Forum polonus.forumoteka.pl Strona Główna polonus.forumoteka.pl
Archiwum b. forum POLONUS (2008-2013). Kontynuacją forum POLONUS jest forum www.konfederat.pl
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Zdaniem Jerzego Bukowskiego (rok 2008)
Idź do strony 1, 2, 3 ... 16, 17, 18  Następny
 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum polonus.forumoteka.pl Strona Główna -> ARCHIWUM
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Administrator
Site Admin


Dołączył: 04 Maj 2008
Posty: 9116

PostWysłany: Wto Sie 12, 2008 6:32 am    Temat postu: Zdaniem Jerzego Bukowskiego (rok 2008) Odpowiedz z cytatem

Zanim zarchiwizowałem te teksty licznik na POLONUSie wskazywał 13.451 wyświetleń. Jerzy Bukowski jest jednym z rekordzistów naszego Forum pod tym względem!

Oto pierwsze dwa, historyczne teksty Jurka nadesłane dla POLONUSa (pierwszy pochodzi z 18 maja 2008):

Cytat:
Gorbaczow broni Jaruzelskiego
Muszę obiektywnie przyznać, że imponuje mi niemal mafijna solidarność byłych przywódców komunistycznych z wielu krajów. Kiedy któryś z nich jest w jakikolwiek sposób zagrożony (np. staje przed sądem, oskarżony o popełnione w dawnej epoce zbrodnie), inni niezwłocznie przychodzą mu z pomocą.
Ponieważ w komunistycznym imperium obowiązywały ściśle określone hierarchie, najbardziej cenione są miłe słowa ze strony jego ostatniego zarządcy, czyli Michaiła Gorbaczowa. Pośpieszył on teraz z pomocą swojemu byłemu namiestnikowi w Warszawie – generałowi Wojciechowi Jaruzelskiemu, wstawiając się za nim u prezydenta Lecha Kaczyńskiego.
Gorbaczow ma powód, aby wypowiedzieć kilka miłych słów pod adresem autora i wykonawcy stanu wojennego w Polsce, ponieważ orzekający w tej sprawie sąd polecił prokuratorom Instytutu Pamięci Narodowej uzupełnić materiał dowodowy m.in. właśnie o jego zeznania.
Podczas spotkania z Kaczyńskim w Jerozolimie poprosił go o otoczenie Jaruzelskiego opieką i zapytał go wprost: „Czy rzeczywiście nie możecie rozwiązać problemu niemłodego już, chorego człowieka – generała, który wiele zrobił dla Polski? Komu to wszystko jest potrzebne? A to, co teraz się z nim dzieje, to są prześladowania, bezpodstawne prześladowania.”
Ostatni I Sekretarz Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii Związku Sowieckiego odwołał się nawet do autorytetu Ojca Świętego Jana Pawła II, który miał mu powiedzieć o Jaruzelskim, że jest to bardzo poważny i solidny człowiek, który bardzo wiele zrobił dla Polski na ostrym zakręcie, na którym się ona znalazła.
Gorbaczow nie doprecyzował jednak, o jakim historycznym zakręcie rozmawiał z Papieżem. Można wszelako domniemywać, że nie chodziło raczej o wprowadzenie stanu wojennego 13 grudnia 1981 roku, które to działania Jan Paweł wielokrotnie i zdecydowanie potępił, dając temu wyraz choćby przez zapalenie świecy ku czci jego ofiar w swym watykańskim oknie. A przerwany obecnie proces dotyczy wyłącznie tej sprawy.
Sowiecki przywódca doskonale wie, że Jaruzelski stanowczo bronił komunizmu do samego końca. Jeszcze 1 maja 1988 roku wygrażał „gębom za lud krzyczącym” i nie dopuszczał możliwości utraty sprawowanej z mandatu Kremla władzy. Gorbaczow powinien również zdawać sobie sprawę, że gdyby proces twórców stanu wojennego zakończył się skazującym wyrokiem, to nikt nie domagałby się posadzenia sędziwych zbrodniarzy za kratkami. Idzie tylko o to, aby sprawiedliwości stało się zadość.
Rozumiem, że pomoc, z jaką śpieszy Gorbaczow, jest najlepszym dowodem wysokiego uznania, jakie żywi dla Jaruzelskiego, który zawsze posłusznie i wiernie wykonywał wszystkie polecenia Moskwy, nawet jeżeli wiązały się one z koniecznością przelania krwi swoich rodaków. Jako ideowy komunista uważał on bowiem za swoją prawdziwą ojczyznę Związek Sowiecki, a za jej granice te rubieże, do których aktualnie doszła Armia Czerwona. Kiedy przychodziły rozkazy zaostrzenia kursu, wykonywał je bez wahania, kiedy polecano mu złagodzenie politycznego terroru i podjęcie rozmów z opozycją, godził się i na taki wariant.
Gdyby chciał sprzeciwić się kremlowskim mocodawcom lub wprowadzić w Polsce nie uzgodnione z nimi eksperymenty, zapewne podzieliłby los swoich węgierskich i czechosłowackich odpowiedników z 1956 i 1968 roku. Świetnie o tym wiedział, ale ani myślał ustępować z kolejno zajmowanych najwyższych stanowisk partyjno-rządowych w PRL, dobrowolnie wybierając pełną lojalność wobec sowieckich przywódców, którzy pozwolili mu rządzić aż do 1990 roku.
Nic dziwnego, że jego ostatni przełożony odpłaca mu się teraz jak może za wieloletnią wierność.
Jerzy Bukowski



Cytat:
Nader nerwowy Wałęsa
Od dawna wiadomo, że Lech Wałęsa nie potrafi przyjąć do wiadomości pełnej prawdy o swojej przyszłości. O ile chętnie przyznaje się do chlubnych kart z własnej biografii politycznej, o tyle do furii doprowadzają go powtarzane coraz częściej zarzuty kilkuletniej współpracy ze Służbą Bezpieczeństwa PRL przed 1980 rokiem.
Nic więc dziwnego, że stracił panowanie nad sobą w momencie ogłoszenia przez Instytut Pamięci Narodowej zamiaru wydania książki o nim, napisanej przez Sławomira Cenckiewicza i Piotra Gontarczyka. W przygotowanej już do druku publikacji mają się znaleźć m.in. nieznane do tej pory dokumenty z początku lat 70. ubiegłego stulecia, dotyczące jego kontaktów z komunistyczną bezpieką.
Wałęsa najpierw niezwykle - nawet jak na niego - ostro zaatakował prezesa IPN, profesora Janusza Kurtykę, grożąc mu pozwaniem do sądu i przypominając, że otrzymał przecież od Instytutu status osoby pokrzywdzonej przez komunistyczny reżim. Następnie zażądał uczestnictwa w konferencjach prasowych, poświęconych owej książce. Na swym blogu napisał:
"W związku z zamiarem wydania w przededniu 25-lecia przyznania mi Pokojowej Nagrody Nobla książki z zasobów IPN, a dotyczących mojej osoby, żądam publicznie od IPN zgody na wspólne moje i autorów książki uczestnictwo w dwóch konferencjach prasowych, otwartych dla dziennikarzy: jednej w momencie wypuszczenia książki w obieg publiczny, a drugiej po tygodniu od wydania, kiedy zapoznam się z treścią."
Legendarny przwódca "Solidarności" uważa, że młodzi historycy Instytutu chcą zachlapać błotem bezpieki wielkie zwycięstwo polskiego narodu, odniesione pod jego przewodnictwem. Dlatego też czuje się zmuszony "do włączenia się, by nie pozwolić na sukces trupa komunistycznego, zakopanego w stosach SB-eckiego fałszu, któremu poddają się autorzy". Zarzucił im, że nie wzięli pod uwagę "ogromnej skali podrabiania różnej dokumentacji" przeciwko niemu, a także "procederu zniszczenia przez SB około 75 tomów najistotniejszych opisów" jego działań przeciw reżimowi PRL.
Wałęsa ma pełne prawo podawać do publicznej wiadomości swoją wersję własnej biografii, ale nie powinien ulegać emocjom i niefrasobliwie dezawuować solidną, opartą na dokumentach źródłowych pracę dwóch doświadczonych w tej materii autorów. Ich jedynym celem badawczym było przecież ukazanie całej, złożonej prawdy o człowieku, który odegrał wielką historyczną rolę i musi być poddany wszechstronnemu oglądowi, czy mu się to podoba, czy nie.
Nienawiść zaślepia i uniemożliwia działanie trzeźwego rozumu, dlatego lepiej byłoby dla Wałęsy, gdyby zdecydował się wreszcie odważnie wyznać grzechy swojej młodości, do których już zresztą kilka razy pośrednio się przyznał. Jego obecny atak na IPN jest dosyć żałosny i wywołuje fatalne wrażenie; człowiek, który nie ma sobie nic do zarzucenia nie zachowuje się bowiem w ten sposób.
Wielu zainteresowanych meandrami najnowszej historii Polaków chciałoby dowiedzieć się jak najwięcej o kulisach wydarzeń, które doprowadziły do przełomu 1980 roku, podobnie jak o tym, co działo się w tajemnicy przed społeczeństwem w okresie przygotowań i samych rozmów Okrągłego Stołu. Po to właśnie powstał IPN, aby rzeczowo dociekać skrzętnie ukrywanej przez niektórych ich uczestników prawdy o tym, co się wtedy tak naprawdę działo. A że przy tej okazji ubrudzi się lub nawet polegnie parę uznanych autorytetów moralnych - cóż, takie są zawsze koszta odkrywania archiwów tajnych służb, choćby zostały one wcześniej mocno przetrzebione i nadal były w części zamknięte przed historykami.
Wałęsa ma niewątpliwie rację twierdząc, że bezpieka prowadziła przeciw niemu ogromną akcję, żeby skompromitować go w oczach rodaków i międznarodowej opinii publicznej. Ale rozpoczęła ją prawdopodobnie dopiero po sierpniu 1980 roku, kiedy nieznany wcześniej szerzej niemal nikomu (nawet wielu działaczom opozycji antykomunistycznej) elektryk z gdańskiej stoczni wyrósł na pierwszoplanową postać polskich przemian i zagościł w mediach całego świata. Wątpliwe jest natomiast, aby SB przygotowywała niezwykle skomplikowane prowokacje przeciw niemu już w latach 70. Wtedy na jej celowniku byli zupełnie inni ludzi, bardziej spektakularnie usiłujący walczyć z sowieckim reżimem.
Zasadniczy problem biografii Wałęsy widzę gdzie indziej: czy jeśli rzeczywiście poszedł na owocną współpracę z bezpieką po grudniu 1970 roku (jako agent o pseudonimie "Bolek"), to do kiedy ona faktycznie trwała i jaki był jej związek z wybuchem strajku 14 sierpnia 1980 roku oraz szybkim przedostaniem się przezeń na teren stoczni i objęciem kierownictwa robotniczego protestu? Po czyjej stronie stanął wąsaty elektryk w dniach, w których wydarzenia nie wymknęły się jeszcze (o ile w ogóle kiedykolwiek to nastąpiło) komunistom z rąk?
Nie wiem, do jakiej prawdy na ten temat dotarli Cenckiewicz i Gontarczyk, ale najwyraźniej widać, że Lech Wałęsa czegoś się poważnie obawia w przededniu publikacji ich książki o nim.
Jerzy Bukowski


