Forum polonus.forumoteka.pl Strona Główna polonus.forumoteka.pl
Archiwum b. forum POLONUS (2008-2013). Kontynuacją forum POLONUS jest forum www.konfederat.pl
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

II Rzeczpospolita

 
To forum jest zablokowane, nie możesz pisać dodawać ani zmieniać na nim czegokolwiek   Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi    Forum polonus.forumoteka.pl Strona Główna -> TEKSTY HISTORYCZNE LESZKA MOCZULSKIEGO
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Administrator
Site Admin


Dołączył: 04 Maj 2008
Posty: 9116

PostWysłany: Sro Sie 17, 2011 7:55 am    Temat postu: II Rzeczpospolita Odpowiedz z cytatem

Cykl artykułów w "Stolicy" nt obozu piłsudczykowskiej w latach 1935-39. Ostatni z artykułów z tego cyklu został podany w książce Piotra Bączka "Romuald Szeremietiew. W prawo Marsz!" jako przykład propagandowej publicystyki Leszka Moczulskiego w Stolicy.

A ja chętnie poznałbym inne publikacje na temat rządów Piłsudczyków II RP, które W TYM CZASIE ukazywały się w polskiej prasie... :)

A do tego takie fotki (już tylko dla tych fotografii warto było opublikować ten cykl artykułów!).

Cytat:
Z ostatnich lat II Rzeczypospolitej
Śmierć Józefa Piłsudskiego


Rozpoczynamy druk serii artykułów Leszka Moczulskiego, poświęconych wydarzeniom, które nastąpiły w Polsce po śmierci Józefa Piłsudskiego i związanym z tym rozgrywkom o władzę w ramach rządzącego obozu sanacyjnego oraz wysuwanym programom i koncepcjom. Cykl ten, rzecz jasna, nie rości sobie pretensji ani do przedstawienia całości wydarzeń, które miały miejsce w Polsce po 12 maja 1935 r. ani też do ich oceny, a zajmuje się jedynie pewnymi wybranymi problemami. Do innych spraw związanych z dziejami tego okresu, jak też do historii II Rzeczypospolitej, pismo nasze w bieżącym roku będzie nawracać w innych, zaplanowanych artykułach, (red.)

Ostatnie dni życia Józefa Piłsudskiego związane są chyba najbardziej z postacią płk. Józefa Becka. On właśnie był w tym czasie najbliżej osoby Piłsudskiego, to on — minister spraw zagranicznych przecież — podał mu do podpisu akt świeżo uchwalonej Konstytucji Kwietniowej. To Beck opuścił w połowie raut wydany na cześć bawiącego w Warszawie francuskiego premiera Lavala, aby udać się do Belwederu po ostatnie instrukcje; umierający już Piłsudski popatrzył wówczas na elegancką, wytworną sylwetkę ministra, na jego nienagannie skrojony frak, pełną tęczę orderów i powiedział: „Jaki pan piękny...". Elegancja płk. Becka mogła każdego, kto pamiętał szarzyznę ubożuchnych legionowych mundurów, skłonić do refleksji. Stanu i perspektyw Rzeczypospolitej nie można było jednak — niestety — oceniać według fraków i orderów. Gdy 23 kwietnia 1935 roku prezydent Ignacy Mościcki sygnował na Zamku akt Konstytucji, która w odróżnieniu od poprzedniej, deklarującej parlamentarno-demokratyczną formę rządów (co zresztą nie było realizowane) przewidywała dla jego urzędu władzę autokratyczną, odpowiedzialną jedynie „przed Bogiem i Historią" — w Belwederze konsylium lekarskie z wiedeńskim profesorem Wenckebachem stwierdziło u Piłsudskiego raka wątroby i żołądka. 11 maja nastąpiło gwałtowne pogorszenie i krwotok wewnętrzny; rozpoczęła się agonia.

Cytat:

Podpisanie nowej ustawy konstytucyjnej przez Ignacego Mośclckiego w dnht 28 kwietnia 1935. W. Sławek, pierwszy z prawej: minister spraw wewnętrznych Zyndram-Kościałkowski


Tak kończył się okres rządów marszałka Piłsudskiego, sui generis dyktatora II Rzeczypospolitej, którego osoba tak wielki wpływ wywarła na cały okres międzywojenny. Teraz umierał, a z jego śmiercią nasuwało się pytanie: co dalej? Dla jego współpracowników bardziej jeszcze aktualne było jednak pytanie: co teraz?

Pewne kierunki działania były już wytyczone przeszłością i to zarówno tą okresu rządów marszałka Piłsudskiego, jak też i wcześniejszą. Marksistowskie analizy sytuacji muszą tutaj wyjść z układu sił klasowych; to właśnie ten układ determinował kierunki rozwojowe państwa, rozstrzygał o jego polityce. Głębokie rozdziały społeczne, rezultat działania przeciwstawnych sił, pogłębione jeszcze zostały w ostatnich latach rządów Piłsudskiego katastrofalnym (po 1929 r.) stanem ekonomiki. Wreszcie sytuacja polityczna wewnątrz kraju pogarszała się. Opozycja została brutalnie rozbita, jej wybitni przywódcy wyemigrowali, zaś antagonizmy między ugrupowaniami opozycyjnymi a rządzącymi były ostrzejsze, niż kiedykolwiek; konstruktywne z natury rzeczy funkcje opozycji w ustroju burżuazyjnym jako czynnika poddającego krytycznej kontroli poczynania władz — zanikały; taka była cena posunięć Piłsudskiego zmierzających do ograniczenia demokracji.

Gdy więc nowi ludzie przejąć mieli ster państwa, stały przed nimi nie tylko stare problemy, lecz też wyżłobione wcześniej kierunki działania...
Cytat:


Podpisy na akcie Konstytucji Kwietniowej. Po prawej kolejno od góry: I. Mościcki, M. Kościałkowskl. J. Piłsudski. Po lewej: W. Stawek. J. Beck.



Mimo że wiadomość o nagłym zwrocie w chorobie Piłsudskiego nie była oficjalnie ogłoszona, zdołała przeniknąć za mury Belwederu. Późnym wieczorem w niedzielę 12 maja, gdy kierownik warszawskiego oddziału Ilustrowanego Kuriera Codziennego, Konrad Wrzos, wracał Wierzbową do swego mieszkania, zelektryzował go widok samochodu min. Becka przed pałacem Bruhla, gotowego do odjazdu. Natychmiast połączył się z redakcją. Byt tam jeszcze red. Bohdan Skąpski. — Niech pan natychmiast jedzie pod Belweder — polecił mu Wrzos. — Wydaje się, że Piłsudski umarł.

Godzinę później wiadomość ogłoszono urzędowo. Zgon nastąpił 12 maja o godzinie 20.45.

Samochód Becka, zaobserwowany przez Wrzosa, powiózł jednak tej nocy ministra nie tylko do Belwederu lecz i na Zamek, gdzie Prezydent Mościcki zwołał Radę Gabinetową.

***

„Zgon Marszałka — napisze po latach sanacyjny historyk Władysław Pobóg Malinowski — stawał się... jakby pęknięciem magicznej obręczy: zespół dotąd zwarty, karnie idący w zaprzęgu — w pracy dla państwa — teraz rozpadał się na kilka grup".

Podział obozu rządzącego od 9 lat Polską na poszczególne grupy czy koterie zaznaczył się znacznie wcześniej. Grupy te jednak, istniejąc w cieniu osobowości i autorytetu Piłsudskiego, mogły pozwolić sobie jedynie na drobne intrygi i własne interpretacje szczegółów wykonawczych. Dopiero teraz otwierała się przed nimi droga działania.

Legendy rozpowszechniane później nie odpowiadały prawdzie: w rzeczywistości Piłsudski nie pozostawił testamentu politycznego, nie wyznaczył też następcy.

