Forum polonus.forumoteka.pl Strona Główna polonus.forumoteka.pl
Archiwum b. forum POLONUS (2008-2013). Kontynuacją forum POLONUS jest forum www.konfederat.pl
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Wielogłos o IPN

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum polonus.forumoteka.pl Strona Główna -> ARCHIWUM
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Mirek Lewandowski



Dołączył: 07 Maj 2008
Posty: 492

PostWysłany: Pon Sty 11, 2010 5:10 pm    Temat postu: Wielogłos o IPN Odpowiedz z cytatem

Janusz Korwin - Mikke w Dzienniku Polski napisał o IPN - http://www.dziennik.krakow.pl/pl/po-godzinach/felietony/janusz-korwin-mikke-w-prostym-zwierciadle/989061-slowo-o-ipn.html

Zgadzam się z JKM, gdy ten twierdzi:

Cytat:
ja też często krytykuję IPN za atmosferę, którą stwarza, kreując wszystkich, którzy działali w PRL, na "agentów Moskwy" lub wręcz "zbrodniarzy komunistycznych".


Zgadzam się także z surową oceną sędziów orzekających w sprawach lustracyjnych:

Cytat:
często sędziowie w tych sądach - właśnie lustracyjnych - są jak najbardziej zależni. Od służb specjalnych...


choć dowodów na ich zależność od służb nie ma (tutaj JKM sam "stwarza atmosferę", która nie podoba mu się w działaniach IPN).

Za to są dowody, na to, że sędziowie orzekający w sprawach lustracyjnych mają silne PRL-owskie korzenie (np. rodzinne) oraz prezentują łagodny (mówiąc b. oględnie) stosunek do PRL-owskich zbrodniarzy.

Natomiast zupełnie nie zgadzam się z następującym stwierdzeniem JKM:

Cytat:
W IPN nie pracują sędziowie - tylko PROKURATORZY. Oni mają obowiązek wywlekać wszystko, co mogłoby być dla będących pod ich lupą niekorzystne. Od weryfikacji tych informacji jesteśmy - my.


Większość z nas nie ma kwalifikacji i narzędzi umożliwiających weryfikację oskarżeń. Zwłaszcza, że prokuratorzy z IPN (zwani - nie wiedzieć czemu - historykami) nie prezentują wszystkich materiałów umożliwiających ocenę, skupiając się na mniej lub bardziej rzetelnych dowodach winy.

Konkretny przykład to WOJCIECH SAWICKI z IPN - zpca dyrektora centralnego Biura Udostępniania i Archiwizacji Dokumentów IPN. Były działacz Solidarności Walczącej, mający niepodważalne "zasługi" w doprowadzeniu do wydania niekorzystnego dla Leszka Moczulskiego orzeczenia sądu lustracyjnego, bez dorobku naukowego, publicysta "Naszej Polski", zajmujący wysokie stanowisko w hierarchii IPN. On z pewnością spełnia podane przez JKM kryteria. To "prokurator" "wywlekający wszystko, co mogłoby być niekorzystne dla będących pod jego lupą".

Ja jednak wolałbym, aby - wbrew temu, co napisał JKM - w IPN pracowali wyłącznie HISTORYCY a nie PROKURATORZY (pomijając tzw. pion śledczy).

Nie jest zresztą tak, że wszyscy ludzie zatrudnieni w IPN mają prokuratorską mentalność, która tak zachwyca JKM. Większość z nich to rzetelni, obiektywni naukowcy.

Niestety to nie oni nadają dziś ton IPN...

_________________
Mirek Lewandowski
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Sylwia



Dołączył: 10 Gru 2016
Posty: 67

PostWysłany: Sob Gru 10, 2016 11:46 am    Temat postu: Forumoteka.pl Odpowiedz z cytatem



Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
Administrator
Site Admin


Dołączył: 04 Maj 2008
Posty: 9116

PostWysłany: Wto Sty 12, 2010 2:54 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Arkadiusz Rybicki (PO) w Sejmie nt. projektu zmiany ustawy o IPN:

Cytat:
Pani Marszałek! Wysoka Izbo W imieniu grupy posłów Platformy Obywatelskiej mam zaszczyt prezentować projekt ustawy o zmianie ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej – Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu oraz ustawy o ujawnianiu informacji o dokumentach organów bezpieczeństwa państwa z lat 1944–1990 oraz treści tych dokumentów.

Ustawa o powołaniu Instytutu Pamięci Narodowej z 18 grudnia 1998 r. miała rozwiązać problem, co zrobić z archiwami byłych służb bezpieczeństwa PRL, co zrobić z obrazem Polski i Polaków utrwalonym przez ludzi działających w złej wierze, obrazem widzianym przez ubeckie okulary. Tajniakom PRL-u nie chodziło o ustalenie stanu faktycznego, owej „prawdy”, na którą tak często powołują się młodzi historycy. Funkcjonariusze reżimu komunistycznego starali się wydobyć ze swoich ofiar ich najgorsze cechy, z zastraszonych ludzi robili „współpracowników”, zmuszali ich terrorem psychicznym i nieraz fizycznym do podpisywania różnych oświadczeń. Część z nich zostawała faktycznie donosicielami, inni wykręcali się, jak tylko umieli i jak mogli. Każda historia jest inna. Dokumenty opisujące te historie w znacznej części zostały zniszczone, pozostało jednak ich wystarczająco dużo, bo ok. 82 km akt, aby się nimi profesjonalnie zająć. Dokumenty te miały zostać oddzielone od archiwów służb specjalnych wolnej Polski i stać się materiałem historycznym do badań nad najnowszą historią Polski i systemem władzy totalitarnej. To oddzielenie miało również na celu wyeliminowanie pokusy posługiwania się teczkami przez polityków w bieżącej walce z konkurencją. Ważnym celem ustawy o IPN-ie miało być pokazanie postaw ludzi, którzy opierając się PRL, stali się ofiarami tego systemu, osobami dręczonymi i rozpracowywanymi przez policję polityczną. W związku z tym w pierwotnym tekście ustawy znalazła się kategoria osób „pokrzywdzonych”, czyli więzionych, represjonowanych i inwigilowanych. IPN wydawał im zaświadczenia o statusie pokrzywdzonego, co uprawniało je do wglądu w zgromadzone na ich temat akta. Nie mogli otrzymać do nich dostępu byli funkcjonariusze UB i SB oraz ich współpracownicy, a pion prokuratorski IPN-u miał obowiązek ścigać przestępstwa przez nich popełnione. Ważną pozycję otrzymywały w ustawie władze IPN. Konkurs na stanowisko prezesa organizowało Kolegium IPN, z zamierzenia pluralistyczne politycznie. Dziewięciu jego członków powoływał Sejm spośród kandydatów zgłoszonych przez różne kluby polityczne, dwóch wyłaniała Krajowa Rada Sądownictwa, a zatwierdzał Sejm.

Tysiące opozycjonistów PRL zgłosiło się o wydanie im teczek, które tworzyła na ich temat służba bezpieczeństwa. Procedura ich wydawania była skomplikowana i trwała nieraz kilka lat. Zainteresowany otrzymywał kopie materiałów na swój temat z zakreślonymi na czarno nazwiskami innych niż on sam osób. Była to tzw. anonimizacja. Jawne były nazwiska funkcjonariuszy UB i SB oraz pseudonimy ich tajnych współpracowników.

W latach 2000–2005 Instytut Pamięci Narodowej pod kierownictwem Leona Kieresa trzymał się raczej z dala od polityki. Nadał za to 6,5 tys. osób status pokrzywdzonego, co wymagało znacznej pracy, za każdym bowiem razem trzeba było przejrzeć dokumenty dotyczące danego środowiska, osób współdziałających, na przestrzeni życia danej osoby, zapisy w ewidencji itd.

Sytuacja zmieniła się w styczniu 2005 r., kiedy z IPN-u wyciekły listy funkcjonariuszy UB i SB, tajnych współpracowników oraz osób zarejestrowanych w centrali UB i SB jako kandydaci na współpracowników. Dziennikarz „Rzeczpospolitej” Bronisław Wildstein udostępnił tę listę innym dziennikarzom. Na początku 2005 r. opublikowano ją w Internecie. Rozgorzała dyskusja, jaki charakter ma lista, na której pomieszano oprawców oraz ich ofiary. „Kandydatem” do współpracy często zostawało się bez jakiegokolwiek kontaktu z SB. Oni po prostu typowali, że X by się im przydał i dopiero potem zaczynali do niego podchodzić, osaczać go, prowadzić prace operacyjne, z różnym oczywiście efektem. Tak więc wśród „kandydatów na tajnych współpracowników” byli ludzie, którym należał się absolutnie status pokrzywdzonego, oraz tacy, którzy zostali zwykłymi agentami. Mnóstwo ludzi, w tym wielu szanowanych i znanych obywateli, poczuło się pomówionych. W niektórych społecznościach lokalnych piętnowano tzw. agentów na podstawie zbieżności nazwiska i imienia. Pojawił się termin „dzikiej lustracji”. Do Instytutu Pamięci Narodowej na masową skalę zaczęły wpływać wnioski o stwierdzenie, czy nazwisko danej osoby na liście to przypadkowa zbieżność. Zasypany on został żądaniami wydawania ludziom zaświadczeń, że współpracownikami nie byli. Powstało całkowite zamieszanie w sprawie tego, co która lista oznacza i czym się różnią tajni współpracownicy UB i SB od osób przez nich inwigilowanych. IPN odpowiadał: Pana nazwisko tam figuruje, ale jest to zbieżność imienia i nazwiska. Nie było możliwości prawnej udzielenia odpowiedzi, że ktoś nie był tajnym współpracownikiem. Była tylko możliwość uznania za pokrzywdzonego. Ta sprawa wywołała moc zamętu i wyrządziła wiele krzywd ludziom, którzy zostali pomówieni, zaplątani w sprawę, a wyjaśnienia nie otrzymali do dzisiaj.

Warto w tym miejscu przypomnieć, że wydarzenia te rozgrywały się w czasie kampanii wyborczej 2005 r., a hasło oczyszczenia Polski z agentów było jednym z najważniejszych, jakie głosiło Prawo i Sprawiedliwość. Według tego poglądu, Polska nie była taka, jaka być powinna, bo wciąż mieli na nią wpływ ludzie uwikłani we współpracę z SB. W wersji skrajnej, i wcale nierzadko głoszonej, istniał spisek byłych funkcjonariuszy SB, którzy nadal pociągali za najważniejsze sznurki w Polsce, posiadając wiedzę o tajnych współpracownikach i szantażując ich. W wersji bardziej umiarkowanej SB już co prawda nie było, ale ludzie, których ubecy złamali, pozostawili w sobie do dziś tyle podłości, że nic dziwnego, że nieuczciwość pleniła się w polityce, biznesie, na uczelniach, wśród dziennikarzy, w Kościele, wszędzie. To było przyczyną zła. Lista Wildsteina, wyniesiona z Instytutu Pamięci Narodowej, idealnie trafiała w rozbudzone przez Prawo i Sprawiedliwość zapotrzebowanie społeczne na „agentów”, którzy sprawiali, że polskie życie było trudniejsze, niż mogłoby być. Dopiero IV Rzeczpospolita miała przynieść uwolnienie Polski od tej przypadłości.

W połowie 2005 r. skończyła się kadencja Leona Kieresa, rozpoczęto wybory następnego prezesa IPN-u. Jednym z najpoważniejszych kandydatów był Andrzej Przewoźnik, sekretarz generalny Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa. Innym znanym pretendentem do objęcia stanowiska prezesa był Janusz Kurtyka. 5 lipca 2005 r. „Rzeczpospolita” podała, że w krakowskim oddziale IPN-u znaleziono notatkę kaprala milicji Pawła Kosiby, według której Przewoźnik został zarejestrowany przez SB jako współpracownik. Może warto dodać, że nie był to dokument urzędowy z czasów SB, ale notatka sporządzona w 1990 r., kiedy Kosiba ubiegał się o przyjęcie do Urzędu Ochrony Państwa. Przez 15 lat leżała sobie spokojnie w krakowskim oddziale IPN-u, została wyciągnięta właśnie teraz, na konkurs. Janusz Kurtyka, szef krakowskiego oddziału IPN-u, nie widział w jej ujawnieniu w takim momencie i w takim trybie, wobec konkurenta do ważnego stanowiska, nic niestosownego. Przewoźnik stracił szanse w konkursie na prezesa IPN-u. (Głos z sali: Chwała Bogu!)

