Forum polonus.forumoteka.pl Strona Główna polonus.forumoteka.pl
Archiwum b. forum POLONUS (2008-2013). Kontynuacją forum POLONUS jest forum www.konfederat.pl
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Filip Musiał - Mity historyczne - mity polityczne

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum polonus.forumoteka.pl Strona Główna -> SPRAWY BIEŻĄCE
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Ryszard Bocian



Dołączył: 19 Cze 2008
Posty: 200

PostWysłany: Nie Lut 07, 2010 6:50 pm    Temat postu: Filip Musiał - Mity historyczne - mity polityczne Odpowiedz z cytatem

Filip Musiał (IPN Kraków) oddaje sprawiedliwość racjom "opozycji niekonstruktywnej" z KPN na czele w latach przełomu

Cytat:

Filip Musiał - Mity historyczne – mity polityczne

Jeden z ważnych nurtów polskiej debaty publicznej lat 1989–2009 stanowi próba wprzęgnięcia historii w spory polityczne. Dzieje PRL-u, jego transformacji w Trzecią Rzeczpospolitą oraz konsekwencji przyjęcia tego modelu wyjścia z totalitaryzmu dla kształtowania niepodległego państwa zostały zmitologizowane, a ideologiczna wykładania przedstawiana jest jako koncept pozapolityczny. Rosnąca liczba publikacji opisujących kulisy funkcjonowania systemu komunistycznego zagraża tej wykładni, a tym samym jest niewygodna dla środowisk, które dotąd w sposób nieskrępowany narzucały interpretację polskich dziejów najnowszych.

Próbą obejścia dyskusji o faktach i ich konsekwencjach jest przeniesienie sporu czysto historycznego na płaszczyznę batalii ideologicznej[1]. Nie mogąc walczyć z faktami przyjęto zasadę kwestionowania wiarygodności nośnika i przekaźnika informacji. To jest istota trwającej od wielu lat kampanii kłamstw podważających wiarygodność archiwów UB-SB oraz oszczerstw pod adresem historyków, którzy dokumenty te analizują, a wynikającą z nich wiedzę wprowadzają do obiegu publicznego. Tym samym merytoryczną debatę zastępuje się próbami ideologicznego zakrzyczenia efektów badań o polskiej historii najnowszej.

Po dwudziestu latach od wydarzeń 1989 r. wiele z mitów funkcjonujących dotąd w przestrzeni publicznej udało się obalić, warto jednak przypomnieć te najważniejsze.

Mit założycielski

Jednym z najbardziej zmistyfikowanych wydarzeń z najnowszej historii Polski jest „okrągły stół” i proces, który do niego doprowadził. Uważnemu czytelnikowi prasy nie powinien umknąć przełom, jaki dokonał się w postrzeganiu tych wydarzeń w ostatnich latach. Jednak przez dłuższy czas po roku 1989 formułowano tezy wprowadzające w błąd opinię publiczną – część z nich nie straciła swej aktualności. Głoszono zatem, że:

1. przełom roku 1989 był wspólnym dziełem „liberalnego” skrzydła w PZPR oraz „realistycznej” części opozycji;
2. „okrągły stół” był udaną próbą demokratyzacji systemu;
3. celem „liberalnego” skrzydła PZPR było podzielenie się władzą z opozycją.

Literatura dotycząca wydarzeń roku 1989 i lat wcześniejszych w PRL jest – biorąc pod uwagę stopień zniszczenia archiwaliów z tego okresu – stosunkowo obszerna[2]. Dysponujemy też piśmiennictwem ukazującym procesy zachodzące w tym czasie w ZSRS[3], bez zrozumienia których niepodobna podejmować się analizy tego, co stało się w Polsce „ludowej”. Zestawienie faktów zebranych w wymienionych książkach z tezami wprowadzonymi do obiegu medialnego nie pozostawia wątpliwości, że tezy te miały charakter czysto polityczny. Ich celem było zapewne przekonanie opinii publicznej o szczególnie mocnych moralnych i politycznych prawach środowisk „okrągłostołowych” do odgrywania dominującej roli na scenie politycznej. Tym samym służyły one kreacji politycznych autorytetów, którym Polacy zawdzięczać mieli dokonanie demontażu totalitarnego reżimu.

Problem z utrzymaniem „mitu założycielskiego” III RP, jako sojuszu „oświeconej” części PZPR-owskich aparatczyków z opozycyjnymi „realistami” polega jednak na tym, że celem komunistów w 1989 r. było nie podzielenie się władzą, ale jej utrzymanie. Taktyka liderów PZPR u schyłku lat 80. wynikała z rad nadsyłanych z Kremla realizującego plan mający wyprowadzić blok wschodni z kryzysu i pozwolić na utrzymanie władzy przez komunistów. Mitologizowana dziś „pierestrojka” była w rzeczywistości strategią ponownej „odwilży”. Michaił Gorbaczow usiłował powtórzyć manewr z okresu po śmierci Stalina: liberalizacji gospodarczej i odprężenia w relacjach z Zachodem, co umożliwiłoby zaciągnięcie kredytów, pozwalających na ekonomiczną reanimację imperium.

W połowie 1988 r. liczebność opozycji szacowano na 20 tys. osób, pod koniec tego roku na 55 tys. Tym samym za główną przyczynę, która spowodowała „elastyczność” komunistów należy uznać nie siłę opozycji, ale niewydolność gospodarczą bloku wschodniego. Oczywiście, aktywność zróżnicowanych ideowo organizacji opozycyjnych pogłębiała kryzys władzy, ale nie była głównym czynnikiem decydującym o jego rozmiarach.