Ostatnio zmieniony przez Administrator dnia Pią Maj 06, 2011 8:44 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Sylwia



Dołączył: 06 Gru 2016
Posty: 67

PostWysłany: Wto Gru 06, 2016 9:13 am    Temat postu: Forumoteka.pl Odpowiedz z cytatem



Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
Administrator
Site Admin


Dołączył: 04 Maj 2008
Posty: 9116

PostWysłany: Wto Sie 12, 2008 6:33 am    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Cytat:
Rockowa lekcja patriotyzmu

Czy szwedzki zespół rockowy może budzić uczucia patriotyczne w Polakach i rozsławiać bohaterstwo naszych żołnierzy przed całym światem?
Pozytywnej odpowiedzi na to pytanie udzielili muzycy z grupy Sabaton, którzy swoją piosenkę pt. „40 : 1” poświęcili oddziałowi kapitana Władysława Raginisa, broniącemu we wrześniu 1939 roku reduty pod Wizną. Tytuł utworu oddaje proporcje sił obu stron (720 : 42,2 tysiąca), a tekst wychwala odwagę polskich żołnierzy, stawiających przez kilka dni skuteczny opór pancernym zagonom generała Hansa Guderiana.
Piosenka zachwyciła polskich miłośników Sabatona, którzy podłożyli pod tekst fragmenty dokumentalnych obrazów z wojny obronnej 1939 roku oraz z filmu fabularnego „300”, opowiadającego o heroicznej postawie dowodzonych przez Leonidasa Spartan w wąwozie Termopile, gdzie zmagali się z przeważającymi siłami Persów i ostatecznie wszyscy polegli, ale nie poddali się wrogom.
Kpt. Raginis również nie poddał się Niemcom, walcząc do wyczerpania amunicji, po czym popełnił samobójstwo, wysadzając się granatem. Ocalała garstka jego podwładnych złożyła broń dopiero wówczas, gdy Niemcy zagrozili rozstrzelaniem wziętych wcześniej do niewoli ich kolegów.
Wpuszczony do internetowego portalu www.youtube.com teledysk robi obecnie w Polsce wielką furorę: w ciągu dwóch tygodni miał ponad ćwierć miliona odsłon. Informacja o nim przekazywana była początkowo drogą internetową, po kilku dniach rozpowszechniły ją także media.
Piosenka specjalizującej się w tematyce wojennej szwedzkiej grupy (śpiewała ona m.in. o lądowaniu sprzymierzonych w Normandii, o Stalingradzie i o alianckich konwojach, atakowanych przez u-booty) stała się asumptem do dyskusji na temat nowoczesnych form krzewienia patriotyzmu.
Przypomniano przy tej okazji podobne dokonania polskiego zespołu muzycznego „Lao Che”, który zajął się w swych utworach kultywowaniem pamięci o powstańcach warszawskich oraz komiksy, poświęcone temuż wydarzeniu, jak również innym faktom i postaciom z najnowszej historii Polski. Rzeszowscy historycy przedstawili w takiej właśnie formie biografię Łukasza Cieplińskiego – jednego z ostatnich dowódców antykomunistycznej partyzantki po 1945 roku.
Okazuje się, że budzenie uczuć patriotycznych może być dzisiaj przeprowadzane w różnej formie, nawet odległej od dotychczasowych standardów i przy ogromnym zaangażowaniu młodych ludzi, umiejętnie trafiających do swoich rówieśników poprzez nowoczesne formy audiowizualne.
Jerzy Bukowski
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Administrator
Site Admin


Dołączył: 04 Maj 2008
Posty: 9116

PostWysłany: Wto Sie 12, 2008 6:34 am    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Cytat:
Zapomniany Belina

Wiele jednostek odradzającego się po 1989 roku Wojska Polskiego nawiązuje do znamienitych czynów bojowych Legionów Polskich Józefa Piłsudskiego, armii II Rzeczypospolitej, Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie z okresu II wojny światowej, Armii Krajowej. Przybiera to postać przyjmowania za patronów sławnych dowódców z minionych epok, a także nazw i numerów szczególnie zasłużonych pułków, brygad, dywizji i korpusów.
Jest to znakomita forma prowadzenia przez kadrę oficerską pracy wychowawczej z młodymi pokoleniami żołnierzy niepodległej Rzeczypospolitej, a także praktycznego kontynuowania pięknych tradycji militarnych oraz okazywania widomego szacunku bohaterom, którzy zapisali się złotymi zgłoskami w księdze chwały oręża polskiego.
I tak wiele jednostek kawalerii powietrznej wzięło na sztandary znamienitych przedwojennych szwoleżerów oraz ułanów. Ci, którzy na współczesnym polu walki przesiedli się z koni do śmigłowców i samolotów, przywołują w ten godny uznania sposób pamięć swych wielkich poprzedników w żołnierskim rzemiośle.
Wśród wielu nazwisk patronów tych jednostek brakuje natomiast jednego, ale bardzo ważnego: pułkownika Władysława Beliny-Prażmowskiego, dowódcy słynnej "siódemki" - konnego patrolu, który z polecenia Józefa Piłsudskiego wyruszył z Krakowa na zwiad do zaboru rosyjskiego jeszcze przed wymarszem 6 sierpnia 1914 roku z Oleandrów Pierwszej Kompanii Kadrowej Strzelców.
Beliniacy brawurowo weszli do historii i legendy naszej kawalerii, a ich dowódca dokonywał wielu wspaniałych czynów bojowych nie tylko w Legionach, lecz także w późniejszych kampaniach wojennych, prowadzonych na wschodnich rubieżach II RP w latach 1918-21, jak choćby popisowe zdobycie Wilna na Wielkanoc 1919 roku. Był także wyśmienitym urzędnikiem państwowym wysokich szczebli, pozostając do końca pracowitego życia w ofiarnej służbie Rzeczypospolitej.
Niestety, jego pamięci nie wskrzesił do tej pory żaden pułk kawalerii powietrznej, na co zwróciła mi ostatnio uwagę mieszkająca w Krakowie (gdzie - na cmentarzu Rakowickim, a więc blisko ulicy swego imienia - spoczywa wiecznym snem Belina) najbliższa rodzina dowódcy sławnego patrolu. Byłem zaskoczony tą informacją i obiecałem państwu Angelusom (córka i zięć Prażmowskiego), że publicznie zaapeluję do ministra obrony narodowej o rychłe nadrobienie tej zaległości, co niniejszym czynię, pozostając w nadziei na pozytywny odzew, zwłaszcza że nowy szef tego resortu, Bogdan Klich, jest przecież blisko związany z Krakowem.

dr Jerzy Bukowski hm
przewodniczący Komitetu Opieki
nad Kopcem Józefa Piłsudskiego w Krakowie
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Administrator
Site Admin


Dołączył: 04 Maj 2008
Posty: 9116

PostWysłany: Wto Sie 12, 2008 6:34 am    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Cytat:
Faryzejskie zatroskanie