Sąd Lustracyjny oczyścił Andrzeja Przewoźnika, ale było już za późno. W drugim konkursie wystartował Janusz Kurtyka i kolegium, przewagą 1 głosu, rekomendowało go na prezesa IPN-u. Wśród wahających się był członek kolegium, dawny opozycjonista, prześladowany przez SB, wybitny historyk, jeden z najlepszych znawców komunistycznych służb specjalnych Andrzej Grajewski... (Głos z sali: Cha, cha, cha!) ...który w tym konkursie Kurtyki nie poparł. Sejm przyjął kandydaturę Janusza Kurtyki większością głosów. Platforma Obywatelska popełniła błąd, kierując się opinią Jana Marii Rokity, którego Kurtyka był kolegą, głosując za jego kandydaturą. (Oklaski) (Poseł Zbigniew Girzyński: Brawo Jan Maria Rokita!) W nieco późniejszym czasie ogłoszono, że Andrzej Grajewski jest rzekomo agentem WSI. Nic mnie nie przekona, że nie było to zemstą za tamto głosowanie. Pytanie tylko: czyją? (Głos z sali: Nowy spisek.)

Nowy prezes IPN-u myślał podobnie jak liderzy Prawa i Sprawiedliwości. Był zwolennikiem jak najszerszej lustracji, która miała zdekomunizować Polskę i uwolnić ją od „agentów”. Parlament, zdominowany przez PiS, znowelizował ustawę o Instytucie Pamięci Narodowej, usuwając z niej status pokrzywdzonego. (Poseł Zbigniew Girzyński: Waszymi głosami.)

Instytut przejął funkcje lustracyjne, skupiając swoją uwagę już nie na pokrzywdzonych, lecz na „agentach”. (Poseł Zbigniew Girzyński: Głosami PO.)

Agenci zaś stanowili jeden z filarów III Rzeczypospolitej, element „układu”, o którym stale mówili przywódcy Prawa i Sprawiedliwości, uzasadniając… (Głos z sali: Tak, prawda.) …konieczność ustanowienia IV Rzeczypospolitej. (Poseł Zbigniew Girzyński: Platforma za to zapłaci.) Ta wspólnota przekonań kierownictwa IPN i PiS prowadziła do wspólnego języka, jakim PiS i IPN mówiły o tak zwanej polityce historycznej. (Poseł Zbigniew Girzyński: A wy po chińsku mówicie?) W dziwny sposób dziennikarze gazet podzielających teorię o agenturalnym układzie mieli łatwy dostęp do „teczek” SB, które te teorie potwierdzały. (Poseł Zbigniew Girzyński: Platforma od roku po rosyjsku gada.)

W maju 2007 r. przygotowaną przez Prawo i Sprawiedliwość ustawą lustracyjną zajął się Trybunał Konstytucyjny. IPN sporządził wówczas listę nazwisk około 500 osób pełniących ważne funkcje w życiu publicznym, które w świetle ustawy lustracyjnej były współpracownikami komunistycznych służb. Władze IPN w ostatniej chwili jednak zawahały się i nie ogłoszono publicznie tej listy.

Trybunał zakwestionował taką lustrację „po uważaniu” Prawa i Sprawiedliwości. Jednak poseł Prawa i Sprawiedliwości Arkadiusz Mularczyk, który bronił tego projektu ustawy przez trybunałem, w ciągu jednego dnia – co było procedurą niespotykaną w dotychczasowej historii IPN – wszedł w posiadanie materiałów IPN mających świadczyć o tym, że dwóch sędziów orzekających w tej sprawie może być stronniczych, bo są zarejestrowani jako „kontakty operacyjne”. Sędziowie zostali wyłączeni ze sprawy.

Trybunał uznał, że lustracja dziennikarzy i naukowców jest niekonstytucyjna. Prezes Instytutu Pamięci Narodowej Janusz Kurtyka w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” w dniu 9 maja 2007 r. stwierdził, że w latach 70. i 80. ponad 40% współpracowników SB miało wyższe wykształcenie, co może być jednym z motywów sprzeciwu środowiska dziennikarskiego i naukowego wobec lustracji. Wcześniej słyszeliśmy od polityków Prawa i Sprawiedliwości o „wykształciuchach” i „łże-elitach”. Te dwa głosy brzmiały niestety podobnie. (Poseł Jolanta Szczypińska: A Palikot co mówił?)

W połowie 2006 r. skończyła się kadencja Kolegium Instytutu Pamięci Narodowej, przez rok nie wybrano nowego. W tym czasie prezes pozostawał praktycznie bez żadnej kontroli. Podjął kolejną decyzję sprzeczną z duchem ustawy o IPN. Wysłał grupę historyków do sztandarowego projektu PiS – likwidowania Wojskowych Służb Informacyjnych. Sławomir Cenckiewicz został nawet… (Poseł Zbigniew Girzyński: Za tym też głosowaliście.) ...szefem tej komisji. (Poseł Beata Mazurek: To uzasadnienie ustawy?) Było to złamanie jednej z najważniejszych zasad leżących u źródeł powołania IPN: oddzielenia historii najnowszej i związanych z nią dokumentów od służb specjalnych i od polityki. (Poseł Zbigniew Girzyński: Za tym też głosowaliście.) Zasady, że historycy zajmujący się najnowszą historią, tą sprzed 1990 r., dotyczącą często żyjących ludzi, nie wchodzą w relacje i uwikłania z pracownikami służb specjalnych.

W 2007 r. dokonano wreszcie wyboru Kolegium IPN. Spośród 11 jego członków 10 wybrała koalicja rządząca Prawa i Sprawiedliwości, Samoobrony i Ligi Polskich Rodzin. Zwracając uwagę na polityczną dyspozycyjność kandydatów, nie przyłożono szczególnej wagi do ich profesjonalnego przygotowania. W składzie kolegium znaleźli się między innymi: inżynier, socjolog wsi, szef telewizji oraz historyk, badacz dziejów górnictwa solnego w Polsce. Nie było ani jednego prawnika. Kolegium takie nie zwracało uwagi na codzienne przecieki do prasy informacji sugerujących czyjąś agenturalność albo niejasną przeszłość, nie przejmowało się ignorowaniem w publikacjach IPN wyroków Sądu Lustracyjnego.



Ostatnio zmieniony przez Administrator dnia Sro Maj 05, 2010 3:11 pm, w całości zmieniany 3 razy
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Administrator
Site Admin


Dołączył: 04 Maj 2008
Posty: 9116

PostWysłany: Wto Sty 12, 2010 2:58 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Cytat:
W IPN pracują setki historyków, organizatorów wystaw i przedsięwzięć edukacyjnych. Lista publikacji ich działań przywracających „białe plamy” w najnowszej historii Polski jest imponująca, żeby wymienić choćby atlas podziemia niepodległościowego, wznowienie monografii Jana Józefa Lipskiego o Komitecie Obrony Robotników, monografię Grzegorza Waligóry o Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela, „Przed i po 13 XII” – dokumentacja o okolicznościach nacisków na Polskę w bloku sowieckim, biografię prezesa getta warszawskiego Adama Czerniakowa – Marcina Murynowicza, tom „Straty osobowe i ofiary represji pod dwiema okupacjami” czy też wydawany co pół roku periodyk „Pamięć i Sprawiedliwość”. Wartościowy jest też tom poświęcony ks. Jerzemu Popiełuszce, choć sposób prezentacji tematu jest znamienny dla części publikacji opracowywanych przez historyków IPN, w których uwagę kieruje się nie na ofiarę, ale na agentów wokół niej, w tym przypadku chodziło między innymi o ks. Jankowskiego. Trzeba rozdzielić wartościowy dorobek IPN od politycznej instrumentalizacji, której przedmiotem stała się w poprzednich latach ta bardzo potrzebna Polsce instytucja. Jej „twarzą” stało się kilkanaście osób z prezesem na czele. Oni doprowadzili do chorego podziału na „historyków IPN” i pozostałych.

Wspieranie przez kierownictwo IPN ideologicznych projektów PiS spowodowało utratę zaufania do tej instytucji w społeczeństwie. Pojawiły się liczne głosy o konieczności ograniczenia IPN, a nawet o jego likwidacji.

Pani Marszałek! Wysoka Izbo! Ponad 10-letni okres funkcjonowania Instytutu Pamięci Narodowej – Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu, w skrócie IPN, pod rządami ustawy z dnia 18 grudnia 1998 r. pozwala na ocenę zarówno tej instytucji, jak i ustawy. Wnioski płynące z tej oceny skłaniają do zmian legislacyjnych, które będą prowadziły do:
    — odpolitycznienia tej instytucji,
    — wzmocnienia współodpowiedzialności i wpływu
    na działalność IPN organu kolegialnego, który
    będzie wybieralny według kryterium fachowości,
    — pełnego otwarcia zbiorów archiwalnych,
    — przyspieszenia procedury udostępniania zbiorów.


Powszechnie formułowany postulat odpolitycznienia IPN wymaga ograniczenia wpływu „czynnika politycznego” na wybór jego organów i działalność statutową. Przyjęte w projekcie nowelizacji ustawy rozwiązania zwiększają kompetencje organu kolegialnego w zakresie ustalania kierunku działań IPN, a także kontrolowania wykonania przez prezesa IPN owych rekomendacji. Ich niewykonanie daje Radzie IPN, która zastąpić ma Kolegium IPN, możliwość nieprzyjęcia sprawozdania z działalności prezesa IPN, co będzie równoznaczne ze złożeniem wniosku o jego odwołanie.

Planowane zmiany nie zmierzają do zwiększenia wpływów polityków na IPN, wręcz przeciwnie, politycy się samoograniczają, przekazując kompetencje środowiskom akademickim. (Poseł Stanisław Pięta: Agenturze.)

Prezes Kurtyka nadużył swojej pozycji dla związania się z jedną partią…
(Poseł Zbigniew Girzyński: Profesor.) …złamał kardynalną zasadę apolityczności IPN, a takiej sytuacji ustawodawca nie przewidział, gdy w 1998 r. uchwalano ustawę o IPN; obecna nowelizacja ma zabezpieczyć IPN przed powtórzeniem się takiego zagrożenia, wprowadzając bardziej kolegialny sposób zarządzania IPN, zmniejszając wpływ polityków, zwiększając wpływ środowisk akademickich. (Poseł Zbigniew Girzyński: Niech pan nie kłamie tutaj.)

Należy zauważyć, że obecnie obowiązujący tryb wyłaniania Kolegium IPN nie gwarantuje powoływania w jego skład osób posiadających merytoryczne
przygotowanie do podejmowania decyzji koniecznych w pracach IPN i ciało to jest złożone zarówno z ludzi o wysokich kompetencjach, jak i z ludzi o kompetencjach nieuprawniających do zasiadania w jego składzie.
Szczególnie dobitnie sytuacja ta wystąpiła w wyniku wyboru w 2007 r., gdyż polityczna jednostronność składu kolegium szła w parze z wyborem wyraźnej mniejszości osób kompetentnych do opiniowania problemu z zakresu historii czy archiwistyki. W składzie Kolegium IPN nie znalazł się również ani jeden prawnik, a przecież problematyka prawna jest jedną z podstawowych w działalności IPN.

Nowelizacja zakłada zwykłą większość przy powoływaniu i odwoływaniu prezesa IPN. Nie ma dziś powodu, aby prezes IPN miał silniejsze umocowanie parlamentarne niż na przykład premier rządu. Nowa ustawa wzmocni kolegialność, współodpowiedzialność oraz zwiększy wpływ czynnika fachowego na prezesa IPN. (Poseł Zbigniew Girzyński: Tusk na prezesa IPN.)

Ten słuszny postulat realizowany jest w projekcie nowelizacji ustawy przez silniejsze powiązanie prezesa IPN i jego działań z Radą IPN, jak również przez wprowadzenie nowego trybu wyboru Rady IPN. (Głos z sali: A gdzie tam Tusk, lepszy Kiszczak.) (Poseł Zbigniew Girzyński: Wybierzmy Kiszczaka.) Postulat odpolitycznienia IPN przekłada się na zbiór szczegółowych rozwiązań…(Głos z sali: Lista skończona.) …które zmieniają…(Głos z sali: Oszukał siebie.)

Wicemarszałek Ewa Kierzkowska:

Panie pośle, proszę o chwilkę przerwy. Panie posłanki i panowie posłowie, bardzo uprzejmie proszę, abyście zapisali się do dyskusji, którą za chwilę otworzymy, i przedstawili swoje wątpliwości w sposób właściwy tej Izbie, czyli z mównicy, a nie z ław. Dziękuję uprzejmie. (Oklaski) Bardzo proszę, panie pośle. (Głos z sali: Uczyniliśmy to, pani marszałek.) (Głos z sali: Oczywiście, pani marszałek.) (Poseł Zbigniew Girzyński: Niech się panowie nie martwią.)