Wojciech Jaruzelski i jego najbliżsi współpracownicy Czesław Kiszczak, Stanisław Ciosek, Władysław Pożoga i Jerzy Urban, a później także Janusz Reykowski wspierani przez „młodych”: Aleksandra Kwaśniewskiego czy Leszka Millera nie chcieli się władzą dzielić, ale chcieli ją utrzymać. Dla nich „okrągły stół” miał być tylko socjotechniczną operacją pozwalającą na ukazanie „ludzkiej twarzy” reżimu. Godzili się na wprowadzenie części opozycji do struktur władzy, gwarantując jednak sobie „pakiet kontrolny”, czyli budując zabezpieczenia polityczne i gospodarcze – aktywnie wspierane niejawną działalnością agentury[4].

Opozycja również nie zakładała, że efektem „okrągłego stołu” stanie się upadek reżimu. Nurt opozycji – skupiony wokół Lecha Wałęsy i niektórych doradców „Solidarności” – Bronisława Geremka, Jacka Kuronia czy Tadeusza Mazowieckiego stawiał sobie znacznie skromniejsze cele. W myśl zasady sformułowanej w 1985 r. przez Adama Michnika domagał się on prawa do uczestnictwa w legalnym – z punktu widzenia prawa PRL – życiu politycznym, a konkretnie możliwości mniejszościowego udziału w fasadowych dotąd organach przedstawicielskich. W pewnym sensie projekt ten zakładał odwrócenie logiki dziejów. Zwolennicy ugody z władzą jakby wracali do koncepcji Stanisława Mikołajczyka i Polskiego Stronnictwa Ludowego z lat 1945–1947. Formalnie uznawali pryncypia systemu oraz sytuację geopolityczną, a więc nienaruszalność „sojuszu z ZSRS” czy trwałość Układu Warszawskiego. Jednocześnie dążyli do wniknięcia w legalną sferę polityczną i powolnego – obliczonego na lata – ewolucyjnego reformowania systemu.

To co wydarzyło się w efekcie zaskakujących dla obu stron „okrągłostołowego” kontraktu wyborów z czerwca 1989 r. paradoksalnie dowiodło, że „realistami” byli nie reprezentanci łagodnej – ugodowo nastawionej opozycji, ale jej drugi nurt. Jego przedstawiciele dostrzegając wyraźne symptomy osłabienia systemu, uważali, że należy bezkompromisowo dążyć do tego, by „władzę pozbawić władzy”. Opozycjoniści skupieni wokół Grupy Roboczej Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność” – a więc m.in. Andrzeja Gwiazdy i Andrzeja Słowika, w „Solidarności Walczącej” Kornela Morawieckiego, Konfederacji Polski Niepodległej Leszka Moczulskiego, Niezależnym Zrzeszeniu Studentów, Federacji Młodzieży Walczącej, ruchu „Wolność i Pokój”, Liberalno-Demokratycznej Partii „Niepodległość” czy Polskiej Partii Niepodległościowej uważali, że rozmowy z ekipą Jaruzelskiego są zdradą ideałów, a systemu nie należy reformować, ale należy go odrzucić. Dotkliwa porażka, której komuniści doznali w czerwcowych wyborach dowodziła, że to oni trafnie oceniali kondycję systemu. W kolejnych miesiącach i latach pogłębił się konflikt pomiędzy oboma nurtami. Bowiem ten, który komuniści i ich „okragłostołowi” kontrahenci nazywali „radykalnym” głośno domagał się unieważnienia ugody i rozpisania demokratycznych wyborów. Stało się jednak inaczej, i Polska, która uchodziła za symbol początku przemian roku 1989[5] stała się ostatnim krajem bloku wschodniego, w którym przeprowadzono wolne wybory parlamentarne.

Mitem wspomagającym „założycielski” i przez długie lata nierozerwalnie z nim związanym był mit „jedynej drogi” – czyli próba przekonania opinii publicznej, że nie dało się inaczej wyjść z komunizmu, jak tylko w formule dogadania się z włodarzami komunistycznego reżimu. Tworzenie scenariuszy historii alternatywnej jest raczej zadaniem dla publicystów lub autorów science-fiction… Jednak nie ulega wątpliwości, że zawsze jest inna droga i nie ma wydarzeń w dziejach, które miały tylko jeden możliwy przebieg. Tym samym fakt, że zdecydowano się na taki, a nie inny scenariusz nie jest wystarczającą przesłanką do uznania, że było to rozwiązanie jedyne i najlepsze. Porzucając pokusę mnożenia alternatywnych możliwości można stwierdzić z całą pewnością, że ta część opozycji, która zasiadła do „okrągłego stołu” miała zafałszowane wyobrażenie o sile reżimu. Uznawała, że posiada on potencjał, którym faktycznie już nie dysponował. Podobnie wyolbrzymiano możliwości ZSRS.

Dwudziesta rocznica wydarzeń 1989 r. pozwala na spojrzenie z dużego dystansu na ich istotę. Coraz liczniejsze publikacje ukazujące prawdziwą, a nie „lukrowaną” twarz totalitarnej dyktatury, a ich przywódców jako bezwzględnych zamordystów, a nie „ludzi honoru”[6] umożliwiają spokojne prześledzenie taktyki obozu władzy. Warto ją było przypomnieć, bo przez ostatnie dwadzieścia lat skrzętnie ją skrywano – z uporem serwując opinii publicznej wersję o PZPR-owskich „demokratyzatorach”.