Z dnia na dzień przybywa w Polsce osób wyrażających wielki niepokój i ogromne zatroskanie o możliwe konsekwencje publikacji książki Sławomira Cenckiewicza i Piotra Gontarczyka o przeszłości Lecha Wałęsy.
Jakże wielu namnożyło się teraz nie tylko obrońców jego dobrego imienia, ale także zagranicznego wizerunku Polski, który ma rzekomo poważnie ucierpieć na skutek ukazania się tego dzieła. Do grona najbardziej zatroskanych o majestat Rzeczypospolitej osób zgłaszają swój akces zwłaszcza politycy i publicyści, którzy na co dzień specjalizują się w wyśmiewaniu i wyszydzaniu dostrzeganej przez nich wszędzie polskiej zaściankowości, panoszącego się nad Wisłą klerykalizmu, kwitnącej w ojczyźnie Lecha Wałęsy nietolerancji.
Są wśród nich zarówno wciąż jeszcze aktywni w naszym życiu publicznym niegdysiejsi wyznawcy nie mającego przecież granic proletariackiego internacjonalizmu, jak również reprezentanci warszawsko-krakowskiego salonu, z obrzydzeniem piętnujący polski nacjonalizm, szowinizm i ksenofobię.
Teraz wszyscy oni rozdzierają szaty nad tym, co też się stanie, jeśli na jaw wyjdą jakieś kompromitujące Wałęsę fakty. Nie jest dla nich ważne naturalne w zawodzie historyka dążenie do ustalenia prawdy materialnej, ale możliwość zepsucia wizerunku Wałęsy (którego bynajmniej nie darzyli do tej pory zbyt wielkim szacunkiem) poprzez upublicznienie tejże prawdy.
Wylewają krokodyle łzy nie dlatego przecież, że leży im na sercu los pierwszego przewodniczącego „Solidarności” i prezydenta III RP, albo że tak bardzo kochają Polskę. Kieruje nimi raczej nienawiść do tego wszystkiego, co uosabiają bracia Kaczyńscy, a symbolizują Prawo i Sprawiedliwość oraz Instytut Pamięci Narodowej. Chcą też upiec przy tej okazji własną pieczeń: zaprezentować się opinii publicznej jako niezłomni obrońcy człowieka-symbolu polskich przemian i chwały Rzeczypospolitej.
Ciekawe, ilu naiwnych rodaków da się nabrać ten faryzejski chwyt?

Jerzy Bukowski
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Administrator
Site Admin


Dołączył: 04 Maj 2008
Posty: 9116

PostWysłany: Wto Sie 12, 2008 6:35 am    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Cytat:
Wałęsa w panice

Im bliżej do dnia publikacji książki Sławomira Cenckiewicza i Piotra Gontarczyka o kontaktach Lecha Wałęsy z peerelowską Służbą Bezpieczeństwa (ma się ona ukazać już w najbliższy poniedziałek, 16 czerwca), tym bardziej nerwowy staje się jej bohater.
Najpierw zażądał odwołania z urzędu prezydenta Lecha Kaczyńskiego, który – jego zdaniem – złamał prawo, bezpodstawnie utożsamiając go z tajnym współpracownikiem bezpieki o pseudonimie „Bolek”, następnie zagroził, że „w związku z próbą uruchomienia paszkwilu opartego na prowokacji SB” będzie domagał się od jego sprawców odszkodowania po milion euro. Na czele listy ewentualnych pozwanych umieścił prezydenta Kaczyńskiego i prezesa Instytutu Pamięci Narodowej, profesora Janusza Kurtykę.
Nie minęła doba i pojawił się kolejny dowód rosnącego zdenerwowania Wałęsy. W liście otwartym do prezesa IPN zawarł żądanie zorganizowania dwóch konferencji prasowych: w dniu ukazania się książki oraz tydzień później „w celu umożliwienia szerszej dyskusji po zapoznaniu się z treścią”.
Prof. Kurtyka grzecznie lecz stanowczo odmówił tej utrzymanej w dość kategorycznym i ultymatywnym duchu prośbie. Uważa on postulowaną przez Wałęsę szeroką i rzetelną dyskusję nad pracą zatrudnionych w IPN historyków za potrzebną, ale nie widzi sensu w organizowaniu konferencji prasowej, zanim książka nie zostanie przeczytana i nie pojawią się pierwsze jej recenzje.
Dziwię się Wałęsie, że sam stwarza tak gorącą atmosferę, najwyraźniej usiłując jeśli nie wstrzymać publikację tego dzieła (co nie może mu się udać), to przynajmniej z góry zdyskredytować je i przekonać opinie publiczną, iż jest to ohydny paszkwil, oparty na niepewnych źródłach, a w dodatku napisany z pogwałceniem naukowego warsztatu oraz złą intencją, przyświecającą autorom.
Albo Wałęsa wie, że w tej książce rzeczywiście znajdują się poparte niezbitymi dowodami poważnie kompromitujące go fakty, albo postanowił on wykonać tzw. uderzenie wyprzedzające, które przybrało jednak nazbyt histeryczną formę. I tak źle, i tak niedobrze dla medialnego wizerunku historycznej postaci.

Jerzy Bukowski
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Administrator
Site Admin


Dołączył: 04 Maj 2008
Posty: 9116

PostWysłany: Wto Sie 12, 2008 6:36 am    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Cytat:
Nie ma historyków IPN

Kto czytał „Mistrza i Małgorzatę” Michaiła Bułhakowa ten doskonale wie, że „nie ma jesiotra drugiej świeżości”. Tak samo nie ma „historyków IPN”. Jesiotr jest albo świeży, albo nieświeży, a historyk jest po prostu historykiem, jeśli ukończył stosowne studia i uzyskał odpowiedni tytuł naukowy.
Oczywiście jesiotr może być smaczny lub nie, a historyk lepszy lub gorszy. I tak jak żadnego znaczenia nie ma, czy rybę serwuje się w restauracji, barze, czy w domu, tak dla oceny rezultatów pracy historyka nie jest ważne, gdzie aktualnie pracuje.
Historycy zatrudnieni w Instytucie Pamięci Narodowej są po prostu historykami, podobnie jak archiwiści i prokuratorzy, którzy uzyskali tam etaty. Dyskredytowanie ich z tego powodu jest żałosne i kompromituje tych, którzy powątpiewają w zawodowe kwalifikacje i warsztatową rzetelność pracujących w IPN ludzi. Czy nie zdaja sobie oni sprawy, że podważają tym samym naukową wiarygodność promotorów oraz recenzentów ich prac magisterskich i doktorskich?
Sławomir Cenckiewicz i Piotr Gontarczyk są uznanymi historykami o cenionym przez ludzi z ich branży dorobku. Opublikowali szereg poważnych prac naukowych, wielokrotnie udowodnili też, że świetnie potrafią poruszać się wśród archiwów, przejętych po Służbie Bezpieczeństwa PRL, wykorzystując je z właściwym ich profesji dystansem, a nie uważając zapisanych tam relacji za jedyną prawdę o dawnych czasach. co często bezpodstawnie im się zarzuca.
Mimo tego stali się obiektami irracjonalnej kampanii nienawiści ze strony części elit intelektualnych i politycznych, odsądzających ich od czci i wiary za napisanie książki traktującej m.in. o związkach Lecha Wałęsy z komunistyczną tajną policją. Padają pod ich adresem wyjątkowo obelżywe sformułowania, jak „policjanci pamięci”, którzy „gwałcą prawdę”. Za najgorszy epitet uchodzi jednak określenie „historycy IPN”, rozciągane również na innych specjalistów od najnowszych dziejów Polski, pracujących w Instytucie.
Pomijam już fakt, że oburzeni samym faktem powstania książki o niezbyt chlubnych kartach z przeszłości Wałęsy krytycy nie znają jej treści. Widać hołdują oni dziwnemu - szczególnie w świecie nauki, do którego należy przecież wielu z nich – zwyczajowi, pozwalającemu wypowiadać kategoryczne sądy bez znajomości dotyczącej jej materii. Rzeczową polemikę zastępują używaniem argumentów ad personam, co nie przystoi ludziom z profesorskimi tytułami, ani legitymującym się piękną antykomunistyczną przeszłością.
Nie ma takiej kategorii zawodowej jak historyk IPN, podobnie jak nie ma historyków Polskiej Akademii Umiejętności, Polskiej Akademii Nauk, uniwersyteckich, itp. Są po prostu historycy pracujący w tym lub innym miejscu. Czy to aż tak trudni zrozumieć osobom, pretendującym do uczestnictwa w elicie niepodległej Rzeczypospolitej?

Jerzy Bukowski
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Administrator
Site Admin


Dołączył: 04 Maj 2008
Posty: 9116

PostWysłany: Wto Sie 12, 2008 6:38 am    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Cytat:

Człowiek z kryształu

W Krakowie powstał Honorowy Komitet Budowy Pomnika Mieczysława Majdzika, w skład którego weszli m.in prof. dr hab. Janusz Cisek - dyrektor Muzeum Wojska Polskiego, Radosław Huget - założyciel Ruchu "Wolność i Pokój" dr Marek Lasota - dyrektor Krakowskiego Oddziału Instytutu Pamięci Narodowej, ksiądz Tadeusz Isakowicz-Zaleski - prezes Fundacji Świętego Brata Alberta, Bogusław Sonik - poseł do Parlamentu Europejskiego z Platformy Obywatelskiej, Kazimierz Świtoń - założyciel pierwszych w PRL Wolnych Związków Zawodowych, prof. dr hab. Ryszard Terlecki, Zbigniew Ziobro - posłowie na Sejm RP z Prawa i Sprawiedliwości.
Z inicjatywą uczczenia pamięci niezłomnego orędownika idei niepodległości wystąpiło niedawno powołane do życia Stowarzyszenie na Rzecz Ochrony Pamięci Narodu Polskiego "Pro Patria - Pro Memoria", którego prezesem została Agata Michałek-Budzicz.
Mieczysław Majdzik to piękna, ale bardzo mało znana opinii publicznej postać. Już jako 12-letni chłopiec został wywieziony na ciężkie roboty do Niemiec. Po zakończeniu II wojny światowej mógł nie wracać do zniewolonej przez Sowietów ojczyzny, ale zdecydował się jednak podjąć walkę o jej wyzwolenie w kraju, a nie na emigracji, wstępując do Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość.
Za tę działalność aresztowano go i po długim śledztwie - w trakcie którego był okrutnie torturowany - skazano na karę 12 lat więzienia. Opuścił je na mocy amnestii w 1956 roku i włączył się natychmiast do aktywnej walki niepodległościowej. Niósł pomoc robotnikom po wydarzeniach w Radomiu w 1976 roku, wstąpił do Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela, współzakładał Konfederację Polski Niepodległej. Do patriotycznej działalności wciągnął syna Ryszarda
Nie tylko w Skawinie, w której mieszkał, ale także w Krakowie i okolicach sławne były tzw "okna Majdzika". W dni wielkich, a nie uznawanych przez komunistyczny reżim PRL świąt i rocznic państwowych (3 maja, 6 i 15 Sierpnia, 11 Listopada) dekorował wraz z synem okna swojego mieszkania, wywołując wściekłość dobrze znających niepokorną rodzinę funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa i władz partyjnych.
Majdzikowie byli współorganizatorami i uczestnikami większości niepodległościowych manifestacji w Krakowie. Wielokrotnie zatrzymywano ich, brutalnie przesłuchiwano i bito. Nigdy nie załamali się jednak i nie zeszli z obranej przez siebie drogi. Nic dziwnego, że obu internowano 13 grudnia 1981 roku, wywlekając z domu jeszcze przed północą, w samej bieliźnie.
Kiedy w mroźną noc kazano im wysiadać z milicyjnego samochodu i oddalić się w kierunku pobliskiego lasu, przekonany że idą na śmierć Mieczysław powiedział Ryszardowi tylko jedno zdanie: "Pamiętaj synu, z godnością". Była to jednak tylko szykana ze strony nienawidzących ich funkcjonariuszy bezpieki, chcących widzieć Majdzików złamanych i błagających o życie. Ten zamiar nie powiódł się z powodu niezłomnej postawy ojca i syna, którzy nigdy nie splamili się pójściem na jakikolwiek kompromis z komunistami.
Mieczysław Majdzik był trudnym człowiekiem. Odczuwali to nie tylko jego wrogowie, ale także koledzy z opozycji. Zahartowany w wieloletnich bojach, gardził tymi, dla których niepodległość nie była jedynym sensem i celem ich działalności. Pamiętam, że kiedy przychodziło mi z nim rozmawiać już po 1989 roku, musiałem wysłuchiwać cierpkich ocen ludzi nazbyt chętnych zamienić sweter opozycjonisty na garnitur urzędnika państwowego. Budził respekt i nie wstydzę się przyznać, że - mimo iż sam starałem się zawsze być dosyć bezkompromisowy - oblatywał mnie strach, ilekroć patrzył na mnie przenikliwymi oczami, na które zsuwał się charakterystyczny beret, groźnym głosem wypytując, co i z kim ostatnio robiłem dla pognębienia resztek całkiem dobrze jeszcze trzymającej się komuny.
Ostatnio ktoś wspominając zmarłego 3 września 2002 roku Mieczysława Majdzika powiedział o nim: "człowiek z kryształu". Myślę, że to piękne i wyjątkowe trafne określenie. Takiemu właśnie wyciosanemu z jednej szlachetnej bryły człowiekowi chcemy teraz (bo i mnie spotkał zaszczyt bycia członkiem Komitetu Honorowego) postawić pomnik. Jedną z prozycji lokalizacyjnych jest miejsce, w którym przez kilkanaście lat straszył krakowian marszałek Iwan Koniew. Byłaby to symboliczna z historycznego punktu widzenia zamiana.
28 sierpnia 2006 roku Prezydent Lech Kaczyński odznaczył pośmiertnie Mieczysława Majdzika Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski.
Jerzy Bukowski
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Administrator
Site Admin


Dołączył: 04 Maj 2008
Posty: 9116

PostWysłany: Wto Sie 12, 2008 6:38 am    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Cytat:

Polsko-rosyjskie zwarcie

Szef klubu parlamentarnego Prawa i Sprawiedliwości Przemysław Gosiewski napisał do premiera Donalda Tuska list, w którym zażądał przedstawienia informacji na temat działań rządu w związku z niepokojącymi decyzjami rosyjskiego wymiaru sprawiedliwości w kwestii sowieckiego ludobójstwa, dokonanego na polskich oficerach wiosną 1940 roku.
Gosiewskiemu chodzi o oddalenie przez Sąd Rejonowy w Moskwie zażalenia Stowarzyszenia Memoriał na Główną Prokuraturę Wojskową Federacji Rosyjskiej, która odmówiła odtajnienia swojego niedawnego postanowienia o umorzeniu śledztwa w sprawie tej zbrodni. W innej kwestii, dotyczącej pozwu Polaków o rehabilitację pomordowanych przez NKWD członków ich rodzin oraz o uznanie ich za ofiary represji politycznych, jest bowiem pewien postęp w postaci anulowania przez Sąd Miejski wcześniejszej decyzji Sądu Rejonowego, odrzucającego ów pozew (pisałem o obu tych sprawach w artykule pt "Lekki powiew optymizmu", zamieszczonym w portalu poland.us).
Szef klubu PiS uważa, że "intencją administracji rosyjskiej jest marginalizacja odpowiedzialności za ten mord" i domaga się szczegółowych informacji na temat reakcji na te zachowania ze strony polskiego rządu, a zwłaszcza Ministerstwa Sprawiedliwości i Spraw Zagranicznych oraz polsko-rosyjskiej grupy ds. trudnych, kierowanej przez byłego ministra Adama Rotfelda i Anatolija Torkunowa.
Przypomniał też, że lutowa wizyta premiera Tuska w Moskwie "przyniosła wiele zapowiedzi przedstawicieli rządu, dotyczących poprawy relacji polsko-rosyjskich oraz zapowiedzi ich ocieplenia także w sferze polityki historycznej, w tym szczególnie sprawy mordu polskich oficerów w Katyniu w 1940 roku."
Na tym tle pewnym zgrzytem jest niedawna wypowiedź ministra Radosława Sikorskiego, który uznał, że starania Rodzin Katyńskich są ich prywatną sprawą, w której jego resort nie zamierza brać udziału z czysto prawnych powodów (omówiłem ten problem w artykule pt. „Mało delikatny Sikorski”, opublikowanym w poland.us 9 czerwca).
List Gosiewskiego nie nabrałby prawdopodobnie większego znaczenia politycznego, gdyby nie dosyć kuriozalne pretensje, jakie zgłosili ostatnio Rosjanie wobec Polaków przed mającym się wkrótce odbyć posiedzeniem wspomnianej grupy. Dotyczą one tych zagadnień z historii stosunków pomiędzy naszymi krajami w XX wieku, które wydawały się już dawno rozstrzygnięte, jak np. losy sowieckich żołnierzy, zmarłych w obozach jenieckich na terenie Polski po wojnie 1920 roku.
Pomimo że nie tylko nasi, ale również rosyjscy specjaliści od dziejów najnowszych definitywnie ustalili, że śmierć owych żołnierzy była naturalnym następstwem szerzącego się w obozach tyfusu oraz fatalnego stanu ich zdrowia jeszcze przed pójściem do niewoli, Moskwa co pewien czas powraca do tej kwestii, starając się udowodnić światu, że zbrodnia NKWD z 1940 roku była swoistą odpowiedzią na wymordowanie przez Polaków wielu tysięcy krasnoarmiejców 20 lat wcześniej.
Takie porównanie jest równie kłamliwe, jak obraźliwe, bo przecież mord katyński był zaplanowan przez najwyższe władze Związku Sowieckiego i zrealizowany przez państwową strukturę bezpieczeństwa, czerwonoarmiści umierali zaś bez winy polskiego rządu, mając w obozach niewiele gorsze warunki niż uboga ludność Rzeczypospolitej, a prawdopodobnie lepsze od tych, w jakich żyła wówczas większość obywateli Kraju Rad.
Rosjanie podnieśli też inne, równie absurdalne zarzuty natury historycznej (np. niechęć Polaków do podejmowania walki z Niemcami w czasie II wojny światowej), doskonale wiedząc że najbliższe posiedzenie grupy prof. Rotfelda ma być poświęcone przede wszystkim zbrodni katyńskiej. Najwyraźniej chcą odsunąć ten temat na dalszy plan, nawet za cenę wywołania irracjonalnej awantury w oparciu o nie wytrzymujące naukowej weryfikacji argumenty, rodem z lat największego rozkwitu komunistycznej propagandy.
W tej sytuacji bardzo trafnie brzmią słowa listu Gosiewskiego: "obserwujemy, że w ostatnich miesiącach mamy do czynienia z wyraźnym wzmożeniem się działań poszczególnych instytucji wymiaru sprawiedliwości Federacji Rosyjskiej, a także wypowiedziami osób i publikacjami w środkach masowego przekazu, które uznać należy za bardzo niepokojące".
Jerzy Bukowski
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Administrator
Site Admin


Dołączył: 04 Maj 2008
Posty: 9116

PostWysłany: Wto Sie 12, 2008 6:39 am    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Cytat:

