Forum polonus.forumoteka.pl Strona Główna polonus.forumoteka.pl
Archiwum b. forum POLONUS (2008-2013). Kontynuacją forum POLONUS jest forum www.konfederat.pl
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Wybory kontraktowe 1989

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum polonus.forumoteka.pl Strona Główna -> SPRAWY BIEŻĄCE
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Mirek Lewandowski



Dołączył: 07 Maj 2008
Posty: 492

PostWysłany: Pon Maj 03, 2010 12:20 pm    Temat postu: Wybory kontraktowe 1989 Odpowiedz z cytatem

I znowu będziemy mieli w czerwcu wybory. Jak 21 lat temu. I - podobnie jak 21 lat temu - w wyborach prezydenckich dziś biorą udział politycy czynni już w roku 1989.

I tak - kandydat, który zebrał już ponad 100 tysięcy podpisów, Waldemar Pawlak , członek Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego od 1985 roku, został w 1989 roku posłem sejmu kontraktowego z listy tegoż Stronnictwa. ZSL powstało - przypomnijmy - w roku 1949, gdy doszło do tzw. "zjednoczenia ruchu ludowego". Celem tego "zjednoczenia" była likwidacja 'prawdziwego" PSL Stanisława Mikołajczyka (który sam uciekł już wcześniej z Polski w obawie o swoje życie). W 1949 połączyły się więc prokomunistyczne SL i niedobitki z niepodległościowego PSL. Gdy dzisiaj Waldemar Pawlak opowiada o dzisiejszym PSL jako o partii kontynuującej ponad 100-letnią tradycję polskiego ruchu ludowego to po prostu pękam ze śmiechu. Przecież dzisiejsze PSL to kontynuacja tradycji ZSL, zwanego "arbuzem" (bo z wierzchu stronnictwo było zielone ale w środku czerwone). Zmiana nazwy na PSL nastąpiła bodaj w roku 1990 (w 1989 roku ZSL, już po wyborach, przyjęło nazwę PSL "Odrodzenie"). W gabinecie Pawlaka nie powinien więc wisieć portret Wincentego Witosa lecz np. Stanisława Gucwy. Bo jego politycznym antenatem jest właśnie Gucwa - marszałek sejmów PRL w latach 70. ub. wieku, b. działacz SL a potem ZSL.

Kandydat PO Bronisław Komorowski nie był posłem Sejmu kontraktowego. Związany z opozycją jeszcze przed Sierpniem (współpracownik KORowskiego "Głosu" - pisma Antoniego Macierewicza" oraz ROPCiO, skazany po 11 listopada 1979 roku (za udział w manifestacji patriotycznej w Warszawie) przez sędzie Kryże (wiceministra sprawiedliwości w rządach PiSu) na miesiąc pozbawienia wolności, potem działacz "Solidarności, internowany, przez lata 80. był wykładowca w Niższym Seminarium Duchownym Niepokalanowie. Po wyborach w 1989 roku i powstaniu rządu Wielkiej Koalicji ("Solidarność" - PZPR - ZSL - SD) na czele z Tadeuszem Mazowieckim był sekretarzem w gabinecie politycznym ministra Aleksandra Halla. Hall miał piękną przeszłość opozycyjną za sobą, ale w roku 1989 nie chciał traktować partii wyrastających z antykomunistycznego podziemia na równi z PZPR, ZSL i SD, co doprowadziło m.in. do akcji okupowania lokali PZPR i jej przybudówek, zainicjowanej przez KPN jesienią 1989 roku. Potem Komorowski był już członkiem UD i posłem z list tej partii w Sejmie I kadencji.

Kandydat PiS Jarosław Kaczyński, mający za sobą w 1989 roku okres współpracy z KOR (jeszcze przed Sierpniem), m.in. z "Głosem" (gdzie pewnie spotkał się nie tylko z Antonim Macierewiczem, ale także z Bronisławem Komorowskim) a potem z "Solidarnością" i z Komitetem Helsińskim, po 13 grudnia 1981 zatrzymany na kilka godzin przez SB, w 1989 uczestniczył w rozmowach przy Okrągłym Stole a w wyborach kontraktowych brał udział z listy Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego i został senatorem z elbląskiego.

Kandydat SLD Grzegorz Napieralski miał w 1989 roku 15 lat i uczęszczał do Technikum Mechanicznego. Był za młody, aby kandydować z list PZPR, w której etatowym pracownikiem był jego ojciec - Bernard Napieralski (instruktor w Komitecie Wojewódzkim PZPR w Szczecinie).

Dziś kandydat niezależny Kornel Morawiecki miał za sobą w 1989 roku piękna kartę jako współtwórca i Przewodniczący Solidarności Walczącej. Po wyjeździe z kraju w kwietniu 1988 od sierpnia tego roku ponownie przebywał w Polsce i ponownie ukrywał się.

A więc równo 21 lat temu, gdy młody ZSLowiec Pawlak dostał szansę w wyborach parlamentarnych, Kaczyński odpoczywał po wyczerpujących rozmowach Okrągłego Stołu i pozował do zdjęcia z Wałęsą, które okazało się przepustka do Sejmu kontraktowego dla b. członków Solidarności, Komorowski przygotowywał kolejny wykład w niepokalanowskim Seminarium a Napieralski wagarował wraz z kolegami z technikum, kilkuset młodych Konfederatów zbierało podpisy potrzebne do zgłoszenia przez KPN kandydatów na posłów w wyborach kontraktowych. Byłem jednym z tych, którzy zbierali te podpisy...

_________________
Mirek Lewandowski
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Sylwia



Dołączył: 03 Gru 2016
Posty: 67

PostWysłany: Sob Gru 03, 2016 12:37 pm    Temat postu: Forumoteka.pl Odpowiedz z cytatem



Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
Mirek Lewandowski



Dołączył: 07 Maj 2008
Posty: 492

PostWysłany: Pon Maj 03, 2010 12:49 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Jak wiadomo KPN nie brała udziału w rozmowach Okrągłego Stołu i skrytykowała wynegocjowany tam kompromis. Warto podkreślić, że KPN nie była przeciwna samym rozmowom, które uważała za formę walki, ale krytycznie oceniała efekty rozmów, podkreślając, że porozumienie z komunistami na tych warunkach utrudni zbudowanie sprawiedliwej III RP.

Zobacz teksty Leszka Moczulskiego "Porozumienie jest formą walki" (z 1986 roku) - http://www.polonus.mojeforum.net/temat-vt300.html?postdays=0&postorder=asc&start=0 oraz "Krajobraz przed bitwą" (z 1987 roku) - http://www.polonus.mojeforum.net/temat-vt299.html?postdays=0&postorder=asc&start=0 oraz "U progu niepodległości" (z 1990) - http://www.polonus.mojeforum.net/temat-vt298.html?postdays=0&postorder=asc&start=0 . Dziś, po 21 latach, tezy i oceny zawarte w tych tekstach wydaja się oczywiste. Ale 21 lat było inaczej. Warto o tym pamiętać, czytając te mądre i trochę jakby prorocze słowa. Oto fragment ostatniego tekstu (jego trzy ostatnie akapity są dziś zaskakująco aktualne):

Cytat:
Tamtej jesieni [1989] wielkie nadzieje jaśniały przed Polską. Po dziesięciu latach samotnej walki przełamaliśmy opór systemu. Czerwcowe zwycięstwo wyborcze zaowocowało rządem Mazowieckiego.