Poseł Arkadiusz Rybicki:

Postulat odpolitycznienia IPN przekłada się na zbiór szczegółowych rozwiązań, które zmieniają tryb powoływania organu kolegialnego, czyli Rady IPN. Przyjęty w projekcie nowelizacji kierunek będzie prowadził do konstruowania Rady IPN przez środowisko historyków z tytułami i dorobkiem naukowym. W efekcie wyboru w skład Rady IPN wejdą osoby merytorycznie bardzo dobrze przygotowane do wpływania na kierunek działań IPN. (Głos z sali: To możemy się tak licytować.)

Co więcej, również tryb wyłaniania samej Rady IPN wzmocni merytokratyczny charakter postulowanej zmiany. Jej powołanie poprzedzi bowiem wybór Zgromadzenia Elektorów, którego skład będzie rękojmią merytorycznych uwarunkowań wyboru rady IPN. Najbardziej renomowane polskie uczelnie oraz Instytut Historii PAN, Instytut Historii Nauki Polskiej Akademii Nauk, Instytut Studiów Politycznych PAN wybiorą po jednym przedstawicielu wyróżniającym się wiedzą z zakresu historii Polski XX w. Prezes Rady Ministrów określi tryb i termin zgłaszania kandydatów do Rady Instytutu Pamięci oraz tryb wyboru przez uprawnione podmioty przedstawicieli do zgromadzenia elektorów, a także warunki i zasady zwoływania i organizowania posiedzenia zgromadzenia elektorów. Uprawnione podmioty, zgłaszając kandydatów na członków Rady IPN, obowiązane będą podać dane o kandydatach ujęte w formularzu stanowiącym załącznik do rozporządzenia. Wykaz kandydatów podawany będzie do wiadomości publicznej.

Kandydaci do Rady IPN wybierani będą w głosowaniu tajnym zwykłą większością głosów. Tak wybrane zgromadzenie elektorów przedstawi Sejmowi 10 kandydatów na członków Rady IPN, z których Sejm wybierze 5, Senatowi 4 kandydatów na członków Rady IPN, z których Senat wybierze 2, natomiast Krajowa Rada Sądownictwa przedstawi prezydentowi Rzeczypospolitej 4 kandydatów, spośród których prezydent wybierze 2 członków Rady IPN.

Projekt nowelizacji wprowadza zasadniczą zmianę dotyczącą zasad udostępniania dokumentów. Będą one udostępniane w znacznie szybszym tempie niż do tej pory i według bardziej przejrzystych reguł, co będzie efektem m.in. opublikowania inwentarzy archiwalnych. Zniknie więc uprzywilejowanie w dostępie do informacji tych, co są w środku IPN, i możliwość wykorzystywania tej wiedzy do celów pozanaukowych, np. poprzez „ujawnianie” w odpowiednich momentach dokumentów, które mają uderzać w konkretne osoby czy środowiska.

Zniesione zostaną także ograniczenia w udostępnianiu akt osobom, które IPN uznał za osobowe źródła informacji komunistycznego aparatu bezpieczeństwa. Dotychczas ustawodawca próbował tak skonstruować rozwiązania prawne, by zagrodzić byłym funkcjonariuszom i ich współpracownikom drogę do poznania wytworzonych przez nich akt. Chodziło o ochronę pokrzywdzonych przed możliwymi nadużyciami czy ujawnieniem materiałów niepożądanych przez dawnych funkcjonariuszy i współpracowników komunistycznego aparatu bezpieczeństwa. Ta intencja stanęła jednak w kolizji z prawem do obrony oskarżonych o współpracę z organami bezpieczeństwa. Praktyka działania IPN pogłębiła jeszcze ten problem poprzez przyjęcie rozszerzających i arbitralnych kryteriów odmowy dostępu do tych dokumentów.Proponowane rozwiązanie udostępnia więc dokumenty wszystkim zainteresowanym i uwalnia IPN od obowiązku orzekania, który dokument można udostępnić i komu, a który nie. Przedkładany projekt stanowi w tym zakresie również wykonanie orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego.

Ważną zmianą w projekcie nowelizacji ustawy jest uchylenie ust. 2 w art. 37 mówiącego o tym, iż osoba, która uzyskała wgląd w dotyczące jej dokumenty, które ujawniają jej pochodzenie rasowe lub etniczne, przekonania religijne oraz informacje o stanie zdrowia i życiu seksualnym i stanie majątkowym, może je zastrzec. Obowiązek odpowiedzialności za ujawnienie tzw. danych wrażliwych spoczywać będzie teraz nie na archiwiście IPN, tylko na osobie, która pozyskuje i wykorzystuje te dane, czyli w istocie na historyku czy dziennikarzu. Długoletnia już praktyka doświadczonych historyków mających dostęp do archiwów IPN potwierdza, że tzw. dane wrażliwe występują w aktach UB i SB rzadko. Można powiedzieć, że bezpieka była w swoisty sposób pruderyjna. Szantażowano ludzi plotkami i informacjami natury obyczajowej, ale nie tworzono na ten temat zbyt wielu dokumentów. Dane te nie były dotychczas używane w publikacjach, mimo iż historycy i dziennikarze mieli do nich dostęp. Osoba – chodzi oczywiście o osobę publiczną działającą przed 1989 r., bo tylko do
jej akt mogą mieć dostęp dziennikarze i historycy – która poczuje się pokrzywdzona w wyniku ujawnienia takich informacji, będzie mogła dochodzić swoich praw na drodze postępowania cywilnego. Akta lub ich kopie udostępniane będą bez tzw. anonimizacji, czyli zaczerniania danych osobowych. W niektórych przypadkach anonimizacja dokumentów przynosiła dziwne i niezamierzone efekty. Prawie cała moja liczna rodzina – mam 4 siostry i 3 braci – zaangażowana była w opór przeciwko komunizmowi w Polsce. Większość mojego rodzeństwa stała się przedmiotem operacyjnego rozpracowywania, założono nam teczki, podsłuchy i rozpoczęto śledztwa. Teraz w tajnych raportach sporządzonych przez SB, których kopie jako pokrzywdzony otrzymałem, znajdowało się moje nazwisko oraz adres zameldowania – był to adres mojej mamy – pod nim następne nazwisko zaczernione i również adres mojej mamy, pod nim kolejne zaczernione i ten sam adres, a pod nim następne – i tak samo czarny flamaster. Domyśliłem się oczywiście, że chodzi o moje rodzeństwo, ale inni mogliby stanąć przed zagadką. Teraz zainteresowanym udostępniane będą pełne dane identyfikujące tożsamość osób, które przekazywały na ich temat informacje organom bezpieczeństwa państwa do 1989 r. Intencją tych zmian jest usprawnienie i przyspieszenie dostępu do akt IPN, odejście od anachronicznych procedur i przybliżenie IPN do instytucji archiwalno-naukowej, zbliżenie zasad postępowania z aktami do praktyki archiwów państwowych.

W tym miejscu pragnę poinformować Wysoką Izbę, że Platforma Obywatelska przedstawi wkrótce projekt zmiany ustawy o narodowym zasobie archiwalnym i archiwach. Przewidywać on będzie zniesienie karencji czasowej przy udostępnianiu materiałów archiwalnych stanowiących państwowy zasób archiwalny, wytworzonych przez instytucje państwowe Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Obecny stan prawny wprowadza 30-letnią karencję na dostęp do akt. Oznacza to np., że historyk zajmujący się okresem PRL mógł w 2009 r. otrzymać jedynie akta wytworzone w 1978 r., ale już nie w roku 1979. Niemożliwe jest zatem sięgnięcie do dokumentów Ministerstwa Obrony Narodowej z lat 1981–1983, a więc opisanie przygotowań do wprowadzenia stanu wojennego, jak i samej jego realizacji. Podobnie blokada dostępu do dokumentów Ministerstwa Spraw Zagranicznych uniemożliwia analizę polityki zagranicznej PRL w latach 80., w tym tak ważnych kwestii, jak stosunki polsko-radzieckie w tym okresie. Jedyny wyjątek od zasady 30-letniej karencji stanowią akta PZPR. W odniesieniu do nich karencja została uchylona przez rozporządzenie ministra kultury i dziedzictwa narodowego przyjęte w 2001 r.

Obecnie istnieje pełne uzasadnienie dla likwidacji karencji archiwalnej w odniesieniu do prawie wszystkich akt wytworzonych w PRL. Tutaj cezurą może być utworzenie rządu Tadeusza Mazowieckiego 12 września 1989 r. bądź zmiana nazwy państwa z Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej na Rzeczpospolitą Polską 29 grudnia 1989 r. Nie ma wielu argumentów dla uzasadnienia blokady dostępu do dokumentów wytworzonych przez struktury państwowe PRL. Wręcz przeciwnie, pełne otwarcie archiwów dla badaczy historii PRL będzie niezwykle ważnym krokiem dla przybliżania się do pełnej prawdy o tamtym, zamkniętym na szczęście, okresie naszej historii. Wprowadzenie w życie projektowanych zmian w ustawie o IPN, a także wspomnianej wyżej ustawie archiwalnej, przyniesie pozytywne skutki społeczne. Przyczyni się do lepszego poznania najnowszej historii Polski oraz realizacji jednego z podstawowych praw obywatelskich, jakim jest prawo obywatela do poznania informacji o sobie, zgromadzonych przez funkcjonariuszy komunistycznego aparatu bezpieczeństwa, i o osobach, które przyczyniły się do gromadzenia o nim tych informacji.

Instytut Pamięci Narodowej nie może być ani PiS-owski, jak jest dzisiaj, nie może być również łupem Platformy Obywatelskiej ani SLD. Proponowane przez nas zmiany w ustawie o IPN powinny uwolnić tę instytucję od pokusy angażowania się w bieżącą walkę polityczną. Najlepszym sposobem zapobieżenia „grze teczkami” będzie jak najszersze otwarcie archiwów SB. Przyjęcie tych zmian przyniesie pozytywny skutek z punktu widzenia realizacji zasady jawności życia publicznego, która powinna być traktowana jako jedna z naczelnych zasad w demokratycznym państwie prawa, oraz przyczyni się do pełniejszej realizacji praw obywatelskich. Dlatego zwracam się do Wysokiej Izby o skierowanie projektu ustawy do dalszych prac parlamentarnych. Dziękuję bardzo. (Oklaski)


58. posiedzenie Sejmu w dniu 7 stycznia 2010 r.

Projekty ustaw dotyczące Instytutu Pamięci Narodowej – Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu


http://orka2.sejm.gov.pl/StenoInter6.nsf/0/452D5D013DBBE952C12576A40081CD2F/$file/58_b_ksiazka.pdf


Ostatnio zmieniony przez Administrator dnia Sro Maj 05, 2010 3:23 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Administrator
Site Admin


Dołączył: 04 Maj 2008
Posty: 9116

PostWysłany: Wto Sty 12, 2010 2:59 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Cytat:
Oświadczenie Prezesa IPN związku z wystąpieniem sejmowym posła PO Arkadiusza Rybickiego.

Na stronach internetowych Gazeta.pl (8.01.2010 r.) oraz w Gazecie Wyborczej (9-10.01.10) opublikowane zostało wystąpienie sejmowe posła PO Arkadiusza Rybickiego, w którym znalazł się fragment dotyczący wyboru Prezesa IPN w 2005 r.: „W drugim konkursie wystartował Janusz Kurtyka i Kolegium IPN przewagą jednego głosu rekomendowało go na prezesa IPN. Wśród wahających się był członek kolegium, dawny opozycjonista prześladowany przez SB, wybitny historyk, jeden z najlepszych znawców komunistycznych służb specjalnych - Andrzej Grajewski, który w tym konkursie Kurtyki nie poparł. Sejm przyjął kandydaturę Janusza Kurtyki większością głosów. (….) W nieco późniejszym czasie Andrzeja Grajewskiego ogłoszono, jako rzekomego agenta WSI. Nic mnie nie przekona, że nie było to zemstą za tamto głosowanie. Pytanie tylko czyją?”.