Piłkarska krzywda narodowa

Większość pasjonujących się sportem Polaków zieje od kilku dni nie skrywaną nienawiścią do angielskiego sędziego Howarda Webba, który podyktował mocno kontrowersyjny rzut karny przeciw naszej drużynie w ostatnich sekundach meczu z Austrią, przez co zamiast wygranej odnotowaliśmy remis, będący porażką w perspektywie szans na wyjście z grupy.
W internecie pojawiły się natychmiast niewybredne komentarze na jego temat, często przybierające formę ordynarnych gróźb. Czego wymagać jednak od rozwścieczonych kibiców, skoro sam premier Donald Tusk nieopatrznie powiedział, że chętnie zabiłby arbitra, co wywołało nader niepochlebne uwagi światowej prasy, zdumionej słowami, jakie nigdy nie powinny paść z ust poważnego polityka, nawet znanego jako fanatyk futbolu.
Patrząc na histerię, wywołaną przez brytyjskiego arbitra, obwinianego o odebranie nam pewnego zwycięstwa (a w domyśle: szans na odegranie jeszcze jakiejś roli w mistrzostwach Europy), nie mogę oprzeć się przekornej refleksji. Uważam bowiem, że sędzia Webb znakomicie poprawił samopoczucie Polaków, którzy mogą obarczyć go całą winą za niepowodzenie narodowej reprezentacji.
Uzasadnione pretensje, jakie kierowaliśmy do naszych niezbyt dobrze radzących sobie na boisku zawodników odeszły teraz na dalszy plan, ustępując nienawiści do arbitra. Przestała mieć znaczenie fatalna gra Polaków, zwłaszcza w pierwszych minutach meczu z Austrią, kiedy tylko szczęśliwym zbiegom okoliczności, słabej dyspozycji strzeleckiej naszych rywali i fenomenalnej postawie Artura Boruca zawdzięczaliśmy zachowanie bezbramkowego wyniku, zapomniano o tym, że gol dla biało-czerwonych został - zdaniem ekspertów - zdobyty ze spalonego, wybaczono podopiecznym Leo Beenhakkera zmarnowanie wielu dogodnych okazji do podwyższenia rezultatu (wtedy trafienie z karnego przestałoby mieć jakiekolwiek znaczenie) - liczy się tylko błąd sędziego w końcówce spotkania.
Gdyby Austriacy wcześniej strzelili nam bramkę (albo dwie) bez pomocy sędziego, cała złość kibiców wylałaby się na naszych piłkarzy i ich trenera. Nie pozostawiono by na nich suchej nitki, bo przecież porażka lub choćby remis z jedną z najsłabszych drużyn europejskich (nawet wziąwszy pod uwagę poprawkę na to, że gospodarze wielkich imprez sportowych zazwyczaj wypadają powyżej wiązanych z nimi oczekiwań) zasługiwałaby na taką właśnie reakcję.
Wystarczył jednak kontrowersyjny rzut karny, aby polscy piłkarze w jednej chwili zmienili się z nieudaczników w męczenników. A w naszej - uwarunkowanej martyrologiczną historią - narodowej mentalności ważnym elementem jest rozczulanie się nad wyrządzonymi nam przez innych krzywdami. Mamy w sobie masochistyczne skłonności: lubimy widzieć się w roli ofiar, bo pozwala to na zdejmowanie odpowiedzialności z własnych sumień i obarczanie nią otaczających nas zewsząd wrogów. Chętnie usprawiedliwiamy w ten sposób swoje niedociągnięcia, braki w umiejętnościach, niedostatek ambicji, niechęć do wysiłku, słabość woli, słomiany zapał.
Sędzia Webb znakomicie wpisał się w ten scenariusz. Jesteśmy wprawdzie nadal rozczarowani, ale już nie grą polskiej reprezentacji, tylko jego decyzją, w której od razu zaczęliśmy dopatrywać się niecnych zamiarów, chęci skrzywdzenia nas, niejasnej motywacji. Pomimo że mylił się on wcześniej - jak każdy arbiter sportowy - na niekorzyść obu drużyn (w przypadku zdobycia bramki przez Polaków ogromne pretense mogli mieć do niego Austriacy), w naszej pamięci zbiorowej pozostał wyłącznie popełniony przezeń - w naszej ocenie - błąd z 93. minuty.
Wystarczyła jedna decyzja Howarda Webba, abyśmy zjednoczyli się w poczuciu wielkiej niesprawiedliwości, jaka spotkała nas na Euro 2008, odzyskując zarazem dobre mniemaniei o naszych piłkarzach, i o sobie samych.
Jerzy Bukowski
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Administrator
Site Admin


Dołączył: 04 Maj 2008
Posty: 9116

PostWysłany: Wto Sie 12, 2008 6:39 am    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Cytat:

Komitet Obrony przed III RP

Czy w Polsce powstanie Komitet Obrony Osób Represjonowanych, nawiązujący nazwą i tradycją do działającego w latach 80. ubiegłego wieku Komitetu Więzionych za Przekonania Polityczne?
Z taką inicjatywą wystąpił profesor Jerzy Urbanowicz – pracownik Instytutu Matematyki Polskiej Akademii Nauk, jeden z likwidatorów Wojskowych Służb Informacyjnych, współtwórca Służby Kontrwywiadu Wojskowego za czasów Antoniego Macierewicza.
Bezpośrednim impulsem do ogłoszenia tego pomysłu w internecie stały się represje sądowe, jakich ostatnio doświadcza profesor Andrzej Zybertowicz w związku ze swoimi wypowiedziami na temat Adama Michnika, Zygmunta Solorza i Milana Suboticia, którzy poczuli się obrażeni jego sformułowaniami na ich temat, kierując przeciwko niemu pozwy o ochronę dóbr osobistych. Opisał je w swoim blogu, zamieszczonym na stronie: www.cogito62.salon24.pl Aleksander Ścios.
We wpisie zatytułowanym „Sfora na profesora” przypomniał:
Już w grudniu 2007 roku Sąd Okręgowy w Warszawie orzekł, że profesor ma przeprosić Adama Michnika za słowa: „Michnik wielokrotnie powtarzał: ja tyle lat siedziałem w więzieniu, to teraz mam rację” i choć Zybertowicz argumentował, że słowa te były „dopuszczalnym, nieobraźliwym, publicystycznym skrótem sposobu myślenia powoda”, sąd uznał taką parafrazę za niedopuszczalną, bo „Michnik nigdy nie powiedział takich słów” (...)
Przed dwoma dniami media poinformowały, że Sąd Apelacyjny w Gdańsku, utrzymując w mocy wyrok sądu w Toruniu, nakazał Andrzejowi Zybertowiczowi przeprosić sekretarza programowego TVN Milana Suboticia oraz wpłacić 10 tysięcy złotych na cel społeczny. Pozew dotyczył wywiadu z roku 2006, jaki Zybertowicz udzielił „Polityce”. Przedstawił wówczas hipotezę układu, który m.in. miał pozwalać służbom specjalnym wpływać na media. W wywodach profesora pojawia się „wirtualny Subotić” jako „możliwe ogniwo układu”. (...)
Fakt, że już w 2006 roku media informowały o współpracy Suboticia z WSI i powoływały się na istniejące w tej sprawie liczne dowody, nie ma dla sądu III RP najmniejszego znaczenia. O obecności tego człowieka w Raporcie z weryfikacji WSI nawet nie wspomnę, choć w sensie prawnym stanowi on dokument urzędowy.
Ochrona prawna, na jaką powołują się agenci komunistycznych służb, kontynuujący swój proceder w wolnej Polsce, nadal stanowi najwyższy nakaz dla sądów III RP, a troska, by społeczeństwo nie mogło się dowiedzieć o haniebnej przeszłości ludzi, mieniących się jego „elitą”, jest jednym z podstawowych priorytetów orzecznictwa sądowego.(...)
Trzeba koniecznie przyglądać się działaniom „sfory”, próbującej wszelkimi metodami zakneblować profesora Zybertowicza. Pozwy sądowe, o których każdy „obrońca demokracji” będzie krzyczał jako o naturalnym narzędziu państwa prawa, są w tym wypadku wykorzystywane jako metoda państwowej cenzury, a ludzie, których interesy chronią prawa III RP stosują je, by ukryć przed społeczeństwem swoją agenturalną przeszłość i nadal mieć wpływ na stan świadomości Polaków.
Ten rząd nie zapnie smyczy i nie założy sforze kagańca. Ilość „mięsa” jest jeszcze większa niż w roku 1989. Pogoń za ostatnimi sprawiedliwymi będzie trwała nadal, dopóki nie zagnamy „sfory” tam, gdzie jej miejsce.
Na ten właśnie wpis, którego obszerne fragmenty przytoczyłem powyżej, zareagował prof. Urbanowicz., postulując powołanie Komitetu Obrony Osób Represjonowanych. Uważa on, bowiem ze wiele elementów rzeczywistości politycznej i społecznej obecnej Polski jest ukształtowanych przez ludzi, związanych z komunistyczną nomenklaturą PRL. Utworzenie stowarzyszenia działającego na rzecz obrony osób, które – jak prof. Zybertowicz – odważyły się ujawnić kompromitujące rząd Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego fakty (a zwłaszcza personalia) byłoby formą obywatelskiego sprzeciwu przeciw takim metodom działania.
Jak pisze Aleksander Ścios: Już po pierwszych komentarzach, zamieszczonych pod wczorajszym wpisem widać, że inicjatywa powołania takiej organizacji spotkała się z żywym zainteresowaniem i poparciem. Na potrzeby powstającego Komitetu uruchomiony został tymczasowy adres internetowy: komitetobrony@gmail.com, na który można już kierować korespondencję i zgłoszenia do grupy założycielskiej.
Jerzy Bukowski
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Administrator
Site Admin