Mit oszołomstwa

W ostatnim dwudziestoleciu większość mitów historycznych swoje praźródło miało w politycznych interesach będących konsekwencją „mitu założycielskiego”. Jednym z nich był podział na opozycję „radykalną” i „realistyczną”, jaki dokonał się (z dużą pomocą działań operacyjnych SB) w latach 80., a pogłębił (zapewne również nie bez udziału bezpieki) tuż przed planowanym przez komunistów „manewrem ‘89”. Mit ten na jednym poziomie zmierzał do wytworzenia przekonania o wyjątkowej zdolności opozycji „realistycznej” do oceny sytuacji geopolitycznej u schyłku lat 80. oraz postawienia znaku równości między reprezentantami opozycji „radykalnej” a politycznym „oszołomstwem”. Na drugim z kolei poziomie dążył do wytworzenia przekonania o marginalnej roli „radykałów” na ówczesnej scenie opozycyjnej.

Wbrew obiegowej opinii nurt opozycji uznający negocjacje z przedstawicielami totalitarnego reżimu za zdradę ideałów i przedsięwzięcie nie mieszczące się w moralnych normach działania był obszerny. Rzeczywiście nie był jednak tak głośny i znany, również na Zachodzie, jak nurt „wałęsowski”. Przyczyn tego stanu rzeczy było kilka, jedne wynikały z wewnętrznych możliwości obydwu środowisk – nieskrywana lewicowość najbardziej znanych doradców Lecha Wałęsy – Geremka czy Kuronia, wspieranych przez Michnika – otwierała im drzwi europejskich lewicujących salonów. Inne przyczyny leżały w samym jądrze taktyki działania bezpieki – podejmującej bezwzględne działania ograniczające aktywność środowisk, które umownie możemy nazwać prawicowymi, połączone z akcjami kompromitacji ich liderów. W latach 80. to środowisko „Solidarności Walczącej” czy KPN były najzacieklej represjonowane i agresywnie niszczone. Lewicujący opozycjoniści byli ograniczani w swych działaniach, ale jednocześnie, co najmniej od połowy lat 80., kokietowani – czasem nie bez wzajemności – przez przedstawicieli resortu. Liczne prowadzone w tym czasie dialogi operacyjne z lewicowym nurtem „Solidarności” i z przedstawicielami Kościoła miały być – w zamierzeniu komunistycznego aparatu represji –kanałem dezinformacji z jednej strony oraz możliwością inspiracji tych środowisk z drugiej strony[7]. Budowały zatem tzw. pozycję operacyjną, którą wykorzystano w działaniach władzy z lat 1988–1989.

W całym bloku wschodnim – od połowy lat 80. komuniści szukali formuły współpracy z reprezentantami ruchów dysydenckich – dążąc w istocie do kooptacji do władzy i obarczenia ich odpowiedzialnością za kryzys gospodarczy czy raczej zrzucenia na nich niezadowolenia społecznego będącego konsekwencją kosztów społecznych związanych z próbami wyjścia z ekonomicznej zapaści. Ze względów oczywistych kandydatów szukano po „lewej” stronie sceny opozycyjnej – a w warunkach PRL także wśród tzw. łagodnej opozycji katolickiej – od lat nawykłej do działań samoograniczających.

Wchłonięcie przez system tych grup było, z punktu widzenia włodarzy reżimu, stosunkowo najbardziej bezpieczne. Nie kwestionowały one bowiem „przewodniej roli partii”, akceptowały sytuację geopolityczną, wreszcie skłonne były do negocjacji, gdyż ich celem – faktycznym, a nie tylko pozornym, była zmiana systemu w drodze ewolucji, a nie odrzucenia.

Nurt niepodległościowy opozycji, w przeciwieństwie do tzw. demokratycznego, nie chciał zdemokratyzowania czy reformowania PRL, ale jego likwidacji i stworzenia suwerennego państwa nie w oparciu o przekształcany system, ale w oderwaniu od niego. Zatem główną oś sporu między dwoma głównymi nurtami opozycji lat 80. można streścić w pytaniu: czy celem jest poszerzenie obszaru demokracji i suwerenności w wyniku ewolucji systemu komunistycznego czy też pełna suwerenność i demokracja, które nie dają się pogodzić z dotychczasowym reżimem, bo są jego zaprzeczeniem. Wygrała – jak wiadomo – opcja pierwsza.

W zmieniającej się sytuacji politycznej narastał spór wewnątrz opozycji, który był też podsycany – a może wręcz częściowo sterowany – przez działania operacyjne SB. Przed „okrągłym stołem” w ramach operacji krypt. „Hydra” bezpieka torpedowała próby jednoczenia się środowisk przeciwnych ugodzie z władzą. Równocześnie w ramach operacji „Żądło” starano się pogłębiać konflikt nurtu demokratycznego i niepodległościowego opozycji.

Wkrótce – co jest paradoksem historii, ale jednocześnie mieści się w repertuarze zachowań politycznych – funkcjonariusze SB, dążący do kompromitacji części działaczy opozycyjnych zyskali sojusznika w postaci partnerów „okrągłostołowego” kontraktu. Część opozycji, która zasiadła do rozmów „okrągłego stołu”, a następnie zaangażowała się w tworzenie i działalność rządu Mazowieckiego, broniła podejmowanych przez siebie decyzji prezentując je jako najlepsze – i jedyne – dostępne rozwiązania. To jest praprzyczyna mitów narosłych wokół pierwszego po kontraktowych wyborach 1989 r. rządu. Gabinetu, który podejmując się tytanicznego wysiłku reformy gospodarczej jednocześnie zaprzepaścił szanse na zdecydowane odcięcie się od komunistycznego reżimu. Ówczesny posierpniowy establishment dysponujący po czerwcowym sukcesie mandatem społecznym do głębokich zmian politycznych, zwlekał przez dwa lata z przeprowadzeniem wolnych wyborów parlamentarnych, godząc się jednocześnie na płynne przejście reprezentantów totalitarnego reżimu do publicznego i gospodarczego życia w demokratyzowanej Polsce. Rzeczpospolita stała się więc ostatnim z krajów bloku wschodniego, w którym posłów wyłoniono w demokratycznym głosowaniu.

