrzymać się u władzy. Otrzymaliśmy „październik 56” i „demokratyczne” wówczas wybory, „odnowę” i jeszcze coś tam w tym rodzaju. Zbrodniczy gang B.-Z. dokonał wolty i na tę okazję przepotwarzył się w „liberałów”. I w tej nowej powłoce przeszedł stopniowo na pozycje „więzionych i prześladowanych” w 1956 r. a szczególnie w 1968, (etos marcowców), by w 1976 wypłynąć na wierzch już jako „poczciwa lewica” (lewica laicka), a jeszcze inaczej „lewica liberalna”.Tak przetrwali do 1977 roku, żeby wystąpić jako już „opozycja demokratyczna”, a w 1989 jako „opozycja konstruktywna” przy „okrągłym stole”. W każdym bądź razie, dobijając się do władzy, zmanipulowali ruch „Solidarności” i zmienili barwy ochronne do tego stopnia, że mogli już wystąpić w imieniu tego ogólnopolskiego ruchu w rozmowach przy stole. Ale, żeby nie był to tylko zwykły stół jak w 56r. i nie kojarzył się z tamtym, nazwali go „okrągłym”. I całkiem słusznie: bo zasiedli przy nim równi sobie; respektujące się nawzajem dwa gangi, które są zależne od siebie, a nie od kogoś z zewnątrz, t.zn., od jakiegoś tam „bydła” , jak to niedawno określił Polaków jeden z ich współtowarzyszy, W.Bartoszewski.

Niebezpieczeństwo wciągnięcia NSZZ „Solidarność” w rozgrywki frakcyjne i w walkę o władzę, zasygnalizował J.Korwin-Mikke na łamach „Wiadomości Dnia” (z 30 września 1981 r.) w artykule pt. „Czym jest lewica laicka”. Pisze on: „W gruncie rzeczy, obecny manewr „lewicy laickiej” ma być – nie twierdzę wcale, że świadomym – powtórzeniem Października. Wówczas nabrano nas na odnowę w PZPR, obecnie IM nikt nie uwierzy, ale czy grupa z zewnątrz, mimo wspólnego ideologicznego pochodzenia opozycyjna, nie mogłaby uzyskać wiarygodności? Obawiam się, że manewr ma wszelkie szanse powieść się pod względem politycznym (...)”

Ja nie wiem na ile znają się osobiście Korwin-Mikke z Moczulskim, ale nie to jest tutaj istotne, lecz fakt, że Moczulski widział to niebezpieczeństwo wcześniej, w roku 1979, czemu dał wyraz m.in. w korespondencji do mnie i w wywiadach, które z nim przeprowadzałem dla gazet emigracyjnych.

Jak wiemy dzisiaj, manewr ten powiódł się całkowicie. Oba przewrotne gangi komunistyczne zasiadły do stołu i – w światłach reflektorów telewizyjnych i innych – uroczyście ułożyły się w 1989 roku, jak dalej utrzymać się przy władzy nad Polakami. Gdyby ktoś mnie tu źle zrozumiał, o co chodziło: To – według komunistycznej propagandy - chodziło o „dobro Polski”, „społeczeństwa”, a i tu i ówdzie słyszało się też, że i chodziło o dobro „narodu polskiego”, ale to ostatnie było obliczone na pozyskanie głosu pociotek endeckich i pożytecznych idiotów politycznych. Dokonanie zmian było konieczne, żeby utrzymać władzę i polegały głównie na zmianie starych, wytartych i zabrudzonych kostiumów politycznych, na nowe, bardziej kolorowe, dające możliwość ukrycia starej bandyckiej i złodziejskiej zawartości.

Czy była możliwość pokrzyżowania planów obu frakcji PZPR-owskich? Oczywiście, że była. Szansę taką dawało tylko utworzenie siły, lub więcej sił politycznych, niezależnych od obu frakcji komunistycznych. Niestety, szansę tę rozumiało niewiele ludzi. Widział ją Moczulski, niżej podpisany i kilka innych osób. Dlatego zaraz po powstaniu ROPCiO udzieliłem im na miarę swych możliwości pomocy finansowej i propagandowej na Zachodzie i wśród emigracji. Po czym systematycznie i metodycznie pomoc ta była organizowana i rozwijana, żeby ruch ten budować w siłę, pomimo przeciwdziałań z różnych stron.

Jak wiemy, pojawienie się na opozycyjnej scenie politycznej ROPCiO zostało przez obie frakcje komunistyczne zgodnie przyjęte jako zagrożenie dla nich. Stąd nastąpił ostry atak na ten ruch ze strony KORowców i PZPRowców. Pomimo nie przebierających w środkach ataków na ROPCiO obu gangów komunistycznych, ruch ten rozwijał się i stwarzał nadzieję. Co raz więcej ludzi angażowało się w organizowanie poparcia i pomocy w rozbudowie tej potencjalnej siły politycznej.

Dynamiczny rozwój ROPCiO został nagle i gwałtownie przyhamowany. Dostał cios z najbardziej nieoczekiwanej strony. 10 czerwca 1978 roku dokonano rozbicia ruchu. I niech nikt tutaj nie próbuje obarczać za to winą SB. Jeżeli ktoś maczał w tym palce, to tylko byli UBowcy stalinowscy, którzy stali przy KORze. Rozbicia ROPCiO dokonał Andrzej Czuma wraz ze swoją grupką, Kazimierzem Januszem, Wojciechem Ziembińskim, Stefanem Kaczorowskim, Benedyktem Czumą, Adamem Wojciechowskim i paru innymi osobami. Głównym prowodyrem i rzecznikiem rozwalenia Ruchu Obrony był A.Czuma. Ta sprawa jest jasna i dobrze dzisiaj udokumentowana. Sam A.Czuma zresztą to potwierdził w swych wywiadach prasowych i innych wypowiedziach publicznych po powrocie z emigracji w 2005 r. Po rozbiciu ROPCiO, Czuma – jak sam mówi, także tu na „Polonusie” – poszedł zaraz na współpracę z KORem. To znaczy, udzielił poparcia frakcji, kryjącej swe prawdziwe oblicze polityczne za szyldem KSS”KOR”, wywodzącej się w prostej linii z bandy Berman-Zambrowski.

Nasuwa się tutaj pytanie: Kto skorzystał na rozbiciu Ruchu Obrony i udzieleniu poparcia KORowi? Odpowiedź jest nietrudna: skorzystały obie frakcje komunistyczne, które potem mogły spokojnie zasiąść przy „okrągłym stole”. Stracił naród i państwo polskie. Negatywne konsekwencje tego trwają do dzisiaj i będą odbijać się ujemnie jeszcze długo.