Solidarnościowa ekipa przejmowała ster kraju, mając pełne poparcie społeczne i całkowitą swobodę działania. Zablokowany wewnętrznie ZSRR stał się biernym obserwatorem polskich wydarzeń, komunistyczne elity PRL zostały porażone szokiem klęski. Wszystko otwierało się przed nami.
Przede wszystkim - byliśmy pierwsi. To olbrzymi atut, otwierający ogromne możliwości. Te największe: mogliśmy poprowadzić przemiany w całej naszej części Europy, przesądzając o kształcie jej przyszłej rzeczywistości politycznej. A wśród mniejszych chociażby zapewnienie sobie pomocy gospodarczej, dopóki byliśmy jedyni. Polska wysunęła się na pierwszy plan sceny politycznej świata i można to było łatwo zdyskontować.
Przede wszystkim - byliśmy w uderzeniu. Poruszone, gwałtownie rozfalowane społeczeństwo, nagle obudzone wielkie nadzieje. Wszystko wydawało się możliwe - i było możliwe. Z jak wielką łatwością KPN blokowało tamtej jesieni komitety PZPR; nie byli w stanie stawić najmniejszego oporu. Nikomu, a zwłaszcza nowej władzy. Radykalne, całościowe zmiany wymagały tylko decyzji; mogły one łatwo stworzyć zupełnie nowe państwo. Było aż nadto siły społecznej, aby osiągnąć wszystko. Osiągając kolejne cele, siły społecznej przybywało.
Trzeba było tylko pójść za ciosem, do przodu.
Tamtej jesieni Polska stanęła w miejscu.
Dlaczego?
(...)
Szanse, które pojawiają się przed nami, zderzają się z doświadczeniami żyjących pokoleń. Kompleks klęski i kompleks Jałty ciążą nad Polską. Klęski, bo żywe doświadczenie ostatniego pół wieku zdaje się dowodzić, że nasze wysiłki pozbawione są sensu i doprowadzają do jeszcze większych nieszczęść; bo jesteśmy zbyt słabi, aby zwyciężyć, zaś dopominając się tego, co się nam należy - tracimy to, co jeszcze posiadamy. Kompleks Jałty, bo żywe są społeczne obawy, że możni sprzymierzeńcy wykorzystają nas - i sprzedadzą. Z tych kompleksów płynie chęć zadowalania się tym, co uzyskaliśmy - i obawa, że jeśli będziemy chcieli więcej, możemy wszystko utracić. W młodszej części społeczeństwa, po części z racji typowej dla niej dynamiki, po części z braku bezpośrednich doświadczeń historycznych - te urazy i kompleksy są wyraźnie słabsze; dlatego wkraczająca w życie publiczne generacja jest prawie zawsze głównym motorem przemian. Przywódcy na ogół wywodzą się ze starszego pokolenia; to często powoduje, że zamiast wyprzedzać innych, hamują.

Trudno, mimo wszystko, dziwić się, że ludzie, którzy objęli jesienią 1989 ster rządów nad krajem, nie chcieli iść za ciosem. Po pierwsze, nie oni ten cios zadali, lecz buntująca się część społeczeństwa, która rok wcześniej - z końcem lata 1988 - doprowadziła Polskę niemalże do krawędzi otwartej rewolucji; oni tylko tę groźbę zdyskontowali, zresztą w zminimalizowanym rozmiarze. Po drugie, nie mogli oderwać się od własnych doświadczeń przeszłości. Przynajmniej większość z nich.
(...)
Nie jest to ekipa, która mogłaby pójść za ciosem. Zapewne główną trudnością, przed którą stanęła, było uświadomienie sobie, że to oni rządzą. że już nie muszą korzystać z koncesji, że wyszli z reliktowej enklawy - że to oni mają w ręku władzę.
(...)
Domyślam się, jak trudno jest prowadzić politykę w okolicznościach, które uważało się za całkowicie niemożliwe. Ludzie, którzy nie wierzyli, że mogą powstać niezależne związki zawodowe, musieli mieć szczególne trudności, aby kierować potem "Solidarnością" i móc uchronić ją przed 13 grudnia. Jeśli nie wierzono, że Wałęsa wystąpi w telewizji, przejęcie rządu musiało wydawać się czymś nierzeczywistym. Szeroki opis przyczyn niewykorzystania szans, jakie pojawiły się w 1989 r. - przeczytać można w broszurze "Krajobraz po bitwie", opublikowanej przez Jacka Kuronia jesienią 1987 r.; wszystko zostało przegrane - brzmiał jej tenor - i trzeba ratować, co jeszcze można. Jeśli w 1987 r. uratować można było tak mało, to w jaki sposób rok czy dwa później - sięgać po wszystko?
Zaskoczenie przebiegiem wydarzeń blokuje możliwości ich wykorzystania. Gdy, jedno po drugim, stawało się faktem to, co jeszcze wczoraj wydawało się niemożliwe - rozmowy z rządem, przywrócenie "Solidarności", uczestnictwo w wyborach (i ich wygranie), zadecydowanie o wyborze prezydenta, przejęcie steru rządu - przynajmniej u niektórych osób musiało wytwarzać się wrażenie, że wszystko dzieje się w jakimś nierzeczywistym śnie, i że w każdej chwili może nastąpić przykre przebudzenie. Wydarzenia zaczęły toczyć się jakby same z siebie, wyprzedzając zamiary aktorów.
(...)
Aby coś osiągnąć, trzeba to sobie najpierw wyobrazić. Jeśli niewyobrażalne staje się faktem, wydarzenia zaczynają nieść ludzi, a nie ludzie tworzą wydarzenia. Jest to stan, w którym nie można wykorzystać szans, decyzje są spóźnione, a efekty jedynie cząstkowe. Taka sytuacja wytworzyła się w Polsce, gdy pod presją wzbierającej eksplozji społecznej system totalitarny zaczął się gwałtownie rozpadać.
(...)
Gdy piszę te słowa, zaognia się coraz bardziej spór o to, kto będzie prezydentem[chodzi o wybory w roku 1990]. Ponieważ sama rozgrywka personalna stałaby się szybko żałosna, nadaje się jej charakter programowy: jedna strona domaga się przyspieszenia, druga opowiada za solidną powolnością. Nie do reszty wiadomo tylko, co i po co przyspieszać albo nie; co zamierza osiągnąć kandydat na prezydenta i w jaki sposób. Mniej bowiem ważne jest, kto zostanie prezydentem; kluczową kwestią jest, czym będzie Polska.

Zaskakuje ubóstwo naszej polityki. Brakuje w niej wielkich koncepcji i porywających perspektyw, ale przede wszystkim brakuje konkretnych odpowiedzi na bardzo proste pytania: ku czemu - i jak - powinniśmy zmierzać. Wszystko tonie w swoistym bełkocie, pełnym powtarzających się słów: demokracja, gospodarka rynkowa, pluralizm, tolerancja, otwarcie, przemiana. W różnych ustach słowa te znaczą co innego, ale zbudowane z nich zdania - coraz częściej nic.

Nie zawsze wynika to z nieporadności językowej, albo braku myśli godnej przedstawienia. Często ten polityczno-propagandowy bełkot ma na celu zwykłe ukrycie, o co naprawdę chodzi. Nie wszystkie programy nadają się bowiem do ujawnienia przed społeczeństwem.


W trakcie rozmów Okrągłego Stołu KPN zorganizowała III Kongres partii. Jego pierwsza część, w Warszawie, 4 lutego 1989 roku została rozbita przez SB i MO (na informację o tym wydarzeniu władze "Solidarności" ... wybuchnęły śmiechem, kontynuując postawę milczącej akceptacji komunistycznych represji wobec niepodległościowej opozycji, znaną już z lat 1980-81). Druga część III Kongresu KPN odbyła się w Krakowie 4 marca 1989 roku w "Kamieniołomie" - podziemiach przy parafii św. Józefa w Podgórzu, które Konfederatom udostępnił ksiądz prałat Franciszka Kołacz.

Uchwały III Kongresu KPN - http://www.polonus.mojeforum.net/temat-vt276.html?postdays=0&postorder=asc&start=0

Kraków w tym czasie był zupełnie innym miastem niż Warszawa. Od lutego trwało tutaj "powstanie krakowskie" wymierzone w komunistów. W powstaniu tym aktywnie uczestniczyli krakowscy Konfederaci (obok działaczy NZS, WiP i FMW).

Zob. "Krakowski luty 1989" - http://www.polonus.mojeforum.net/temat-vt1291.html?postdays=0&postorder=asc&start=0 , "Krakowski marzec 1989" - http://www.polonus.mojeforum.net/temat-vt1349.html?postdays=0&postorder=asc&start=0 , "Krakowski kwiecień 1989" - http://www.polonus.mojeforum.net/temat-vt1352.html?postdays=0&postorder=asc&start=0 i "Krakowski maj 1989" - http://www.polonus.mojeforum.net/temat-vt1292.html?postdays=0&postorder=asc&start=0 .

Parafrazując więc znany tekst Jacka Kaczmarskiego "Dylemat" http://www.gintrowski.art.pl/gintrowski/32,teksty,dylemat.html można powiedzieć, że:

"Tamci do rozmów szli, a na ulice szliśmy my,
Bo my w KPN, a oni byli wszak w NSZZ".