Oś sporu zaczęła wobec tego przebiegać nie wzdłuż linii: była władza vs. była opozycja, lecz: kontrahenci „okrągłego stołu” vs. środowiska przeciwne ugodzie (bądź nie dopuszczone arbitralną decyzją władz do udziału w niej). Stało się to źródłem „mitu oszołomów”, którą to etykietę przypięto byłym działaczom niepodległościowym mającym aspiracje do udziału w życiu publicznym. „Oszołomami” stali się więc Andrzej Gwiazda, Kornel Morawiecki, Anna Walentynowicz, Krzysztof Wyszkowski… Wieloletnia dominacja na scenie politycznej ugrupowań wywodzących swe korzenie ze środowisk „okragłostołowych” skutecznie przysłużyła się ugruntowaniu w społecznej świadomości „mitu jedynej drogi” oraz bazującego na nim „mitu oszołoma”. To, że badania historyczne wskazują, iż „okrągły stół” niekoniecznie był jedyną wówczas drogą, a zarazem, że to „oszołomy” trafniej oceniali fatalną kondycję zarówno PRL, jak i całego bloku pozostaje nie zauważone…

Bardziej jednak zastanawiające jest to, że działania operacyjne wymierzone w część działaczy byłej opozycji niepodległościowej kontynuowano już w niepodległej Polsce. Tym samym służby specjalne Rzeczpospolitej pełniły funkcję policji politycznej mającej ugruntować dominację środowisk „pookrągłostołowych” na scenie publicznej. W okresie rządów Hanny Suchockiej, gdy szefem Ministerstwa Spraw Wewnętrznych był Andrzej Milczanowski, oficer UOP – były esbek – Jan Lesiak prowadził działania operacyjne zmierzające do rozbicia ugrupowań prawicowych. Także nigdy nie poddane weryfikacji Wojskowe Służby Informacyjne wywodzące się wprost z komunistycznego wojskowego aparatu represji czyli II Oddziału Sztabu Generalnego LWP oraz Wojskowej Służby Wewnętrznej prowadziły – wbrew ustawowym kompetencjom – działania operacyjne przeciwko środowiskom prawicowym. W archiwach zlikwidowanych w 2006 r. WSI zachowały się wzmianki o zainteresowaniu służb wojskowych m.in. Konfederacją Polski Niepodległej, Federacją Młodzieży Walczącej, Stowarzyszeniem „Viritim”, a także kilkoma politykami, m.in. Jarosławem i Lechem Kaczyńskimi, Bronisławem Komorowskim czy Radosławem Sikorskim.

Wszystkie te sygnały stały się jednak dla tzw. dominujących mediów raczej pretekstem do pobłażliwych komentarzy niż powodem do przeprowadzenia gruntownych śledztw dziennikarskich i ukazania pozademokratycznych procedur przynoszących niektórym środowiskom korzyści polityczne. Nie podjęto próby rozstrzygnięcia, na ile te działania były konsekwencją „mitu założycielskiego”, czyli elementem działania na rzecz ogółu środowisk „okrągłostołowych”, a na ile samowolą partyjnych aparatczyków czy funkcjonariuszy nie mogących się wyzwolić z okowów esbeckiej mentalności.

Mit niedemokratycznej dekomunizacji

Bardzo istotnym elementem w działaniach politycznych – mającym swe źródło w historii najnowszej, a w szczególności w „micie założycielskim” – jest próba przekonania opinii publicznej, że nie można było przeprowadzić dekomunizacji. Jak bowiem twierdzono: byłoby to nieetyczne, skoro to komuniści podzielili się władzą oraz sprzeczne z procedurami demokratycznymi.

Pierwszy argument jest w sposób oczywisty nieprawdziwy. Wiadomo bowiem, że komuniści dążyli do utrzymania władzy, a nie podzielenia się nią. To, że faktycznie zostali zmuszeni do jej oddania, nie jest ich zasługą. Nie mieli też – wbrew uporczywie powtarzanym tezom – żadnych możliwości jej siłowej obrony. Kreml nie zamierzał w żaden sposób interweniować w rozwój wypadków w Polsce, a „zbrojne ramię” reżimu czyli aparat represji nie miał już wówczas możliwości mobilizacyjnych pozwalających na spacyfikowanie społecznych nastrojów.

Drugi z argumentów jest równie demagogiczny, bowiem nie ma nic niedemokratycznego w próbie obrony demokracji przed siłami, które są jej wrogie. Nawyki mafijnego działania charakterystycznego dla części establishmentu postpezetpeerowskiego odsłoniło działanie komisji śledczych wyjaśniających afery Rywina i Orlenu. Ujawniły one fasadowość procedur demokratycznych, które stały się jedynie przykrywką dla realizacji partykularnych interesów gospodarczych. Z kolei przykładem na kooperację postpezetpeerowskich polityków z półświatkiem przestępczym stała się afera starachowicka. Ktoś może powiedzieć, że w tego typu działania mogli się zaangażować także politycy innych opcji – być może. Co więcej, możliwe, że się angażują. Jednak jak dotąd nie spotkała nas w historii ostatnich dwóch dekad taka fala afer gospodarczych i kryminalnych jak za czasów rządów Millera, a negatywnymi ich bohaterami stawali się najczęściej politycy SLD, którzy w 1990 r. zamknęli w szufladach legitymacje PZPR. Aparatczycy reżimu totalitarnego stanowili więc (i nadal stanowią) „grupę podwyższonego ryzyka”, jednak świat polityki i część mediów wolą nie dostrzegać rzeczywistości historycznej podtrzymując kolejny mit polityczny.