Dołączył: 04 Maj 2008
Posty: 9116

PostWysłany: Wto Sie 12, 2008 6:40 am    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Cytat:

Pod patronatem Dzierżyńskiego

Czy możliwe jest w 2008 roku funkcjonowanie w sieci internetowej portalu, w którym nawołuje się do niszczenia polskich miejsc pamięci narodowej i zakłócania patriotycznych uroczystości? Którego twórcy odwołują się do okresu stalinowskiego jako wzoru ułożenia stosunków międzyludzkich i zestawiają ze sobą zdjęcia Adolfa Hitlera i Jana Pawła II? Na którego stronach jawnie propaguje się terror?
Pozytywnej odpowiedzi na to pytanie udzielił „Nasz Dziennik”, który odnalazł stronę internetową Organizacji Młodzieżowej „Lewica Bez Cenzury” im. Feliksa Dzierżyńskiego. Proponuje się tam m.in. dewastowanie lokali przeciwników politycznych, a także prześladowania sympatyków prawicy, księży i przedsiębiorców, określanych mianem „burżujów”.
Można też wziąć na tej stronie udział w sondzie: którą postać z Polski Ludowej cenisz najbardziej? Żeby nie było żadnych wątpliwości, iż może tu chodzić również o przedstawicieli Kościoła, artystów lub działaczy antykomunistycznej opozycji, listę „bohaterów”, na których należy głosować sporządzili twórcy portalu; są na niej Jakub Berman, Karol Świerczewski, Józef Cyrankiewicz, Mieczysław Moczar, Wojciech Jaruzelski i podobne postaci. Na razie liderem rankingu jest Moczar.
A oto niektóre treści, znalezione przez dziennikarzy w tym portalu:
„OM LBC nie potrzebuje do niczego obcej armii. Sami wykończymy polską burżuazję i jej łańcuchowe psy. (...) OM LBC nie będzie przepraszać za represje wobec klas pasożytniczych. Feliks Dzierżyński był słusznie czczony w ZSRR jako bohater. (...) Terror rewolucyjny powinien uspokajać masy. (...) Zadeklarowanych antykomunistów należy karać na miejscu. (...) Kontrrewolucjonista zasługuje na najwyższy wymiar kary.”
„Nasz Dziennik” zapytał rzecznika prasowego Prokuratury Krajowej, czy podjęła ona już jakieś działania w stosunku do organizacji, upubliczniającej poglądy totalitarne, czego zabraniają Konstytucja RP oraz Kodeks Karny. Okazało się, że jeszcze nie zostało wszczęte postępowanie w tej sprawie, ale po sygnale od redakcji prokuratorzy przyjrzą się działalności „Lewicy Bez Cenzury”.
Przewodniczący sejmowej Komisji Spraw Wewnętrznych i Administracji, były minister spraw wewnętrznych w rządzie Jerzego Buzka, poseł Platformy Obywatelskiej Marek Biernacki nie ma wątpliwości, że prokuratorzy powinni ścigać z urzędu liderów tej organizacji, podobnie jak czyniły to wobec twórców faszystowskich stron internetowych, m.in. „Blood & Honor”. W wywiadzie dla „Naszego Dziennika” powiedział:
„Z jednej strony powinna być wolność słowa i powinno się tego pilnować, ale z drugiej strony granicy wolności słowa nie powinno się przekraczać. (...) To jest nawoływanie do terroryzmu. Niezwłocznie powinien się tym zająć wymiar sprawiedliwości i organa ścigania. Jest to również wyraźny atak na ideały, jakie zawsze w Polsce funkcjonowały, wolność, wierność tradycji. Nie rozumiem, jak można odwoływać się do Dzierżyńskiego. (...) Komunizm to była zbrodnia, miliony ludzi zmarło lub zostało zamordowanych w wyniku działań komunistów. Musimy być czujni, szczególnie w Polsce, która bardzo mocno została dotknięta z jednej strony nazizmem, z drugiej komunizmem i nie powinniśmy takich spraw bagatelizować. Z historii trzeba wyciągać odpowiednie wnioski.”
Dziennikarze zrobili swoje: znaleźli inkryminowany portal, wydrukowali zawartość zamieszczonych w nim najbardziej bulwersujących tekstów i przekazali ją Prokuraturze Krajowej. Teraz czas na jej energiczne działania, które powinny wykazać, że z równą rzetelnością tropi się w Polsce propagatorów komunizmu, jak nazizmu.
Jerzy Bukowski
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Administrator
Site Admin


Dołączył: 04 Maj 2008
Posty: 9116

PostWysłany: Wto Sie 12, 2008 6:41 am    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Cytat:

Prztyczek w nos Hanny Lis
Czy dziennikarz ma prawo do wygłaszania własnych poglądów? Oczywiście, ale tylko wtedy, kiedy wyraźnie oddziela przekazywane przez siebie informacje od osobistego komentarza. Jako prezenter musi być zaś przeźroczysty i do bólu obiektywny.
Jest to jedna z podstawowych zasad, której uczy się adeptów tego zawodu na samym początku studiów (podobnie jak o obowiązku podawania źródeł oraz przedstawienia w każdym materiale racji obu stron, szczególnie gdy pozostają one w sporze).
Patrząc na to, jak zachowują się niektórzy bardzo znani i uważający siebie za gwiazdy żurnalistyki polscy dziennikarze odnoszę wrażenie, że albo kompletnie nie przykładali się oni do nauki, a egzaminy zdawali chyba w jakiś pozamerytoryczny sposób, albo arbitralnie uznali, iż są tak wielkimi osobistościami, że te proste kanony zawodowej rzetelności w ogóle ich nie obowiązują. Większości z nich wydaje się bowiem, że opinia publiczna niecierpliwie czeka na podawanie jej wiadomości każdorazowo opatrzonych przez nich sugestywnym komentarzem, wyznaczającym jedynie słuszną linię oceny rzeczywistości.
Do grona takich „inżynierów dusz” postanowiła ostatnio dołączyć świeżo zatrudniona - jako prezenterka „Wiadomości” Telewizji Polskiej - Hanna Lis. Pomimo że wydawca zdjął z materiału o odnalezionych w archiwum Instytutu Pamięci Narodowej, a dotyczących Lecha Wałęsy dokumentach korzystny dla niego komentarz, wygłosiła go jednak samowolnie przed kamerą. Nie spodobał się jej także inny news, poświęcony reprywatyzacji. Efektem tych niesubordynacji było natychmiastowe odsunięcie jej na 10 dni od prowadzenia flagowego programu informacyjnego TVP.
To bardzo mądra decyzja przełożonych pani Lis. Mam nadzieję, że odbije się ona szerokim echem w wielu polskich mediach, pomagając przywołać do porządku tych dziennikarzy, którym – najczęściej z powodu zbyt wygórowanego mniemania o sobie – mylą się role, w jakich występują. Co innego bowiem autorski program publicystyczny, a co innego neutralne odczytywanie serwisu.
Wielu naszym dziennikarzom woda sodowa uderza do głowy zaraz po przyjęciu ich do pracy w prestiżowej redakcji. Negatywną rolę w procesie ich demoralizacji odgrywają ostatnio tabloidy, kolorowe czasopisma, plotkarskie programy w komercyjnych stacjach telewizyjnych oraz żyjące z sensacji portale internetowe. To tam kreuje się rodzime gwiazdy, zaglądając im do kieszeni, sypialni, kuchni, przeprowadzając obszerne rozmowy z nimi na temat całokształtu ich poglądów na świat (od filozofii poczynając a na sporcie kończąc), fascynując się każdym wypowiedzianym przez nie słowem.
Oprócz popularnych w danej chwili polityków, aktorów, sportowców do grona tzw. „celeberities” awansuje coraz więcej dziennikarzy, którym wydaje się, że skoro koledzy po fachu zabiegają u nich o ekskluzywne wywiady, a sfora paparazzich podgląda każdy ich ruch, to znaczy, że są najmądrzejsi i mają prawo pouczać Polaków, co mają myśleć we wszystkich sprawach.
Dobrze więc się stało, że Hannie Lis utarto nosa, wskazując jej właściwe miejsce w dziennikarskim szyku. Jeśli jakaś stacja telewizyjna powierzy jej kiedyś prowadzenie autorskiego programu publicystycznego, albo opiniotwórcza gazeta bądź tygodnik poprosi ją o stały komentarz polityczny, będzie mogła do woli głosić swoje poglądy bez obawy o przekraczanie warsztatowych standardów uprawianego zawodu. Na razie ma jednak obowiązek zachowywać się przed kamerą tak, aby nie zwracać na siebie uwagi telewidzów, bo ważna jest wyłącznie treść przekazywanych przez nią informacji, a nie ona sama.
Jerzy Bukowski
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Administrator
Site Admin


Dołączył: 04 Maj 2008
Posty: 9116

PostWysłany: Wto Sie 12, 2008 6:42 am    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Cytat:

Powtórna emigracja Mrożka
Sławomir Mrożek opuścił na stałe Polskę. Jego wyjazd odbył się bez rozgłosu, w prasie ukazały się jedynie lakoniczne notatki i zdjęcia z krakowskiego lotniska Balice, skąd wyruszył wraz z żoną do Nicei, gdzie zamierza osiąść na stare lata.
Dziennikarzom powiedział, że nie ma na razie żadnych planów twórczych, chce po prostu odpocząć, cieszyć się łagodnym klimatem śródziemnomorskim, piękną okolicą i ludźmi. A ponieważ granic dzisiaj już praktycznie w Europie nie ma, zawsze będzie mógł przyjechać do swej ojczyzny, kiedy tylko najdzie go taka ochota.
Wielki artysta nie opuszcza rodzinnego kraju z powodów politycznych, aczkolwiek w paru wywiadach, udzielonych kilka miesięcy temu - kiedy ogłosił swój zamiar przeniesienia się do Francji - dał wyraz niezadowoleniu z ogólnej atmosfery, w jakiej pogrążone jest od wielu lat życie publiczne w Polsce. Nie zadeklarował jednak, że nie podoba mu się prezydent Lech Kaczyński lub premier Donald Tusk. Po prostu postanowił zmienić miejsce pobytu, co było już parokrotnie jego udziałem. Tak się zresztą złożyło, że wyjechał dokładnie w 45. rocznicę swej pierwszej emigracji.
Media przyjęły jego wyjaśnienia ze zrozumieniem i sympatią, jaką zawsze cieszył się wyjątkowo nb. małomówny autor "Emigrantów". Zastanawiam się jednak, czy gdyby decyzję o przeprowadzce na Lazurowe Wybrzeże podjął on za czasów rządów koalicji Prawa i Sprawiedliwości, Samoobrony oraz Ligi Polskich Rodzin, dziennikarze również zachowaliby tak dalece idącą powściągliwość.
Puszczam wodze swej wyobraźni i widzę potencjalne nagłówki w gazetach i czerwone paski w telewizyjnych programach informacyjnych: "Mrożek nie chce żyć w Ciemnogrodzie", "wielki artysta woli emigrować niż mieszkać w kraju rządzonym przez Kaczyńskich, Leppera i Giertycha", "wymowny gest wybitnego twórcy przeciw IV Rzeczypospolitej", "Mrożek wstydzi się żyć w Polsce pod rządami obecnej koalicji", "pchnięta na wsteczny tor ultrakatolicka Polska pozbywa się kolejnego Europejczyka".
Stawiam coraz silniejsze złotówki przeciw orzechom, że tak właśnie potraktowany zostałby przez zdecydowaną większość mediów wyjazd autora "Tanga" za rządów poprzedniej ekipy. Wykorzystano by go do maximum - nawet mimo ewentualnych protestów skromnego twórcy - w celu dołożenia znienawidzonym politykom.
Ale dziś, kiedy Mrożek emigruje z kraju rządzonego przez koalicję Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego, nikt nie doszukuje się w tym politycznego podtekstu, nikt nie załamuje rąk, że oto z powodu złej władzy tracimy znakomitego obywatela.
Ech, trzeba by mieć talent Sławomira Mrożka, żeby napisać sztukę na ten temat...
Jerzy Bukowski
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Administrator
Site Admin


Dołączył: 04 Maj 2008
Posty: 9116

PostWysłany: Wto Sie 12, 2008 6:44 am    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Cytat:

Kreowanie antyKuklińskiego

Od kilku tygodni najbardziej popularna telewizji komercyjna w Polsce, czyli TVN, emituje fabularyzowany serial dokumentalny pt. "Szpieg", którego bohaterem jest generał Marian Zacharski - jeden z najzdolniejszych oficerów wywiadu PRL, wsławiony w latach 70. i 80. ubiegłego wieku wykradzeniem wielu tajemnic z zakresu najnowocześniejszych technologii militarnych Stanów Zjednoczonych.
Serial został nakręcony z ogromnym rozmachem, widać że ma to być sztandarowa pozycja w tegorocznym repertuarze tej stacji. Jego atutem jest świetny prowadzący - Bogdan Rymanowski, któremu udało się namówić komunistycznego Jamesa Bonda do udzielenia mu długich wypowiedzi przed kamerą, na co wcześniej konsekwentnie się nie zgadzał, unikając poszukujących go dziennikarzy.
"Szpieg" ma wszelkie dane stać się repertuarowym przebojem TVN, a jego twórcy mogą spodziewać się deszczu nagród w corocznym prestiżowym plebiscycie środowiska dziennikarskiego, organizowanym przez branżowy miesięcznik "Press". Wartki tok narracji, zmieniające się jak w kalejdoskopie miasta, państwa i kontynenty, ciekawi rozmówcy, niebanalne wstawki fabularyzujące, a przede wszystkim spowijająca serial atmosfera sensacji są gwarancją sukcesu. Już wiadomo, że serial ma ogromną frekwencję i to we wszystkich grupach wiekowych.
Wielu telewidzów zadaje sobie pytanie: czy Zacharski mówi prawdę, zwierzając się Rymanowskiemu? Odpowiedź jest prosta: z pewnością dozuje ją w pełni kontrolowany przez siebie sposób. Wiele lat uczono go przecież zdobywać zaufanie rozmówców i kłamać przed nimi w niezwykle wiarygodny sposób. To, czego się oni odeń dowiadywali, zawsze było tylko elementem gry prowadzonej przez wytrawnego oficera wywiadu, zaprawionego w technikach manipulacyjnych, dzięki którym to on wyciągał od nich potrzebne mu informacje, chociaż im mogło się wydawać, że było zgoła inaczej.
Rymanowski oczywiście zdaje sobie sprawę, iż Zacharski również i jego prowadzi po wyznaczonej przez siebie linii i nie wiadomo, ile z posiadanej wiedzy ujawnia, ile zafałszowuje, ile kamufluje, a ile pozostawia w sferze domysłów. Wprawdzie ciągle podkreśla, że jest już emerytem, ale czy ludzie o jego profesji i w dodatku tak wysoko cenieni zarówno przez swoich przełożónych jak i przez wrogów kiedykolwiek definitywnie odchodzą z zawodu?
Nie to budzi jednak moje wątpliwości, kiedy oglądam kolejne odcinki "Szpiega". Niepokoi mnie, że Rymanowski jest wyraźnie zafascyowany swoim rozmówcą. Nic dziwnego, skoro udało mu się w ogóle namówić Zacharskiego na serię spotkań przed kamerą, ogarnęła go zrozumiała euforia, mimo że jest uznanym profesjonalistą w swoim fachu, czyli umie panować nad emocjami.
Rymanowski patrzy na Zacharskiego z uzasadnionym podziwem i z widocznym respektem, bo też był on prawdziwym asem komunistycznego wywiadu wojskowego. Stara się skupiać głównie na jego osiągnięciach, ale nie zapomina też, dla kogo pracował jego rozmówca. Co pewien czas zadaje mu więc pytanie, czy wiedział o tym, że pozyskane przezeń informacje trafiają do Moskwy i czy zdawał sobie sprawę, że jego działalność stanowiła istotny element podtrzymywania potęgi sowieckiego imperium, pozwalając mu skutecznie rywalizować z Zachodem, czyli głównie z USA. I za każdym razem otrzymuje standardową odpowiedź, że Zacharski przekazywał zdobyte przez siebie informacje wyłącznie do Warszawy, bo nie miał innych mocodawców.
Nie sądzę, aby tak doświadczony dziennikarz, jakim jest bez wątpienia Rymanowski, brał te wyjaśnienia za dobrą monetę. Daje temu zresztą wyraz w swoich wypowiedziach i w serialu, i w wywiadach dla mediów na temat kulisów powstawania "Szpiega". Cóż może jednak zrobić poza zderzeniem ich z wypowiedziami specjalistów, którzy śmieją się z takiej wersji dla naiwnych, lansowanej z zawodową sugestywnością przez Zacharskiego?
Kto chociaż trochę zna dzieje Europy w XX wieku, ten pokiwa z politowaniem głową nad słowami superszpiega. Wielu młodych telewidzów odbiera jednak serial TVN bez historycznego kontekstu. Dla nich liczy się wyłącznie sensacyjnie przedstawiona technika pracy Zacharskiego, który budzi podziw jako najwyższej klasy zawodowiec, znakomicie umiejący wyprowadzić w pole swoich przeciwników.
Zacharski był asem wywiadu. Tego nikt nie neguje. Ale gra tajnych służb ma zawsze konkretne tło. Tak jak pułkownik Ryszard Kukliński walczył w podobny sposób w słusznej sprawie, stając po stronie dobra, tak generał Zacharski wybrał lojalność wobec imperium zła. I o tym również trzeba pamiętać, oglądając "Szpiega".
A swoją drogą, to bardzo ciekawe, że o Kuklińskim żadna telewizja nie nakręciła jeszcze filmu ani serialu, a godzinny reportaż z jego wizyty w Polsce w 1998 roku, w którym udzielił obszernego wywiadu na temat motywacji swojej współpracy z Amerykanami, jak został postawiony na półce w archiwum TVP tuż po nakręceniu i zmontowaniu, tak nadal na niej stoi. Ze służącego obcej racji stanu Zacharskiego robi się zaś wielkiego bohatera, swoistego antyKuklińskiego. Może właśnie o to jednak chodzi, aby zatrzeć całkiem przecież wyraźne moralne granice między ich postawami ideowymi?