Kluczowe pozycje w państwie zajmowali w tym czasie ludzie z tzw. „grupy pułkowników". Prawie wszyscy z nich przeszli do polityki z wojska po 1926 r. i stali się głównymi wykonawcami woli Piłsudskiego. Ugrupowaniem tym kierował Walery Sławek, od 28 marca 1935 premier kolejnego swego gabinetu, a wraz z nim Aleksander Prystor, Kazimierz Świtalski, Janusz Jędrzejewicz. Z tym ugrupowaniem związani byli blisko Józef Beck i Bogusław Miedziński.

Inna grupa, w owym czasie jeszcze niezorganizowana i płynna, wywodziła się ze środowiska, które aktywnie działało politycznie pod koniec wojny — w Konwencie i POW. Z czasem, gdy grupa ta zorganizuje się i rozwinie, na jej czele stanie Edward Śmigły-Rydz.

Wreszcie swoistą grupę stanowił prezydent Ignacy Mościcki ze swym otoczeniem. Najsilniejszą indywidualnością był tutaj inż. Eugeniusz Kwiatkowski, w latach 1926 — 1930 minister przemysłu i handlu, później odsunięty przez Piłsudskiego.

Rada Gabinetowa, zwołana przez Mościckiego w nocy z 12 na 13 maja miała do rozstrzygnięcia właściwie jedną tylko sprawę: komu powierzyć kierownictwo wojskowe, gdyż formalnie ono tylko (Piłsudski był generalnym inspektorem Sił Zbrojnych i ministrem Spraw Wojskowych) pozostawało nie obsadzone.

Dyskusja była krótka. Wszyscy zebrani wiedzieli od początku, że właściwie mogą w grę wchodzić dwie tylko kandydatury — generałów Kazimierza Sosnkowskiego i Edwarda Śmigłego-Rydza. Ta pierwsza miała paru zwolenników; niektórzy, jak Bogusław Miedziński, byli zresztą zdania, że Sosnkowski,' choćby nie objął wojska, powinien wrócić do czynnego życia politycznego i odgrywać w nim wybitną rolę. Premier Sławek oponował jednak stanowczo: — Sosnkowski był w niełasce u Komendanta...

Ten argument rozstrzygnął. Przypomniano, jak jeszcze w 1922 r. Piłsudski mówił, iż po jego śmierci wodzeni naczelnym powinien zostać Śmigły. Taka interpretacja woli zmarłego marszałka zadecydowała o o-sobie nowego generalnego inspektora Sił Zbrojnych.

Tak została podjęta decyzja, której znaczenia wówczas nie doceniano. Ale też w nocy na 13 maja ani też później — nikt nie myślał o decyzjach naprawdę zasadniczych. Spadkobiercy władzy w chwili śmierci Piłsudskiego—co by nie rzec przełomowego momentu epoki II Rzeczypospolitej — nie potrafili zdobyć się na samodzielność. Żadna z grup nie miała w owych dniach (i nie potrafiła stworzyć później) jakiejkolwiek całkiem nowej koncepcji, nowej wizji przyszłości. Programy formułowane i dyskutowane, jak o tym jeszcze będzie mowa w następnych artykułach, dotyczyły głównie problemów pragmatyki władzy, utrwalania i doskonalenia status quo przypieczętowanego przez wprowadzenie bliskiej totalitaryzmowi Konstytucji Kwietniowej. A przecież nowa, generalna wizja przyszłości była konieczna! Kraj, wstrząśnięty do głębi ciosami kryzysu światowego, tonący w sprzecznościach społecznych i ustrojowych, czekał na radykalne przedsięwzięcia. W nowych już czasach, w szybko zmieniającej się — zwłaszcza od 1935 r. — sytuacji europejskiej trzeba było szukać nowych dróg, nowych rozwiązań. Zamiast tego wysiłki ludzi uplasowanych na najwyższych stanowiskach ograniczały się do wypełniania rzeczywistych czy domniemanych, lecz za każdym razem ułamkowych, że nie powiemy drugorzędnych, instrukcji zmarłego. Przypominano sobie często oderwane, często przekręcone i interpretowane w dowolny, dogodny dla poszczególnych grup sposób, jego wskazówki z ostatnich lub i wcześniejszych lat i na nich opierano podejmowane decyzje. Czy wynikało to tylko z pietyzmu dla zmarłego? Czy nie było w tym również przejawu braku własnej myśli, niedostatku woli brania na siebie odpowiedzialności, swoistego oportunizmu?

Zapewne wszystkie te czynniki łącznie wpłynęły na zdecydowaną opozycję Walerego Sławka przeciwko objęciu przez Sosnkowskiego kierownictwa wojskowego. Przypuszczać jednak można, że ostatecznie zaważyły tu ambicje polityczne tak premiera jak i kierowanej przez niego „grupy pułkowników". Sławek, zresztą przesadnie, widział w Sosnkowskim postać wybitną, bał się jego powrotu do czynnego życia państwowego i politycznego. Uważał, że u steru państwa nie mogą działać odmienne, nie podporządkowane sobie całkowicie ośrodki siły. Głosił konieczność pracy kolektywnej (znów: w zgodzie ze wskazówkami Piłsudskiego), lecz ramy jej widział w wymiarach przepisów nowej Konstytucji, oddającej niemal całość władzy jednoosobowej decyzji prezydenta. Był pewien, że od jesiennych wyborów on właśnie, a nie kto inny, przejmie prezydenckie prerogatywy. Sosnkowskiego na czele armii — której polityczne znaczenie w II Rzeczypospolitej, państwie przez cały okres swego istnienia zagrożonym najazdem niemieckim, było ogromne — nie chciał i zapewne obawiał się. Natomiast Śmigły wydawał się być — z tego punktu widzenia — „nieszkodliwy". Tak Sławek jak i cała „grupa pułkowników" widzieli w nim jedynie specjalistę, który bez reszty zagrzebie się w technicznych problemach, obronności, wiernie i skrupulatnie realizując decyzje polityków. Takim był zresztą Śmigły przez ostatnie kilkanaście lat, od listopada 1918 r., kiedy to Piłsudski zakazał mu działalności politycznej i używał go jedynie do najważniejszych zadań wojskowych. Gdy więc w nocy z 12 na 13 maja Mościcki podpisywał dekret nominacyjny Śmigłego, nikt w najśmielszych marzeniach (czy najczarniejszych obawach) nie dopuszczał myśli o jego marszałkowskiej randze i tytule Wodza. Zasadniczych frontów walki frakcyjnej spodziewano się gdzie indziej, choć i tu. odkładając na później decyzje uważane za bardziej ważne, nie liczono się (przynajmniej Sławek i „pułkownicy") z większymi komplikacjami.

W sprawie wyborów jesiennych 1935 r. (wraz z którymi wchodziła w życie nowa Konstytucja) wskazówki Piłsudskiego były wyraźne. „Grupa pułkowników" osiągnąć miała pełnię władzy, a Sławek godność prezydenta. Ten ostatni, osobiście skromny i pełen samokrytycyzmu, nie pretendował do roli, jaką odgrywał Piłsudski; było to zresztą niemożliwe. Podkreślał, że naczelną władzą powinna być nie o-soba, lecz — Konstytucja. Było w tym wiele abstrakcyjnego idealizmu, ale też i pewność, że władzę stanowiącą ucieleśnienie Konstytucji sprawować będzie on sam.

Ignacy Mościcki nie formułował abstrakcyjnych zasad. Początkowo godził się z ustąpieniem funkcji Sławkowi, szybko jednak zaczął zmieniać zdanie. Nie później niż w połowie roku ugrupowanie zamkowe, a więc Mościcki i Kwiatkowski (waham się, czy kolejność tych nazwisk nie powinna być odwrotna) doszło do wniosku, że nie powinna nastąpić zmiana osoby prezydenta.

Tak więc w połowie 1935 r. narósł konflikt, który przez długie miesiące miał dominować na szczytach władzy, konflikt Mościcki — Sławek o prezydenturę.