Można też przenosząc argument o niedemokratyczności dekomunizacji zapytać tych, którzy go podtrzymują, czy uznają zatem, że pogwałceniem procedur demokratycznych było przeprowadzenie w Niemczech denazyfikacji po upadku III Rzeszy? Czy równie niedemokratyczne były procedury związane z „oczyszczaniem” hiszpańskiego aparatu państwowego po upadku reżimu gen. Franco? Czy zjednoczone Niemcy lub Czechy po przeprowadzeniu procedur lustracyjnych i dekomunizacyjnych zostały usunięte z rodziny demokratycznych państw europejskich? Odpowiedzi na te pytania są oczywiste. Oczywista również staje się odpowiedź na pytanie podstawowe, o brak dekomunizacji w Polsce – nie było jej, ponieważ taką decyzję dyktował interes polityczny środowisk „okrągłostołowych”, a pseudohistoryczne czy pseudopolitologiczne uzasadnienie tej decyzji było tylko narzędziem realizacji celów politycznych.

Mit lustracyjny

Tuż po drugiej turze wyborów, 26 czerwca 1989 r., szef SB gen. Henryk Dankowski polecał swym podwładnym: „ze względu na sytuację, jaka wytworzyła się po wyborach do Sejmu i Senatu proszę o przesłanie w trybie pilnym na moje ręce następujących dokumentów: 1. Charakterystykę aktualnie wybranych posłów i senatorów, będących aktualnie naszymi współpracownikami […] proszę uwzględnić stopień ich związania z naszą służbą, dyspozycyjność w realizacji zadań, a także ugrupowanie polityczne, które reprezentują. 2. Charakterystykę osób, które nie są formalnie naszymi współpracownikami, lecz z którymi w różnej formie utrzymywany jest stały lub okresowy kontakt operacyjny […]. Osoby z w[yżej] wym[ienionych] grup, które są zarejestrowane w ewidencji Biura »C« (tajni współpracownicy, kontakty bądź zabezpieczenie) należy zdjąć z ewidencji operacyjnej […] nie powinno [to] oznaczać przerwania kontaktu operacyjnego. Przeciwnie, należy podejmować różnorodne działania, by osoby te były coraz silniej związane z nami i coraz bardziej dyspozycyjne w realizacji zadań […]”[8].

W tym czasie czynna sieć agenturalna, czyli liczba aktywnych konfidentów była dość znaczna. Bowiem u schyłku 1988 r. SB miała „na kontakcie” 98 tys. tajnych współpracowników. Do tej liczby należy dodać pozostałe kategorie osobowych źródeł informacji pionów SB działających w kraju (kontakty operacyjne, konsultantów), tzw. wywiadu MSW oraz służb wojskowych[9]. Mówimy zatem o liczbie znacznie przekraczającej 100 tys. osób, które w chwili wydarzeń 1989 r. tajnie wspierały komunistyczny aparat represji. Liczba ta jednak wciąż nie jest ostateczna, bowiem musimy do niej dodać wszystkie te osoby, które w 1989 r. nie utrzymywały już kontaktów z SB czy służbami wojskowymi, jednak wcześniej – z różnych względów, w różnych okolicznościach i w różnym zakresie – były uwikłane w tajne kontakty z komunistycznym aparatem represji. Ostrożnie szacując mówimy zapewne o kilkuset tysiącach osób (wśród których liczni byli reprezentanci byłej opozycji, środowisk naukowych, twórczych, artystycznych, dziennikarskich itp.), które nie były zainteresowane publicznym ujawnianiem swych kontaktów z komunistyczną policją polityczną.

Agentura po roku 1989 była – w sposób planowy – wspierana przez swych oficerów prowadzących. Ci ostatni w pierwszym etapie podjęli próbę zniszczenia dokumentów byłych współpracowników (zarówno teczek personalnych i pracy OZI, jak i akt spraw operacyjnych), zdawali sobie jednak sprawę, że reguły dokumentowania działań operacyjnych uniemożliwiały całkowite „wymazanie” danej osoby z akt. Dlatego ta operacja została wsparta dezinformacją medialną. Nie ma na to dowodów, niemniej w moim przekonaniu źródło tej akcji wprowadzania w błąd biło w kierownictwie resortu. Kampania dezinformacyjna została zbudowana wokół tez mówiących o fałszowaniu dokumentacji operacyjnej, a przede wszystkim agenturalnej. W ten sposób powstał „mit lustracyjny” czy też może raczej „mit teczek”. Ten mit ulegał ewolucji, a w pewnym momencie wydawało się, że pod naporem publikacji badaczy akt bezpieki upadnie – jego żywotność okazała się jednak zadziwiająca.

Działania przeciwników ujawniania prawdy o niedawnej przeszłości prowadzone są równolegle w kilku wymiarach. Po pierwsze zatem od lat, niektórzy publicyści – wspierając się „autorytetami” z resortu (a więc funkcjonariuszami zainteresowanymi ochroną danych ich byłych osobowych źródeł informacji oraz blokowaniem wszelkiej aktywności zmierzającej do poznania ich „warsztatu pracy” vide np. Czesław Kiszczak lub Gromosław Czempiński), bądź „autorytetami” społecznymi (często mającymi kłopoty z własną przeszłością, vide np. ks. Michał Czajkowski lub Andrzej Szczypiorski) świadomie lub nieświadomie dezinformowali opinię publiczną powtarzając nieprawdziwe informacje o masowym jakoby fałszowaniu dokumentacji operacyjnej przez SB. Pikanterii dodaje fakt, że czasem okazuje się, iż antylustracyjni publicyści sami mieli poważniejsze (np. Lesław Maleszka) lub mniej poważne (np. Ernest Skalski) tajne związki z resortem. Okazuje się zatem, że zarówno esbeccy „eksperci”, jak i część „autorytetów” czy komentatorów/publicystów kreuje „rzeczywistość medialną”, a więc stara się wpłynąć na nasze poglądy w obronie własnych życiorysów.