Tutaj wypada postawić inne pytanie: Co na rozbiciu ROPCiO skorzystał A.Czuma ze swoimi kompanami? Tu odpowiedź też nie jest trudna. Zresztą odpowiedzi udziela nam sam szef grupy rozbijackiej, który mówi w wywiadach, że dostał od KORu pożyczkę na wydanie nowego pisma (które nigdy nie ujrzało światła dziennego) i że wreszcie zaczęto o nim mówić w „Wolnej Europie”. No, zdawałoby się, że teraz A.Czuma dostał wreszcie wiatr w żagle i zacznie płynąć na szerokie wody... polityczne, uwolnił się przecież z kajdan Moczulskiego. A to oznacza, że teraz zacznie się szybko rozwijać i tworzyć inną siłę polityczną, zdolną do samodzielnego zaistnienia na scenie politycznej i do odegrania znaczącej roli. Jak wiemy, stało się inaczej. Po wykonaniu zadania, jak przystało na TW frakcji M.-K., wywodzącej się z B.-Z., grupa Czumy razem z nim samym padła w 1980 r. t.zn. „rozpłynęła się” gdzieś tam na jakiejś fali, bo co mieli robić, kiedy już więcej KOR-owcom nie byli potrzebni. „Murzyn zrobił swoje, Murzyn może odejść”.

Na swoim afiszu internetowym Czumowie tak wymyślnie przedstawiają swój niesławny upadek: „Wydarzenia Sierpnia 80 i powstanie „Solidarności” de facto zakończyły działalność Ruchu Obrony, chociaż nigdy formalnie się to nie stało. Działacze R.O. w większości zaangażowali się w pracach Związku.”

Ładnie nakręcone, nieprawda? Tłumacząc to na język zrozumiały politycznie oznacza, że Ruch Obrony Czumów i ich zwolenników niesławnie padł. Co w tej sytuacji można było zrobić? Ludzie Czumy szybko pojęli: padliśmy.Po czym poszli tam, gdzie mieli szansę, że otworzą im drzwi. Do KSS”KOR” mieli iść? To znaczy do frakcji, która ich wykiwała? Na pewno teraz zmądrzeli, ale już było za późno.

A.Czuma w jednym ze swoich wywiadów mówi – jak już wcześniej o tym wspomniałem – że „rozpłynęli się w „Solidarności”. Może i ładnie się to słyszy. Ale z ówczesną rzeczywistością ma to bardzo mało wspólnego. A.Czuma wyciągnął wielu pożytecznych ludzi na szerokie wody, ale gdy zabrakło paliwa, statek zaczął tonąć. Co pozostało tym ludziom robić? Podczepić się do „Solidarności”, gdzie „rozpłynęli się” i politycznie potopili. Czy ktoś pamięta dzisiaj ludzi z grupy Czumy, kto odegrał później jakąś znaczącą rolę polityczną przed i po „okrągłym stole”?

W okresie trwania przygotowań do ostatecznej rozgrywki (Magdalenka, „okrągły stół”), Czuma zostawił swych ludzi, tonących w „Solidarności” i opuścił Polskę w 1985 r., tj. cztery lata przed uroczystym porozumieniem się obu gangów komunistycznych. Ładne polityczne zachowanie, nieprawda? Napaprał i uciekł od odpowiedzialności. A może dlatego, żeby „okrągłostołowcom” nie przeszkadzać? Wrócił po dwudziestu latach, tj. w 2005 roku i zaczął głosić , jak to on i jego grupa zawsze wysoko podnosili sztandar niepodległości. Podkreślał to szczególnie głośno w roku 2007 w 30- rocznicę powstania ROPCiO, na co dało się nabrać wiele ludzi, w tym dziennikarze i historycy.

A jak było naprawdę? Po rozbiciu Ruchu Obrony, Czuma brał udział w paru demonstracjach antyreżymowych. Ale potem było co raz ciszej od strony jego ROPCiO. Jest to poniekąd zrozumiałe. Czuma wraz ze swoją grupką poparł – jak nam opowiedział – KOR , czyli frakcję M.-K., która do idei niepodległości miała stosunek negatywny, co zresztą udokumentowałem w artykule pt. „Kuroń a niepodległość Polski”. Kiedy jedni podnosili do góry sztandar niepodległości, KOR-owcy ściągali go w dół i chowali, a przy tym zabrudzali. Czuma do nich dołączył i ich poparł. Czyli zszedł na pozycje ideowe Michnika-Kuronia, dla których niepodległość Polski nie była celem.

Za poparcie udzielone frakcji M.-K. Czuma zyskał niewiele. Kiedy zauważył, że jego Ruch Obrony jest już uduszony i praktycznie bez znaczenia, udał się w 1980 roku do innego ruchu, który w dużym stopniu kontrolowali ludzie gangu M.-K. a który nie miał w swoim programie nie tylko niepodległości, ale nie miał też demokracji. Ruchem tym była apolityczna „Solidarność”, dokąd – jak podkreśla również jego brat, Benedykt Cz. – udali się potem. A więc cofnęli się na pozycje jeszcze bardziej odległe od celu politycznego Polaków.

W książce pt. „Raport – Polska pięć lat po Sierpniu” (wyd. „Aneks”, Londyn, 1986, str. 168) czytamy: ”Program, któy można wyczytać z porozumień, jest programem kompromisowym, ograniczonym. Nie zakłada on ustanowienia w pełni demokratycznego ładu ustrojowego, Jego rysem zasadniczym jest ograniczenie totalitarnych cech porządku ustrojowego. W szczególności program ten nie zakładał złamania monopolu partii, ale ustanowienie ograniczonej kontroli społecznej nad sposobem jej sprawowania”

O dążeniach niepodległościowych nie ma w tym programie ani słowa. Dokąd zatem udał się Czuma? Do ruchu, który sztandaru niepodległości nie miał wcale. Być może wtedy już Czuma zauważył swoją małość, ułomność i bezsilność polityczną, bo wkrótce zostawił wszystko i wyjechał do USA malować ściany. Ale jak wiemy dzisiaj, to i tam nie zmarnował okazji, żeby napaprać politycznie wśród emigrantów polskich, skłócając i rozbijając organizację „Pomost” w Chicago.

Inną drogą poszedł L. Moczulski ze swoją częścią ROPCiO. Zaczął budować od nowa. Nie poddał się. Poszedł dalej, do przodu w kreowaniu sytuacji politycznej, trzymając nadal wysoko sztandar niepodległości. Utworzył pierwszą niezależną partię polityczną, „Konfederację Polski Niepodległej”, jako zaczyn tworzenia nowej siły politycznej, zdolnej do pokrzyżowania planów obu frakcji komunistycznych.

KPN od momentu pojawienia się na opozycyjnej scenie politycznej spotkała się z jeszcze bardziej gwałtownymi, niż Ruch Obrony, atakami ze strony obu frakcji czerwonych. Również Czuma wraz ze swoimi wspólnikami wyrazili negatywny stosunek do tej inicjatywy politycznej, co było mniej zrozumiałe, bo niepodległość była im ponoć droga. Z drugiej strony zrozumiałe, bo dołączywszy do KORu musiał krakać jak oni.