W tymże roku 1935 Hitler, łamiąc ostatecznie postanowienia traktatu wersalskiego wprowadził obowiązkową służbę wojskową, przystąpił do jawnego formowania broni pancernej i lotnictwa. We Francji następujące po sobie kryzysy rządowe uniemożliwiały prowadzenie konsekwentnej po-
lityki; decyzje w sprawach międzynarodowych Paryż uzależniał od zdania Londynu; lord Hali-fax, w imieniu rządu Jego Królewskiej Mości rysował przed Hitlerem perspektywy współpracy, zapowiadał, że problem „korytarza gdańskiego" może być rozwiązany zgodnie z życzeniami niemieckimi...
Cytat:


Belweder po zgonie Józefa Piłsudskiego


Na tle takiej sytuacji „Zamek" i „pułkownicy" szykowali się do bezpośredniej konfrontacji. Mościcki, czy raczej dla niego Kwiatkowski, jednali sobie zwolenników. Sławek — urzędujący premier i sternik polityki państwa (obowiązująca jeszcze Konstytucja marcowa zachowywała dla prezydenta funkcje na ogół reprezentacyjne) montował wybory, osobiście ustalał wszystkie kandydatury poselskie. Absorbowało go to tak bardzo, że biernie przechodził do porządku dziennego nad innymi sprawami, odkładał decyzje.

Kiedyś w tym czasie przybył do niego Aleksander Prystor. Chciał uzyskać decyzję w jakiejś kwestii nie cierpiącej zwłoki. Sławek słuchał go z roztargnieniem i jakby nie wiedział, co począć. W jakimś momencie Prystor odniósł wrażenie, że „Walery za chwilę sięgnie do telefonu, aby poprosić Komendanta o przyjęcie"...

Tak płynęły miesiące. A tych miesięcy II Rzeczpospolita miała przed sobą już bardzo niewiele.

LESZEK MOCZULSKI

Następny artykuł z tego cyklu p.t. „Epitafium dla Walerego Sławka" opublikujemy w numerze 19 z datą 7 maja 1967 r. Red.



"Stolica" nr 16 z 1967 - http://publikacje.koszykowa.pl/Stolica/1967_nr_01-53/Stolica_1967_nr_16_16.04_s_1-16/Publikacja.html
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Sylwia



Dołączył: 10 Gru 2016
Posty: 67

PostWysłany: Sob Gru 10, 2016 9:27 pm    Temat postu: Forumoteka.pl Odpowiedz z cytatem



Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
Administrator
Site Admin


Dołączył: 04 Maj 2008
Posty: 9116

PostWysłany: Czw Sie 18, 2011 8:13 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Cytat:
Epitafium dla Walerego Sławka

Ten strzał głośnym echem odbił się w całej Polsce. Wzbudził silne poruszenie, wywołał liczne komentarze, które wkrótce potem jednak zgasły: wydarzenia znacznie donioślejsze nie tylko dla obozu rządzącego II Rzeczypospolitą, lecz i dla całego narodu — usunąć miały tę sprawę w niepamięć.

W niedzielę 2 kwietnia 1939 r. o godzinie 20.45 pułkownik Walery Sławek popełnił samobójstwo. Sceneria czynu była symboliczna: strzał padł z pistoletu, którego Sławek używał w latach 1904 — 1907 jako bojowiec kierowanej przez Piłsudskiego Frakcji Rewolucyjnej PPS, dokładnie o tej samej porze, jaka 12 maja 1935 r. stanowiła kres życia „komendanta". Na biurku pozostawił list: „Niech nikt nie szuka winnych! Niech Bóg wszystko wiedzący przebaczy mi moje grzechy — i ten ostatni". Obok leżał sztych przedstawiający śmierć ks. Józefa Poniatowskiego w falach Elstery...
Okoliczności te pobudziły wyobraźnie. Przez wiele lat, jakie upłynęły od najbardziej bohaterskiego okresu jego życia, Sławek cieszył się dość znaczną popularnością, sięgającą tego właśnie okresu i zręcznie dyskontowaną przez propagandę ugrupowania „pułkownikowskiego". Jego okaleczona przez wybuch bomby twarz przywodziła na myśl bohaterów „Ludzi podziemnych" Struga, choć bardziej bezpośredni jego portret literacki znalazł się wśród postaci „Generała Barcza" — gorzkiej powieści Kadena-Bandrowskiego... Romantyczno-patriotyczna sceneria samobójstwa pozwalała się domyślać romantyczno - patriotycznych przyczyn. Część opinii publicznej chciała widzieć i widziała w Sławku wciąż tamtego bojowca, odważnego i ofiarnego, który dostrzegając teraz dramatyczną sytuację wewnętrzną i zewnętrzną kraju, bezradny wobec niej, wobec zła, jakie nagromadziło się w Rzeczypospolitej, nie znalazł innego wyjścia niż honorową śmierć. Twierdzono, że zrozumiał i że chciał w ten rozpaczliwy sposób ostrzec. Była to jednak tylko legenda.

Cytat:

Fotokopia prywatnego listu Walerego Sławka (dotychczas nie publikowanego.) z 4 grudnia 1938 r.


Latem 1935 roku Walery Sławek przygotowywał się do objęcia urzędu prezydenta RP. Tak postanowił jeszcze Piłsudski: Ignacy Mościcki miał po wejściu w życie nowej Konstytucji, ograniczającej swobody demokratyczne i dającej temu urzędowi ogromne prerogatywy, podać się do dymisji, a Sławek otrzymałby pełnię władzy, sprawowanej pod bacznym nadzorem marszałka.Wydawało się pewne, że i po śmierci Piłsudskiego plan ten zostanie zrealizowany. Tymczasem...

W wywiadzie radiowym udzielonym przez Mościckiego Konradowi Wrzosowi i nadanym przez rozgłośnię warszawską 6 sierpnia 1935 r., dziennikarz zadał następujące pytanie:

— Czy po wejściu w życie nowej Konstytucji, po wyborach, Pan Prezydent pozostanie na swym stanowisku, czy też poda się do dymisji, aby następnie pozwolić się wybrać na nową siedmioletnią kadencję?

— Zawsze robię to, co jest potrzebne państwu; jedynie pod tym kątem widzenia uczynić mogę jakieś kroki w przyszłości — odpowiedział Mościcki.

Lakoniczna ta wypowiedź wywołała wielkie poruszenie wśród wtajemniczonych, gdyż przy całej jej enigmatyczności prezydent dawał do zrozumienia, że przekazanie władzy Sławkowi nie jest wcale zdecydowane.

Za tą decyzją Mościckiego stał Eugeniusz Kwiatkowski. Rzutki organizator i ekonomista, ambitny polityk, minister w latach 1926—1930, odsunięty następnie przez Piłsudskiego, rozumiał dobrze, że głównego przeciwnika ma w Walerym Sławku. Szukając dla Mościckiego — a więc i dla siebie — sojuszników, znalazł ich także w najwęższych kołach piłsudczyków. Postarał się też pozyskać współpracę z grupą coraz wyraziściej formującą się wokół Smigłego-Rydza. Nawiązał z nim kontakt Wojciech Stpiczyński redaktor „Kuriera Porannego" (niegdyś redaktor naczelny centralnego organu obozu Piłsudskiego — „Głosu Prawdy"), którego Sławek wymanewrował na boczny tor. Teraz Stpiczyński znów zaczął odgrywać kluczową choć zakulisową rolę, stał się jednym z najbliższych ludzi Śmigłego. Zapewne za wiedzą tego ostatniego, choć z własnej inicjatywy, udał się Stpiczyński w sierpniu 1935 r. do Spały, gdzie przebywał wówczas Mościcki. Z właściwą mu elokwencją przekonywał prezydenta, że nie powinien ustępować miejsca Sławkowi. Sugerował, że po stronie Mościckiego, a przeciw Sławkowi, opowie się znaczna część obozu sanacyjnego.