Jerzy Bukowski
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Sylwia



Dołączył: 06 Gru 2016
Posty: 67

PostWysłany: Wto Gru 06, 2016 9:13 am    Temat postu: Forumoteka.pl Odpowiedz z cytatem



Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
Administrator
Site Admin


Dołączył: 04 Maj 2008
Posty: 9116

PostWysłany: Wto Sie 12, 2008 6:45 am    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Cytat:

Kto zabił księdza Popiełuszkę

Jak, kiedy i z czyich rąk zginął ksiądz Jerzy Popiełuszko? To pytanie powraca co pewien czas w krajowych mediach, ponieważ mało kto daje raczej wiarę oficjalnej wersji, jaka została ustalona podczas toruńskiego procesu kilku funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa, których zwierzchnicy wyznaczyli do zasiadania na ławie oskarżonych i pójścia do więzienia.
Ostatnio postawił je tygodnik "Wprost", pisząc w najnowszym numerze:
Z zachowanych notatek operacyjnych wojskowych służb specjalnych PRL wynika, że w dniu uprowadzenia księdza funkcjonariusze WSW monitorowali działanie grupy oficerów SB, która uprowadziła Popiełuszkę. Wojskowi byli zarówno w Górsku - miejscu uprowadzenia, jak również w kolejnych miejscach, do których przewożono Popiełuszkę. W jednym z dokumentów jest zapis, iż wojskowi znaleźli się w tych miejscach w związku z prowadzoną przez nich sprawą „Popiel", a taki właśnie kryptonim nosiła akcja inwigilacji Popiełuszki przez SB.
Taki wniosek wynika - według redakcji "Wprost" - z materiałów, które w 2007 roku przekazała Komisja Weryfikacyjna WSI do Instytutu Pamięci Narodowej.
Wojskowe Służby Informacyjne były naturalnym przedłużeniem Wojskowej Służby Wewnętrznej. Czym zajmowały się te pierwsze? Celnie ujmuje to Aleksander Ścios w swoim blogu na stronie www.cogito62.salon24.pl:
Od kilkunastu miesięcy wmawia się bezczelnie polskiemu społeczeństwu, jakoby „panowie oficerowie” byłych WSW i WSI, spełniali w latach PRL-u rolę kontrwywiadu wojskowego, na wzór podobnych formacji w świecie zachodnim. Nic bardziej błędnego. Istnieją setki dowodów, że WSW było typową policją polityczną działającą w armii, a podstawowym celem jej działalności była walka z polskim społeczeństwem. WSI jako kontynuacja WSW, a wcześniej Głównego Zarządu Informacji, była strukturą, w której dominowali ludzie, reprezentujący interesy sowieckiego okupanta. Jeszcze w czasach rządu Tadeusza Mazowieckiego w gmachu przy ul. Oczki (siedziba kontrwywiadu wojskowego) rezydował przedstawiciel GRU ze swoim biurem
Ten fragment "Instrukcji operacyjnej" Zarządu II Sztabu Generalnego Wojska Polskiego, najlepiej wskazuje, czemu i komu służyła wojskowa bezpieka:
"Rozdział I - Zasady ogólne: Głównym zadaniem wywiadu wojskowego jest zdobywanie, opracowanie i przekazywanie kierownictwu Partii i Rządu materiałów i informacji wywiadowczych o przeciwnikach Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej i państw wspólnoty socjalistycznej.
Instrukcję, która obowiązywała aż do upadku komunizmu i rozwiązania WSW, podpisał 30 listopada 1978 roku generał Czesław Kiszczak.
Zdaniem cytowanego blogera wielce prawdopodobna jest hipoteza, wedle której za porwaniem ks. Popiełuszki stały sowieckie służby: nie jest też tajemnicą, że członkowie tzw. Grupy D Departamentu IV MSW( z której wywodzili się porywacze księdza), czyli tajnej struktury przestępczej, powołanej w roku 1971 do walki z Kościołem, utrzymywali ścisłe kontakty z sowieckimi specłużbami.
Aleksander Ścios pisze dalej:
Trzeba też pamiętać, że największe natężenie działań wymierzonych w księdza Popiełuszkę zapoczątkował artykuł w "Izwiestia". Warszawski korespondent sowieckiej gazety, Leonid Toporkow pisał o księdzu: "Swoje mieszkanie oddał na przechowanie nielegalnej literatury, a sam ściśle współpracuje z kontrrewolucjonistami. Z ambony padają nie religijne kazania, ale słowa ulotki, z której można wyczytać tylko nienawiść do socjalizmu. Rząd stawia, więc sobie pytanie: czy możliwe jest, aby Popiełuszko i podobni mu duchowni mogli zajmować się rozrabiacką działalnością polityczną wbrew woli wyższej hierarchii kościelnej."
Artykuł ukazał się w numerze z 12 września 1984r.. Następnego dnia odbyło się spotkanie najważniejszych urzędników państwowych, podczas którego gen. Jaruzelski powiedział do Kiszczaka słynne słowa: "Załatw to, niech on nie szczeka". Kilka godzin później, Kiszczak wezwał do siebie na naradę generałów Ciastonia i Płatka. Konsekwencje znamy.
Kiszczak, o czym również często się zapomina, był od 1945 roku funkcjonariuszem Głównego Zarządu Informacji Wojska Polskiego, a od 1978 – 1981 szefem kontrwywiadu WSW.
Jest oczywiste, że zorganizowanie takiej operacji, jak porwanie ks.Popiełuszki nie mogło być planowane bez udziału służb wojskowych. Po pierwsze, dlatego, że oficerowie WSW, szczególnie po „kursach” w szpiegowskich uczelniach GRU, byli „najwierniejszymi z wiernych”, do których sowieci mogli mieć zaufanie. Po drugie zaś, wojskowa „baza logistyczna” i środki komunikacji istniejące na terenach byłego woj. toruńskiego, mogły być wykorzystane tylko za wiedzą i zgodą WSW.
Czy ostatnia, spektakularna akcja Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, podczas której zarekwirowano tajne materiały, będące w posiadaniu dziennikarzy, zajmujących się od lat tą właśnie sprawą, ma z nią bezpośredni związek? Aleksander Ścios uważa, że tak:
Jeśli więc Komisja Weryfikacyjna WSI dotarła do dokumentów, wskazujących na udział woskowych służb w operacji „Popiel”, informacja ta musiała wywołać w środowisku WSI duże ożywienie. Byłaby przecież przełomem w śledztwie, prowadzonym przez IPN i mogła wskazywać na faktycznych inspiratorów tej zbrodni. Stanowiłaby również zagrożenie dla fałszywego wizerunku tych służb, jaki próbuje się narzucać polskiemu społeczeństwu, uzasadniając reaktywację WSI. Być może decydenci akcji ABW liczyli na to, że wśród przejętych podczas rewizji dokumentów, znajdą kopie tych, odnalezionych przez Komisję Weryfikacyjną i zdołają przygotować akcję dezinformacyjną przed oficjalną publikacją aneksu do Raportu?
Wojciech Sumliński, w wypowiedzi dla regionalnego Radia Podlasie, mówi wyraźnie : „ W mieszkaniu zarekwirowano trzy tysiące tajnych, poufnych i niejawnych dokumentów. Były to dokumenty dotyczące sprawy ks. Popiełuszki, którą zajmuję się od kilku lat.” Sumliński zbierał również dokumenty związane z WSI – „Dziennikarz przyznał, że dokumenty, które posiadał nie pochodzą z komisji weryfikacyjnej, mogą być jedynie z nią związane. Przyznał także, że od dłuższego czasu zbierał dokumenty o WSI gdyż miał napisać książkę o służbach.”
Leszek Pietrzak, druga z ofiar ABW, w artykule z 17 października 2007r. opublikowanym w gazecie „Polska” dzielił się wiedzą na temat śledztwa w sprawie zabójstwa ks.Jerzego:
"Bezpieka chciała torturami zmusić ks. Popiełuszkę do współpracy. Kapłan zginął, bo nie chciał zostać tajnym współpracownikiem SB" - napisał w artykule Pietrzak. Ujawnił też, że „politycznie i prawnie za śmierć ks. Jerzego odpowiadają gen. Wojciech Jaruzelski, ówczesny szef państwa, i gen. Czesław Kiszczak, szef Ministerstwa Spraw Wewnętrznych". Pietrzak przypomniał również o roli oddziału Wojskowych Służb Wewnętrznych, które śledziły kpt. Grzegorza Piotrowskiego, mordercę ks. Jerzego.”
Swój wpis, z którego tak obszernie cytuję, kończy on pytaniem:
Może, zatem pora już, by wyjść poza krąg interpretacji narzucony przez „zainspirowane” i kapturowo wykorzystywane media i spojrzeć na tę sprawę w kontekście śledztwa, związanego z zabójstwem ks. Jerzego? Czy znajdą się dziennikarze i politycy mający na to dość odwagi?
Wypada mi tylko wyrazić nadzieję, że odpowiedź będzie pozytywna, bo nie brak przecież w Polsce odważnych i zdolnych dziennikarzy śledczych, potrafiących dotrzeć do tajemnic z czasów PRL, nawet tych nader skrzętnie nadal skrywanych i pilnowanych przez ich depozytariuszy z byłych (?) tajnych służb.

Jerzy Bukowski
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum polonus.forumoteka.pl Strona Główna -> ARCHIWUM Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Idź do strony 1, 2, 3 ... 16, 17, 18  Następny
Strona 1 z 18
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Możesz dodawać załączniki na tym forum
Możesz ściągać pliki na tym forum




Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group