_________________
Mirek Lewandowski
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Ireneusz Głażewski



Dołączył: 15 Sty 2009
Posty: 382

PostWysłany: Pon Maj 03, 2010 6:05 pm    Temat postu: Re: Wybory kontraktowe 1989 Odpowiedz z cytatem

nieźle opracowane biografie kandydatów...
...ale ten poniższy fragment szczególnie mi się spodobał

Mirek Lewandowski napisał:

A więc równo 21 lat temu, gdy młody ZSLowiec Pawlak dostał szansę w wyborach parlamentarnych, Kaczyński odpoczywał po wyczerpujących rozmowach Okrągłego Stołu i pozował do zdjęcia z Wałęsą, które okazało się przepustka do Sejmu kontraktowego dla b. członków Solidarności, Komorowski przygotowywał kolejny wykład w niepokalanowskim Seminarium a Napieralski wagarował wraz z kolegami z technikum, kilkuset młodych Konfederatów zbierało podpisy potrzebne do zgłoszenia przez KPN kandydatów na posłów w wyborach kontraktowych. Byłem jednym z tych, którzy zbierali te podpisy...


w '89 jeszcze nie oddałem głosu; zacząłem WYBIERAĆ dopiero (===> KPN) w roku następnym i taką decyzję utrzymałem, aż było jeszcze na kogo...

a dlaczego nie głosowałem...?
szerzej mógłobym to opisać, albo przepisać wywiad jaki tuż przed owymi wyborami udzieliłem Głosowi Ameryki (RWE nie słuchałem wcale...chyba transmisje były niewyraźne czy coś Wink ), a mam go jeszcze nagrany
...ale po co...?
macie ciekawsze rzeczy na głowie
cóż, najprościej pisząc kandydaci mi się specjalnie nie podobali
zresztą zgłosiłem się do Krzyśka Króla który mieszkał nieopodal, aby dopytać o wątpliwości, ale jak i wcześniej nie było Go w domu; zapewne robił kampanię w Grudziądzu
mogłem głosować na Dynera oraz Ambroziaka...
...później się okazało, że dobry duszek mnie powstrzymał
jeden napluł na nas tuż na starcie, drugi nieco później robotę samorządową utrudniał i jątrzył Confused Mad

dla mnie komunizm upadł w X ' 91...ale czy ja muszę mieć takie samo zdanie jak ambitne aktorki, które chcą zaistnieć...?

_________________
ka?dy ?piewa razem z nami:
"precz, precz, precz z komunistami"
Jakub Sienkiewicz
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Mirek Lewandowski



Dołączył: 07 Maj 2008
Posty: 492

PostWysłany: Pon Maj 03, 2010 7:26 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Jedynym kandydatem KPN w Krakowie był Leszek Moczulski. Konfederaci z Krakowa (Zygmunt Łenyk, Artur Then, Grzesiek Hajdarowicz, Ryszard Gitis) kandydowali w innych miastach.

Wybory kontraktowe były wyborami jednomandatowymi. O jeden mandat ubiegało się kilku kandydatów. Leszek Moczulski ubiegał się o mandat nr 200. Gdy ludzi z KO przy LW o tym się dowiedzieli, to wystawili do walki o ten sam mandat Jana Rokitę, któremu było najbliżej do KPN ze wszystkich kandydatów KO z Krakowa. Jerzy Zdrada czy Józefa Hennelowa ubiegali się o mandaty poselskie w innych krakowskich okręgach.

Pamiętam taką naradę KPN w "Kamieniołomie" w Podgórzu w kwietniu alb w maju 1989 roku, na którą przyszedł Rokita. Przez długi czas naradzali się Moczulskim na boku. Rokita jakby chciał przeprosić Moczulskiego czy wytłumaczyć się z decyzji swoich starszych kolegów z Solidarności, ale z kandydowania nie zrezygnowała. To była dla niego wielka życiowa szansa, która zresztą wykorzystał...

No więc zbieraliśmy te podpisy. Były jakieś stoliki, które były ustawione na ulicy. Jeden ze stolików ustawiliśmy przed kościołem w Dębnikach w niedzielę. Zbierali tam też podpisy ludzie z Komitetu Obywatelskiego. Ksiądz pozwolił im zbierać bezpośrednio przed kościołem a nam kazał przejść nieco dalej, na drugą stronę ulicy, przy placu sportowym...

Bo my z KPN, a oni byli wszak z NSZZ".

Pamiętam jak raz zbieraliśmy podpisy z Maćkiem Gawlikowskim na Kurdwanowie. Wchodziliśmy do 10-piętrowego bloku, wyjeżdżaliśmy na 10 piętro i schodziliśmy na parter dzwoniąc do każdych drzwi. Zwykle na KPN udało nam się zebrać w sumie w każdym bloku ok. 50 podpisów. Tylko w jednym zebraliśmy zaledwie jeden. Okazało się później, że to był blok milicyjny. Smile Podpisała tylko jedna babka, która akurat kłóciła się z mężem i podpisała wyraźnie wbrew jego woli...

Kandydaci Komitetów Obywatelskich prowadzili kampanię w telewizji, mieli też już swój dziennik (Gazeta Wyborcza) i swój tygodnik (Tygodnik Solidarność), które były wydawane legalnie w wielotysięcznych nakładach. Plakaty wyborcze Komitet Obywatelski drukował w państwowej drukarniach, korzystając z państwowej puli papieru. KPN drukowała dalej na powielaczach z czasów podziemia a główna formą konfederackiej propagandy były wiece uliczne.

Bo my z KPN, a oni byli wszak z NSZZ".



Mieliśmy takie małe naklejki samoprzylepne, które przyklejaliśmy w różnych miejscach publicznych, np. w tramwajach. Przyklejałem je ostentacyjnie i z prawdziwą przyjemnością - formalnie miałem do tego prawo -trwała kampania wyborcza a w telewizji mówili, że są to wolne wybory. Ludzie patrzyli zdumieni, bo jeszcze pamiętali, że nie tak dawno nie było wolno. A chyba i teraz też jeszcze nie wolno... Czy pozwolą? I jak przykleiłem kiedyś taka ulotkę na szybie w tramwaju, to jakiś gość o wyglądzie starego ubeka zaczął ją zrywać. A ja już wtedy nie byłem ułomek (190 cm wzrostu, choć waga zdecydowanie niższa od obecnej), więc chwyciłem tego gościa za rękę i krzyczę na cały tramwaj - "Ty skurwysynu! Zrywasz legalne ulotki wyborcze, a to jest przestępstwo! Idziemy na milicję!". Gość najpierw zbaraniał, ale potem się przestraszył. Gdy tramwaj się zatrzymał na przystanku to mi się wyrwał i uciekł prostu pod koła samochodów - o mal się nie zabił. Smile

Pamiętam, że w trakcie tej kampanii wyborczej Maciek Gawlikowski namalował na betonowym murze przy ulicy Telewizyjnej (dziś Powstańców Śląskich) monumentalny napis: "GŁOSUJ NA MOCZULSKIEGO! KPN". Ten napis był trwalszy od naszej partii. Dopiero kilka lat temu, na 650-lecie Krakowa (w 2007 roku) zamalowano go umieszczając na tej betonowej ścianie monumentalne graffiti. A więc straszył ubeków i komunistów jeszcze przez 18 lat po 4 czerwca 1989 Smile .

W maju 1989 przez wiele dni, codzienny wiec wyborczy KPN w Rynku Głównym prowadził Ryszard Bocian. Po kilku dniach krzyczenia przez tubę zupełnie stracił głos Smile .

Było tak, że wiece wyborcze KPN i manifestacje innych radykalnych organizacji w Krakowie były przeplatane ciężkimi walkami ulicznymi. Oto opis wydarzeń w Krakowie od 17 maja, tj. od drugiego dnia "krakowskiego maja":

Cytat:
17 maja od godzin rannych kolportowano ulotki żądające ukarania „niebieskich bokserów i ich wodza, gen. Gruby". Do wiecu protestacyjnego doszło na Rynku Głównym o 14.30, po czym niemal trzystu jego uczestników pomaszerowało ponownie pod Konsulat. Powtórzyła się sytuacja z poprzedniego dnia, z tym, że kiedy na miejscu pojawiła się kolumna ZOMO z dwiema armat­kami wodnymi, demonstranci zablokowali ul. Westerplatte z dwóch stron barykadami z ławek. Po ostrzeżeniu przez głośniki, milicjanci ruszyli do ataku. Armatki zatrzymały się na barykadach, zaś na Plantach rozpoczęły się walki między demonstrantami i zomowca-mi, wzmocnionymi przez Batalion Szybkiej Interwencji z Katowic. Najostrzejsze starcia miały miejsce pod bronionym przez milicję Komitetem Krakowskim PZPR i klasztorem Dominikanek. W tym ostatnim schroniła się spora grupa manifestantów, którzy ukryli się za masywną bramą. Funkcjonariusze kilkakrotnie usiłowali się dostać na dziedziniec klasztorny; w czasie milicyjnych ataków dochodziło tam do walk wręcz.