Sporom o osobę przyszłego prezydenta towarzyszyła odmienność zapatrywań na sprawy programu, czy też raczej na sposób sprawowania władzy. Sławek i jego adherenci uważali, że główny wysiłek państwowy należy skierować na przemiany wewnętrzne, organizacyjne, zapoczątkowane wprowadzeniem nowej antydemokratycznej Konstytucji. Przekształcenia ustrojowe zmierzały do ostatecznej eliminacji demokratyczno - partyjnej formy rządów. Sławek myślał o zastąpieniu stronnictw politycznych przez bliżej nie określone „czynniki społeczne", o bliskiej totalitaryzmowi nadpartii, monopartii, czy antypartii — „Powszechnej Organizacji Społeczeństwa", skupiającej wszystkich wokół realizacji „zadań państwowych" określanych przez wąskie kręgi uplasowane na szczytach władzy. Szło więc w perspektywie o likwidację partii politycznych, ograniczenie aktywności społecznej do „czynu" — działania, którego celów i zakresów, wytyczanych wyłącznie przez grupę dyspozycyjną władzy (czyli przez Sławka i „pułkowników") nie będą znali wykonawcy (czyli naród). Na takiej zasadzie — zastąpienia polityki i politycznego myślenia społeczeństwa samą pragmatyczną „techniką" władzy, „techniką" administrowania tak państwem jak i wysiłkiem mas — wyobrażał sobie Sławek dalszy rozwój Rzeczypospolitej. Nie trudno w ówczesnej Europie znaleźć rodowody i różne dość bliskie — mimo odmiennych często szat — pokrewieństwa tych koncepcji.

Bez wątpienia programy innych ugrupowań „elity władzy" były w swych najgłębszych treściach pokrewne programowi Sławka, choć może nie nosiły charakteru tak sztywnego. Podobieństwo idei grup reprezentowanych z jednej strony przez Śmigłego, a z drugiej przez Mościckiego i Kwiatkowskiego — do programu Sławka polegało ogólnie rzecz biorąc na preferowaniu problematyki organizacyjnej i braku szerszej myśli o jakichkolwiek istotniejszych przemianach anachronicznej w istocie struktury społeczno-politycznej państwa. Nawet jeśli w otoczeniu Śmigłego wypracowywano formuły bardziej elastyczne i mówiono o potrzebie „rozszerzenia bazy rządzenia", to było to głównie dążenie do podporządkowania sobie niektórych środowisk dotąd indyferentnych lub na pół opozycyjnych, a nie zamiar rezygnacji z czegokolwiek, z cząstki choćby władzy — przy czym przechodzono do porządku dziennego nad możliwością wyrażania przez społeczeństwo odmiennego zdania.

W pierwszej fazie walki zwycięstwo zdawał się odnosić Sławek. Zmontowane przez niego wybory, które odbyły się 8 i 15 września 1935 r., przebiegły zgodnie z jego założeniami przybliżając realizację totalistycznej koncepcji państwa. Ponieważ praktycznie wszystkie kandydatury poselskie zatwierdził uprzednio osobiście on sam, akt wyborczy był czczą formalnością: głosujący nie mieli żadnej możliwości politycznego wyboru. Dlatego też opozycja ogłosiła bojkot wyborów. W rezultacie tylko 46,5 proc. uprawnionych do głosowania oddało swe głosy na kandydatów wystawionych przez sanację. Zważywszy, że w latach II Rzeczypospolitej bierną politycznie część wyborców, którzy z reguły nie głosowali, szacowano na ok. 25 proc. ogółu — wezwania do bojkotu posłuchało blisko 30 proc. uprawnionych. Stanowiło to siłę, której nie można było lekceważyć. Tym bardziej, że właśnie od lata 1935 r. zaczyna narastać w Polsce nowa fala wrzenia rewolucyjnego, masy ludowe radykalizują się coraz wyraźniej, opozycja — zwłaszcza lewicowa — konsoliduje swe siły i precyzuje program ideowy.

W lipcu i sierpniu tegoż 1935 roku obraduje w Moskwie VII Kongres Międzynarodówki Komunistycznej, który wyciągając wnioski z dojścia w Niemczech do władzy Hitlera i narastającej w całej Europie groźby faszyzmu, wysuwa hasła Frontu Ludowego. Wkrótce wśród innych partii hasła te podejmie Komunistyczna Partia Polski.

Na razie są to dopiero zaczątki masowych ruchów społecznych, które od początku następnego roku wybuchną w Polsce falą potężnych strajków i demonstracji — zarówno w miastach jak i na wsi, brutalnie acz bezskutecznie tłumionych przez władze. Fermentu narastającego żywiołowo, który poza przyczynami politycznymi wynikał z fatalnych warunków ekonomicznych.

Źródła złej sytuacji gospodarczej II Rzeczypospolitej były różnorakie. Mimo że już w chwili startu gospodarka odrodzonego państwa obciążona była zarówno ogromnymi zniszczeniami wojennymi (przez ziemie polskie przetaczały się przecież — nawet siedmiokrotnie! — fronty pierwszej wojny światowej) jak i wcześniejszymi świadomymi zaniedbaniami zaborców, a także dezintegracją struktury kraju, złożonego z trzech części, które przez ponad 120 lat niewoli stanowiły graniczne prowincje odmiennych organizmów państwowych — historyczna odpowiedzialność za tę sytuację spada na klasy i grupy sprawujące władzę. Pierwsze rządy Rzeczypospolitej do tragicznego dziedzictwa zaborów dołożyły własne błędy i zaniedbania, osiągając w rezultacie stan, którego jaskrawym, choć nie jedynym elementem była katastrofalna inflacja marki polskiej. Pewna poprawa, jaka nastąpiła po reformie walutowej Grabskiego i w latach 1926 — 1929, była zbyt krótkotrwała, a w roku 1929 przyszedł kryzys światowy — „największy — jak stwierdzała odezwa KPP z lata 1935 r. — wstrząs gospodarczy, jaki znał kapitalizm, który wstrząsnął nim do głębi, pogruchotał gospodarkę poszczególnych państw, postawił je na skraju katastrofy i ostatecznego bankructwa". Polskę zaś ten kryzys dotknął szczególnie mocno.

Wychodzenie kraju ze spowodowanej przez kryzys depresji zależało od sterników nawy państwowej. W ciągu kilku następnych lat globalna produkcja przemysłowa w Polsce co prawda wzrasta, lecz jest to rozwój na tle innych państw zbyt powolny, a przy tym obciążony wieloma ujemnymi skutkami społecznymi. Jeśli globalną produkcję przemysłową roku 1928 przyjąć za 100. to w roku 1932 osiąga Polska 63,7, w r. 1933 — 70,0, 1934 — 79,1, 1935 — 84,9, a stan sprzed kryzysu przekroczy dopiero w r. 1937. Powiedzmy od razu, że postęp ten mógłby być większy, gdyby nie — z jednej strony — interwencja obcego kapitału i z drugiej... kolejne rządy „pułkowników" (Sławka, Prystora, Jędrzejewicza, Kozłowskiego i znów Sławka) kurczowo trzymające się polityki deflacyjnej. Wzrost produkcji globalnej dochodził zresztą do skutku głównie drogą zwiększenia wyzysku klasy robotniczej. Równocześnie bowiem odpowiednie wskaźniki zatrudnienia poza rolnictwem wynosiły w latach (1928 = 100): 1933 — 65, 1935 — 77,1, przy czym ogólna liczebność klasy robotniczej w tych latach wyraźnie wzrastała. Według oficjalnych danych Ministerstwa Spraw Wewnętrznych w dniu 31 XII 1935 zarejestrowanych było ponad 441 tys. bezrobotnych, a liczba rzeczywista przekraczała 650 tys. Obok bezrobocia jawnego w miastach występowało też permanentne bezrobocie utajone na wsi — tzw. przeludnienie agrarne — jeden z najbardziej katastrofalnych rezultatów polityki zaborców i braku industrializacji. Sięgało ono liczby ok. 5000 tys. ludzi.