Powstanie KPN stwarzało nową szansę. Dlatego włączyłem się natychmiast w działalność tej organizacji, udzielając Moczulskiemu poparcia propagandowego i finansowego na miarę swoich ówczesnych możliwości. Innych sił politycznych na miarę KPNu wtedy nie było. Podczas gdy A.Czuma wraz ze swą grupą zniknął z opozycyjnej sceny politycznej już w 1980 roku, to KPN trwała i działała. Pomimo, że była bita ze wszystkich stron, przetrwała stan wojenny. I choć nie udało się zbudować KPN w siłę polityczną, zdolną do pokrzyżowania planów obu gangów komunistycznych, to i tak utrzymała się jako partia polityczna i jako taka była zdolna potem wprowadzić do sejmu 50 posłów. Co było później to już inna sprawa.

Podsumowując sprawę, trzeba powiedzieć, że A. Czuma odegrał niezbyt chwalebną rolę, żeby nie powiedzieć – szkodliwą, na opozycyjnej scenie politycznej. (Do akcji bojówkarskich i terrorystycznych być może się nadawał). Jako działacz polityczny był niedołęgą, nieobliczalny i przez to niebezpieczny dla organizacji. Rozbijając ROPCiO w 1978 r. zadał cios dobrze zapowiadającej się sile antykomunistycznej, osłabiając jej możliwości rozwoju. Dopomógł tym obu frakcjom komunistycznym w osłabieniu i wyeliminowaniu przeszkody w realizacji ich zamierzeń politycznych. Przyczynił się do stworzenia warunków politycznych, umożliwiających dokonanie potem gigantycznego oszustwa, jakim był układ przy „okrągłym stole”, ze wszystkimi późniejszymi konsekwencjami, aferami, złodziejską prywatyzacją, rabunkiem państwa itp. itd.

Tę niesławną i szkodliwą działalność, A. Czuma i jego brat Benedykt, próbują dzisiaj ukryć za pomocą odciągania uwagi od siebie drogą kierowania jej na TW i SB. Rozbicia ROPCiO nie dokonała SB. Dokonał tego A.Czuma wespół ze swym zespołem odszczepieńców. Przy czym A.Czuma był wykonawcą tego rozłamu, a architektem był Kuroń i jego frakcja dobijająca się do władzy. Po rozbiciu Ruchu Obrony, Czuma poszedł na współpracę z frakcją komunistyczną, kryjącą się pod szyldem KSS”KOR”. Tym samym Czuma poszedł na współpracę z siłami antypolskimi. Ważąc dzisiaj szkody, kto wyrządził ich więcej (opozycji niepodległościowej i antykomunistycznej), to wychodzi, że Czuma ze swoją grupą rozłamową wyrządził ich więcej, niż wszyscy razem wzięci, rzeczywiści i domniemani, t.zw. TW, wymienieni na jego stronie internetowej i w publikacjach historycznych, na temat jego Ruchu Obrony.

Po popijawie w Magdalence i uroczystym ułożeniu się przy „okrągłym stole” obu band komunistycznych, 4 czerwca 1989 roku p. Szczepkowska uroczyście ogłosiła w telewizji, upadek Komunizmu w Polsce. O ile to jest dobrze znane, to nadal nie wiadomo, kiedy Polska odzyskała niepodległość. W Magdalence? Przy „okrągłym stole”? Po „okrągłym stole”? 4 czerwca 1989 roku? W momencie, kiedy Jaruzelski ustąpił ze stanowiska prezydenta? W momencie, kiedy Wałęsa stał się prezydentem? Z chwilą, kiedy PZPR rozwiązała się oficjalnie? Czy ktoś może udzielić wyczerpującej odpowiedzi na to pytanie? Skądinąd znany jest fakt, że Kuroń ogłosił niepodległość Polski przy „okrągłym stole” a za nim powtórzył to samo Wałęsa, choć w Polsce nadal stacjonowały wojska sowieckie i to aż do 1993 r.

Jeżeli Polska nie była państwem niepodległym na przykład w 1979 roku i później, to komu podlegała? Kto był wówczas suwerenem? Jeśli – jak to głoszono cały czas i nadal się twierdzi – Polska była podległa Związkowi Sowieckiemu, to suwerenem był ZSRR, któremu podlegało państwo polskie. Zeby Polska w tej sytuacji mogła odzyskać niepodległość, ZSRR musiał zrezygnować ze statusu suwerena. Kiedy to nastąpiło i jakim aktem politycznym zostało ustanowione? Jeżeli coś takiego się wydarzyło, to gdzie, kiedy i kto wtedy reprezentował stronę suwerena, czyli ZSRR?

Jak dotąd, nie udało się zlokalizować miejsca i ustalić czas aktu politycznego, mocą którego ZSRR zrzekł się władzy na Polską. Być może stało się to przy „okrągłym stole”. W takim razie, kto reprezentował tam ZSRR? PZPR na czele z Jaruzelskim i Kiszczakiem?

Jeżeli Polska odzyskała niepodległość przy „okrągłym stole”, jak ogłosił to Kuroń a za nim Wałęsa, lub z mocy układu między dwoma frakcjami komunistycznymi w Magdalence, albo 4 czerwca 1989 r., kiedy ogłoszono „koniec komunizmu” w Polsce, to powstaje pytanie: Kto był gwarantem tego ustroju i podległości państwa polskiego Rosji sowieckiej? Z dotąd dostępnych faktów wynika, że gwarantem podległości państwa polskiego Rosji bolszewickiej była sitwa rzezimieszków i bandziorów spod znaku PZPR.

Zatem wysunięta przez Moczulskiego teza, że warunkiem odzyskania niepodległości przez Polskę jest odsunięcie od władzy PZPR, jako gwaranta tej podległości – była prawdziwa. Utworzenie Konfederacji Polski Niepodległej było uzasadnione. Było też trafnym posunięciem politycznym. Program KPN-u był jedynym w swoim rodzaju do zastosowania. Wszyscy inni mylili się w swych założeniach politycznych. Dlatego nie byli w stanie nic konkretnego zaproponować, oprócz straszenia Polaków inwazją sowiecką i czekania na cud. Przyczynili się tym do opóźnienia zrzucenia przez Polskę z siebie kajdan bandy PZPR-owskiej i tym samym do opóźnienia rozwoju ekonomicznego i politycznego państwa polskiego.

Władysław Gauza
Oslo, Październik 2009


P.S.
Już po napisaniu tego artykułu, na portalu http://progressforpoland.com/artykul/jak-andrzej-czuma-pomost-rozbijal , ukazał się artykuł na temat rozbijackiej mentalności Czumy.

Zamiast rozbijać komunistycznym gangom „okrągły stół” w PRL-u, rozbijał kolejną organizację antykomunistyczną i niepodległościową. Co to za człowiek?! I komu właściwie służył?!