Po wycofaniu się zomowców z tego terenu, starcia przeniosły się w rejon Poczty Głównej. Kilkakrotnie milicjanci zmuszeni byli uciekać przed nacierającym tłumem na teren sąsiedniej Komendy Wojewódzkiej Straży Pożarnej. Dopiero po około godzinie szar­żujące samochody milicyjne i piesi zomowcy zdołali zepchnąć demonstrantów ulicą Sienną na Rynek Główny. Nacierający z pomocą armatek wodnych zomowcy rozpędzili, trwający właś­nie na Rynku, wiec przedwyborczy KPN, używając przeciw ludziom (często przypadkowym przechodniom) pałek i granatów gazowych. Około osiemnastej na miejscu zajść zjawili się działacze „Solidarności" (m.in. Edward Nowak i Mieczysław Gil), którzy nie zyskali co prawda uznania wśród demonstrantów, ale doprowadzili do wycofania się pododdziałów ZOMO z centrum miasta. Mani­festanci, po ustaleniu terminu kolejnego wiecu w dniu następnym rozeszli się. Bilans środowych zajść przedstawiał się następująco: 19 rannych demonstrantów (7 trafiło na pogotowie) i 27 rannych milicjantów (dwóch znalazło się w szpitalu). Uszkodzono 19 sa­mochodów milicyjnych, a manifestanci zdobyli dwie tarcze zomowskie.

18 maja na wiecu pod pomnikiem Mickiewicza, który roz­począł się z udziałem około ośmiuset ludzi o piętnastej, żądano dymisji gen. Gruby, a także I sekretarza KK PZPR Józefa Gajewicza. Zgromadzeni starali się następnie przejść pod Komitet Krakowski PZPR, jednak, przy kościele Dominikanów, drogę zagrodził im kordon ZOMO z armatką wodną. Demonstranci usiło­wali obejść blokadę, ale w pobliżu dworca PKP znów natknęli się na zomowców, którzy tym razem, przy wsparciu dwóch armatek wodnych, zaatakowali blisko tysięczną grupę manifestantów. Zapoczątkowało to kilkugodzinne walki uliczne, w których - obok zomowców z Krakowa i Katowic - uczestniczyli ściągnięci tego dnia funkcjonariusze MO z Częstochowy, Kielc, Bielska-Białej i Rzeszowa.

Około siedemnastej większość demonstrantów wycofała się na Rynek, skąd ruszył pochód kierujący się na pl. Wiosny Ludów. Stał tam kordon funkcjonariuszy OSMO, których zaatakowano prętami, butelkami z benzyną, kamieniami i kawałkami płyt chodnikowych. Milicjanci ruszyli do kontrnatarcia, w czasie którego trzech z nich, goniąc uciekających, wtargnęło do kościoła Dominikanów. Odbyła się tam krótka walka, w czasie której jeden z funkcjonariuszy zdołał uciec, zaś dwaj zostali pobici. Z opresji wyratowała ich dopiero interwencja zakonników.

Napór demonstrantów był tak silny, że pododdział OSMO wycofał się z pl. Wiosny Ludów i pl. Dominikańskiego, które po chwili tłum objął w swoje posiadanie. Manifestanci zbudowali następnie kilka barykad, z których najpotężniejsza powstała na ul. Dominikańskiej. Sytuacja ustabilizowała się: naprzeciw barykady na ul. Dominikańskiej stał kordon ZOMO, wzmocniony przez dwie armatki wodne, z którego co pewien czas strzelano granatami łzawiącymi i rakietami oświetlającymi. W odpowiedzi w stronę kordonu rzucano kamienie. Sytuacja taka trwała przez kilka godzin, w czasie których bezskuteczną akcję mediacyjną prowadzili m.in. Krzysztof Kozłowski i Jan M. Rokita. Dopiero około dwudziestej trzeciej - po rozmowach kilkuosobowej dele­gacji (m.in. Leszka Moczulskiego i Jerzego Zdrady) z gen. Grubą, w czasie której uzyskano obietnicę zwolnienia wszystkich zatrzy­manych - demonstranci zaczęli opuszczać barykady. Na tym zajścia się skończyły, chociaż jeden z przekazów wspomina, że ostatni atak na Konsulat ZSRR miał mieć miejsce jeszcze o trzeciej w nocy. Tego dnia ranne zostały 23 osoby (niektóre ciężko od trafień petar­dami), zaś po drugiej stronie obrażenia odniosło 18 funkcjonariuszy.

19 maja odbył się na Rynku Głównym wiec przedwyborczy Leszka Moczulskiego, ale mimo obecności znacznych sił ZOMO w cen­trum miasta, do starć już nie doszło.

Coraz częściej, w walkach trwających na kilku ulicach równocześnie, milicjanci strzelali granatami gazowymi, petardami i rakietami wprost w tłum. Po raz pierwszy użyto w Krakowie nowej ręcznej wyrzutni granatów łzawiących oraz rakiet z rewolwe­rowym magazynkiem. W wyniku ich zastosowania wiele osób, niejednokrotnie przypadkowych, zostało rannych.

W zorganizowaniu trzydniowych zajść ulicznych główną rolę odegrali działacze tzw. „grupy krakowskiej" - młodych radykałów działających w różnych organizacjach politycznych (NZS, KPN, FMW, WiP). Były to pierwsze w nowej sytuacji politycznej demon­stracje na rzecz usunięcia z terytorium Polski wojsk radzieckich. Wydarzenia krakowskie stanowiły jedynie incydent na tle generalnie spokojnego okresu przedwyborczego i nie wpłynęły na wyniki głosowania. Dowiodły jednak, że w społeczeństwie polskim nie brak ludzi, którzy odrzucają okrągłostołowy kompromis, a jego zawarcie uważają za porozumienie elit dotyczące podziału władzy.

A. Dudek, T. Marszałkowski - "Walki uliczne w PRL 1956-1989", Kraków, 1999; s. 392-395:

Jak dziś słyszę, że wybory w roku 1989 były wolne i demokratyczne w 35% to mnie krew zalewa. Kto tak mówi, to nie wie, o czym mówi. Jak mogą być demokratyczne w 35% wybory, gdy możliwość swobodnej działalności i walki o te 35% mandatów w Sejmie miały tylko cztery siły: PZPR, ZSL, SD i KO przy LW? Odmienna ocena tych wyborów przez nas i przez ludzi z Solidarności wynika z odmiennych punktów siedzenia - wtedy i dziś.

Bo my z KPN, a oni byli wszak z NSZZ".

Czyż nie było wtedy tak, jak dziś, gdy tylko cztery partie maja dofinansowanie z budżetu na swoja działalność i na kampanie wyborczą: PO, PiS, SLD i PSL ? I tak się "przypadkowo" składa, że wszystkie te cztery partie wywodzą się z Magdalenki i z Okrągłego Stołu. I dziś, podobnie jak wtedy, większość społeczeństwa nie dostrzega manipulacji, jakiej jest poddawana...

_________________
Mirek Lewandowski
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Ireneusz Głażewski



Dołączył: 15 Sty 2009
Posty: 382

PostWysłany: Wto Maj 04, 2010 8:25 am    Temat postu: moje doświadczenia w tej kwesti Odpowiedz z cytatem

Mirek Lewandowski napisał:
Pamiętam jak raz zbieraliśmy podpisy z Maćkiem Gawlikowskim na Kurdwanowie. Wchodziliśmy do 10-piętrowego bloku, wyjeżdżaliśmy na 10 piętro i schodziliśmy na parter dzwoniąc do każdych drzwi. Zwykle na KPN udało nam się zebrać w sumie w każdym bloku ok. 50 podpisów. Tylko w jednym zebraliśmy zaledwie jeden. Okazało się później, że to był blok milicyjny. Smile Podpisała tylko jedna babka, która akurat kłóciła się z mężem i podpisała wyraźnie wbrew jego woli...


kilkanaście miesiecy później zbieraliśmy podpisy na Leszka; pamietam, że wówczas weszliśmy do budynku z Piotrem Plebankiem i Benkiem Kalinowskim (o nim mówiła Wolna Europa jeszcze w latach 70-tych; Benek cały czas -z małymi przerwami- szuka pracy Wink )
wiadomo: 3 osoby to obstawiamy co trzecie pietro
słabo szło...ale na 7 piętrze gdy zapukałem do drzwi otworzył postawny mężczyzna; powiedziałem ktom zacz i czego tu szukam (nie było wówczas nigdzie domofonów-ulga!); nie był specjalnie zainteresowany moją ofertą...ale udało mi się człeka przekonać, że nasza oferta nie jest wcale zła
wówczas zaproponował mi wódkę Exclamation
powiedziałem, że nie jestem abstynentem, ale czeka mnie jeszcze półtorej godziny pracy; na to On, ...że załatwi to za mnie
ja tam łatwowierny byłem wówczas to mu oddałem liste z kilkoma podpisami...a ten obrócił po pietrze i niemal całą wypełniona przyniósł w kilka minut (ja już byłem w trakcie konsumpcji Embarassed )
pogadaliśmy, aż czas wizyty oceniłem na wystarczajaco długi...i wówczas zapytałem, czemu tak niechętnie w tym budynku podpisywali
powiedział: bo to wojskowych budynek...