Inną metodą, poza przekonywaniem nas o tym, że funkcjonariusze SB zajmowali się w znacznej części wprowadzaniem w błąd swoich przełożonych, pozostaje bagatelizowanie faktu współpracy. Najczęściej zaczyna się od jednoznacznej deklaracji byłego agenta, stwierdzającego stanowczo, że nigdy nie współpracował z bezpieką. W miarę wychodzenia na jaw kolejnych dowodów współpracy zarówno sam zainteresowany, jak i zmobilizowane w jego obronie „autorytety” stwierdzają, że: „Coś tam podpisał, coś mówił, ale to wszystko nie miało większego znaczenia…”. Po czym podsumowują: „Może i coś mówił, ale na pewno nikomu nie zaszkodził…”[10]. Oderwanie tych stwierdzeń od rzeczywistości jest oczywiste dla każdego, kto zapozna się z informacjami dotyczącymi przebiegu współpracy danej osoby. Najczęściej jednak – przeciętny odbiorca mediów – zatrzymuje się na poziomie komentarzy nie wnikając samodzielnie w historię współpracy. Przy pomocy takich działań osiągnięto paradoksalną sytuację, w której „mit lustracyjny” jest wzmacniany przy każdym kolejnym przypadku ujawnienia faktu współpracy znanej osoby publicznej. Wytwarzany bowiem szum medialny przez chór obrońców, nie wnikających w istotę sprawy, lecz wygłaszających za każdym razem te same formułki o nieistotności i nieszkodliwości tajnej kolaboracji z totalitarnym reżimem wywołuje – jak można zaobserwować – rodzaj społecznego zmęczenia tą tematyką i dość powszechnego przekonania o niskiej wiarygodności akt operacyjnych. W ten sposób „mit lustracyjny” pozwolił zmistyfikować rzeczywistość i jedno z najbardziej istotnych źródeł historycznych do badań nad dziejami Polski „ludowej” uczynić co najmniej podejrzanym, a z pewnością sprawić, że w powszechnym odbiorze uchodzi ono za wątpliwe[11].

Dodatkowym elementem, który został wykorzystany dla wzmocnienia tego mitu jest powszechne dążenie do upraszczania przekazu, a więc sytuacja, w której – na pewnym poziomie – funkcjonować musi formuła przesłania czarno-białego. W takiej wizji brakuje miejsca na – najczęściej znacznie bardziej skomplikowane – ludzkie losy. Typowym – jak się wydaje – przykładem jest historia Lecha Wałęsy opisana przez Sławomira Cenckiewicza i Piotra Gontarczyka[12]. Wałęsa, na początku lat 70. tajny współpracownik SB o ps. „Bolek”, zerwał następnie związki z resortem. Ostatecznie stanął na czele „Solidarności” i w dekadę po zobowiązaniu się do współpracy stał się jedną z najzacieklej rozpracowywanych przez SB osób. Ta droga życiowa najwyraźniej jest nie do zaakceptowania przez opinię publiczną. Mamy więc do czynienia z sytuacją podziału na tych, którzy uznają, że przywódca „Solidarności” nigdy się nie złamał, a dotycząca go – zachowana w stanie szczątkowym – dokumentacja operacyjna została sfałszowana oraz na tych którzy podejrzewają, że w rzeczywistości nie zerwał współpracy w połowie lat 70. i był marionetką tajnych służb także w okresie strajków sierpniowych 1980 r. Obydwie wizje są uproszczone i odbiegają od ustaleń historyków drobiazgowo badających ten problem. Tych, którzy zdolni są do zaakceptowania faktu, że ludzkie życie jest nieco bardziej skomplikowane nie jest zazwyczaj zbyt wielu.

Mit autorytetów

Z „mitem lustracyjnym” współgra „mit autorytetów” – czyli przekonanie o tym, że istnieje grupa osób szczególnie uprawnionych do oceniania rzeczywistości społecznej, w tym ogłaszania ex catedra rozstrzygnięć dotyczących najnowszych dziejów. W ostatnich latach coraz częściej mamy do czynienia z sytuacją, w której niewygodne ustalenia badaczy usiłuje się zakrzyczeć poprzez uprzedzające wypowiedzi „autorytetów”. Wyjątkowym propagandowym spektaklem tego typu stała się „dyskusja” wokół książki Sławomira Cenckiewicza i Piotra Gontarczyka SB a Lech Wałęsa. Przyczynek do biografii; a wcześniej – w nieco mniejszej skali – wokół książki ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego Księża wobec bezpieki na przykładzie archidiecezji krakowskiej[13]. Na autorów wylano morze krytyki i oburzenia – posługując się w przeważającej części uszczypliwościami personalnymi, gdyż dyskusja merytoryczna z samej istoty nie była możliwa – krytykę książek rozpoczęto bowiem w mediach na długo przed ich wydrukowaniem, a angażowały się w nią „autorytety”, które nie znały ich treści. W takiej sytuacji rzeczowa recenzja książek nie wchodziła w rachubę, byliśmy natomiast świadkami ideowo-politycznych argumentów – co szczególnie przykre – czasem stosowanych także przez zawodowych historyków.