Ostatnio zmieniony przez Administrator dnia Czw Lis 05, 2009 8:41 am, w całości zmieniany 10 razy
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Ryszard Bocian



Dołączył: 19 Cze 2008
Posty: 200

PostWysłany: Sro Paź 07, 2009 7:44 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

A ja pamiętam, jak Andrzej Ostoja - Owsiany załamywał ręce i mówił mi, że żyć mu się nie chce - gdy zapoznawszy się z ubeckimi aktami swojej inwigilacji przeczytał donosy swego najlepszego przyjaciela, dra Andrzeja Mazura. "Mazur całe życie na mnie donosił" stwierdził Ostoja -Owsiany.

Wdowa po Andrzeju Mazurze, która nic nie wiedziała o ciemnej karcie w życiu męża, wytoczyła proces o dobre imię swego męża - i przegrała ten proces. Sąd ustalił, że setki donosów na opozycjonistów: Ostoję - Owsianego, Śreniowskiego, Czumów - i wielu, wielu innych - pisane były ręka własną Mazura.

R. Bocian

Por. również:
Paweł Spodenkiewicz, Mariusz Goss, Andrzej Ostoja-Owsiany: "Bohater, konfident, prowokator. Działalność Andrzeja Mazura, konfidenta SB / Czarno przed oczami. (w) Więź, nr 2/2006, str. 70 - 93; Grzegorz Waligóra, "ROPCiO 1977 - 1981", Warszawa 2006, str. 321 i n.
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Administrator
Site Admin


Dołączył: 04 Maj 2008
Posty: 9116

PostWysłany: Wto Paź 13, 2009 1:12 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Artykuł, o którym wspomina Władysław Gauza w PS do opublikowanego wyżej tekstu

Cytat:
Jak Andrzej Czuma POMOST rozbijał
Julian Traczykowski|Thursday, October 8, 2009

Kultura
Prasa w Polsce sporo pisała o długach ministra Andrzeja Czumy jakich dorobił się w Ameryce. Gazety, jedna po drugiej publikowały dokumenty sądowe tego dotyczące. Tylko mimochodem wspominano o tym jak obecny minister doprowadził w Stanach Zjednoczonych do rozbicia organizacji POMOST.


A szkoda. Jeśli bowiem prześledzić jego działania podjęte w tym kierunku zobaczymy, że to pasjonująca historia rodem z najlepszych powieści sensacyjnych i szpiegowskich. Znajdziemy w niej wszystko: zdradę, kłamstwo, romans, szpiegostwo, plotkę i pomówienie.
Dla rozbicia POMOSTU wcale nie potrzeba było pistoletów i czołgów. Przemoc, siłę fizyczną może zastąpić "seduction", intryga, bezpodstawne oskarżenia.

Aby zrozumieć o co naprawdę chodziło w przypadku Andrzeja Czumy, kilka słów, choćby w największym skrócie napisać trzeba o samym POMOŚCIE. Przede wszystkim bowiem wiedzieć należy, co Czuma rozbijał. Przecież od wspomnianych tu wydarzeń minęło już ponad dwadzieścia lat. Nic dziwnego, że wielu ich nie pamięta.

POMOST powstał w Chicago w latach siedemdziesiątych, jako kwartalnik wspierający opozycję demokratyczną w Polsce. Założony został przez grupę młodych ludzi, którzy w większości poznali się podczas studiów na uniwersytecie stanu Illinois. Do grupy tej należeli Krzysztof Rac – niekwestionowany lider, Marian Sromek oraz Roman Koperski.

Zanim powstał POMOST jego przyszli zalożyciele, w roku 1968, powołali do życia wraz z grupą polskojęzycznych studentów na uniwersytecie stanu Illinois w Chicago “Polish Student Association”. Był to pierwszy polski klub na stanowym uniwersytecie. Klub doprowadził do stworzenia kursów literatury polskiej, walczył z powszechnymi wówczas dowcipami na temat Polaków, organizował wystawy propagujące polską kulturę i historię. Po marcu 1968 roku na “U of I” pojawiła sie w uniwersyteckiej bibliotece reżimowa literatura, sprowadzona przez konsulat PRL w Chicago. Klub doprowadziił do wyrzucenia jej i zastąpienia publikacjami emigracyjnymi, zwłaszcza Kulturą Paryską, Zeszytami Historycznymi i innymi niezależnymi pismami.

Środowisko skupione wokół Raca, po ukończeniu studiów najpierw działało w Kongresie Polonii Amerykańskiej i publikowało w “Dzienniku Związkowym”. Po powstaniu opozycji demokratycznej w Polsce szybko okazało się, że struktury polonijnych organizacji są stanowczo zbyt ciasne dla młodych działaczy. “Dziennik Związkowy”nie był zainteresowany publikowaniem szczegółów dotyczących ruchów wolnościowych w Polsce. Dlatego przyszli Pomostowcy założyli pismo “Szaniec”, utworzyli grupę Związku Narodowego Polskiego “Pokolenie” poprzez którą chcieli oddziaływać na organizacje polonijne. Pierwotnie grupa nazywać miała się “Pokolenie 68”.

POMOSTU nie zakładali typowi uczestnicy polonijnego życia, ale ludzie odnoszący także sukcesy w życiu zawodowym, robiący własne kariery. Przywiązanie do polskości było dla nich czymś więcej niż tylko wspomnieniem kulinarnym. Chcieli coś zrobić dla sprawy wolności swojego starego kraju. Przerażała ich wizja świata z powiewającą flagą z sierpem i młotem, a wówczas była to perspektywa całkiem realna.

Szybko zrozumieli, że niewiele osiągną w skostniałych polonijnych organizacjach. Postanowili więc działać na własny rachunek. Po założeniu POMOSTU zaczęto wydawać kwartalnik o tym tytule. Organizowano wystawy obrazujące dorobek opozycji demokratycznej w kraju, sprowadzano z kraju prelegentów przedstawiających podczas spotkań rzeczywistą sytuację w kraju. Wysyłano do Polski niezależną literaturę, powielacze i inny sprzęt, o który prosiły organizacje opozycyjne. POMOST skutecznie organizował “publicity” działaczom opozycyjnym w amerykańskich mediach. Dzięki temu występowali oni w prestiżowych programach głównych “networków”amerykańskich.

Do Pomostu dołączało wielu dobrych i oddanych sprawie polskiej osób. Przystąpiło tam również wielu ciekawych ludzi, żeby wymienić tylko wybitnego neurochirurga z Detroit dr Janusza Subczyńskiego, tłumacza polskiej literatury na angielski prof. Jana Kryńskiego z uniwersytetu Duke w Północnej Karolinie, silnie osadzonego wówczas w amerykańskim ruchu konserwatywnym pisarza Leopolda Tyrmanda, czy znanego poetę i eseiste Edwarda Duszę. Organizacja utworzyła swoje przedstawicielstwa w kilkudziesięciu amerykańskich miastach. Działały także zagraniczne przedstawicielstwa POMOSTU. Nie brakowało tam wielu znakomitych organizatorów i inspiratorów.