Kategorycznie oświadczam, iż insynuacja zawarta w powyższej wypowiedzi jest całkowicie nieprawdziwa. Z Panem dr Grajewskim, redaktorem „Gościa Niedzielnego” łączy mnie wzajemny szacunek i współpraca. Uczestniczy On w przedsięwzięciach merytorycznych IPN. Co więcej IPN i redakcja „Gościa Niedzielnego” wspólnie wydają dodatki historyczne. Nazwisko dra Andrzeja Grajewskiego znajduje się w opublikowanym przez IPN katalogu osób rozpracowywanych.

Oświadczam, iż sugestia posła Rybickiego jakobym miał zemścić się na dr Andrzeju Grajewskim za jego głosowanie na Kolegium jest wyjątkowo nikczemna i wpisuje się w pozamerytoryczną dyskusję na temat Instytutu.

Janusz Kurtyka, Prezes IPN
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Administrator
Site Admin


Dołączył: 04 Maj 2008
Posty: 9116

PostWysłany: Sob Sty 23, 2010 6:07 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Cytat:
IPN zajmuje się ogryzkami
Igor Janke 23-01-2010, o

Z Arkadiuszem Rybickim, posłem PO, działaczem opozycji w czasach PRL rozmawia Igor Janke

Rz: Dlaczego Platforma tak bardzo znielubiła IPN?

To nieprawda, że znielubiliśmy. Nie chcemy likwidować Instytutu, ale jedynie wprowadzić niewielkie, choć ważne, zmiany. IPN to bardzo ważna instytucja dla wypełniania białych plam historii.

I nieźle wypełnia swoją rolę.

Ale tylko nieźle. Myślę, że na początku został popełniony błąd w nazwie. Nazwa „Instytut Pamięci Narodowej” sugeruje, że Instytut jest jedynym strażnikiem pamięci narodowej. Wiele osób tak uważa. Nazwa powinna brzmieć: „Archiwum byłych Służb Bezpieczeństwa PRL”. Bo dziś tę instytucję od wielu innych zajmujących się pielęgnowaniem pamięci różni zbiór dokumentów, jaki posiada. A to jest głównie zbiór dokumentów SB.

Ale prace Instytutu nie bazują tylko na dokumentach SB. A poza tym, co to za zarzut, że historycy IPN mają dostęp do tych dokumentów?

To jest zarzut do nazwy. Większość prac IPN jest opartych na dokumentach UB i SB. A nazwa powoduje swoistą „sakralizację” tej instytucji. Pamięć narodowa jest przecież świętością. Wielu ludzi traktuje Instytut jako rodzaj Kościoła, którego krytykowanie jest zamachem na coś najważniejszego. Nasza krytyka nie dotyczy tego, że IPN opublikował jakieś niewygodne fakty, ale tego, że nadaje przesadne znaczenie esbeckim dokumentom. Oraz że odbywają się sądy moralne nad ludźmi. Fakty jest trudno ustalić po tylu latach, ale dokonuje się brutalnych ocen ludzi.

Na pańskim stoliku leży książka Cenckiewicza i Gontarczyka o Lechu Wałęsie. To ona stała się przedmiotem ataku i pretekstem do wojny z IPN. Ale w tej książce nikt nie ocenia całego dorobku Wałęsy, tylko przedstawia fakty dotyczące pewnego okresu jego życia.

To najbardziej znana książka IPN. Jest w niej wstęp Janusza Kurtyki, co podnosi jej rangę. Kurtyka stawia tam bardzo wątpliwą dla mnie tezę – a to jest jego sposób widzenia historii Polski – że bohater to ten, który zginął za ojczyznę. Daje przykład porucznika Stanisława Dydo, żołnierza AK, a później WiN, który w 1946 roku został aresztowany i pod presją podpisał współpracę z UB. Poszedł zaraz do swoich zwierzchników i im od razu przyznał się do tego, co zrobił. Przeniesiono go w inne miejsce i działał dalej w podziemiu. Dwa lata później został aresztowany i skazany na karę śmierci. Kurtyka uznał go za bohatera, bo zginął zamordowany przez UB. Wałęsa miał tego „pecha”, że nie zginął. Żył w pokoleniu, moim pokoleniu, które nie musiało dokonywać tak tragicznych wyborów.

To pańskim zdaniem świadczy o tym, że IPN uznaje za bohaterów tylko tych, którzy zginęli za ojczyznę? W tekście Kurtyki nie ma takiej tezy.

Kurtyka nieprzypadkowo użył takiego przykładu. IPN promuje zerojedynkową wizję historii. Albo jesteś bohaterem, albo zdrajcą.

Ale ta książka nie jest o zdrajcy, tylko o pewnym epizodzie w życiu bardzo ważnego człowieka.

Kurtyka mógł użyć innego przykładu. Kogoś, kto nie został rozstrzelany, przeżył, miał krętą drogę, a w końcu dokonał czegoś wielkiego. A ten przykład przeciwstawia bohaterowi – zdrajcę. To jest książka o zdrajcy.

Ma pan prawo, jak każdy, mieć swoje zdanie na temat tej książki, Kurtyki i tego, jak IPN powinien opisywać Wałęsę. Ale pan występuje dziś jako polityk rządzącej partii, który podaje te opinie jako powody, dla których trzeba zmienić IPN. To znaczy rządząca partia chce nam mówić, w jaki sposób historycy powinni się zajmować daną postacią historyczną, jak powinni interpretować wydarzenia z jej życia.

I powiem zaraz jaką...

No właśnie. Trochę mnie pan przeraża…

Jeszcze nic nie powiedziałem, a pana już to przeraża.

Czy to będzie zawarte w ustawie, jakie książki można wydawać w IPN, a jakich nie?

To całkowita ironia. O Wałęsie powiem: każdy Hindus, Meksykanin i Rosjanin wie, że polski robotnik Lech Wałęsa zbuntował się przeciwko komunizmowi i mu się udało. Zna i rozumie historię tego fantastycznego zwycięstwa, wie, że za to dostał Nagrodę Nobla. A jedyną książkę, jaką Instytut zajmujący się polską pamięcią narodową wydał o nim, to książka o agencie SB Lechu Wałęsie. To nie wymaga komentarza.

Rozumiem, że Platforma zarządzi teraz, że takich niesłusznych książek nie można wydawać. Czy do ustawy będzie jakiś załącznik z listą książek i wskazówkami, kto ma być chwalony, a kto ganiony?

W naszej ustawie nie piszemy o książkach, proponujemy ważne zapisy…

Panie pośle, to nie jest nieważna sprawa. To był dla was pretekst, od którego zaczął się wasz atak na IPN. A ona pokazuje bardzo niebezpieczny moim zdaniem sposób myślenia.

Tych powodów było więcej. Wątpliwości były już za Leona Kieresa. Czy te materiały esbeckie ujawniać czy je zakopać. Gorące spory na ten temat trwały od dawna.

Ale to przy okazji tej książki pojawiły się bardzo ostre zarzuty i żądania, by odwołać kierownictwo, zmniejszyć budżet, a nawet zamknąć IPN.

My nie chcemy ani zamykać IPN, ani odwoływać kierownictwa, ale uważamy, że można lepiej inwestować pieniądze w pamięć narodową. Nie tylko w tę zaświadczaną przez dokumenty SB lub ich brak. Pieniądze, o których zwiększenie występował IPN, zostały przekazane w 2009 roku głównie na Europejskie Centrum Solidarności. Parlament ma na szczęście wybór, w jaki sposób najlepiej wydać pieniądze na kultywowanie pamięci narodowej.

Tylko że muzeum „Solidarności” ciągle nie ma i nieprędko będzie, a IPN ma konkretne dokonania.

Europejskie Centrum „Solidarności” jest w budowie. Ale zaczyna już wydawać książki na temat Solidarności, po całym świecie jeżdżą wystawy pokazujące naszą drogę do wolności, organizowane są wielkie koncerty. To jest konkurencja dla historii zapisanej w dokumentach SB.

Niepokoi mnie to, że pańska partia chce nas pozbawić prawa do znajomości niepięknego kawałka naszej historii. Kiedy poznawaliśmy prawdę o Jedwabnem, też odkrywaną przez IPN, mówiono, że musimy się zmierzyć także z ciemnymi kartami naszej przeszłości. To też jest nasza historia, musimy to przetrawić.Tak samo jak musimy żyć z tym, że przywódca „Solidarności” miał okres w życiorysie, kiedy uległ SB. A potem z tego się podniósł. To też jest kawał naszej historii. A pan chciałby, żebyśmy tego nie wiedzieli.

To nie jest kawał polskiej historii, tylko kawałeczek. To ogryzek naszej historii.

Historia Wałęsy bardzo dużo mówi o Polsce. Młody człowiek, który przyjechał ze wsi do wielkiego miasta, zaczął walczyć, uwikłał się, potem podniósł i został wielkim przywódcą. To jest opowieść o naszych losach.

Ale w tej książce o wielkości jest tylko parę zdań. A potem 750 stron o zdradzie. Dlatego twierdzę, że IPN nie zajmuje się pamięcią narodową o Lechu Wałęsie, tylko tym, co jest w archiwach SB o Lechu Wałęsie. Bo o tym właśnie jest ta gruba książka. To, że w IPN powstała tylko jedna i taka właśnie książka o Wałęsie, pokazuje, że IPN chce zniszczyć jego legendę. Jeśli ma dobre intencje, powinien ogłosić konkurs na książkę o Lechu Wałęsie.

Pewnie tak, ale wydali tę książkę traktującą o sprawach do tej pory nieznanych, a które miały prawdopodobnie wpływ na kształt prezydentury Lecha Wałęsy.

To jest bardzo ryzykowna, nieudowodniona teza, którą historycy nie powinni się zajmować.

No tak. Zapomniałem, że to rządząca partia ma wskazywać, czym historycy mogą się zajmować. Rozumiem, że po zmianach IPN ogłosi konkurs na książkę wskazującą jasno, że Lech Wałęsa wielkim bohaterem był i że wywalczył dla nas wszystkich wolność.

Nie. Chodzi o obiektywną książkę, o prezentację całego życia i dorobku Wałęsy.

Nikt nie zakazuje napisać innych książek. Ale o tym ogryzku historii, jak pan go nazwał, nikt do tej pory nie pisał. Dlaczego mielibyśmy tych faktów nie poznać?

Poznalibyśmy je tak czy inaczej, ale chciałbym, byśmy poznali całą prawdę o życiu Lecha Wałęsy. IPN powinien pokazywać, dlaczego człowiek, który nigdy nie chciał być współpracownikiem, nagle się znalazł w takiej sytuacji. Bardzo wielu ludzi, tych, o których mówi się „agenci”, było w takiej sytuacji. Wyjeżdżali za granicę, coś podpisywali, często nawet myśleli, że walczą z komuną. Po latach dowiadują się, że byli agentami. Dziś dokonuje się sąd nad ich życiem. Sąd na podstawie mało wiarygodnych dokumentów. SB było najgorszą instytucją w PRL. Esbecy nie tworzyli obiektywnej analizy rzeczywistości, tylko pisali to, co chcieli zamieścić, bo mieli różne powody. Chcieli zamienić ludzi w szmaty.

Historycy w miażdżącej większości przypadków nie podważali wiarygodności dokumentów SB.

Ale IPN nie powinien być sądem moralnym.

Nie jest. Sądy moralne wydają politycy, publicyści i księża. IPN bada fakty.

W myśleniu ważnych ludzi z IPN nie ma domniemania niewinności.

Skąd pan wie, co jest w umysłach i sercach ludzi pracujących w IPN?

Czasami osąd życia dojrzałego człowieka wydaje młoda osoba, która nie jest w stanie cofnąć się 30 lat i wczuć w epokę zastraszania ludzi.

Młodość to zarzut?

Nie, to brak doświadczenia, często wiedzy. Gdy się nie zna realiów tamtej epoki, kontekstów, a trzeba się na czymś oprzeć, to tym oparciem stają się dokumenty. Esbeckie dokumenty. Wielu ludzi czuje się skrzywdzonych przez IPN. My chcemy temu zapobiec. Według naszego projektu ustawy każda osoba będzie miała dostęp do swoich akt. Ktoś, kto zobaczy swoje materiały i zorientuje się, że one poważnie go obciążają, zastanowi się, czy ma tytuł do startowania np. w wyborach. Otwarcie archiwów to najważniejsza część naszej ustawy.

Jeśli pan twierdzi, że te archiwa są niewiarygodne, to ilość krzywd ludzkich się zwiększy.

Każdy będzie mógł się sam zmierzyć ze swoją przeszłością. Wiele osób zapomniało, wyparło ze swojej pamięci, że współpracowało z SB. A wiele innych udowodni, że to, co ubecy zebrali na ich temat, to tylko nic niewarte świstki. To rozwiązanie da możliwości racjonalnych zachowań. Nie będzie już kłamstwa lustracyjnego. Otwarcie archiwów to najważniejsza zmiana w ustawie. To powinno uzdrowić IPN. A przypomnę, że my postawiliśmy IPN sporą listę zarzutów.