Cytat:
Pamiętam, że w trakcie tej kampanii wyborczej Maciek Gawlikowski namalował na betonowym murze przy ulicy Telewizyjnej (dziś Powstańców Śląskich) monumentalny napis: "GŁOSUJ NA MOCZULSKIEGO! KPN". Ten napis był trwalszy od naszej partii. Dopiero kilka lat temu, na 650-lecie Krakowa (w 2007 roku) zamalowano go umieszczając na tej betonowej ścianie monumentalne graffiti. A więc straszył ubeków i komunistów jeszcze przez 18 lat po 4 czerwca 1989 Smile


w Nowym Dworze (kilka stacji na północ od W-wy, tamtejszy klub grał nawet w ekstraklasie!!!) koło stacji i klubu (czyli niemal centrum) jest porzucona fabryka:
na płocie zachował sie napis:
"Bojkot wyborów - Solidarność Walcząca"

tłumaczę to tym, że zaczęli trochę później to i trochę dłużej się utrzymają...aż zostaną Im tylko wspomnienia...jak ===> nam

Cytat:
Jak dziś słyszę, że wybory w roku 1989 były wolne i demokratyczne w 35% to mnie krew zalewa. Kto tak mówi, to nie wie, o czym mówi. Jak mogą być demokratyczne w 35% wybory, gdy możliwość swobodnej działalności i walki o te 35% mandatów w Sejmie miały tylko cztery siły: PZPR, ZSL, SD i KO przy LW? Odmienna ocena tych wyborów przez nas i przez ludzi z Solidarności wynika z odmiennych punktów siedzenia - wtedy i dziś.


no, a Tadeusz Mazowiecki był pierwszym premierem niekomunistycznego rządu Wink Wink Wink
jestem trochę starszy...mnie już prawie przeszło... Confused

Cytat:
Czyż nie było wtedy tak, jak dziś, gdy tylko cztery partie maja dofinansowanie z budżetu na swoja działalność i na kampanie wyborczą: PO, PiS, SLD i PSL ? I tak się "przypadkowo" składa, że wszystkie te cztery partie wywodzą się z Magdalenki i z Okrągłego Stołu. I dziś, podobnie jak wtedy, większość społeczeństwa nie dostrzega manipulacji, jakiej jest poddawana...


nie wierzę w to, aby ten [niezbyt roztropny, jak sądzę, pomysł sponsoringu] spowodował chęć wszczęcia rewolucji przez ludność naszego kraju
nie sądzę również, aby pozostali wyłonili spośród siebie takie siły, które istotnie zmienią obraz polityczny Polski
są skłóceni personalnie i każdy chce rządzić, zatem się nie uda
a rewolucja (z ofiarami śmiertelnymi!) tylko po to, aby dać pożyć mniejszej liczbie ludzi zajmujących sie polityką (i nic tak naprawdę nie zmienić!!!) nie wydaje mi się warta udziału
...choć we Włoszech się w dużym stopniu udało

_________________
ka?dy ?piewa razem z nami:
"precz, precz, precz z komunistami"
Jakub Sienkiewicz
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Mirek Lewandowski



Dołączył: 07 Maj 2008
Posty: 492

PostWysłany: Wto Maj 04, 2010 9:56 am    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Aby zarejestrować kandydatów na posłów w wyborach kontraktowych trzeba było zebrać 5 tysięcy podpisów. Krakowska KPN zebrała te podpisy jeszcze zanim oficjalnie można było rejestrować kandydatów. Rejestracji LM miała dokonać trójka w składzie: Rysiek Bocian, Przemek Markiewicz i ja. Każdą kartkę z podpisami podpisaliśmy we dwójkę z Ryśkiem tak, aby nie dało sie później żadnej kartki podmienić. Przygotowałem też szczegółowy protokół zdawczo-odbiorczy dla komisji, który określał, że przekazujemy tyle a tyle podpisów na tylu a tylu kartach, z których każda jest podpisana przez Ryszarda Bociana i Mirosława Lewandowskiego.

Poszliśmy we trójkę do Okręgowej Komisji Wyborczej, która miała siedzibę na piętrze budynku przy Rynku Podgórskim w Krakowie, aby zarejestrować Leszka Moczulskiego. Sam Kandydat wraz z Maćkiem Gawlikowskim siedział na parterze w małej kawiarence i czekał na wynik naszej misji.

Ponieważ był to pierwszy dzień rejestracji kandydatów, więc w lokalu komisji, poza jej członkami (w komisji byli jacyś ludzie z "Solidarności") i ekipą TVP Kraków, która przeprowadzała wywiad z szefem Komisji (był nim I sekretarz Dzielnicowego Komitetu PZPR w Podgórzu Janusz Aksamit Smile ) nikogo nie było. Inne ekipy dopiero rozpoczynały zbieranie podpisów.

Spokojnie poczekaliśmy na zakończenie rozmowy z dziennikarzy z Aksamitem.

A potem zapytaliśmy tow. Aksamita grzecznie - "Co jest potrzebne, aby zarejestrować kandydata na posła?".

Na to Aksamit takim protekcjonalnym tonem powiedział, uśmiechnięty od ucha do ucha komuch, świeżo nawrócony na demokrację - "Musicie panowie zebrać 5 tysięcy podpisów, przynieść zgodę kandydata na kandydowanie przez niego podpisaną i możecie rejestrować!".

My - "Czy nic więcej nie potrzeba, tylko te podpisy i zgoda? Każdy, kto spełni te wymogi zostanie zarejestrowany?"

Aksamit - "Oczywiście panowie! Byleby kandydat miał wymagany wiek, zbierzecie podpisy, przyniesiecie jego zgodę i rejestrujecie! Mamy przecież demokrację!"

My dalej udawaliśmy Greków - "A od kiedy można rejestrować tych kandydatów?"

Aksamit - "Od dzisiaj Panowie, od dzisiaj. Macie na to dwa tygodnie" (chyba taki był wtedy termin).

My - "Jeśli tak jest, jak pan mówi, to my chcemy zarejestrować naszego kandydata".

Aksamit (z niedowierzaniem) - "A macie wymagane podpisy?".

My - "Mamy nawet trochę więcej". Mieliśmy chyba ze sześć tysięcy podpisów, na wszelki wypadek.

W tej sytuacji ożywili się dziennikarze z TVP Kraków i pytają nas i Aksamita - "Czy możemy to sfilmować? To będzie pierwszy zgłoszony kandydat w całej Polsce! Mamy newsa na czołówkę głównego wydania Dziennika Telewizyjnego!".

Aksamit się zgodził na filmowanie, my też, więc ekipa ustawiła kamerę i włączyła światła. Komisja zebrała się za stołem, myśmy w trójkę usiedli na krzesełkach przed stołem i wtedy Aksamit niebacznie zapytał - "A kim jest kandydat?"

Na to Rysiek Bocian tubalnym głosem (już odzyskał głos po wiecach Smile ) powiedział bardzo głośno - "Naszym kandydatem jest Przewodniczący Konfederacji Polski Niepodległej Leszek Moczulski!".

Na to twarz Aksamita zrobiła się aksamitna, część komisji pobladła, ktoś szepnął - "O kurwa!" a dziennikarze z TVP Kraków bez słowa zgasili światła i wyłączyli kamerę (zachowali sie zupełnie tak samo, jak dzisiaj - gdy idzie o stosunek PiSowsko - SLDowskiej TVP do KPN jest on identyczny, jak TVP z czasów PRL Smile ).