Bezrobocie i wyzysk stanowiły główną przyczynę pogarszania się stopy życiowej ludności. Globalna suma realnych zarobków robotników również bardzo wolno osiągała stan z r. 1928, a tak czy inaczej musiała być dzielona w sporo większym środowisku robotniczym (uwzględniając przyrost siły roboczej). Sytuację ratował nieco ogólny spadek cen stanowiących w r. 1935 dla artykułów przemysłowych 66,3 i dla artykułów rolniczych 35,8 proc. cen z r. 1928. Z tego układu cen (osławione „nożyce") korzystało jednak wyłącznie miasto, podczas gdy dla chłopa, który płody własnej pracy musiał oddać prawie za darmo, stanowił on wręcz katastrofę. Dodajmy, iż ceny uzyskiwane przez chłopa-producenta kształtowały się sporo poniżej cen sprzedaży tychże artykułów w mieście: różnica stanowiła pokaźny zysk pośrednika. Spekulacja z tym związana potęgowała niezadowolenie mas ludowych — tak wsi jak i miasta—i mimo prób wykorzystania jej jako elementu demagogii społecznej przez faszyzujące ugrupowania skrajnej prawicy, wpływała, oprócz innych czynników, na wzrost świadomości klasowej i nastrojów rewolucyjnych.

Wśród przyczyn obniżki cen wymienić należy zwłaszcza wynikający z kryzysu ogólny spadek popytu na rynku wewnętrznym jak i kurczenie się eksportu na rynki światowe. Nie bez znaczenia była tu też wspomniana polityka deflacyjna rządu, wzmagająca i bez tego wielkie trudności. Przedsiębiorstwa kapitalistyczne umiały sobie co prawda radzić ze skutkami tej sytuacji — przerzucając jej ciężar na barki robotników. Równocześnie drastycznie obcinano inwestycje, rezygnowano z renowacji parku maszynowego, z postępu technicznego, co razem wzięte jeszcze bardziej zwiększało dystans dzielący zacofaną gospodarkę polską od rozwiniętych państw kapitalistycznych. Wieś natomiast nie była w stanie stosować nawet takich, zgubnych dopiero w dalszej perspektywie, oszczędności. Po prostu nie miała na czym oszczędzać. Dochód z tzw. mniejszych gospodarstw (a więc chłopskich, lecz nie tylko karłowatych!) z ha wynosił w r. 1927'1928 214 zł, a w r. 1933/1934 spadł do wartości najmniejszej w historii — 18 zł. Równocześnie zadłużenie na 1 ha w tej samej grupie gospodarstw wzrosło z 253 zł do 366 zł. W świetle tych danych przysłowiowe już dzielenie zapałki na czworo (zapałki w polu nie rosną, trzeba je kupować za pieniądze) czy kilkakrotne gotowanie kartofli w tej samej osolonej wodzie (przykłady może nieco nadużywane w późniejszej publicystyce) nabiera realnych wymiarów. Za 10 kg soli trzeba było w latach 1935—1936 dać 24 litry mleka, za 100 kg superfosfatu — 69 1, za parę kamaszy — 173 1.

Wychodzenie gospodarki polskiej z depresji było wydatnie utrudnione przez nacisk obcego, międzynarodowego kapitału. Działał on w dwu zasadniczych dziedzinach. Przede wszystkim odcinał tę możliwość najbardziej w ówczesnych warunkach ustrojowych skutecznego ratunku, jaką byłoby maksymalne wzmożenie eksportu: międzynarodowe porozumienia gospodarcze ustalające korzystny dla wielkich koncernów i monopoli, dla wielkich państw imperialistycznych, podział rynków zbytu i tzw. kontyngenty eksportowe — nie dawały słabej i uzależnionej od zagranicy gospodarce II Rzeczypospolitej prawie żadnych szans. W rezultacie eksport polski nie tylko nie wykazywał w tym czasie tendencji rozwojowych, ale i wręcz słabnął, wynosząc w r. 1933 56,1 i w r. 1935 47,1 proc. stanu z 1928 r. Z drugiej strony kapitał obcy pośrednio i bezpośrednio (dysponując w r. 1935 udziałem 44,8 proc. w działających w Polsce spółkach akcyjnych) kontrolował całość polskiej gospodarki działając oczywiście we własnym, a nie polskim interesie...

Wkrótce po otwarciu Sejmu i Senatu oraz po ukonstytuowaniu się obu nowo wybranych Izb premier Sławek udał się na Zamek, do prezydenta Mościckiego.

— Wypełniając swój obowiązek wobec woli zmarłego marszałka proszę pana prezydenta o podanie się do dymisji i ogłoszenie elekcji następcy! — zażądał.

Mościcki, na ogół nie lubiący jednoznacznych, ostrych sformułowań, rozłożył ręce.

— Znam i pamiętam dobrze decyzję marszałka — powiedział. — Zarządził on, abym ustąpił, gdy moją funkcją będę już zmęczony, a ktoś silniejszy i energiczniejszy będzie mógł przejąć pełnię spraw. Właśnie dlatego, że chcę realizować wolę marszałka, nie mogę ustąpić!
Sławek opuścił Zamek z poczuciem klęski, lecz jeszcze nie chciał się poddać.

Kilka dni później, 12 października 1935 r., ponownie udał się do Mościckiego. Nie wracał już do sprawy prezydentury. Uznał, że nie może być szefem rządu z ramienia Mościckiego i zgłosił dymisję — swoją i całego gabinetu.

Mościcki pragnął tego uniknąć. Bał się, że odejście Sławka uniemożliwi mu stworzenie nowego rządu, gdyż większa część znanych polityków piłsudczykowskich odmówi w nim udziału. Z drugiej strony nie chciał pozostawić dotychczasowej ekipy rządzącej bez zmian. Zaproponował więc jedynie reorganizację gabinetu. Do rządu miałby wejść inż. Kwiatkowski jako wicepremier i minister skarbu, samodzielnie kierujący całą gospodarką kraju.

Sławek nie chciał być jednak ani premierem Mościckiego, ani też premierem dzielącym władzę z Kwiatkowskim. Odmówił stanowczo, złożył oficjalną dymisję i opuścił Zamek.

Narosły kryzys gabinetowy zdawał się być nie do rozwiązania. Mościcki nie mógł szukać kandydata na premiera poza obozem dotychczas rządzącym, gdyż nie uzyskałby on ani jednego głosu w Sejmie. Zaś w obozie rządzącym? Jasne było, że niewielu znajdzie się w tych warunkach odpowiednich kandydatów z obozu piłsudczykowskiego, którzy zechcieliby się podjąć tej misji wbrew Sławkowi i potężnym „pułkownikom". Prezydent jednak nie miał najmniejszego zamiaru kapitulować. Zresztą rozwiązanie znalazło się raczej przez szczęśliwy przypadek. Marian Zyndram-Kościałkowski, minister spraw wewnętrznych w poprzednim rządzie Sławka, człowiek ambitny i — jak się zdaje — nie w pełni rozumiejący delikatność sytuacji i skalę trudności, zgodził się sformować rząd zastrzegając sobie tylko kontynuację dotychczasowej polityki zagranicznej, a więc i udział w rządzie Józefa Becka. Ten ostatni jednak odmówił — trzymając w sporze z Mościckim stronę Sławka. Wówczas Kościałkowski musiał zrezygnować.

Kościałkowski, lecz nie Mościcki. W nocnej scenerii zamkowego gabinetu odbyła się decydująca rozmowa pomiędzy prezydentem a ministrem spraw zagranicznych. Beck oskarżał Mościckiego o nieposłuszeństwo wobec woli Piłsudskiego, prezydent bronił się, nie umiejąc jednakże znaleźć dostatecznych argumentów.