Wkrótce “pomostowcy” założyli w Chicago własny program radiowy. Była to wówczas jedyna audycja radiowa informująca o działaniach opozycji demokratycznej w kraju. Radio wkrótce rozrosło się i powstała pierwsza w Ameryce sieć polskiego radia nadająca między innymi w Detroit, Colorado, Phoenix i innych ośrodkach pomostowych.

Działacze POMOSTU zorganizowali zakończoną sukcesem akcję unieważnienia przez rzad USA układów jałtańskich. Izba Reprezentantów i Senat USA uchwaliły odpowiednie rezolucje. Aby do tego doprowadzić POMOST wykupił pełnostronicowe ogłoszenie, “List Otwarty” do Prezydenta Reagana dotyczący Jałty, opublikowane w New York Times. O ile sobie przypominam to samo ogloszenie kosztowalo 50 tysiecy dolarów. Patrząc na dzisiejszą siłę polityczną Polonii, przypomnienie, że POMOST w trakcie akcji jałtańskiej zebrał również pół miliona podpisów pod petycją w tej sprawie, wydaje się nieprawdopodobne.

POMOST zorganizował w USA tourne Jacka Kaczmarskiego i wydał jego płytę. Organizował manifestacje nie tylko pod komunistycznymi wówczas konsulatami, ale także w sprawie poparcia dla contras w Nikaragui. W trakcie stanu wojennego prowadzono akcję pomocy dla podziemia oraz działano na rzecz utrzymania sankcji ekonomicznych nałożonych na reżim Jaruzelskiego. To głównie dzięki POMOSTOWI sankcje utrzymano tak długo. Argumenty przedstawiane w listach przez Jana Kryńskiego czy Krzystofa Raca przekonały administrację prezydenta Ronalda Reagana.

Działania POMOSTU były pomijane lub pomniejszane w polonijnych publikacjach. Organizacje polonijne widziały w POMOSCIE konkurenta i pretendenta do reprezentowania Polonii wobec władz amerykańskich. Naruszało to ich monopol i dlatego często krytykowali POMOST.

Przez wiele lat w organizacji nie było praktycznie poważniejszych konfliktów. Ludzie zgodnie współpracowali, choć pewnie posiadali na wiele spraw różne poglądy. Możliwe to było dzięki umiejętności łączenia ludzi, jakie cechowały Krzysztofa Raca. O sukcesie organizacyjnym POMOSTU najlepiej świadczy wypowiedż senatora Kastena ze stanu Wisconsin, kiedy na zjeździe młodych amerykańskich konserwatystów, słysząc narzekania o tym jak trudno im się przebić do mediów i opinii publicznej powiedział w trakcie obrad: “Co? Jeśli nie wiecie jak działać, to pójdźcie i zapytajcie się ludzi z POMOSTU to was nauczą jak pokonywać trudności”. Z perspektywy dzisiejszej polonijnej niemocy wydaje się to jak bajka z 1001 nocy. A jednak to nie była bajka, tylko rzeczywistość. I wszystko to możliwe było dzięki pracy społecznej, gdyż nikt poza krótkim okresem kampanii wyborczej Toma Corcorana w POMOSCIE nie pobierał wynagrodzenia.

O POMOŚCIE sporo pisała komunistyczna prasa. Organizacja była dla reżimu, z powodu swojej efektywnosci niebezpieczna. W prasie krajowej ukazywało się wiele szkalujących publikacji. Przygotowywano przeciwko niej wiele prowokacji. Dowodziła tego propagandowa wpadka związana z planowaną wizytą w Chicago prymasa Józefa Glempa. W gazetach krajowych ukazała się odpowiednio wcześniej “przygotowana” relacja z pobytu ks. Kardynała w parafii św. Jacka w Chicago. Autor pisał o bojkocie kardynała i manifestacji zorganizowanej przed bazyliką przez POMOST, który rzekomo oskarżał kardynała o antypolską działalność. Problem polegał na tym, że Glemp wizytę odwołał w ostatniej chwili i do Chicago w ogóle nie przyjechał. Nie było opisywanej Mszy, ani manifestacji. Nie zdążono już wycofać skierowanych do druku tekstów. Trudno o większą propagandową wpadkę. Radio Wolna Europa miało używanie przez kilka dni. A swoją drogą ciekawe, co szykowały służby specjalne z okazji tej wizyty? Na to pytanie nie znamy odpowiedzi do dnia dzisiejszego.

Istotne jest też przypomnienie, że jak zwykle w wielu organizacjach sporo przedsięwzięć finansowano dzieki pasji jej członków. Sytuacja materialna Janusza Subczyńskiego, Krzysztofa Raca, Jana Kryńskiego pozwalała na to, aby, wiele inicjatyw finansować z własnej kieszeni. Po prostu wypisywali czeki i basta. Potrzebne były pieniądze, liderzy często sięgali do własnych funduszy. Brakowało na wydanie miesięcznika, czy należało dołożyć do wysyłki sprzętu poligraficznego, czy radiowego do Polski, sfinansować zjazd POMOSTU nie było problemu. POMOST był także grupą przyjaciół, ludzie pomagali sobie wzajemnie, Rac nie musiał się więc tłumaczyć z tego ile zarabia i ile dołożył.

Organizacja robiła wiele innych rzeczy, które w przyszłości pewnie opisane zostaną dokładnie przez historyków. POMOST na pewno na to zasługuje. Dla nas najważniejsze jest, że środowisko działało sprawnie i dla wielu zapewne było solą w oku. Pomostowcy jednak nie przejmowali się i robili swoje. Do momentu, kiedy w Chicago pojawił się Andrzej Czuma, człowiek owiany sławą szykanowanego, więzionego działacza niepodległościowego.

Nie potrafię dokładnie powiedzieć, kiedy Andrzej Czuma przyleciał do Chicago. Nie ma to większego znaczenia. Kiedy jednak po pobycie w Waszyngtonie, przyleciał do Wietrznego Miasta i jako tako zorientowł w sytuacji, postanowił zbliżyć się do działaczy POMOSTU. Zaproponował swoją pomoc i zażądał stałej pensji. Krzysztof Rac odmówił, wskazując, że do tej pory nikt nigdy w POMOŚCIE nie otrzymywał wynagrodzenia za swoją pracę. Stwierdził również, że Czuma nie może zostać formalnie zatrudniony, gdyż nie posiadał odpowiednich amerykańskich dokumentów zezwalających na zatrudnienie.

Jednak nie był zainteresowany konkretną pracą w organizacji. Czuma chciał zwyczajnie przejąć to, co inni stworzyli. Pragnął sam stanąć na czele. Nie można było osiągnać tego celu bez wyeliminowania tych, którzy liderowali organizacji.
Opowieść o rozbicu Pomostu zacznijmy od Joanny Budzińskiej. Przez wiele lat była ona skarbikiem organizacji, aktywnym uczestnikiem wielu pomostowych inicjatyw. Należala do ścislego grona pomostowych aktywistów. Poświęciła wiele lat na pracę społeczna w Pomoscie. Wkrótce po przyjeździe Czumy do Chicago, romantyczna przygoda połączyła skarbniczkę POMOSTU i ustawiającego się w Chicago Andrzeja Czumę. Budzińska i Czuma razem zamieszkali. Niedługo po tym stosunek Joanny Budzińskiej do liderów Pomostu uległ zmianie. Wokół Budzinskiej i Czumy zaczęła się formować grupa "niezadowolonych". Na początku zaatakowali Andrzeja Jarmakowskiego. Wkrótce posypały się dodatkowe zarzuty w stosunku do innych osób, przede wszystkim zaś Krzysztofa Raca.