Gdy dziennikarze już wyszli komisja zaczęła debatować nad naszym wnioskiem. My czekaliśmy w pokoiku obok. Naradzili się i w końcu nas poproszono. Aksamit nam oznajmił, że zgłoszenie ma wady. Po pierwsze - kandydat podpisał się na zgodzie na kandydowanie imionami w kolejności Robert Leszek a na listach imiona są podane w kolejności Leszek Robert. Po drugie - kandydat w zgodzie na kandydowanie napisał, że jest bezrobotny, a przecież w PRL nie ma bezrobocia, więc to musi być nieprawda.

No to my zapytaliśmy - "Czy te wady uniemożliwiają przyjęcie zgłoszenia i rejestracje kandydata? Bo jeśli nie, to my niczego nie będziemy zmieniać!".

Ponownie kazali nam zaczekać. Po nardzie powiedzieli, że kwestia bezrobocia nie jest jednak taka ważna, ale kolejność imion jest bardzo istotna i w tej sytuacji nie mogą przyjąć zgłoszenia.

Na to my grzecznie poprosiliśmy, aby komisja dała nam tę odmowę na piśmie, wraz z uzasadnieniem. - "Panowie przyjdą za godzinę" - usłyszeliśmy.

Zeszliśmy na dół do kawiarenki i powiedzieliśmy Leszkowi Moczulskiemu, że trzeba napisać nowa zgodę na kandydowanie ze zmienioną kolejnością imion. Przewodniczący napisał to w dwie minuty, wypiliśmy kawę, pogadaliśmy i po godzinie poszliśmy na górę.

Członkowie komisji trochę się napocili przy pisaniu tego postanowienia, ale gdy przyszliśmy to było ono prawie gotowe. Aksamit nam je odczytał po czym uroczyście wręczył myśląc, że ma nas z głowy, przynajmniej na dzisiaj. Myśmy to postanowienie schowali do teczki i wyciągnęliśmy z niej nowe pismo Leszka Moczulskiego z nową zgodą na kandydowanie z odwrotną kolejnością imion, tak jak życzyła sobie komisja. Nie pamiętam reakcji komisji, bo śmiałem się całą gębą wręczając to pismo zadziwionemu Aksamitowi. Nie pamiętam też reakcji przedstawiciela "Solidarności" w komisji, który przecież nie protestował wcześniej, gdy odmawiano przyjęcia zgłoszenia z tak absurdalnego powodu, jak kolejność imion.

"No ale my byliśmy z KPN, a oni byli z NSZZ".

Leszek Moczulski, kandydat niepodległościowej antykomunistycznej opozycji, który niemal dokładnie dziesięć lat przed wyborami czerwcowymi 1989 roku napisał "Rewolucje bez rewolucji" zapowiadającą odzyskanie przez Polskę niepodległości, co powszechnie uznano wtedy za szaleństwo, który jeszcze trzy lata wcześniej odsiadywał kolejny wyrok za "usiłowanie obalenia siłą władzy ludowej w PRL", był pierwszym w Polsce kandydatem zarejestrowanym w historycznych wyborach w 1989 roku, do których doszło wskutek kompromisu czerwonych z różowymi. O tym fakcie nie poinformował wtedy Dziennik Telewizyjny ani żadne inne oficjalne medium. O tym fakcie do dziś historia głucho milczy, a przecież jest w tym zdarzeniu wiele symboliki...

_________________
Mirek Lewandowski
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Sylwia



Dołączył: 03 Gru 2016
Posty: 67

PostWysłany: Sob Gru 03, 2016 12:37 pm    Temat postu: Forumoteka.pl Odpowiedz z cytatem



Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
Administrator
Site Admin


Dołączył: 04 Maj 2008
Posty: 9116

PostWysłany: Sro Maj 05, 2010 1:17 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Aby mieć pełniejszy obraz wyborów z roku 1989 zamieszczam fragment rewelacyjnych wspomnień Rafała Górskiego publikowanych na stronie Encyklopedii Solidarności. Oto jak wyglądała sytuacja w Polsce wiosna 1989 roku widziana oczami 16-latka:

Cytat:
(...)Ja nie chciałem wiązać się z Solidarnością i w tych swoich poszukiwaniach kierowałem się bardziej w stronę Federacji Młodzieży Walczącej, Solidarności Walczącej lub Konfederacji Polski Niepodległej.

Pociągał mnie oczywiście radykalizm tych organizacji, ale Solidarność Walcząca wydawała mi się grupą za bardzo pogrążoną w oczekiwaniu na najbardziej dogodną okazję do walki, zakonspirowaną, trwającą z bronią u nogi, jakby tylko wyczekującą na godzinę powstania. Przyjmowałem to wtedy jako marnowanie czasu. Natomiast KPN imponowała mi tym, że prowadził jawną działalność i miała jasne, skonkretyzowane cele. Jednym słowem miała plan jak pokonać komunę, odzyskać niepodległość i pozbyć się sowietów. Później, gdy już zapoznałem się z programami tych wszystkich organizacji, oczywiście poza tzw. konstruktywną opozycją, KPN dodatkowo ujęła mnie swoim zamiarem nawiązania sojuszy z narodami ówczesnego Związku Radzieckiego. Także z tymi, z którymi dzieliły nas historyczne konflikty – Ukraińcami i Białorusinami. Było w tym coś z przeniesienia na współczesne czasy idei federacyjnej Józefa Piłsudskiego, a ja odbierałem to jak konieczność historyczną.

Na mój wybór złożyła się też w pewnym stopniu kwestia otoczenia w jakim się wychowywałem. Trafiłem do Liceum Pijarów, gdzie wśród uczniów FMW miała opinię organizacji mało wiarygodnej i mało prawicowej, KPN była uważana za zbyt lewicową, a większość ugrupowań prawicowych wydawała się tamtejszej młodzieży nie dość prawicowa. To też, to moje ukierunkowanie wynikało także trochę z przekory, chęci pójścia pod prąd panującym wokół mnie nastrojom. Do FMW u Pijarów należały pojedyncze osoby i nigdy nie udało się tam stworzyć jakiejś mocnej ekipy. Większość nie przynależała do żadnej organizacji, ale grupa nadająca ton tej większości stworzyła taką wirtualną firmę nazywającą się NMN – Narodowa Młodzież Niepodległościowa. Tak naprawdę to była grupa ok. trzydziestu osób, które chodziły na wszystkie demonstracje i właściwie tylko do tego ograniczała się ich działalność. Chodziłem razem z nimi, chociaż wcale nie podzielałem ich poglądów. A pamiętam, że nawet wtedy jesienią 1988 roku, w klasowych rozmowach niektórzy z kolegów szkolnych przekonywali, że chodzenie na demonstracje tak naprawdę nic nie da i że trzeba by może jakoś inaczej walczyć o niepodległość, ale na tym inaczej zazwyczaj wymiana zdań się kończyła. Na stu dwudziestu uczniów w demonstracjach brało udział trzydziestu i nie narzekałbym pewnie na te proporcje, gdyby nie fakt, iż ogół stanowiło naprawdę „doborowe towarzystwo”. Byli tam m.in. uratowani przed poprawczakiem, albo i nawet już po poprawczaku. Zresztą Zakon Pijarów miał w swoim statucie zapis o zajmowaniu się tzw. trudną młodzieżą. Ja sam wybrałem to liceum dlatego, bo wyobrażałem sobie, że jak już uda mi się znaleźć kontakt i zaangażuję się w działalność opozycyjną, to co jak co, ale z prywatnego i do tego jeszcze katolickiego liceum na pewno mnie nie wyrzucą!

Poszukiwania nie były wcale takie łatwe, gdyż nikogo poza kolegami ze szkoły nie znałem, a jako piętnastolatek nie wystarczało mojej śmiałości na tyle, żeby na demonstracji podejść do znacznie ode mnie starszych, poważnych ludzi z biało-czerwonymi opaskami na rękawach. W końcu w jednej z gazetek FMW znalazłem namiar na Wojtka Polaczka. Skontaktowałem się z nim, a on przekazał mnie Marcie z V liceum. No i zacząłem nosić ulotki, gazetki itp., oczywiście nie przestając uczestniczyć w demonstracjach. Jakoś w tym czasie rozpoczęły się przygotowania do obrad Okrągłego Stołu i wtedy zorientowałem się, że FMW nie ma własnej wizji, jakiegokolwiek realnego pomysłu na alternatywę dla porozumienia wierchuszki Solidarności z wierchuszką PZPR. Było widać wyraźnie, że dla jednych Lech Wałęsa, Adam Michnik i Jacek Kuroń są przewodnikami, którzy mówią jak należy walczyć, definiują prawdziwą opozycję i określają prowokatorów. Byli też inni, mający całkowicie przeciwny, bliższy mojemu, punkt widzenia, ale przewagę miała niestety opcja ulegająca wpływom starych liderów Solidarności i Komitetu Obywatelskiego.