— Pan mi uniemożliwia stworzenie gabinetu — powtarzał tylko. — Pan uniemożliwia rządzenie krajem. Cóż będzie? Czy w tej sytuacji nie można stworzyć gabinetu? Czy kryzys ma doprowadzić do katastrofy?

Te dramatyczne, czy też może melodramatyczne akcenty zachwiały nieco stanowiskiem ministra. Poprosił o kilka godzin do namysłu. Z Zamku pojechał do Sławka. Od niego z kolei zażądał stanowczej decyzji: czy wystąpi ponownie i zdecydowanie wobec Mościckiego w sprawie prezydentury? Sławek nie był do tego skłonny.

Sprawę rozstrzygnął więc — na korzyść grupy „zamkowej" — „mocny człowiek regime'u": Beck. Powiadomił Mościckiego, że nie będzie czynił sprzeciwu.

Następnego dnia rząd Kościałkowskiego został utworzony.

Cytat:

Śmigły już na pierwszym planie na fotografii, ale jeszcze nie na pierwszym planie wśród ekipy rządzącej. Od prawej: generałowie Wieniawa-Długoszowski, Jarnuszkiewicz, Kasprzycki, Śmigly, min. Beck, premier Sławek, marszałek Sejmu Świtalski, min. Butklewicz, marsz. Senatu Raczkiewicz i min. Zawadzki.



A Sławek? Jego rola polityczna już się skończyła. Gdy później nastąpiło przeformowanie obozu piłsudczykowskiego, na jego czele stanął Śmigły. Latem 1938 r. Sławek jakby jeszcze odzyskał nadzieję, że jego klęska była przemijająca. Po śmierci marszałka sejmu, Cara, przejął jego urząd. Zbliżał się kres kadencji Mościckiego, wygasającej w 1940 r., i Sławek łudził się, że zostanie jego następcą. Przecież posłowie i senatorowie weszli do Izby z jego mandatu, dlaczegóżby mieli za nim nie głosować?

Niespodziewanie, 13 września 1938 r. prezydent rozwiązał obie Izby. W nowych wyborach, w listopadzie, Walery Sławek (ani nikt z jego bliskich współpracowników) nie uzyskał mandatu. W liście do przyjaciół, w grudniu 1938 r., pisał z goryczą: „Przy wyborach uruchomiono przeciwko mnie tak dalece wszystkie sposoby, że poczułem się w roli „wroga nr 1"... W rezultacie przepadłem i zastanawiam się obecnie, co sobie wybrać na dalszą drogę życia. Decyzji jeszcze nie mam..."

Ale wkrótce ją podjął. Jego ostateczna śmierć polityczna tylko o parę miesięcy wyprzedziła fizyczną.

Lecz epitafium dla Walerego Sławka zostało napisane wcześniej.

LESZEK MOCZULSKI KRZYSZTOF NAUMIENKO


"Stolica nr 22 z 1967 - http://publikacje.koszykowa.pl/Stolica/1967_nr_01-53/Stolica_1967_nr_22_28.05_s_1-16/Publikacja.html
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Administrator
Site Admin


Dołączył: 04 Maj 2008
Posty: 9116

PostWysłany: Wto Kwi 17, 2012 2:30 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Cytat:

Malowany płot

W cieniu sporu o władzę, sukcesję po Józefie Piłsudskim — jaki od wiosny do jesieni 1935 r. toczył się pomiędzy dwoma w zasadzie ugrupowaniami rządzącego ówczesną Polską obozu: pomiędzy kierowaną przez Walerego Sławka grupą „pułkowników" a „Zamkiem" z Mościckim i Kwiatkowskim na czele, systematycznie umacniał swą pozycję i nabierał wśród sanacyjnej elity władzy coraz większego znaczenia „GISZ" i osobiście generalny inspektor Sił Zbrojnych.

Edward Rvdz do 1914 r. studiował filozofię, był malarzem i stosunkowo wcześnie — pod pseudonimem „Śmigły" — związał się z ruchem strzeleckim Piłsudskiego. Karierę wojskową rozpoczął w legionach, ujawniając zresztą zdolności dowódcze. Polityką — poza okresem 1917— 1918 (gdy po aresztowaniu Piłsudskiego przejął kierownictwo obozu POW) — nie zajmował się wobec wyraźnego zakazu marszałka. Od r. 1921 do 1935 był inspektorem armii — najpierw w Wilnie, potem w Warszawie.

.....Co do otoczenia własnego i sztabu — kapryśny i wygodny, szukający ludzi, z którymi by nie potrzebował walczyć lub mieć jakiekolwiek spory" — pisał Piłsudski o swoim ulubieńcu w opinii sporządzonej w grudniu 1922 r., swego rodzaju „testamencie" wojskowym, gdzie zresztą uważał Śmigłego za jednego z kandydatów na Naczelnego Woda. Zastrzegał się równocześnie, że nie jest pewien jego zdolności „w zakresie... umiejętności mierzenia sił nie czysto wojskowych, lecz całego państwa swego i nieprzyjacielskiego".

Jak już wspominaliśmy w pierwszym artykule naszego cyklu, domniemana rekomendacja Piłsudskiego stała się formalną przyczyna mianowania 49-letniego wówczas Śmigłego generalnym inspektorem Sił Zbrojnych. Można przypuszczać zresztą, że większy wpływ na tę decyzję miała cytowana wyżej część krytyczna uwag marszałka z r. 1922. Śmigły, jako, w myśl tej opinii, spokojny i nawet flegmatyczny, zamknięty w sobie, zdyscyplinowany, a przy tym unikający sporów specjalista, dobry wojskowy lecz nie polityk — wydawał się być idealnym wykonawcą woli sprawującego władzę prezydenta (i tych, co by prezydentem kierowali). Tymczasem już wkrótce po objęciu najwyższego w ówczesnej strukturze wojskowej stanowiska nowy generalny inspektor powoli i bez rozgłosu zaczął przekreślać, te rachuby. Początkowo wynikało to po prostu z układu sił: w sporze ze Sławkiem, Mościcki i Kwiatkowski poszukiwali sojusznika wewnątrz obozu rządzącego, sojusznika, któremu musieli przy tym przydać, nawet we własnej tylko opinii, jakieś znaczenie. Jak już wiemy, sojusznikiem takim stał się właśnie Śmigły, będący zresztą .reprezentantem odrębnej grupy w obozie piłsudczykowskim, która wywodziła się ze środowiska dawnego POW. Z czasem do grupy tej zaczną się przyłączać i inni wpływowi sanatorzy, a także, po klęsce Walerego Sławka, „pułkownicy". Wreszcie o rosnącym wśród elity władzy znaczeniu osobistym generalnego inspektora zdecydowało jego stanowisko: tak czy inaczej miał za sobą wojsko. Wypomnieć mu to miał, w jakimś przejściowym sporze, marszałek Sejmu Stanisław Car.

— Cóż ja poradzę? — powiedział. — Ja mam straż marszałkowską, a Pan trzydzieści dywizji. Czyli mniej więcej po dwie dywizje piechoty (nie licząc kawalerii) na województwo.

Ale na jesieni 1935 r. polityczna pozycja Śmigłego nie była jeszcze zbyt silna. Decyzja utworzenia rządu Kościałkowskiego, podjęta po ustąpieniu Sławka, w końcu października 1935 r., zaskoczyła generalnego inspektora. Wiedział on wprawdzie, jak rozwijał się spór między „pułkownikami" a „Zamkiem". lecz ostateczne rozstrzygnięcia, które zapadły w rezultacie nocnych rozmów ministra Becka z prezydentem i ustępującym premierem, nie były konsultowane z generalnym inspektorem. Na dodatek ten rozwój sytuacji szczególnie dotknął bliskiego doradcę Śmigłego, Wojciecha Stpiczyńskiego. Ambitny redaktor „Kuriera Porannego" myślał o innym kandydacie na premiera; mianowicie o sobie samym. Toteż powołanie Kościałkowskiego obruszyło go, a tryb, w jakim to zostało dokonane, uznał za wysoce niewłaściwy.