W ruch poszła szeptana propaganda. Pomostowych liderów oskarżono o powiązania z reżimem i korzystanie z ogłoszeń reżimowych firm. Powiązania z reżimem, oznaczało nie mniej, nie więcej tylko to, że wymienieni są “agentami” reżimu. Grupa rozłamowa nie formułowała jeszcze zarzutów na piśmie. Posługiwano się szeptana propagandą. Domagano się wyjaśnień, lecz nie specjalnie było wiadomo czego wyjaśnienia miały dotyczyć. Hipokryzję Czumy doskonale obrazował fakt, że choć zarzucał przyjmowanie ogłoszeń od firmy rzekomo powiązanej z komunistami, sam poszedł do niej pracować na pełny etat. Wołało to o pomstę do nieba i stanowiło zbyt kruchy zarzut, aby rozbić organizację.

Sprawę oskarzeń miała załatwić Rada Naczelna, zgodnie ze statutem kierującym organizacją. Szybko jednak okazało się, że jej dzialania nie spowodowały zaprzestania ataków. Ich ostrze skierowało się wówczas bezpośrednio przeciwko Racowi. Cóż można mu było zarzucić?

Posądzania o agenturę brzmiały śmiesznie. Należało poszukać czegoś innego. Skoro Krzysztof Rac i jego żona posiadali dom na dobrym, drogim chicagowskim przedmieściu, pewnie pieniądze na jego zakup ukradli z kasy POMOSTU. Nie miało znaczenia, że oboje zajmowali wysokie stanowiska i dobrze zarabiali. Nie miało znaczenia, że dla sfinansowania działań Pomostu wydawali własne pieniądze. Chodziło o to, aby rzucić oskarżenia. Potem będą one żyły własnym życiem. Kiedy dzisiaj, po latach patrzę na pożółkłe już papiery jaskrawo widzę miałkość, kruchość zarzutów. Czuma zarzucił Racowi, że ten nie wysłał na czas jakichś 700 dolarów zebranych na polskie podziemie. Zarzut stanowił fakt, że organizacja posiadała kilka kont bankowych. Grupa rozłamowa w rozesłanych pismach stwierdzała, że nie istniał rozdział między funduszami organizacji, a funduszami pism przez organizację wydawanych. Nie zauważono jednak, że nie istniał także rozdział między kontami pisma a kontem bankowym K. Raca i innych, z których pisma były dofinansowywane jak zaistniała taka potrzeba.

Domagano się rozlicznia z pieniędzy jakie POMOST otrzymał na prowadzenie kampanii do senatu Toma Corcorana. Tak, polonijna organizacja była wrośnieta w amerykańskie życie polityczne i załatwiła środki na opłacenie wyborczego etatu dla Jamesa Zmudy, wieloletniego dzialacza POMOSTU i weterana wojny wietnamskiej. Z pespektywy Czumy, który nosa nie wynurzał poza polonijne getto wydawało się to dziwne i niezrozumiałe.
Kiedy formułowano zarzuty na piśmie, na dobrą sprawę nie było co pisać. Pozostawała pusta kartka papieru. Kiedy jednak używano szeptanej propagandy zarzuty rosły do niebotycznych rozmiarow. Można było odnieść wrażenie, że grupa sprtytnych kretaczy przez lata żyłowała biedną Polonię!

Dla zdecydowanej większości członków POMOSTU fakt posiadania kilku kont bankowych I inne zarzuty brzmiały śmiesznie. Grupie rozłamowej skupionej wokół Czumy praktycznie nie udało się przeciągnać na swoją stronę żadnego z terenowych oddziałów POMOSTU. W listach wszystkie po kolei pokazywały figę rozłamowcom. W Chicago jednak wrzało. W propagandize nie przebierano w środkach. W polonijnych sklepach pojawiły się rozłożone anonimy, klasyczne przykłady czarnej propagandy. Przy sklepowych ladach rozłożono kilka tysięcy pisma zatytutułowego “Kolaborant”, podpisywanego anonimowo przez “Patriotów na Polonii”. W podtytule czytano, że jest to “Konspiracyjne pismo starej i nowej Polonii”. Kolaborant systematycznie z nazwiska i imienia atakował wszystkich, którzy byli przeciwko rozłamowej grupie Czumy.

Nie twierdzę, że anonimy te pisał Andrzej Czuma. Jednak kalumnie tam zawarte odzwierciedlały atmosferę wytworzoną wokół POMOSTU przez grupę Andrzeja Czumy. O skali zjawiska świadczy fakt, ze niemożliwym było zrobienie zakupów w polonijnym sklepie, aby nie natrafić na te anonimowe paszkwile.

Samo rzucanie błotem, kolejne numery “Kolaboranta” nie mogły jednak załatwić sprawy przejęcia organizacji. Niezbędne było podjęcie bardziej zdecydowanych kroków. Wokół Czumy i Budzińskiej uformowała się niewielka grupka ludzi ujętych jego kaznodziejskimi tyradami. W drugiej połowie 1986 roku działała już grupa rozłamowa, która rozpoczęła przygotowania do swojego zjazdu. Informował o tym Tomasz Zabłocki w piśmie datowanym 21 października 1986 roku. Pisano tam o rzekomej rezygnacji Krzysztofa Raca ze stanowiska koordynatora organizacji, co nie było prawdą. Zabłocki pisał również o konieczności zmian, ale w swoim piśmie nie formułował żadnych zarzutów pod adresem kierownictwa organizacji. Stwierdzano jedynie, że grupa Czumy będzie wydawać POMOST i nadal prowadzić pomostowa działalność. W praktyce oznaczało to, że działać będą dwa Pomosty. Jeden skupiony wokół statutowych władz oryginalnej organizacji i drugi wokół Czumy. Rozłam w Chicago, gdyż wszystkie terenowe oddziały poparły Raca i statutowe wladze, stawał się faktem. Rozłamowcy otworzyli odrębne, swoje biuro POMOSTU, zabierając wyposażenie ze starego lokalu. Zmienili adres na poczcie, aby przejmować korespondencję pomostową, wyciągneli wszelkie pieniądze jakie były na organizacyjnych kontach, zabrali książki i inne dobra. Andrzej Czuma domagał się od popierającej go grupy, aby organizacja płaciła mu stałą pensję. Domagał się $250 tygodniowo za pracę na rzecz miesięcznika POMOST.