Jakich?

Proszę sobie przypomnieć, jak błyskawicznie dostał akta poseł Mularczyk z PiS, gdy były mu potrzebne w postępowaniu przed Trybunałem Konstytucyjnym dotyczącym lustracji. Te materiały dostał w ciągu jednej doby, by pokazać, że dwóch sędziów Trybunału to byli „agenci” SB i to wpływa na ich bezstronność. Wybrane media dostawały akta, których używano do skompromitowania różnych osób, choćby w sprawie arcybiskupa Wielgusa.

To zarzut nie fair. Zwykle dziennikarze normalnie występują do IPN o udostępnienie im rozmaitych akt. Tak też było w sprawie Wielgusa. Dziennikarze „Rzeczpospolitej” wystąpili o te dokumenty, a kiedy je otrzymali i przejrzeli, wówczas je opublikowali.

Słyszałem o wielu przypadkach, kiedy dziennikarzom podrzucano materiały, nie mogę podać szczegółów. To zresztą nie zarzut pod adresem dziennikarzy, ale IPN.

Pański generalny zarzut wobec IPN to upolitycznienie.

To zarzut bardzo poważny i do udowodnienia. PiS uchwalił w 2004 roku, że polityka historyczna będzie ważnym elementem jego działalności. Liderzy PiS uznali, że w ich interesie jest dokonanie bardzo ostrego podziału: na III RP – czyli „Rywinland”, w którym Kiszczak i Michnik dogadali się przy Okrągłym Stole, w którym agentura ma się bardzo dobrze – i na czystą IV RP, która zaczyna się od Jarosława i Lecha Kaczyńskich. IPN wpisał się w ten spór po jednej ze stron.

Przez to, że opublikował taką jedną książkę na 600, które wydał? Każda książka na temat najnowszej historii wpisuje się w jakiś polityczny spór.

Ja myślę nie o książce, ale np. o liście Wildsteina.

Ale co ma lista Wildsteina do IPN? On ją wyniósł z IPN wbrew jego władzom.

IPN dopuścił do tego. Spory o pomówienia, o winę i niewinność ciągną się do dziś.

Zarzuca pan IPN, że jest upolityczniony, że wydaje nie te książki, co trzeba. Nie wydaje mi się możliwe, żeby taka instytucja była oddzielona od polityki. Kto się zajmuje najnowszą historią, zawsze wejdzie w jakiś spór. Ja myślę, że wy chcecie po prostu, żeby IPN działał tak, jak chce największa partia, żeby wydawano takie książki, jakich sobie życzą Donald Tusk i jego współpracownicy.

Nic takiego nie powiedziałem. W Polsce każdy może publikować, co chce, co pokazuje przykład Zyzaka i Cenckiewicza. Na publikacjach takich można nawet zrobić karierę.

Zarzuca pan Kurtyce, że jego wizja historii Polski jest bliska wizji Jarosława Kaczyńskiego. Nawet jeśli tak jest, to co to za zarzut. Każdy historyk ma jakąś wizję. Teraz będzie ktoś, kto ma wizję bliską Donaldowi Tuskowi i to będzie lepsze dla Polski?

Nowego szefa IPN wybiorą historycy z dużym dorobkiem naukowym. Dobrze, by był to ktoś o umiarkowanych poglądach. „Prawda historyczna” nie powinna upokarzać ludzi.

O umiarkowanych poglądach, to znaczy bliskich PO?

Nie, to powinien być ktoś, kto nie będzie chciał używać historii do bieżącej polityki.

Ma pan nadzieję, że taka instytucja jak IPN może być poza polityką? To niemożliwe. Muzeum Powstania Warszawskiego jest polityczne, bo opowiada jakąś wizję powstania. Ale czy w tym jest coś złego?

Powstanie było narodowym dramatem i muzeum powinno to pokazywać. Ale to inna sprawa.

Dyskusja o powstaniu to potrzebny polityczny spór, który wywołuje zainteresowanie i emocje ludzi. Pytam o to, bo kiedy pan mówi o odpolitycznieniu IPN, to ja nie wierzę, że Platforma tego chce. Bo tego nie da się zrobić. Zawsze na czele stanie ktoś, kto ma jakąś wizję i będzie podejmował jakieś decyzje wydawnicze.

Już nie PiS, Samoobrona i LPR, ale historycy będą decydować. Ci, którzy zjedli beczkę naukowej soli, naukowcy z dobrych polskich uczelni. Oni zaproponują prezesa. Wierzę, że to odsunie IPN od polityki.
Rzeczpospolita


http://www.rp.pl/artykul/61991,423710_Rybicki__IPN_zajmuje_sie_ogryzkami.html
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Administrator
Site Admin


Dołączył: 04 Maj 2008
Posty: 9116

PostWysłany: Sro Sty 27, 2010 3:16 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Cytat:
Czy posłowie PO stłukli wszystkie lustra?
Jan Żaryn 26-01-2010,

Wyczyny posłów PO, członków komisji hazardowej, z panem Mirosławem Sekułą na czele, dobrze ilustrują generalną zasadę, czy raczej chorobę, która toczy polską odmianę demokracji. Jej sednem jest wprowadzenie do opinii publicznej domniemania, że jedyną wartością, o którą w polityce warto kruszyć kopię, jest skuteczność. Zostało to przećwiczone przez polityków – głównie SLD – radnych i innych ludzi władzy przy okazji lustracji osób publicznych, kiedy to zwyciężali ci spośród dawnych agentów, którzy uparcie nie przyznawali się do współpracy. Nawet popadając w śmieszność, dawali odpór wszelkim argumentom. I wygrywali.

Zarażeni kłamstwami

Dziś czyni to samo Platforma Obywatelska w komisji hazardowej, udając, że nie zna prawdy, choć czytelność zdarzeń poprzedzających "przeciek" i następujących po nim nie daje zbyt szerokiego manewru dla miłośników kłamstwa. Dramat jednak polega na tym, że w ten sposób właśnie politycy uczą i wychowują społeczeństwo. Uczą pogardy dla Ojczyzny, pogardy dla jakiejkolwiek idei, która mogłaby rozpalić umysły Polaków. Ma wygrywać w przestrzeni publicznej cynizm i nieuczciwość.

To bardzo smutna prawda, która wypływa nie tyle z intencji posłów, ile z ich praktycznych poczynań. Co więcej, tych "nauczycieli" jest – miejmy nadzieję – niewielu, ale milczenie i przyzwolenie pozostałych "wkręca" wszystkich parlamentarzystów w ten sam wizerunek. Nie wiem, jak długo wytrzyma to np. Jarosław Gowin czy Andrzej Czuma. Chyba że stłukli w domach wszystkie lustra.

A wydawało się, że po 1989 r. Polska jest w stanie nawiązać do swego republikańskiego dziedzictwa – I Rzeczypospolitej, w której co najmniej kilka pokoleń szlachty potrafiło trzymać się zasady ustalania konsensusu w oparciu o docieranie się stanowisk i poszukiwania takiego zapisu, pod którym większość mogła odnaleźć siebie i swoje przekonania – autentyczne. Bo mieli przekonania, o które warto było kruszyć kopie. Czuli się odpowiedzialni za przestrzeń szerszą niż własny, egoistyczny świat.

Tak się mogło dziać jedynie dlatego, że ponad izbą poselską, senatem i królem istniało prawo boskie oraz jego katalog wartości z umiłowaniem prawdy na czele. Słynne liberum veto, choć przeszkadzające w podejmowaniu skutecznych decyzji (na bliską metę), stawało się impulsem pozwalającym politykom cierpliwie szukać szerszego planu, w tym dalszych skutków podejmowanych decyzji.

Po 1989 r., kiedy to komuniści zarażeni kłamstwami z epoki PRL weszli na salony demokracji, a następnie upodobnili się do nich niektórzy posłowie opozycji, III RP weszła od razu w stadium schyłkowej Rzeczypospolitej szlacheckiej. Brawo, Panowie!

Problem "ogryzka"

Ten przyspieszony proces degradacji etosu osoby publicznej obserwuję także na przykładzie stosunku posłów PO do IPN, do jego obecnego kierownictwa oraz pracy, którą wydaliśmy w 2008 roku. W ostatnim wywiadzie dla "Rzeczpospolitej" poseł Arkadiusz Rybicki, który już kilkakrotnie wprowadzał w błąd opinię publiczną w imię zapewne szczytnych celów ideowych, m.in. powiedział: "To całkowita ironia. O Wałęsie powiem: każdy Hindus, Meksykanin i Rosjanin wie, że polski robotnik Lech Wałęsa zbuntował się przeciwko komunizmowi i mu się udało. Zna i rozumie historię tego fantastycznego zwycięstwa, wie, że za to dostał Nagrodę Nobla. A jedyną książkę, jaką Instytut zajmujący się polską pamięcią narodową wydał o nim, to książka o agencie SB Lechu Wałęsie. To nie wymaga komentarza".

A właśnie, że wymaga. Otóż, żeby historycy dziejów najnowszych (także niezatrudnieni w IPN) mogli pisać prawdziwe biografie Lecha Wałęsy i prace o jego roli, w warunkach, które panie i panowie politycy stworzyliście w latach 1992 – 2005, musiał znaleźć się ktoś, kto napisze najpierw pracę o epizodzie z jego życia – "ogryzku", który sam pan Prezydent III RP rozbudował dopiero dzięki swym zachowaniom w latach 90. do skali najważniejszego problemu państwa.

Po werdykcie Trybunału Konstytucyjnego i nadaniu statusu pokrzywdzonego Lechowi Wałęsie przez IPN w 2005 r. badacze zostali niejako z góry podzieleni na trzy kategorie (pisałem już o tym w 2005 r., a ostatnio jeszcze trafniej dr Sławomir Cenckiewicz):

1. tych, którzy zajmą się inną tematyką, nie dotykając na wszelki wypadek biografii Wałęsy (jak w PRL, gdy miłośnicy historii najnowszej stawali się mediewistami, by nie kłamać);

2. tchórzy i karierowiczów, którym obojętna jest prawda, za to chętnie poszerzają w każdym ustroju dworski korowód klakierów;

3. w końcu tych nielicznych, którzy nie mając obrońcy w postaci ważnej instytucji państwowej, a więc mimo oczywistej porażki, będą tak demodé, iż zaczną dociekać prawdy (casus mgr Pawła Zyzaka).

Kompromitujące zajęcie

IPN postanowił przerwać to zaklęcie wytworzone – w długim okresie lat 90. do 2005 r. włącznie – przez polityków, którzy wiedzieli co nieco o epizodzie z lat 70., ale nie dopuszczali myśli, by prawda przedostała się do szerszego obiegu publicznego – do maluczkich. Zostawmy na boku powody tej blokady informacji, oczywiście – w imię ważkich powodów – zastosowanej przez "równiejszych". Książka Sławomira Cenckiewicza i Piotra Gontarczyka miała rzeczywiście stanowić "ogryzek" – jak mówił Rybicki – w twórczości IPN, ale po to został wydany, by następcy tych badaczy mogli bez strachu powtórzyć w przypisie ich ustalenia. I iść dalej; ku wielkiej biografii przywódcy wielkiego ruchu społecznego, 10-milionowego, "Solidarności".

Niestety, to właśnie wy, politycy, głównie Platformy Obywatelskiej, z "ogryzka" uczyniliście punkt odniesienia dla globalnej oceny IPN. Zaczęliście straszyć kierownictwo IPN zmianami w budżecie, rzekomym "odpartyjnieniem" Instytutu, w końcu naciskaliście i straszyliście konkretnych pracowników IPN, którzy w efekcie woleli zmienić pracę.

A potem jeszcze cynicznie pan Rybicki, odpowiadając na zarzuty dziennikarza: "wy chcecie […] żeby wydawano takie książki, jakich sobie życzą Donald Tusk i jego współpracownicy", stwierdza: "Nic takiego nie powiedziałem. W Polsce każdy może publikować, co chce, co pokazuje przykład Zyzaka i Cenckiewicza. Na publikacjach takich można nawet zrobić karierę".