Jednocześnie z udziałem w FMW byłem współpracownikiem Studenckiej Biblioteki Wydawnictw Niezależnych UJ. Tam poznałem Henryka Głębockiego i poprosiłem go o kontakt z Konfederacją. On w marcu 1989 roku wskazał mi Jerzego Jajte-Pachotę i Artura Thena. Na którejś demonstracji zaczepiłem Jurka Pachotę i dowiedziałem się od niego, że właśnie zamierzają reaktywować Organizację Młodzieżową KPN. Pochwaliłem się tą nowiną na zebraniu Federacji odbywającym się w krużgankach klasztoru Dominikanów i wtedy właśnie zostałem obdarzony przezwiskiem „Młody Moczulski”. Pamiętam jak dzisiaj, że gdy Grzegorz Lipiec usłyszał, że zamierzam wstąpić do KPN, powiedział: „O! Znalazł się Młody Moczulski!”. Skojarzenie to przylgnęło do mnie na bardzo długo i w zasadzie w niektórych kręgach funkcjonuje do dzisiaj. A przyznam, że gdy słyszę je teraz po dwudziestu latach, to najbardziej cieszę się z tego przedrostka – młody. Przeczytałem niedawno na liście Stowarzyszenia Konfederatów stwierdzenie Ryszarda Bociana, że miałem pseudonim „Młody Moczulski”, a to przecież nie był pseudonim, lecz tylko przezwisko!

Po rozmowie z Jurkiem Pachotą okazało się, że do Konfederacji przystąpiło trochę licealistów, głównie uczniów klas pierwszych i drugich. Pamiętam, że na pewno był wśród nich Tomek Poller z Plastyka, Darek Siodłak i Piotr Klein z IX LO, Tomasz Krawczyk z VI LO, Tomek Krówka i jeszcze parę osób. Właśnie tych kilkunastu uczniów na samym początku tworzyło Organizację Młodzieżową KPN. Później przybywali kolejni, między innymi Magda Goras z V LO, dziewczyny o pseudonimach „Lewka” i „Wowka” z I LO i trochę uczniów techników, a mieliśmy ambicję dogonić liczebnością Organizację Studencką. Przyznam, że imponowała mi działalność starszych kolegów z OS. Było ich znacznie więcej niż nas. Pamiętam, że potrafili szybko zmobilizować do akcji na następny dzień nawet kilkadziesiąt osób. To dużo, zwłaszcza w czasach, w których nie było telefonów komórkowych, a i stacjonarne występowały rzadko i nie zawsze można było się przez nie dodzwonić. Zaraz po powstaniu Organizacji Młodzieżowej zabraliśmy się do pracy przy kampanii wyborczej. Ale w międzyczasie braliśmy też udział w odbywających się na ulicach Krakowa zadymach. Pamiętam, że nie byliśmy 15 maja na wiecu zorganizowanym przez Akcję Studencką WiP i Międzymiastówkę Anarchistyczną. Większość ludzi z OM nie poszło na niego dlatego, że anarchiści występowali przeciwko armii, a KPN z armią wcale nie wojowała. Ale wiem, że niektórym starszym kolegom i koleżankom z OS wcale nie przeszkadzał charakter tej manifestacji i uczestniczyli w niej dosyć aktywnie. Ciekawostką, o której warto wspomnieć, jest fakt, że wtedy to Międzymiastówka Anarchistyczna po raz pierwszy w Krakowie wystąpiła pod swoją nazwą. Nazajutrz 16 maja w dzień słynnego sittingu pod sowieckim konsulatem dotarliśmy na miejsce około godziny 14, kiedy było już w zasadzie po wszystkim. Godziny rozpoczynania manifestacji były być może dogodne dla studentów, ale już na pewno nie dla uczniów. Jak zawsze także i tego dnia kończyliśmy lekcje popołudniu i zastaliśmy tam tylko ludzi stojących na Plantach. Były jeszcze jakieś szamotaniny z milicją, ale wszystkich bardziej aktywnych pikietujących konsulat już wtedy zwinięto. W tym mniej więcej okresie uczestniczyłem w zebraniu Organizacji Studenckiej KPN. Odbywało się ono w Parku Jordana, a byli tam też ludzie z OM. Zapadła na nim decyzja o udziale we wspólnej z Akcją Studencką WiP demonstracji protestu przeciwko pacyfikacji jednej z antysowieckich manifestacji. Nie było to specjalnie konsultowane z władzami KPN i wydawało mi się, że OS cieszyła się dużą autonomią. Młodzieżówka natomiast spełniała funkcje pomocnicze i tak właściwie nigdy nie stanowiliśmy samodzielnego bytu. Starsi koledzy z Organizacji Studenckiej byli w pewnym sensie naszymi mentorami, a OS jakby pasem transmisyjnym, pośrednikiem w kontaktach, chociażby z Kierownictwem Akcji Bieżącej. Oczywiście przydawaliśmy się do klejenia plakatów, roznoszenia ulotek i trzymania transparentów, ale podejmowanie jakichkolwiek decyzji nie do nas należało. Jako przedstawiciel młodzieżówki kontaktowałem się z Jurkiem Pachotą, Maćkiem Gawlikowskim i Przemkiem Markiewiczem. To z nimi uzgadniałem, albo lepiej by powiedzieć przyjmowałem, decyzje o akcjach, a wiedziałem dobrze, że to w tym gronie powstawały plany kolejnych przedsięwzięć. Podczas, gdy Ryszard Bocian koordynował wszystkie sprawy związane z kampania wyborczą, dla OS ważniejsza były aktywność na ulicy i szybkie reagowanie na wydarzenia polityczne. Na wiosnę 1989 roku widać było, że działalność OS cieszyła się dużą autonomią, nie odczuwało się za strony kierownictwa żadnego gorsetu krępującego aktywność, a zmienić się to miało dopiero jesienią.

Od samego początku zapieprzaliśmy przy kampanii wyborczej. Polegało to nie tylko na klejeniu plakatów i roznoszeniu ulotek, ale także chodzeniu po mieszkaniach i namawianiu ludzi do głosowania na Leszka Moczulskiego. Miałem tego pecha, że w mojej dzielnicy mieszkało bardzo wielu zwolenników Solidarności, czyli niejako konkurencji, ale też ludzi uważających nas z KPN za prowokatorów i awanturników. Pamiętam, że z upodobaniem dzwoniłem pięć razy w tygodniu do willi Krzysztofa Kozłowskiego z pytaniem, czy nie zechce złożyć podpisu na liście popierającej kandydaturę Leszka Moczulskiego? Na co on z coraz większą, narastającą za każdym następnym razem wściekłością odpowiadał, że mam się wynosić, bo nie chce mieć nic wspólnego z awanturnikami! W ten sposób bardzo szybko nabierałem przekonania o iluzoryczności demokracji w Solidarności, że liczy się w niej tylko zdanie Lecha Wałęsy i np. Krzysztofa Kozłowskiego. To oni orzekali, kto zasługuje na uznanie, a kto jest tylko ulicznym warchołem. Pamiętam, że Komitety Obywatelskie Solidarności nie protestowały też przeciwko atakowaniu wieców wyborczych KPN w Lublinie, gdzie SB posunęła się do skradzenia list z poparciem dla kandydatów Konfederacji. Kolejna sprawa to cicha zgoda Komitetów Obywatelskich „S” na represje wobec radykałów za cenę ulgowego traktowania samej Solidarności. W październiku 1988 brygada antyterrorystyczna rozbiła pierwszy Zjazd Międzymiastówki Anarchistycznej w Gdańsku, w lutym milicja rozpędziła III Kongres KPN w Warszawie, a kilka tygodni później esbecy wyaresztowali większość uczestników Kongresu Opozycji Antyustrojowej w Jastrzębiu Zdroju. W tym samym czasie uczestnicy Okrągłego Stołu gadali o demokracji i pluralizmie, nie wspominając tylko, że nie wszystkim będzie wolno z nich korzystać. Poza tym dostrzegałem wielką dysproporcję środków zaangażowanych w kampanię. Widziałem jak marnej jakości plakaty kleimy i jak niewiele ich mamy, a z drugiej strony obserwowałem na ulicach plakaty „S” drukowane w państwowych drukarniach. Oni mogli składać tam zamówienia w nieograniczonych ilościach, a jednocześnie mówili nam, ba gdyby tylko nam, że nasza działalność to dziecinada, że liczy się tylko Lech Wałęsa i jego drużyna.