W Chicago trwały przygotowania do rozłamowego zjazdu. Jednak wcześniej 27 stycznia 1987 roku odbyło się zebranie Rady Naczelnej RSP POMOST. Podczas zebrania przewodniczącym Rady wybrano prof. Jana Kryńskiego, a jej sekretarzem Janusza Subczyńskiego. W związku z zarzutami rozłamowców i dla ich odparcia postanowino powołać profesjonalą firmę audytorską dla zbadania finansów organizacji od początku jej istnienia. Powołano nowy skład redakcji miesięcznika POMOST oraz biuletynów wydawanych po angielsku. Stwierdzano także, że żadne inne wydawnictwa nie reprezentują POMOSTU. Rada stwierdzała także, że rozłamowcy działają wbrew linii ideologicznej organizacji. Wzywano ich, że skoro chcą działać samodzielnie, niech wystąpią z POMOSTU i działają na własny rachunek. Stwierdzano także, że ataków na POMOST spodziewano się od dawna i nie stanową one zaskoczenia.

Zgodnie z przewidywaniami nadzwyczajny zjazd rozłamowy odbył się w dniach 21-22 marca 1987 roku w Chicago. Co ciekawe uczestniczyło w nim zaledwie kilku członków organizacji i liczne grono zaproszonych osób.
O ile Dziennik Związkowy nigdy wcześniej nie informował o działaniach POMOSTU, z rozłamowego spotkania ukazały się obszerne relacje. Sam zjazd zaś jaskrawie pokazał miałkość stawianych zarzutów. Praktycznie nie było żadnych. Powołano jednak - jak to nazwano - Pozaorganizacyjną Komisję Rewizyjną z Andrzejem Czumą, która badać miała zarzuty finansowe. Jakie? Tego nie określono. Nie było wiadomo także jak ma owa komisja działać, gdyż oczywistym było, że Krzysztof Rac i legalne władze POMOSTU nie udostepnią jej żadnych materiałów.

Rozłamowy zjazd pokazał także o co naprawdę chodzi. W relacjach informowano o wotum nieufności wobec dyrektorów organizacji: Krzysztofa Raca, Romana Koperskiego i Mariana Sromka. Wybrano nowe władze i oto tak naprawde chodzilo.
O stawianych zarzutach pisał Tomasz Zabłocki w liście do Pomostowców z 31 marca 1987 roku. Mówienie o zarzutach to jednak niewłaściwe słowo. Zabłocki użalał się, że Rac i inni członkowie władz Pomostu nie przyszli na spotkanie i nie odpowiedzieli na zadawane pytania.

A czego one dotyczyły? Jakiegoś czeku na 1000 dolarów, gdyż nie rozumiano dlaczego został on wystawiony, funduszy kampanijnych dla Żmudy i tego, że Subczyński i Kryński rozłamowców krytytkowali. Dostało się Andrzejowi Jarmakowskiemu za to, że w legalnym “Pomoście” napisał co myśli o Andrzeju Czumie. Ubolewano, że sprzęt wydawniczy jest w ręku Krzysztofa Raca i zapytywano za co został kupiony. To ciekawe, bowiem Budzińska przecież dobrze wiedziała, że sprzęt ten Rac kupił za własne pieniądze i stanowił on jego prywatną własność.

Pozaorganizacyjna Komisja Rewizyjna miała jednak sprawę sprzętu badać oraz sprawdzać. W tym momencie Andrzej Czuma mógł przypuszczać, że być może dawne władze POMOSTU odpuszczą i jakoś organizację uda się przejąć. Mimo, iż tuż przed rozłamowym zjazdem Rac rozesłał do wszystkich członków z pasją napisany list odpierający wszystkie zarzuty I wskazujący na rolę Andrzeja Czumy. List ten wraz z innymi dokumentami publikujemy w galerii.

Także jeszcze przed rozłamowym zjazdem 5 marca 1987 roku prawnicy POMOSTU rozesłali list informujący o podjęciu kroków prawnych przeciwko rozłmowcom i używaniu przez nich nazwy POMOST.
Ponieważ listy od adwokatów nie wystarczyły wniesiono sprawę sądową przeciwko Andrzejowi Czumie i jego towarzyszom. Adwokaci POMOSTU zagrozili procesami także gazetom, które publikowały sprawozdania z rozłamowego zjazdu informując o działaniach rzekomego, rozłamowego POMOSTU.

Co ciekawe dla Andrzeja Czumy wniesienie pozwu do sądu stało się kolejną sprawą, za którą w bardzo specyficzny sposób atakował Krzysztofa Raca. W odręcznie napisanym liście do lidera Solidarności Walczącej Kornela Morawieckiego datowanym 20 czerwca 1988 roku Czuma przesyłał pierwszą stronę pozwu. Przedstawiał siebie i swoich kolegów posiadających małe dzieci jako ofiary spisku, które muszą ponosić ogromne koszty związane z wynajęciem adwokatów. Czuma ubolewał, że nie może skutecznie prowadzić działalności niepodległościowej, bo jego energia i fundusze zżerane są przed adwokatów.
Ostatecznie sąd pod swoim nadzorem postanowił zorganizować wybory. Z ogromną przewagą wygrał Krzysztof Rac i legalne władze organizacji. Rozłamowcy przegrali. Czuma otrzymał zakaz używania nazwy POMOSTU. Grupa rozłamowa musiała oddać wszystkie dokumenty i sprzety jakie udało jej się przejąć.
Wielu zwolenników Czumy szybko od niego odeszło. Należy podkreślić, że niemal wszyscy stronnicy Cumy w Pomoście z czasem przeszli na stronę Raca. Uczynił tak także wybrany prezes rozłamowego POMOSTU Joe Łosiak. Działacze ci szybko zroumieli, że popełnili błąd.

Jednoczesnie Polska odzyskiwała niepodległość. Cel na rzecz którego POMOST pracował został osiągniety. Andrzej Czuma zaś mógł myśleć o kontynuowaniu swojej kariery. Prasa w Polsce wspominała o sprawie POMOSTU w lutym tego roku. Pisano o polonijnym konflikcie, w który zaangażowany był obecny minster sprawiedliwości. Jak to zaś bywa w konfliktach, prawda pewnie leży po środku?.. Otóż niestety nie. Sprawa POMOSTU, to typowy przykład na udowodnienie prawdziwości twierdzenia dawnego francuskiego rewolucjonisty, krzyczącego, że po środku to leży g……. .

W całej sprawie Czuma nigdy nie miał w ręku żadnego poważnego, a przede wszystkim prawdziwego argumentu. Posługiwał się wyłącznie intrygą, kłamstwem, plotką, szeptaną propagandą. Jego działalność wyrządziła niepowetowaną szkodę wielu przyzwoitym ludziom.

Wielu z nich jak Krzysztof Rac, Marian Sromek czy Jan Kryński leży już w grobach i bronić się nie może. Jeżeli taki specjalista od pomówień, rzucania fałszywych oskarżeń zostaje ministrem sprawiedliwości to musi zapalić się światełko ostrzegawcze. Coś jest nie tak. Niestety na razie draństwo pływa na wierzchu. Mam nadzieję niezbyt już długo.