Jak wiadomo, z panem Zyzakiem Instytut nie przedłużył umowy o pracę, a następnie nie mógł on zostać nauczycielem w Polsce, został zatem magazynierem w Tesco. Drugi z kolei, pan Cenckiewicz, zrezygnował z pracy w IPN po sekwencji zdarzeń rozpoczętych przez marszałka Senatu RP Bogdana Borusewicza. Czy pan Rybicki nie zauważył związku między atakami jego i jego kolegów, a "karierą", którą zgotowano tym historykom? Czy jest tylko tak cyniczny?

Sądzę, że niestety niezależnie od intencji ten były działacz Ruchu Młodej Polski obniża standardy majestatu, który reprezentuje. Bycie posłem staje się dzięki panu coraz bardziej kompromitującym zajęciem. A my, historycy, proszę pana, nie chcemy, by i ten zawód utożsamiany był z "dworem", "tchórzostwem" i "kłamstwem". Żeby nam ktoś nie napisał: Brawo, panowie!

Autor, historyk, profesor Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego, od stycznia 2006 r. do kwietnia 2009 r. był dyrektorem Biura Edukacji Publicznej IPN. Został usunięty ze stanowiska po tym, gdy w Radiu TOK FM stwierdził, że Lech Wałęsa otrzymał status pokrzywdzonego "w sytuacji niewyjaśnionej, jeśli chodzi o życiorys". Obecnie jest doradcą prezesa IPN
Rzeczpospolita


http://www.rp.pl/artykul/9157,425202_Zaryn__Czy_poslowie_PO__stlukli_wszystkie_lustra__.html
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Administrator
Site Admin


Dołączył: 04 Maj 2008
Posty: 9116

PostWysłany: Sro Sty 27, 2010 3:23 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Cytat:
Nowelizacja: IPN do ordynku!
Roman Graczyk*

Najcięższe chmury zawisły nad IPN w czerwcu 2008 r., po wydaniu książki Sławomira Cenckiewicza i Piotra Gontarczyka o Lechu Wałęsie. To pewnie wtedy czołowi politycy PO uznali, że muszą jakoś okiełznać Instytut kierowany przez Janusza Kurtykę, bo w tym kształcie i pod tym kierownictwem jest on niesterowalny. A Platforma chciałaby, żeby instytucja badająca dzieje PRL, a więc wrażliwy politycznie okres historii, była sterowalna.

Gdyby wiosną 2008 IPN ugiął się pod presją rządu i zarzucił pomysł wydania książki o Wałęsie, prezes Kurtyka mógłby liczyć na drugą kadencję. A skoro się nie ugiął, to teraz PO chce doprowadzić do zmiany prezesa, a przy okazji uczynić IPN bardziej uległym.

Naturalnie upływ czasu powściąga gniew i dzisiaj Platforma wypowiada się o IPN łagodniej niż w czerwcu 2008 r. Wtedy premier, między wierszami, groził nawet likwidacją, dzisiaj politycy Platformy (poza Januszem Palikotem, rzecz jasna) tak daleko się nie posuwają. Mówią, że chcą jedynie "odpolitycznić" IPN oraz szerzej otworzyć jego archiwa. Czy można im wierzyć?

O wyższości kontroli nad likwidacją

Moim zdaniem, o ile Platforma wycofała się z radykalnych pomysłów (drastyczne ograniczenie lub likwidacja), o tyle jednak zamierza przejąć kontrolę nad Instytutem. Ściślej: stworzyć instrument kontroli rządu nad IPN. Licząc na zwycięstwo w wyborach parlamentarnych w 2011 r., zarazem PO liczy, że po wyborach to ona będzie IPN kontrolować. Politycy zwykle nie wybiegają myślą dalej niż jedna, dwie kadencje Sejmu. Tak też się dzieje w tym przypadku. Dlatego dla PO teraz nie ma większego znaczenia, że tworzy instrument, który w przyszłości wykorzysta (być może przeciwko niej samej) inny rząd.

Na początku stycznia Sejm odrzucił konkurencyjny w stosunku do stworzonego przez PO projekt SLD-owski, przewidujący likwidację IPN. Dlatego dalsze prace parlamentarne będą się toczyć nad projektem PO. Poseł Arkadiusz Rybicki, który prezentował ów projekt w Sejmie, podkreślał, że zmiany nie są rewolucyjne, co świadczy o tym, że PO nie ma wobec Instytutu złych zamiarów. Zarazem jednak Rybicki snuł obszerne refleksje historyczno-polityczne, z których wynika coś odmiennego: zamiar ręcznego sterowania Instytutem. To samo mówił Rybicki całkiem niedawno, w dającym sporo do myślenia wywiadzie dla "Rzeczpospolitej" (23-24 stycznia).

Dwie najważniejsze zmiany w projekcie PO to szerszy dostęp do akt oraz zmiana sposobu powoływania władz IPN.
Co to znaczy - wszystkim?

Platforma chce, żeby odtąd IPN udostępniał wszystkim zgromadzone na ich temat dokumenty; także byłym funkcjonariuszom SB, także osobom, które Służba Bezpieczeństwa "traktowała jako swoich pomocników". W tej obszernej kategorii mieszczą się ci, którzy współpracowali z SB; ci, co do których nie zachowały się (z powodu celowych zniszczeń z lat 1989-1990) materialne dowody współpracy; a w końcu i tacy, którzy mimo zarejestrowania w rzeczywistości z bezpieką nie współpracowali i są na to dowody w ich aktach personalnych. Do tej pory IPN odmawiał wszystkim tym osobom dostępu do dotyczących ich akt. I wielokrotnie był za to karcony.

Można dyskutować, czy takie ograniczenie nie jest nieuzasadnionym ograniczeniem praw człowieka, ale jakkolwiek by z tym było, to nie IPN wymyślił tę regułę. Ona jest wprost zapisana w ustawie, którą Instytut jest zobowiązany wykonywać. Gdyby cokolwiek tu zależało od IPN, nie zachodziłaby przecież potrzeba nowelizacji ustawy w tym zakresie.

Sejm zadecyduje w tych sprawach zapewne "po uważaniu", to znaczy tak, jak postanowią kluby. Sprawa jest jednak ważna i warta zastanowienia.
"Dla dobra Służby"

Doktryna demokratycznego państwa prawa dozwala na takie ograniczenia równości praw, które przybierają ustawową formę, a dokonywane są w interesie publicznym. Kluczowe jest więc pytanie, czy nierówność praw, jaką mamy teraz, jest czy nie jest w interesie publicznym? Polski parlament dotąd stał na stanowisku, że tego rodzaju nierówność da się usprawiedliwić. Teraz miałoby się to zmienić.

Byli esbecy w ogromnej większości zachowują się dziś tak, jakby ciągle byli w służbowej zależności od generała Kiszczaka i jakby ciągle "dobro Służby" było podstawowym wyznacznikiem ich działań. Na przykład, przesłuchiwani jako świadkowie w sprawach lustracyjnych, ludzie ci z reguły idą w zaparte, przecząc oczywistym dowodom współpracy prowadzonych przez siebie agentów. Nazywają czarne białym, sądy muszą tego słuchać i jakoś interpretować; wszak ci ludzie mają status świadków. Od czasu do czasu do opinii publicznej dochodzą głosy osób publicznych, zarejestrowanych jako TW (najczęściej biskupów), że oto właśnie odnaleźli się ich dawni oficerowie prowadzący i wydali im świadectwo moralności. Brzmi to jak kpina z historii, którą ci ludzie sami przecież tworzyli. Krótko mówiąc, byli esbecy korzystając z dobrodziejstw demokracji, którą kiedyś aktywnie zwalczali, zatruwają ją dziś swoimi kłamstwami. Danie im dostępu do akt pogłębi jeszcze to zjawisko. Czy warto?

Analogiczna jest postawa byłych tajnych współpracowników. Do rzadkości należą przypadki, kiedy ci ludzie nie odwracają kota ogonem. Można ich zrozumieć, każdy ma prawo się bronić. Przychodzi mi tu jednak do głowy trafna formuła posła Arłukowicza, że dokumenty, w przeciwieństwie do polityków, nie cierpią na zanik pamięci. Wprawdzie poseł Arłukowicz wypowiadał te słowa w zupełnie innym, bo hazardowym, kontekście, ale sądzę, że pasują też jak ulał do czasów PRL. Dokumenty SB zapisywały tamtą rzeczywistość na bieżąco. W przypadku tajnych współpracowników zapis ich "urobku" nie miał na celu kompromitowania tych ludzi, tylko dokumentowanie informacji interesujących SB. Nie oznacza to konieczności traktowania ich jak Biblii. Sam jako badacz tych papierów czasami interpretuję je inaczej niż wtedy interpretowali je esbecy. Ale twierdzenie, że ludziom zakładano fałszywe teczki pracy jest nonsensem. Te akta trzeba traktować serio. Są one bardziej wiarygodne niż słowa byłych TW na temat sytuacji tam opisanych sprzed 20 albo i 50 lat. Toteż danie byłym tajnym współpracownikom dostępu do teczek zwiększy istniejącą konfuzję, zamiast przybliżyć nas do prawdy. Prawdziwy problem dotyczy jednak osób, o których wiemy tylko tyle, że były zarejestrowane jako agenci SB.

Znaki zapytania

Zapytajmy, co by było, gdyby jakimś cudem odnalazły się ich teczki pracy i teczki personalne? Zakładając, że w latach 1989-1990 r. niszczono akta spraw "czynnych" żywiołowo, tzn. do pieca poszło to, co akurat było w szafie oficerów prowadzących, można przyjąć, że zawartość zniszczonych materiałów była podobna jak w przypadku materiałów, których nie zniszczono, bo były już w archiwum.

Otóż na podstawie akt, które się zachowały, można powiedzieć, że zarejestrowanie kogoś jako tajnego współpracownika nigdy nie wynikało z widzimisię funkcjonariusza, lecz zawsze było rezultatem - ujmując rzecz w esbeckim żargonie - "opracowania kandydata na tajnego współpracownika". Taką decyzję podejmowano wtedy, gdy w wyniku prowadzonych rozmów dochodzono do przekonania, że dany człowiek godzi się współpracować z SB. Gdy chodzi o formę wyrażania owej zgody, panowały - zwłaszcza w latach 80. - różne obyczaje; bywało, że zgoda nie była wyrażona wprost i na piśmie. Nie znam jednak przypadku, żeby zarejestrowano człowieka, który mówił esbekowi, z którym się spotykał, że nie chce współpracować. Innymi słowy, pogląd o nagminnym praktykowaniu fałszywych rejestracji TW jest równie nonsensowny, jak przekonanie o zakładaniu fałszywych teczek pracy.

Problem polega jednak na tym, że nie każdy, kto godził się współpracować, rzeczywiście potem współpracował. Gdybyśmy więc jakimś cudem odzyskali teczki pracy i teczki personalne tych osób, okazałoby się, że jakaś niewielka ich część faktycznie nie współpracowała. Z moich badań w obszarze IV Wydziału krakowskiej SB wynika, że takie przypadki stanowią wąski margines. Ale są. I zapewne wśród osób zarejestrowanych, których teczki pracy i teczki personalne zniszczono, też są takie, acz nieliczne, osoby.

Sytuacja wygląda więc tak, że w tym zbiorze osób - by tak rzec - "ze znakiem zapytania", są też jacyś sprawiedliwi. Kto zalicza się do której grupy, nie wiemy i być może nigdy się nie dowiemy.

Czy należy osobom "ze znakiem zapytania" udostępnić akta (pamiętajmy, że w tym wypadku nie może być mowy o "teczkach", jedynie o zapisach ewidencyjnych)? Nie wiem. Są pożytki płynące z takiego rozwiązania, są i niebezpieczeństwa.

Całkiem inna jest natomiast sytuacja osób, które są zarejestrowane jako współpracownicy, ale ich akta się zachowały i na tej podstawie można stwierdzić, że ci ludzie nie współpracowali. Tym osobom z pewnością należałoby dać dostęp do akt. Rzecz jest o tyle trudna, że znajdą się z pewnością przypadki graniczne: dla jednych to już współpraca, dla innych jeszcze nie. Takie przypadki graniczne mógłby rozstrzygać IPN, bo ma do tego fachowe siły, a instancją odwoławczą w tych sprawach mógłby być sąd.
Zmiany na lepsze i na bardzo złe

Druga fundamentalna zmiana proponowana przez PO dotyczy sposobu wyboru władz Instytutu. Chodzi o Kolegium IPN i o samego prezesa.