Choć Kościałkowski w tej sytuacji był człowiekiem Mościc-kiego, to jednak i w najbliższym otoczeniu prezydenta znalazł przeciwników. Eugeniusz Kwiatkowski, nowy wicepremier i kierownik gospodarki państwa, szybko doszedł do przekonania, że trud kierowania rządem przerasta możliwości Kościałkowskiego. Urzędujący premier miał wprawdzie opinię rzutkiego administratora; Kwiatkowski jednakże uważał, że to nie wystarczy. Nie bez racji.

Tak więc od pierwszych dni urzędowania gabinetu Kościałkowskiego nie wróżono mu w kręgach wtajemniczonych długiego utrzymania się na tym stanowisku. Być może jednak byłyby to jeszcze jedne niespełnione — jak wiele innych — przypuszczeni^ O losach nowego rządu zdecydować miały wszakże czynniki o wiele bardziej istotne niż efemeryczne układy sił i grup nacisku wśród rządzącej „góry". Przede wszystkim — fatalna sytuacja gospodarcza państwa i wynikający z niej wzrost niezadowolenia mas.

Sytuację gospodarczą II Rzeczypospolitej charakteryzowaliśmy obszerniej w poprzednim artykule. W kolejnych latach po-kryzysowych rok 1935 nie był może najgorszy dla przemysłu: produkcja globalna wzrosła już do 85 proc. stanu z r. 1928, a ogólna suma realnych zarobków robotniczych nawet do 88 proc. Równocześnie jednak zatrudnienie wyniosło (przy większej liczebności klasy robotniczej!) zaledwie 77,1 proc. stanu przedkryzysowego i właśnie na przełomie lat 1935 i 1936 zaznaczyło się wyraźne osłabienie jego wzrostu.

Beznamiętna wymowa statystyk raczej zwykle łagodzi niż zaostrza rzeczywisty obraz, widać jednak z nich, że sytuacja ludzi pracy w miastach była w tym czasie zdecydowanie zła. Jeśli idzie o wieś, to nawet suche liczby wyglądają tragicznie: ceny artykułów rolnych spadły do najniższego poziomu w dziejach. „Gdyby wartość biologiczna produktów rolnych — pisał Eugeniusz Kwiatkowski — nie była wyższa od ich wartości sprzedażnej, kilka milionów ludzi byłoby skazanych na śmierć głodową". Dodajmy, że koniec roku 1935 i początek roku 1936 to dla ówczesnej wsi polskiej był już przednówek: przy naturalnym zastoju w pracach polnych tym dotkliwiej dało się odczuć pięciomilionowe bezrobocie agrarne, przy powszechnej nędzy szło już nie tylko o brak zarobku, lecz i wręcz zagrożenie egzystencji, zwłaszcza bezrolnych, dojadających zimą ubogie zapasy.

Wrzenie rewolucyjne na wsi, początkowo żywiołowe, później kierowane przez radykalny ruch ludowy dało o sobie znać jeszcze w latach 1932—1933, gdy w niektórych regionach, głównie w Małopolsce. doszło do masowych wystąpień chłopskich, strajków robotników rolnych i leśnych a także do zalążkowych form strajków chłopskich jak odmowy płacenia opłat targowych i rogatkowych. Wystąpienia te były brutalnie pacyfikowane przez policję.

Sytuacja z końca 1935 r. i początku 1936 r. prowadzi do nowej, jeszcze silniejszej radykalizacji nastrojów. Zaczynają się — i narastają — marsze chłopów do miast powiatowych, demonstracje, strajki chłopskie, strajki folwarczne, często okupacyjne. Interwencje policji na dłuższą metę są nieskuteczne, a raporty konfidentów brzmią wręcz alarmująco. W jednym ze sprawozdań z tego okresu (Urzędu Województwa Warszawskiego, z 10 II 1936 r.) czytamy: „Na zebraniach związkowych (Stronnictwa Ludowego, lecz nie tylko, także Wici i innych organizacji radykalnego ruchu ludowego) prelegenci zapowiadają rychły koniec obecnych rządów, a termin określają mniej więcej na wiosnę br. Przepowiadają również oni. że w br. dojdzie do tzw. marszu chłopstwa na Warszawę, który ma się zakończyć objęciem rządów przez chłopów".

To we wsiach. A miasta? I tu sytuację nieźle określają sprawozdania władz administracyjnych. Do przytoczonych wyżej danych statystycznych dodać można fragment jeszcze jednego z nich (z dn. 23 III 1936 r.) ilustrujący równocześnie mentalność autora, urzędnika Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. „Jeśli pomimo poprawy w stanie zatrudnienia bezrobocie przybrało na sile — czytamy w tym sprawozdaniu — to świadczy to o tym, że jest ono niezależne od stanu zatrudnienia, gdyż posiada nie charakter koniunkturalny lecz strukturalny i jest następstwem dysproporcji między wielkością naszego przyrostu naturalnego a możliwościami zapewnienia pracy tej narastającej corocznie liczbie ludności, wyrażającej się cyfrą 400 tys. osób". Słowem: cała bieda w tym, że Polaków jest za dużo; na żaden inny wniosek nie było autora stać. Do antologii dziejów głupoty politycznej wpisać leż można dalszą konkluzję tegoż sprawozdania, widzącego jedyne wyjście z tak zarysowanej sytuacji w uzyskaniu przez Polskę kolonii.

Jednakże klasie robotniczej, wielotysięcznej rzeszy bezrobotnych, bynajmniej nie trafiały do przekonania maltuzjanistyczne wyjaśnienia przyczyn ich losu. Domagały się pracy i chleba w ojczyźnie. Tegoż samego dnia, w którym datowano cytowane sprawozdanie MSW, 23 III 1936 r... wybucha w krakowskiej fabryce Semperit strajk okupacyjny połączony z demonstracjami robotników i bezrobotnych. W kilkugodzinnych krwawych walkach z policją ciężko rannych zostaje 26 demonstrantów, z których (5 następnie umiera. W niecały miesiąc później. 14 IV, policja otwiera ogień do demonstracji bezrobotnych we Lwowie; zabity zostaje bezrobotny Władysław Kozak. Do następnych starć dochodzi po dwóch dniach, podczas manifestacyjnego pogrzebu tej ofiary terroru. I znów walki trwają na ulicach kilka godzin, przewrócone wozy tramwajowe służą robotnikom i bezrobotnym za barykady. Giną 4 osoby Wkrótce potem w tymże Lwowie zbiera się kongres pracowników kultury, stanowiący wyraz procesów radykalizacji w środowiskach postępowej inteligencji.

Widownią krwawych zajść stają się i inne miasta II Rzeczypospolitej — łącznie w marcu i kwietniu 1936 roku w starciach z policją padło nie mniej niż 30 zabitych. Odpowiedzialność za te krwawe wydarzenia i za ich ofiary ponosi rządząca elita i bezpośrednio — gabinet Zyndrama Kościałkowskiego.

Narastającej żywiołowo radykalizacji mas towarzyszy także wzrost znaczenia politycznego polskiej lewicy i jej coraz wyraźniej postępująca integracja. Poważną rolę odgrywa tu najbardziej konsekwentna siła rewolucyjna, którą była w II Rzeczypospolitej Komunistyczna Partia Polski. Po przezwyciężęniu głównych wewnętrznych trudności, jakie w poprzednich latach ujemnie oddziaływały na jej pracę, lecz walcząc nadal y? ciężkich warunkach konspiracji, KPP w ślad za innymi partiami Międzynarodówki Komunistycznej wysuwa hasła frontu ludowego i uchwalą z grudnia 1935 r. uznaje ten jednolity front za kościec ruchu robotniczego. Komuniści biorą udział w licznych manifestacjach, strajkach i innych wystąpieniach, współorganizują je i częstokroć kierują nimi.