Tego typu działania są elementem szerszego zjawiska, w ramach którego w wolnej Polsce, jak się wydaje trwale, zagościli komentatorzy, którzy ze swej ignorancji czynią oręż. Okazuje się bowiem, że dla części publicystów czy uchodzących za „autorytety” przedstawicieli życia akademickiego, twórczego itp. wypowiadanie się o nie przeczytanym dziele staje się oczywistością. Co więcej, pojawia się grupa osób głoszących krytyczne opinie popierane stwierdzeniami, że nie dość, iż krytykują dzieło którego nie znają, to w ogóle nie zamierzają go czytać…

Drugim wymiarem, w którym użyteczny staje się „mit autorytetów” są wspominane już dyskusje wobec kolejnych upublicznianych przypadków współpracy z komunistycznym aparatem represji przez osoby aktywne w życiu publicznym. Mechanizm jest taki sam jak w wypadku nie przeczytanych książek – „nie znam dokumentów opisujących współpracę, nie zamierzam ich czytać, twierdzę jednak, że współpraca nie miała miejsca”.

Mit walki na teczki

Wreszcie na zakończenie warto wspomnieć o micie, mającym chyba największą siłę rażenia – czyli „micie walki na teczki”. Otóż, przenosząc dyskusję o najnowszych dziejach Polski z płaszczyzny historycznej na moralną, usiłuje się przekonać opinię publiczną o nieczystych zamiarach tych, którzy upubliczniają informacje o agenturalnej przeszłości osób publicznych. Wskazuje się zatem, że tego typu „gra teczkami” ma na celu realizację politycznych interesów tych, którzy archiwa komunistycznego aparatu represji badają. Jednak tak postawioną tezę – czego się nie zauważa – można odwrócić. Jeśli bowiem uznamy, że upublicznienie niechlubnych wątków czyjegoś życiorysu przynosi mu polityczną szkodę, to jednocześnie musimy uznać, że ich zatajenie przynosi mu polityczną korzyść. A to z kolei oznacza, że działaniem politycznym jest zatajanie prawdy o najnowszej przeszłości...



Tekst przygotowany do pracy zbiorowej Rzeczpospolita 1989-2009: zwykłe państwo Polaków? (Ośrodek Myśli Politycznej, premiera – jesień 2009)

Filip Musiał

ur. 1976, dr, politolog, historyk, pracownik Instytutu Pamięci Narodowej Oddział w Krakowie oraz w Wyższej Szkoły Filozoficzno-Pedagogicznej „Ignatianum” w Krakowie, członek Ośrodka Myśli Politycznej, sekretarz redakcji „Zeszytów Historycznych WiN-u”, redaktor popularno-naukowej serii „Z archiwów bezpieki – nieznane karty PRL”. Autor i współautor kilkunastu książek, ostatnio wydał: Podręcznik bezpieki. Teoria pracy operacyjnej Służby Bezpieczeństwa w świetle wydawnictw resortowych Ministerstwa Spraw Wewnętrznych PRL (1970–1989) [Kraków 2007]; Strażnicy sowieckiego imperium. Urząd Bezpieczeństwa i Służba Bezpieczeństwa w Małopolsce 1945–1990 [Kraków 2009].

[1] Od wielu lat wspominają o tym niektórzy – znajdujący się w zdecydowanej mniejszości – publicyści. Podstawowe tezy zob. np.: T. P. Terlikowski, Odwaga prawdy. Spór o lustrację w polskim Kościele, Warszawa 2007; B. Wildstein, Długi cień PRL-u czyli dekomunizacja, której nie było, Kraków 2005; Idem, Moje boje z III RP (i nie tylko). Wybór publicystyki (2001–2008), Warszawa 2008; R. Ziemkiewicz, Michnikowszczyzna. Zapis choroby, Warszawa 2006; Na drugim biegunie sytuują się z kolei m.in.: Halina Bortnowska, Józefa Hennelowa, Jerzy Jedlicki, Bronisław Łagowski, Adam Michnik, Andrzej Romanowski, Dominika Wielowieyska, Henryk Woźniakowski czy Jacek Żakowski. Poza rozproszoną publicystyką głównie na łamach „Gazety Wyborczej”, „polityki”, „Przeglądu” czy „Tygodnika Powszechnego”, zob. np.: A. Romanowski, Rozkosze lustracji, Kraków 2007; „Znak”, nr 598: 2005.

[2] Zob. np.: J. K. Boromeusz, Źródła i przebieg zmiany politycznej w Polsce (1980–1989). Studium historyczno-politologiczne, Toruń 2003; A. Dudek, Reglamentowana rewolucja. Rozkład dyktatury komunistycznej w Polsce 1988–1990, Kraków 2004; Komunizm w Polsce, Kraków 2005; Polska 1986–1989: koniec systemu. Materiały międzynarodowej konferencji, Miedzeszyn, 21–23 października 1999, t. 1, Referaty, red. P. Machcewicz, Warszawa 2002; A. Paczkowski, Od sfałszowanego zwycięstwa do prawdziwej klęski. Szkice do portretu PRL, Kraków 1999; J. Skórzyński, Rewolucja okrągłego stołu, Kraków 2009; J. Staniszkis, The Dynamics of Breakthrough in Eastern Europe: the Polish Experience, Berkeley 1991; K. Trembicka, Okrągły Stół w Polsce. Studium o porozumieniu politycznym, Lublin 2003; Zmierzch dyktatury. Polska lat 1986–1989 w świetle dokumentów, t. 1: lipiec 1986 – maj 1989, wybór, wstęp i opracowanie A. Dudek, Warszawa 2009; A. Zybertowicz, W uścisku tajnych służb. Upadek komunizmu i układ postnomenklaturowy w Polsce, Warszawa-Komorów 1993.