Obecnie członków Kolegium (które zasadniczo jest organem doradczym prezesa) powołuje Sejm wedle swojego uznania. To stwarza niebezpieczeństwo, że do Kolegium wejdą osoby bądź to niekompetentne, bądź też dyspozycyjne wobec partii, które wysunęły ich kandydatury. Przy całym szacunku dla zasług Andrzeja Gwiazdy wydaje się, że jego członkostwo w tym gremium nie ma wiele wspólnego z jego kompetencjami jako znawcy służb specjalnych PRL. Podobnie oceniam obecność w Kolegium Andrzeja Urbańskiego. Ci ludzie, i być może parę innych osób, weszli do Kolegium nie dlatego, że się do tego nadają, lecz dlatego, że tak chciała partia, która ich kandydatury zaproponowała. Krytycy sytuacji w IPN (a zwolennicy nowelizacji) w tym akurat punkcie mają rację. Kolegium, jako organ doradczy prezesa, powinno się składać z fachowców, a nie składa się (nie licząc wyjątków, jak prof. Andrzej Chojnowski i prof. Andrzej Paczkowski). Mają też krytycy rację, gdy podkreślają, że system wyboru członków Kolegium sprawia, że istnieje duże prawdopodobieństwo zdominowania tego ciała przez jedną orientację polityczną. Tak się właśnie sprawy mają obecnie, gdy znaczną przewagę mają tam ludzie PiS. To niebezpieczeństwo byłoby zmniejszone, gdyby członkowie Kolegium zaczynali kadencję nierównocześnie (taki system panuje np. w Trybunale Konstytucyjnym). Wedle propozycji PO siedmiu kandydatów do Kolegium mają wysuwać uniwersyteckie wydziały historii spośród kandydatów będących specjalistami w zakresie najnowszej historii, a dwóch Krajowa Rada Sądownictwa. Ostatecznie będzie decydował Sejm (w sprawie siedmiu członków) i prezydent (w sprawie dwóch pozostałych). Podoba mi się ten pomysł.

Kolegium ma się zmienić w Radę i - jak dotąd - wysuwać kandydata na prezesa Instytutu. Ostatecznie znowu będzie decydował Sejm, ale tu - uwaga! - następuje ważna i moim zdaniem bardzo szkodliwa - zmiana. Otóż, o ile dotąd prezesa wybierano większością kwalifikowaną 3/5 głosów, o tyle teraz ma wystarczać zwykła większość. Dlaczego jest to zmiana na gorsze?

W roku 2008 prezes Kurtyka mógł, wysłuchawszy grzecznie uwag rządu, podjąć decyzję jednak wbrew rządowi. Natomiast po zmianie ustawy prezes IPN, który nie będzie stał na baczność przed premierem, po prostu zostanie odwołany. A skoro taka groźba będzie realna, to - tak to już w życiu bywa - mało który prezes wybierze obronę własnych przekonań, a nie utrzymanie posady.

W istocie to rząd zacznie decydować o tym, jakie badania IPN ma prowadzić, a jakich nie, kogo prezes ma awansować, a kogo zdegradować albo zwolnić. I to rząd w końcu będzie decydował o tym, jakie książki o ważnych postaciach naszego życia publicznego należy w IPN wydawać, a jakich nie. Rządowi będzie z tym łatwiej. Ucierpią badania i publikacje historyczne na drażliwe politycznie tematy. Świadomość historyczna Polaków nie będzie dłużej narażona na nieznośną dla niektórych złożoność. W najnowszej historii będą występować tylko bohaterowie jednoznacznie biali, albo jednoznacznie czarni.

Pan premier nie lubi koloru szarego.

*Autor jest publicystą "Tygodnika Powszechnego" oraz pracownikiem Biura Edukacji Publicznej krakowskiego oddziału IPN.


http://www.dziennik.krakow.pl/pl/aktualnosci/opinie/992788-nowelizacja-ipn-do-ordynku.html
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Ryszard Bocian



Dołączył: 19 Cze 2008
Posty: 200

PostWysłany: Sro Sty 27, 2010 3:24 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Słowo krytyki do sztandarowej tezy Graczyka - o obronie przez esbeków swoich konfidentów. Znany jest co najmniej jeden przypadek odwrotny, kiedy esbecy nie bronili, lecz przeciwnie - zgodnie pogrążali lustrowanego. To przypadek Leszka Moczulskiego. Graniczny jest przypadek Zyty Gilowskiej - kiedy esbek niby to broniąc delikwentki - faktycznie ją pogrążył.

Pozdr.

_________________
Ryszard Bocian
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Administrator
Site Admin


Dołączył: 04 Maj 2008
Posty: 9116

PostWysłany: Pią Sty 29, 2010 7:46 am    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Z bloga Tomasza Węgielnika (politolog, ekspert Instytutu Badań i Analiz Politycznych) - http://ibap.salon24.pl/152844,o-zdeformowanym-portrecie-szczecina-70

Cytat:
2010-01-27 17:25
O zdeformowanym portrecie Szczecina ‘70

W pierwszych tygodniach bieżącego roku (2008 TW) szczeciński oddział Instytutu Pamięci Narodowej opublikował album "Zbuntowane miasto. Szczeciński Grudzień '70 - Styczeń '71". Zawiera on przede wszystkim 445 fotografii sporządzanych podczas rewolty robotniczej w Grudniu '70 i Styczniu '71, a także w trakcie pochodu pierwszomajowego 1971 roku. Większość z nich zrobili fotograficy "Kuriera Szczecińskiego" (Stefan Cieślak), "Głosu Szczecińskiego" (Marek Czasnojć), "7 Głosu Tygodnia" (Maciej Jasiecki) i Polskiej Agencji Prasowej (Andrzej Wituszyński). Autorami stu kilkudziesięciu fotografii są anonimowi funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa. Wybór ten uzupełnia ponad sto kadrów pochodzących z filmów kręconych przez trzy ekipy Ośrodka Telewizyjnego Szczecin, których operatorami byli Lechosław Trzęsowski, Leszek Rydliński i Eugeniusz Eysymont. Tylko parędziesiąt zdjęć zostało wykonanych z ukrycia prywatnymi aparatami fotograficznymi, w tym przez Janusza Piszczatowskiego, asystenta operatora szczecińskiego OTV oraz przez Zbigniewa Wróblewskiego, instruktora fotografii w Wojewódzkim Domu Kultury na Zamku Książąt Pomorskich. Przynajmniej setka odbitek z tej fotodokumentacji wcześniej już była prezentowana, nierzadko wielokrotnie, w różnych wydawnictwach zarówno krajowych cenzurowanych, jak i pozacenzuralnych, a także emigracyjnych czy w prasie zachodniej.

Całość poprzedza stronicowa przedmowa pracowników Oddziałowego Biura Edukacji Publicznej dr Małgorzaty Machałek i Pawła Miedzińskiego. W jej zakończeniu napisano, że album "ma częściowo uzupełnić wiedzę o tych ważnych wydarzeniach z naszej przeszłości i przypomnieć, jak doniosłą rolę odegrał wówczas Szczecin", a większość tekstu poprzedzającego tę konkluzję odnosi się do technicznej strony opracowania zdjęć. W nieco zmienionej i rozszerzonej wersji znajduje się to również w "Kilku uwagach o fotografowaniu i filmowaniu" Pawła Miedzińskiego. Gołym okiem widać, że nad publikacją nie czuwał kompetentny redaktor, który zapewne usunąłby powtórzenia. Wstęp historyczny "Grudzień '70 i jego następstwa" napisał dr Eryk Krasucki. Na końcu wydawnictwa znajduje się trzyakapitowe Post Scriptum, trzystronicowe Kalendarium grudniowo-styczniowego przełomu, skromna Bibliografia dotycząca Grudnia '70 oraz Spis ilustracji.

Najważniejsze zarzuty odnoszące się do rzeczonej składanki zdjęć i tekstów to nie tylko zaprzepaszczenie szansy przedstawienia uniwersalnego charakteru grudniowego doświadczenia, lecz także chociażby usystematyzowania faktów powszechnie znanych w literaturze przedmiotu. Przyjęta koncepcja doboru i prezentacji fotografii tworzy w istocie fałszywy obraz tego najważniejszego rozdroża w dziejach Polski Ludowej. Koncentrują się one - wbrew zapowiedziom z przedmowy - na niszczycielskim i chuligańskim wymiarze Grudnia '70, nie zaś na pierwszym i jedynym w historii PRL strajku generalnym, który 18-22 grudnia 1970 roku opanował ponad 120 przedsiębiorstw aglomeracji szczecińskiej znajdującej się w stanie niemal oblężenia, a miał swoją drugą turę 22-25 stycznia 1971 roku, kiedy to podobnie strajk w formie czynnej bądź solidarnościowej objął przynajmniej 38 zakładów pracy. Jak inaczej bowiem zinterpretować np. wyeksponowanie zdjęcia palącego się milicyjnego gazika w zapowiedzi pierwszego rozdziału "Rewolta uliczna"? Zresztą i dalej obrazów tego oraz jeszcze jednego pojazdu MO - także mimo zapewnień z przedmowy ("Staraliśmy się także ograniczyć ujęcia nazbyt się powtarzające") - jest aż kilkanaście. Sceny te dają czytelnikowi do zrozumienia, co oczywiście jest nieprawdą, że bez mała na każdym rogu palono samochody milicji. Niestety, te zdecydowanie dominujące zdjęcia nie ukazują - wszak ukrywanego przez komunistów - pokojowego wymiaru demonstracji robotników. Także dalej mocno wyeksponowane są zniszczenia, burdy, chuligaństwo, splądrowane sklepy i - pod koniec rozdziału "Między strajkami" - tzw. materiał poglądowy MO, który stanowi aż 40 milicyjnych zdjęć szczecinian z boku, wprost i z profilu. Fotki te w większym stopniu odzwierciedlają mentalność esbeków i inspirowanych oraz kontrolowanych przez bezpiekę żurnalistów, aniżeli rzeczywistość społeczną późnego Gomułki czy wczesnego Gierka.