Podczas jednego z wielu zebrań w mieszkaniu Przemka Markiewicza, a było to w czasie kampanii wyborczej, spotkałem Leszka Moczulskiego. W jego trakcie poruszano kwestię podjęcia akcji przeciwko obecności wojsk sowieckich w Polsce. A tak właściwie to wyprzedzenia działań, które może podjąć Akcja Studencka WiP. Chodziło konkretnie o zablokowanie jednej z baz wojskowych. Rozważano wtedy ryzyko jakie niosło ze sobą tak jawne wystąpienie wobec sowietów. Całkiem zresztą zasadne, gdyż działo się to dopiero wiosną 1989 roku. Ostatecznie WiP wyprzedził KPN organizując wspólnie z Międzymiastówką Anarchistyczną blokadę koszar rosyjskich w Legnicy już w lipcu 1989 roku. Pamiętam też coś w rodzaju ducha konkurencji, ale w ramach tej, jakby to powiedzieć, naszej części opozycji. Nie dotyczyło to w żadnym razie Solidarności, oczywiście też nie tej hutników i robotników, ale części kojarzonej z Komitetem Obywatelskim „S”. Nabijaliśmy się ze starszych pań z KIK-u, z opozycjonistów, którzy głównie się modlą i stetryczałych jegomości twierdzących, że chociażby z racji wieku, racja musi być po ich stronie. Przekonałem się też, że cenzura nie jest tylko narzędziem władzy państwowej, ale może być również instrumentem używanym przez grupę dominującą w opozycji. Taką, która ma dojście do mediów zagranicznych, funduszy na działalność etc. Wystarczy, że zdobyła sobie opinię odpowiedzialnej i poważnej siły mającej w zamiarze porozumienie ze zmierzającymi do liberalizacji kraju komunistami, oczywiście tylko i wyłącznie dla dobra narodu. Pamiętam jakim szokiem dla młodego uczestnika opozycji, było usłyszenie w Wolnej Europie wypowiedzi Lecha Wałęsy na temat Kornela Morawieckiego, kiedy mówił, że takich prowokatorów będziemy zamykali w wolnej Polsce. Zrozumiałem wtedy, ze nie chcę mieć z Wałesą i spółką nic wspólnego. Dla mnie tamten czas był przyspieszoną szkołą edukacji politycznej i obywatelskiej. KPN podobała mi się też dlatego, że realizował swoje cele, nie wdając się w żadne handle, transakcje polityczne dające jakieś doraźne korzyści, posady, zaszczyty. Była wierna linii ideowej i ta wierność bardzo mi imponowała.

Po wyborach, a właściwie plebiscycie nie odczuwaliśmy poczucia klęski, gdyż rokowania wskazywały, że nastroje się zmienią, nie będzie koniunktury na dogadywanie się z komuną, stan gospodarki zmusi ludzi do działania i jesienią nastąpi wybuch społeczny. Nic takiego się nie stało. I chociaż wydawało się, że wybór Jaruzelskiego na prezydenta będzie zbyt kompromitującym dla Solidarności, to jednak społeczeństwo przyjęło ten fakt bez większych emocji. Nam się naiwnie wydawało, że ludzie kojarzący przecież Jaruzelskiego ze stanem wojennym się z tym nie pogodzą. A jednak niestety potwierdziła się wtedy prawda, że ten ma władzę, kto ma media. Jedyną gazetą, której wówczas ufano była Gazeta Wyborcza, a wiadomo przecież jak traktowała nie konstruktywną opozycję. Pamiętam, że nie było w Krakowie zbyt wielu manifestacji organizowanych samodzielnie przez KPN. Przeważająca większość to wspólne inicjatywy KPN, NZS, WiP i FMW. Wcale mi to nie przeszkadzało, gdyż miałem pozapartyjne kryterium oceny tych organizacji. Oznacza to, że nie dzieliłem ich na prawicę, czy lewicę, ale ważny był dla mnie ich stosunek do postanowień Okrągłego Stołu. Wspólnym mianownikiem było dla mnie przeciwstawienie się próbom prześlizgnięcia komunistów do nowego ustroju. Nie chciałem mieć nic wspólnego z tymi, którzy poszli na ten zgniły kompromis. Pamiętam nawet taką manifestację KPN w pierwszych dniach lipca 1989 roku w Warszawie. Uczestniczył w niej PPS-RD (Polska Partia Socjalistyczna – Rewolucja Demokratyczna) ze swoimi transparentami i nikt tych ludzi nie wyrzucał, gdyż oni również bardzo ostro występowali przeciwko Okrągłemu Stołowi.

W czerwcu 1989 roku zostałem mianowany pełniącym obowiązki szefa Organizacji Młodzieżowej KPN w Krakowie. Nastąpiło to na skutek roszad personalnych w kierownictwie krakowskiego KPN. Otóż Jurek Pachota będący wtedy pełniącym obowiązki szefa Okręgu, mianował mnie, na również pełniącego obowiązki, szefa młodzieżówki. Pamiętam, że ten stan rzeczy trwał, aż do wyborów, które odbyły się w grudniu 1989.
(...)
Do dzisiaj utrzymuję kontakty z ludźmi poznanymi podczas działalności w Konfederacji. KPN jest dla mnie jedyną zasługującą na szacunek z wszystkich kiedykolwiek istniejących partii politycznych. Konfederatów, przynajmniej w moim mniemaniu, cechowała ideowość i przekonanie, że działalności politycznej nie można traktować jak biznesu. KPN nie dopuszczała możliwości ustąpienia z pewnych punktów swojego programu za jakieś polityczne profity, stanowiska czy też udział w rządzeniu. Bezkompromisowość w dążeniu do celu uznaję za największą wartość i dlatego nigdy nie żałowałem swojego udziału w działalności Konfederacji. Myślę, że konfederaci ze swoim ówczesnym nonkonformizmem nie pasowaliby do obecnie panującego systemu. Dlatego nie trzeba wcale żałować, że tamtej Konfederacji już nie ma, a i chyba KPN trudno byłoby odnaleźć się w obecnych czasach.

Zapamiętałem jeszcze jedno. Konfederację jako solidarną wspólnotę działania i zbiorowisko ludzi będących trochę fanatykami swojej organizacji. Z jednej strony mieliśmy wręcz odgórny przykaz, aby zawsze i wszędzie propagować nazwę. Dzisiaj nazywa się ja logiem partyjnym, a wówczas była po prostu namalowana na transparencie nazwą. Nawet jeżeli nie organizowaliśmy jakiejś manifestacji, to mieliśmy wywołać wrażenie jakby to była demonstracja Konfederacji. Mogło być nas tylko trzech z jednym transparentem, ale zawsze chodziło o to, żeby ten transparent umieścić w najważniejszym miejscu. W ten sposób uczestniczyłem na przykład w przejmowaniu demonstracji antysowieckiej 18 maja 1989, kiedy najpierw zebrano kapeenowców stojących na barykadach wokół Placu Wszystkich Świętych, by udać się na spotkanie wyborcze Leszka Moczulskiego, a następnie wrócić wraz z nim, by to właśnie Moczulski doprowadził do wycofania oddziałów ZOMO i uwolnienia zatrzymanych demonstrantów, co nie udało się kandydatom Solidarności. Mogła ta nasza przedsiębiorczość nie podobać się kolegom z innych organizacji ale nie prowadziliśmy tych działań z zamiarem szkodzenia komukolwiek poza komunistami.
(...)
Konfederacja Polski Niepodległej nauczyła mnie bardzo ważnej życiowej dewizy – „Niezależnie od okoliczności. Trzeba być wiernym swoim zasadom i realizować je nawet wtedy, kiedy wszyscy dookoła obrzucają błotem” Niech więc ona posłuży za puentę kończącą moją wypowiedź.


Całość na stronach ES - http://www.encyklopedia-solidarnosci.pl/wiki/index.php?title=L00022_Rafa%C5%82_G%C3%B3rski
albo na POLONUSie - http://www.polonus.mojeforum.net/post-vp6143.html#6143
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum polonus.forumoteka.pl Strona Główna -> SPRAWY BIEŻĄCE Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Strona 1 z 1
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Możesz dodawać załączniki na tym forum
Możesz ściągać pliki na tym forum




Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group