Czumie nie udało się Pomostu zniszczyć, ale udało mu się POMOST zneutralizować. Już nigdy nie działał dla sprawy polskiej. Ludzi związanych z tą ideową organizacją zniechęcił do pracy społecznej. Z niedowierzaniem przyjęli oni wiadomość o wybraniu Andrzeja Czumy jako posła, jego nominacje na stanowisko ministra sprawiedliwości w wolnej Polsce, o której marzyli i dla której tak ciężko pracowali przyjeli z niedowierzaniem i uznali to jako drwinę losu.

Julian Traczykowski
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Sylwia



Dołączył: 06 Gru 2016
Posty: 67

PostWysłany: Wto Gru 06, 2016 9:10 am    Temat postu: Forumoteka.pl Odpowiedz z cytatem



Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
Administrator
Site Admin


Dołączył: 04 Maj 2008
Posty: 9116

PostWysłany: Czw Lis 05, 2009 9:00 am    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Władysław Gauza nadesłał post, zawierający odpowiedź na zamieszczoną wyżej wypowiedź Ryszarda Bociana:

Cytat:

Pan Ryszard Bocian, jak rozumiem, próbuje podważyć sedno mojego artykułu pt. „O historykach, sędziach i TW bez kadzenia”. Przypuszczam, że zostałem źle zrozumiany, albo w ogóle niezrozumiany. Pisząc o historykach, celem moim było zasygnalizowanie, że nie można podchodzić do ich prac bezkrytycznie i traktować ich interpretacje faktów i przesłanek z cmentarną powagą w okolicznościach i klimacie politycznym w Polsce postPRLowskiej, gdzie nie było żadnych zmian w szkolnictwie, zwłaszcza wyższym. Historycy odgrywają nadal rolę politycznych "wspieraczy" i "popieraczy" rozmaitych grup politycznych oraz klik i sitw wywodzących się z PZPR i jej satelitów w byłej PRL.

Powoływanie się w tych okolicznościach na historyków, którzy powołują się na innych historyków, którzy z kolei powołują się na zawodowych szulerów, lokajów i byłych żołdaków reżimu komunistycznego spod znaku SB i UB, nie stanowi dowodu na cokolwiek.

Takie „dowody” kupują zazwyczaj ludzie pozbawieni zmysłu krytycznego, czyli ludzie naiwni oraz osobnicy z natury złośliwi i wredni [nie odnoszę tych ostatnich słów do R. Bociana]. W świetle tych faktów powoływanie się na historyka G.Waligórę nie wnosi nic nowego do sprawy. Z kolei podpieranie się „Więzią” ma taką samą wartość dowodową, co powoływanie się na postkomunistyczną „Politykę”, „Trybunę”, „Gazetę Wyborczą” czy na krakowski „Tygodnik Powszechny”. „Więź” jest pismem katolewicy; pismem stworzonym przez klikę PZPRowską i w prostej linii wywodzi się od stalinowca Jakuba Bermana. Nic też nie dziwił fakt, że pismo to broniło mocno ustaleń „okrągłego stołu”, „grubej kreski” Mazowieckiego i domagało się od Polaków odpuszczenia win bandziorom komunistycznym. Ta sama „Więź” nie domagała się odpuszczenia winy Stanisławowi Helskiemu, za trzaśnięcie cegłą w generalsko-komunistyczny łeb W.Jaruzelskiego w 1994 roku we Wrocławiu. Jest zatem pismem moralnie bardzo podejrzanym, przynależącym zresztą do tej samej stadniny, co Michnik i spółka.

To samo, co historyków, dotyczy tzw. „aparatu sprawiedliwości” w PRL-bis. Tu też nie było żadnej lustracji ani weryfikacji. Osobnicy, którzy zostali powołani do obrony interesów komunistycznych sitw u władzy w Polsce, nadal służą byłym aktywistom PZPRowskim, złodziejom nomenklaturowym, byłym SBekom i UBekom, kiszczakowskim generałom i pułkownikom oraz innym opryszkom i rzezimieszkom ze stadniny narzuconej Polakom przez
Rosję bolszewicką. R.Bocian pomija te fakty i powołuje się uparcie na werdykt sądu postPRLowskiego w Łodzi, wydany na A.Mazura, jako „dowód” jego winy.

„Sąd ustalił” – pisze R.Bocian. Jaki sąd? Na ile ten „sąd” jest bezstronny i wiarygodny? Takich pytań można przytoczyć dużo więcej, ale nie o to tutaj chodzi. Żeby uniknąć sytuacji, jaką wywołał p. Bocian przez powołanie się na lokalny sąd w Łodzi, przytoczyłem wypowiedź byłego sędziego i prezesa Trybunału Konstytucyjnego, Jerzego Stępnia, który mówi wprost, że sędziowie w PRL nie byli sędziami, lecz „urzędnikami reprezentującymi wolę” komunistycznych sitw sprawujących totalitarno-dyktatorską władzę. Urzędnik jak to urzędnik, żeby utrzymać stołek i jeszcze awansować, musiał gorliwie wykonywać i często jeszcze odgadywać życzenia i oczekiwania swego chlebodawcy, bo w przeciwnym wypadku może zostać potraktowany jako nieprzydatny. Jerzy Stępień uważa za wielki skandal, że sytuacja ta trwa do dzisiaj (2009 r.). Jaką zatem ma wartość dowodową werdykt urzędnika mianowanego na stanowisko sędziego przez sitwę komunistyczną?

Wdowa po Mazurze przegrała sprawę. I dobrze, że przegrała. Gorzej by było, gdyby wygrała, coś tak, jak w przypadku L.Moczulskiego, gdyby wygrał.

Przed paru laty w pewnym rejonie Norwegii wybuchały pożary. Po ósmym czy dziewiątym wykryto, kto je wzniecał. Okazało się, że sprawcą był jeden z najbardziej ofiarnych i zdolnych strażaków z miejscowej jednostki straży pożarnej. W wyniku śledztwa wyszło na jaw, do czego się przyznał, że robił to z myślą, żeby dostać awans i wyższe wynagrodzenie. W świetle tego i podobnych faktów nasuwa się pytanie: Co mogli wykombinowywać żołdacy SBeccy, żeby dostać awans i wyższe wynagrodzenie?

Żeby zamknąć tę sprawę: Współczuje ludziom, którzy wierzą w zawodowych szulerów, szkolonych intrygantów, komunistycznych żołdaków SBeckich i UBeckich, bardziej niż w fakty i własny rozum.

W.Gauza
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum polonus.forumoteka.pl Strona Główna -> "LEWA WOLNA, CZYLI NIE TRZEBA GŁOŚNO MÓWIĆ Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Strona 1 z 1
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Możesz dodawać załączniki na tym forum
Możesz ściągać pliki na tym forum




Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group