— Już nie są to zwykłe zamieszki — stwierdził wiosną 1936 r. były premier Kazimierz Bartel. — To pachnie rewolucją.

Inne groźne ostrzeżenie przyniósł w tym samym czasie rozwój sytuacjii międzynarodowej. 6 marca 1936 r. Hitler ostatecznie przekreślił traktat wersalski dokonując remilitaryzacji Nadrenii. Wobec tego faktu musiało stać się jasne, że wszystkie pokojowe frazesy kanclerza niemieckiego są tylko maskującą jego rzeczywiste zamiary gadaniną.

Remilitaryzacja Nadrenii zabezpieczała zbrojącej się już jawnie Rzeszy jej zachodnią granicę i serce przemysłu — Zagłębie Ruhry. Umożliwiała dalsze posunięcia: przyłączenie Austrii, sięgnięcie po Sudety, po Kłajpedę, po Gdańsk i polski „korytarz", po Górny Śląsk, po Poznań, Bydgoszcz, Toruń. Wszystkie te cele polityka niemiecka, od początku nie uznająca rezultatów klęski Wilhelma w I wojnie światowej, wyznaczyła sobie już dawno. Jeszcze przed dojściem Hitlera do władzy, w „demokratycznej i antywojennej" Republice Weimarskiej.

Edwarda Rydza Śmigłego i Eugeniusza Kwiatkowskiego łączyło — mimo wielu dzielących ich różnic — przekonanie, iż czas najwyższy na bardziej zdecydowane przedsięwzięcia.

Obaj widzieli oczywistą kompromitację Kościałkowskiego w polityce wewnętrznej, a zarazem zdawali sobie sprawę, że nie podoła on realizacji ich programów — doszło między nimi, zapewne za pośrednictwem Stpiczyńskiego, do porozumienia i w rezultacie do kontaktu między Śmigłym a Mościckim.

Prezydent początkowo bronił swego premiera, widząc jednak rosnące znaczenie generalnego inspektora uległ jego argumentacji popartej w dodatku przez Kwiatkowskiego i zgodził się na stosunkowo szybką zmianę rządu. Do umowy tej doszło jeszcze w grudniu 1935 r., a wydarzenia następnych miesięcy przesądziły sprawę ostatecznie. Na razie jednak trzymano wszystko w tajemnicy; o zdecydowaniu losu gabinetu Śmigły poinformował jedynie dwóch najbardziej zaufanych współpracowników — Bogusława Miedzińskiego i Adama Koca. Sam Kościałkowski nie wiedział nic, dziwił się tylko nieco, że poprzednio wobec niego demonstrowana niechęć teraz jakby znikła.

Żywot gabinetu został jednak przedłużony przez przypadek — nieco zresztą paradoksalny, gdyż dopomogło chwilowo premierowi to, co w istocie rzeczy miało zdecydować o jego upadku. Otóż bezradność rządu wobec trudnych problemów państwowych, a zwłaszcza wzrostu fali rewolucyjnej skłoniła do reakcji nawet centralny organ sanacji, „Gazetę Polską". Zapewne miało to być próbą uczynienia z Kościałkowskiego swego rodzaju kozła ofiarnego...

17 kwietnia 1936 r., w dzień po zajściach we Lwowie, a zarazem w przeddzień wyjazdu premiera z oficjalną wizytą do Budapesztu, w „Gazecie Polskiej" ukazał się artykuł Ignacego Matuszewskiego atakujący rząd! Sformułowania artykułu były wprawdzie spokojne, lecz i jednoznaczne: Matuszewski zarzucał gabinetowi Kościałkowskiego m. in. brak powagi, słabość i niezdecydowanie.

Niecodzienna ta publikacja poszła do druku za zgodą Miedzińskiego, lecz bez wiedzy Śmigłego. Kościałkowski zareagował ostro: zarządził konfiskatę pisma i policja, dotąd z woli premiera koncentrująca swe siły w walce z lewicową opozycją, rzucona została do wycofywania z kolportażu organu obozu rządzącego.

Stanowisko Kościałkowskiego wobec „Gazety Polskiej" nieoczekiwanie poparł główny inspektor Sił Zbrojnych, który uznał, że postąpiono niezręcznie, i nie chciał stwarzać wrażenia, że artykuły w prasie zdolne są obalić rząd. Dlatego też postanowiono utrzymać Kościałkowskiego na czele gabinetu jeszcze przez kilka tygodni.

Choć odwleczony, los Kościałkowskiego nie uległ zmianie. Sprawa jego następcy nie była jednak łatwa. Zarówno Kwiatkowski jak i Stpiczyński wysuwali — pośrednio — swoje kandydatury, lecz Śmigły uważał, że Stpiczyński nie dorósł jeszcze do tej funkcji, Kwiatkowskiego zaś na stanowisku premiera nie chciał. W drodze kompromisu ustalono prowizorium: premierem miał zostać zaufany człowiek generalnego inspektora, generał Felicjan Sławoj Składkowski. Prowizorium to zresztą trwało ponad trzy lata, skończyło się wraz z II Rzecząpospolitą.

Sam Składkowski ze swoistą autoironią wspominał później swój wybór na premiera. Jako generała w służbie czynnej wezwał go do swego gabinetu Śmigły i po prostu, w trybie rozkazu, powiadomił, że zostanie premierem. „Generał dodał z uśmiechem — twierdzi Składkowski — ii kosztowało go nieco trudu przekonać Pana Prezydenta o celowości powołania mnie na prezesa Rady Ministrów". Równocześnie nowego premiera poinformowano, jaki będzie skład jego gabinetu. Funkcję wicepremiera ponownie otrzymał Kwiatkowski, zaś pozostałe teki, oprócz dwóch, obsadzili ludzie Mościckiego czy Śmigłego oraz zajmujący samodzielną pozycję Beck.

— Czy mógłbym dobrać choć jednego „mego" ministra do „mego" gabinetu? — zapytał Składkowski. Uzyskał zgodę na obsadzenie obu wakujących stanowisk...

Ostatni premier II Rzeczypospolitej był ongi lekarzem. Może dlatego zasłynął z dość swoistego pojmowania „sanacji" czyli uzdrawiania państwa, a mianowicie z wielką pasją propagując porządek i higienę zarządzał budowę przybytków, które wkrótce uzyskały miano „sławojek", i malowanie płotów. Ta „praca organiczna" absorbowała go bardzo, był też z niej dumny i cierpliwie znosił niezliczone na ten temat żarty i anegdoty. (Jeszcze po dwudziestu latach od opisywanych tu wydarzeń w liście skierowanym z emigracji do jednego ze stołecznych dzienników żywo reagował na przypomnienie i higienicznego tematu, i jego własnych w tej dziedzinie dokonań). Poza tym równie wiernie jak ongi Piłsudskiemu służył teraz Śmigłemu. Za malowanym płotem rozpoczynały się ostatnie akty dziejów II Rzeczypospolitej.

LESZEK MOCZULSKI KRZYSZTOF NAUMIENKO


"Stolica" nr 25 z 1967 roku - http://publikacje.koszykowa.pl/Stolica/1967_nr_01-53/Stolica_1967_nr_25_18.06_s_1-16/Publikacja.html
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Wyświetl posty z ostatnich:   
To forum jest zablokowane, nie możesz pisać dodawać ani zmieniać na nim czegokolwiek   Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi    Forum polonus.forumoteka.pl Strona Główna -> TEKSTY HISTORYCZNE LESZKA MOCZULSKIEGO Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Strona 1 z 1
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Możesz dodawać załączniki na tym forum
Możesz ściągać pliki na tym forum




Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group