Z podobną interpretacją odbiorca spotka się również przy lekturze zamieszczonego rysu historycznego. Poprzez brak rzetelności powielono stereotypy ukształtowane jeszcze przez peerelowską propagandę, co zupełnie wypacza edukacyjny cel publikacji. Akcenty są tu rozłożone tak, że wydaje się, iż stroną poszkodowaną byli głównie "...ciężko ranni zostali funkcjonariusze, którzy wpadli w ręce protestujących" (s. 12), prowokowani żołnierze (s. 13) oraz "Przerażeni sytuacją i świadomością mogącego nastąpić wkrótce linczu funkcjonariusze [którzy] strzelali w dużej mierze na oślep" (ibidem). Natomiast "W brutalnym starciu ulicznym manifestanci byli wyraźnie górą" (s. 12), tłum był "coraz bardziej podekscytowany i agresywny" (ibidem), "agresja manifestantów wzrastała wraz z rozwojem zdarzeń" (s. 13), a naporu demonstrantów nie powstrzymały nawet pierwsze ofiary śmiertelne (ibidem). Zdaniem autora, 18 grudnia rano pod stocznią śmiertelnie raniono dwie osoby "z powodu incydentów sprowokowanych przez obie strony konfliktu" (s. 14). Lucjan Adamczuk, doradca grudniowego i styczniowego Komitetu Strajkowego w Stoczni Szczecińskiej im. Adolfa Warskiego, współautor strajkowych postulatów, zbulwersowany wymową albumu zareagował słowami: "Szkoda, że autorzy nie zweryfikowali z nami esbeckich zdjęć i dokumentów. Żyje przecież jeszcze wielu świadków, którzy jak z tego wynika, pamięć mają lepszą niż Instytut Pamięci Narodowej". Podobnego zdania o tym dokonaniu są również inni szczecińscy aktywni uczestnicy Grudnia '70 i Stycznia '71, a wśród nich chociażby Józef Kasprzycki, wiceprzewodniczący grudniowego Komitetu Strajkowego w "Warskim" czy Edmund Bałuka, przywódca styczniowego Komitetu Strajkowego w tej stoczni. Niewykluczone, że autorzy mieli świadomość własnej bezradności, o czym pośrednio świadczyć może uwaga z przedmowy "Kolejność rozdziałów wynika z ich ważności tematycznej", podczas gdy osiem fotograficznych części wypacza rzeczywisty obraz i przebieg zdarzeń. Już bowiem następny rozdział "Płonący komitet", zawierający dodatkowo zdjęcia spod Komendy Wojewódzkiej MO, niejako unieważnia epicentrum rewolty ulicznej. Przecież to pod gmachami milicji w "czarny czwartek" 17 grudnia doszło do najgwałtowniejszych starć z milicją i wojskiem, to tam padły pierwsze strzały do szczecinian, wskutek których śmierć spotkała 12 spośród 13 tego dnia zabitych (jedna osoba zginęła od kul żołnierskich pod aresztem śledczym). Ustawienie rozdziału "Strajk grudniowy", który miał miejsce 18-22 grudnia, przed narzuconym 17 grudnia "Stanem wyjątkowym", a także przed "Krajobrazem po walkach" [ulicznych - M.P.], trwających jedynie 17 i 18 grudnia, błędnie sugeruje, że zniszczenia były następstwem... robotniczego strajku. Notabene wprowadzenie do rozdziału, mającego obrazować początki solidarnej samoorganizacji protestujących robotników, zilustrowano zdjęciem transparentu "Strajkujemy aż do zwycięstwa", pod którym znajduje się samotna kobiecina na tle muru i ogrodzenia, co w wymowie swojej może być - w zależności od odbiorcy - tragiczne lub żałosne, ale na pewno nie przywodzi na myśl, że był to de facto pierwowzór Sierpnia 'SO. Zresztą sporo chaosu w chronologii jest także w ramach poszczególnych części, np. dopiero po "Strajku grudniowym" zamieszczono zdjęcie (fot. 225) "Zarządzenia porządkowego" Prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej w Szczecinie o wprowadzeniu godziny milicyjnej 17 grudnia 1970 roku. Badacze z IPN-u nie uniknęli również ewidentnych błędów merytorycznych. Przykładowo, w kalendarium, obejmującym również trójmiejski Grudzień '70, pada informacja, iż podczas rewolty grudniowej śmierć poniosło 16 osób (s. 214). żaden inny tekst w albumie nie podaje wprost czy choćby pośrednio, że pod koniec 1970 roku na ulicach Szczecina, Gdańska, Gdyni oraz Elbląga zginęły 44 osoby. Z kontekstu również nie wynika, iż autorom chodzić mogło właśnie o Szczecin '70. Zresztą, posługując się wzniosłym zwrotem o "wartości najwyższej, dla której warto poświęcić życie" (cyt. z "Post Scriptum"), autorzy jednocześnie nie poświęcili ani jednej strony tym, którzy życie właśnie wtedy stracili. Pozostali anonimową (o ironio! błędną) liczbą. Poza Jadwigą Kowalczyk próżno szu­kać nazwisk, zdjęć czy bliższych informacji o nich. Idea pamięci narodowej została więc wyartykułowana przedrukiem gazety ze stycznia 1971 roku (s. 175), na której wzmianka o zabitych jest jedną z dziesięciu innych, np. "Neohitlerowcy i chadecy gloryfikują «Żelaznego kanclerza»", "N. Podgórny w Aleksandrii" albo "Konferencja prasowa amb. Buchera". Całkowitej uwadze autorów uszło - co też wynika z oficjalnych danych - 1I7 rannych osób cywilnych, w tym 68 od ran postrzałowych, a przecież do końca życia inwalidami poruszającymi się na wózku pozostali Zdzisław Nagórek i Teresa Olesińska. To wręcz niewiarygodne, że po dekadach zafałszowań, które zresztą zrodziły szereg mitów na temat liczby ofiar i po bez mała dwóch dziesięcioleciach demokratycznej Polski, z taką nonszalancją potraktowano tą kwestię. To, co gorsza, nie jedyny przykład w tym zakresie. Nie należało dopuszczać do druku książki, w której - pomimo corocznego przypominania listy ofiar śmiertelnych batalii grudniowej - podaje się (s. 13) błędne imię (Janina) Jadwigi Kowalczyk, 16-letniej dziewczynki, która, obok tak samo 16-letniego (!) Stefana Stawickiego, jest najbardziej symboliczną ofiarą ślepej przemocy w Szczecinie. Sporo innych jeszcze, poważnych nieścisłości mieści się na tejże tylko stronie 13. Historyk podaje, że 17 grudnia 1970 roku na ulicach Szczecina zginęło 12 osób, natomiast następnego dnia w okolicach stoczni "Warskiego" poległy dwie, co w sumie dowodzi jakoby w naszym mieście było 14 ofiar śmiertelnych. Kogo zatem autorzy albumu z grona ofiar usunęli, czy stało się to w wyniku prac badawczych, czy jest kolejnym rażącym zaniedbaniem? Czyżby liczba 16 poległych w Szczecinie, której dotychczas nikt nie zakwestionował, a od kilkunastu lat wyryta jest obok pamiątkowej płyty przy stoczniowej bramie głównej, była zawyżona? Przypomnę tylko, że już 18 stycznia 1971 roku na czołówce opublikował ją "Kurier Szczeciński" (co zresztą autorzy zreprodukowali na stronie 175). Nie trzeba wcale być szczególnie wnikliwym, by dostrzec szereg innych oczywistych kłamstw, np. że I sekretarz KC PZPR Edward Gierek wieczorem i nocą z 24 na 25 stycznia 1971 roku podczas bezprecedensowej w dziejach obozu państw tzw. socjalistycznych dziewięciogodzinnej konfrontacji z robotnikami w "Warskim", nie zgodził się jedynie (ponownie s. 13) na cofnięcie podwyżki cen z 12 grudnia 1970 roku. Faktycznie oparł się on również - co wszak można przeczytać w nierzadko drukowanej liście strajkowych rewindykacji - innym dość zasadniczym postulatom: (pkt 6) "Żądamy rzetelnych informacji o sytuacji politycznej, gospodarczej w Stoczni i kraju ..."; (pkt 8) "Żądamy wyciągnięcia konsekwencji w stosunku do osób, które spowodowały podanie do środków masowego przekazu informacji o zobowiązaniach rurowni w dniu 19 stycznia 1971 roku", jak też (pkt 9) "Żądamy opublikowania naszych postulatów w lokalnych środkach masowego przekazu do dnia 25 stycznia 1971 roku". Sukcesor Władysława Gomułki, odrzucając te dezyderaty, używał przy tym cenzorskiej argumentacji: "Są pewne ramy, które muszą być, wiecie, zachowane! Ja przez to nie chcę powiedzieć, że nie należy rozszerzać zasięgu tej informacji. Tylko wy nie żądajcie takiej demokracji - prawda - dla, jak to się mówi, wszystkich! I dla przyjaciół i dla wrogów! Takiej demokracji wy nie żądajcie!" (cyt. za: "Rewolta szczecińska i jej znaczenie", oprac. E. Wacowska, Paryż 1971, s. 44).

Są też inne zdumiewające przykłady. W "Post Scriptum" (s. 211) napisano, że pierwsza "Solidarność" działała przez kilka miesięcy. I chociaż nie wątpię, że w szczecińskim IPN-ie nie ma osoby, która nie wiedziałaby, iż powstała w Sierpniu '80 "Solidarność" została stłamszona dopiero 13 grudnia 1981 roku, narzuconym stanem wojennym (czyli tzw. karnawał "Solidarności" trwał ponad rok), to wstyd mi, że taką "wiedzę", autoryzowaną przez szanowaną instytucję, otrzymują młodzi odbiorcy. Nie sposób dociec powodów. Dyskredytujące są podpisy wielu fotografii. Trudno również zrozumieć, dlaczego pod bez mała połową zdjęć - z których znaczna część jest dość łatwa do zidentyfikowania - ich w ogóle nie ma. A przecież decydujący wpływ na wartość tego typu wydawnictwa ma nie tyle opublikowanie materiału ikonograficznego, ile przede wszystkim przyłożenie się do jego rzetelnego opracowania. Na części plansz np. błędna jest topograficzna identyfikacja, w tym np. budynków (fot. 122) rzekomo znajdujących się "pod KW MO". Co więcej, na niektórych planszach zgoła każdy z kilku zamieszczonych podpisów razi zupełną ignorancją. Wbrew bowiem temu, co napisano na stronie 80, to nie Mieczysław Dopierała, przewodniczący grudniowego Komitetu Strajkowego w "Warskim", podaje mikrofon stoczniowcowi (fot. 140) i nie Lucjan Adamczuk prosi o głos (fot. 141). Także na stronie 82 zdjęcia nie przedstawiają Adamczuka (fot. 147), Marii Jolanty Jakimowicz (fot. 148) czy Dopierały (fot. 149). Z kolei na stronie 200 to nie Artur Bezia (fot. 424) dzieli się chlebem z Gierkiem. Obok jednego z trzech prezentowanych zdjęć trójmiejskich, często w różnych publikacjach przywoływanych, można przeczytać, że przedstawia ono pochód robotników w Gdańsku (fot. 12), podczas gdy rzecz dotyczy Gdyni. Zaś płonący w Szczecinie na ulicy Parkowej samochód do przewożenia milicjantów (fot. 47) nie został sfotografowany przez esbeka, jak to podano, lecz przez Wiesława Kawalca, czytelnika szczecińskiego dodatku "Gazety Wyborczej", która zamieściła je w wydaniu z 17-18 grudnia 1994 roku. Zrobił on także zdjęcie z okolic ulic Stanisława Dubois i Sławomira (fot. 25), przypisane Andrzejowi Wituszyńskiemu. Przynajmniej dwa zdjęcia (fot. 297 i 344) są odwrócone, czyli oglądać je należy przykładając... lusterko. Czy jest sens podawać kolejne przykłady tego osobliwego foto-melanżu? W zasadzie wszystkich błędów rzeczowych, tych przywoływanych i jeszcze innych, można było stosunkowo niewielkim nakładem pracy uniknąć. Wystarczyło dochować staranności oraz dokładnie zapoznać się choćby z podstawowymi publikacjami odnotowanymi w bibliografii, które przedstawiają aktualny stan badań nad Grudniem 1970. Uniknięto by też przekłamań z kategorii zaniechań i niedopowiedzeń. Przykładowo, autorzy "Post Scriptum" podają, co zresztą nieco wcześniej zilustrowane jest kilkoma zdjęciami w rozdziale - zatytułowanym tak, jak figuruje to w esbeckich dokumentach - "Żałobna manifestacja", że "1 maja 1971 r. społeczeństwo upomniało się o pamięć poległych", podczas gdy uwadze ich uszło, iż na transparentach pisano również "Żądamy ukarania winnych masakry bezbronnych ludzi" albo "Żądamy ukarania winnych zbrodni grudniowych". Próżno jednak w całym albumie znaleźć choćby akapit na temat śledztwa wszczętego 8 października 1990 roku przez Prokuraturę Marynarki Wojennej w Gdyni na polecenie i pod nadzorem ministra sprawiedliwości, a zmierzającego do "ustalenia osób, które na szczeblu centralnych władz administracyjno-milicyjnych wydały polecenie użycia broni, oraz osób, które wydały taki rozkaz na szczeblu bezpośredniego dowodzenia". W ramach tego bezprecedensowego w naszych dziejach postępowania prokuratorskiego przesłuchano ponad 4 tysiące osób. Tak samo milczy się o procesie sądowym, wszczętym po przedstawieniu 7 kwietnia 1995 roku aktu oskarżenia, którym objęto 12 osób, w tym między innymi gen. Wojciecha Jaruzelskiego.

-----------------------------------------------
Uzupełniam (w związku z poniższą uwagą Jerzego Sychuta) - powyższy artykuł na blogu Tomasza Węgielnika jest autorstwa dra Michała Paziewskiego. Artykuł ten ukazał się na stronie - http://www.sedinum.stetinum.pl/pl/wiadomosci/historia_Szczecina_po_1945_roku/O_zdeformowanym_portrecie_Szczecina_70
a pierwotnie w dwumiesięczniku "Pogranicze" w roku 2008.


Ostatnio zmieniony przez Administrator dnia Pią Sty 29, 2010 1:50 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Jerzy Sychut



Dołączył: 14 Lip 2008
Posty: 35

PostWysłany: Pią Sty 29, 2010 10:01 am    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Dla sprawiedliwości wypadałoby dodać że autorem tego tekstu jest Michał Paziewski.
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email
Sylwia



Dołączył: 10 Gru 2016
Posty: 67

PostWysłany: Sob Gru 10, 2016 11:46 am    Temat postu: Forumoteka.pl Odpowiedz z cytatem



Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
Maciej Gawlikowski



Dołączył: 11 Cze 2008
Posty: 388

PostWysłany: Pią Sty 29, 2010 11:05 am    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Autor bloga zamiast o tym napisać, niezbyt fortunnie podał o jakiejś "reedycji" artykułu.
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum polonus.forumoteka.pl Strona Główna -> ARCHIWUM Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Strona 1 z 1
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Możesz dodawać załączniki na tym forum
Możesz ściągać pliki na tym forum




Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group