[3] Zob. np.: A. Besançon, Świadek wieku, red. F. Mechmes, Warszawa 2006; J. Darski, Rok 1989: Jesień Narodów czy KGB, „Fronda” nr 23/24: 2001; M. Dobbs, Precz z Wielkim Bratem. Upadek imperium radzieckiego, Poznań 1998; M. Gorbaczow, Przebudowa i nowe myślenie dla naszego kraju i dla całego świata, Warszawa 1988; J. Gorzkowski, W. Morawski, Jesień narodów, Warszawa 1991; Historia polityczna świata XX wieku. 1945–2000, red. M. Bankowicz, Kraków 2004; W. Marciniak, Rozgrabione imperium. Upadek Związku Sowieckiego i powstanie Federacji Rosyjskiej, Kraków 2001; J. Smaga, Narodziny i upadek imperium. ZSRR 1917–1991, Kraków 1992; R. Szporluk, Imperium, komunizm i narody, red. A. Nowak, Kraków 2003.

[4] Rozwinięcie naszkicowanych tu zagadnień zob. F. Musiał, Pierestrojka – droga do demokracji czy plan „»odwilży« bis”?, „Biuletyn Instytutu Pamięci Narodowej”, nr (5–6)100–101: 2009, s. 70–83 (tam literatura).

[5] Teza mówiąca, iż upadek bloku komunistycznego zaczął się w PRL, a czynnikiem, który wywołał efekt domina był tutejszy „okrągły stół” jest myląca. Bowiem ekipa Jaruzelskiego podążała, dostosowanym do lokalnej sytuacji, szlakiem wytyczonym przez Gorbaczowa. To w ZSRS jako pierwszym kraju bloku przeprowadzono częściowo wolne wybory, do których dopuszczono – podobnie jak w PRL – starannie wyselekcjonowane środowiska dysydenckie nie podważające pryncypiów systemu. Po teście jakim były wybory do władz republik, w marcu 1989 (a więc przed zakończeniem obrad „okrągłego stołu”) przeprowadzono częściowo wolne wybory do Zjazdu Deputowanych Ludowych ZSRS (15% deputowanych nie było członkami Komunistycznej Partii Związku Sowieckiego). Szerzej zob. F. Musiał, Pierestrojka….

[6] „Człowiekiem honoru” nazwał Cz. Kiszczaka oraz W. Jaruzelskiego – A. Michnik. Zob. Pożegnanie z bronią. Z gen. Czesławem Kiszczakiem i Adamem Michnikiem rozmawiają Agnieszka Kublik i Monika Olejnik, „Gazeta Wyborcza”, 3–4 II 2001.

[7] Zob. np.: „Chcemy Panu pomóc”. Stenogram z rozmowy z Lechem Wałęsą przeprowadzonej przez płk. B. Klisia i płk. H. Starszaka 14 listopada 1982 r., wstęp i oprac. S. Cenckiewicz, G. Majchrzak, „Arcana” nr 70–71: 2006, s. 124–164; „…Nieoficjalny sondaż na temat ewentualnych negocjacji…”. Jacka Kuronia pertraktacje z SB (1985–1989) – wybór dokumentów, do druku podał S. Cenckiewicz, przypisami opatrzył H. Głębocki, Ibidem, s. 181–217; Spojrzenie z drugiej strony zob. np.: ks. bp A. Orszulik, Czas przełomu. Notatki z rozmów z władzami PRL w latach 1981–1989, Warszawa-Ząbki 2006; Szerzej o znaczeniu rozmów i dialogów operacyjnych w działaniach SB zob.: F. Musiał, Podręcznik bezpieki. Teoria pracy operacyjnej Służby Bezpieczeństwa w świetle wydawnictw resortowych Ministerstwa Spraw Wewnętrznych PRL (1970–1989), Kraków 2007, s. 219–228.

[8] Cyt. za: H. Głębocki, Wojna z własnym narodem (1981–1989) [w:] Komunizm w Polsce, Kraków 2005, s. 383.

[9] Szerzej o komunistycznej agenturze zob. zestaw artykułów zebranych w: Osobowe źródła informacji – zagadnienia metodologiczno-źródłoznawcze, red. F. Musiał, Kraków 2008 (tam dalsza literatura).

[10] Szerzej o strategiach dezinformowania opinii publicznej przez byłą komunistyczną agenturę i przeciwników wprowadzania do obiegu informacyjnego danych o polskiej historii najnowszej zob. np.: F. Musiał, Agenturalne strategie obronne, „Dziennik Polski”, 30 VII 2008; Idem, Gierki dawnych konfidentów SB, „Rzeczpospolita”, 9 IV 2008; Idem, Współpraca? Normalna rzecz…, „Dziennik Polski”, 13 VII 2007; Idem, Wykładnia Maleszki, „Dziennik Polski”, 28 VI 2008.

[11] O kwestiach metodologicznych związanych z badaniem archiwalnej spuścizny po komunistycznym aparacie represji zob. np.: Wokół teczek bezpieki – zagadnienia metodologiczno-źródłoznawcze, red. F. Musiał, Kraków 2006; W kręgu „teczek”. Z badań nad zasobem i funkcjami archiwum Instytutu Pamięci Narodowej, red. J. Bednarek, P. Perzyna, Łódź-Toruń 2006; (tam dalsza literatura).

[12] S. Cenckiewicz, P. Gontarczyk, SB a Lech Wałęsa. Przyczynek do biografii, Gdańsk-Warszawa-Kraków 2008.

[13] T. Isakowicz-Zaleski, Księża wobec bezpieki na przykładzie archidiecezji krakowskiej, Kraków 2007.



http://www.omp.org.pl/index.php?module=subjects&func=viewpage&pageid=748

_________________
Ryszard Bocian
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Sylwia



Dołączył: 07 Gru 2016
Posty: 67

PostWysłany: Sro Gru 07, 2016 7:16 pm    Temat postu: Forumoteka.pl Odpowiedz z cytatem



Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum polonus.forumoteka.pl Strona Główna -> SPRAWY BIEŻĄCE Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Strona 1 z 1
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Możesz dodawać załączniki na tym forum
Możesz ściągać pliki na tym forum




Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group