Forum polonus.forumoteka.pl Strona Główna polonus.forumoteka.pl
Archiwum b. forum POLONUS (2008-2013). Kontynuacją forum POLONUS jest forum www.konfederat.pl
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Nasz prywatny "gaz na ulicy" - wspomnienia kombata
Idź do strony 1, 2  Następny
 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum polonus.forumoteka.pl Strona Główna -> SPRAWY BIEŻĄCE
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Miezian



Dołączył: 20 Gru 2011
Posty: 34

PostWysłany: Wto Gru 20, 2011 9:37 pm    Temat postu: Nasz prywatny "gaz na ulicy" - wspomnienia kombata Odpowiedz z cytatem

Zachęcony tym, że Admin umieścił w omówieniach moja notkę z salon24 o IX LO i moim nauczycielu, Tadeusz Kantorze, postanowiłem uzupełnić trochę "Gaz na ulicy" o swoje wspomnienia. A jednocześnie zachęcić wszystkich, by zrobili to samo.
Dopiszmy sami trzeci tom "Gazu na ulicach" - tak by autorzy nie musieli się już męczyć ze zbieraniem materiału, wystarczającą dużo będą mieli roboty z samą weryfikacją. Bo niestety w przypadku "oral history" nie wszystko musi się pokrywać z prawdą. Sam tego doświadczyłem robiąc dzień po 13 kwietnia 82 roku rysunek wyobrażający ZOMO-wców stojących u wylotu ul. Szewskiej na chwilę przed atakiem. Dopiero później kolega zwrócił mi uwagę, że nie mieli oni tarcz, które narysowałem. Siła stereotypu była tak wielka, że już 12 godzin później pamiętałem to inaczej niż było w rzeczywistości. Dlatego jak ktoś zauważy tu jakieś przekłamanie czy poplątanie faktów niech śmiało pisze.
Tekst, który tu zamieszczam jest dość długi, ale po prostu była rocznica powstania naszego LO i poproszono minie o wspomnienia to napisałem. wasze relacje nie muszą mieć aż tyle znaków.
Słowem: piszcie, piszcie i jeszcze raz piszcie. A jak mi się coś przypomne lub zbiorę jakieś nowe relacje to też napiszę.

Stan wojenny w cichym zaułku
– wspomnienia „kombatanta”


Bogatki – boczna od Dzierżyńskiego

W czasach, gdy chodziłem do IX LO, szkoła ta mieściła się przy ul. Mariana Bogatki. Metalowa tabliczka umieszczona przy wjeździe na tę ślepą uliczkę głosiła, że był to przedwojenny działacz robotniczy, zmarły w 1940 roku. Z czasem wyczytaliśmy w nielegalnych broszurkach, iż był on również kochankiem jednej z naczelnych heroin komunistycznego panteonu, Wandy Wasilewskiej. Ponieważ – jak powiadają – obdarzał ją swoimi względami także Stalin, nic dziwnego, że towarzysza Bogatkę znaleziono pewnego dnia zastrzelonego w jego własnym mieszkaniu w Moskwie.

Dzisiejsza ul. Juliusza Lea, od której odchodzi droga do naszej szkoły, zwała się w czasach PRL ulicą Feliksa Dzierżyńskiego. Ów wojujący komunista, twórca tajnej policji politycznej, był podobno wielkim przyjacielem dzieci, o ile oczywiście nie wywodziły się one z rodzin kułackich bądź burżuazyjnych. Włodzimierz Lenin wychwalał go, jako człowieka o „gołębim sercu”, ale ci, którzy przez niego siedzieli w łagrach, mieli na ten temat inne zdanie. Być może dlatego ulica jego imienia, choć zaliczana do najdłuższych w mieście, nie biegła przez żadną reprezentacyjną część Krakowa.

Dzierżyńskiego często stawiano za wzór młodzieży. Gdy skręcałem w jego ulicę z Urzędniczej, deklamowałem sobie w myślach słynny fragment poematu Włodzimierza Majakowskiego: „Młodzieńcze, co wahasz się, jak żyć, / Nie namyślając się długo, przykład podam ci bliski – / Żyj tak, jak żył towarzysz Feliks Dzierżyński”. Były to czasy stanu wojennego, a okolice Placu Wolności, jak żaden inny region w Krakowie, dawały możność naocznego zapoznaniem się z potęgą „komuny”. Blisko stąd było do komisariatów milicji przy ul.18 Stycznia i ul. Batorego, do koszar ZOMO przy Siemiradzkiego, milicyjnego kasyna koło kina „Wolność” i garaży ZOMO przy Konarskiego, niedaleko naszej szkoły. Stąd przed każdą zapowiadaną w ulotkach manifestacją wyruszały zapełnione milicjantami ciężarówki i autobusy, by po akcji powrócić kompletnie zdezelowane. Można tam było również zobaczyć zniszczone „budy”, „suki” i spalone koktailami Mołotowa samochody pancerne typu „SKOT” oraz działka wodne nazywane polewaczkami.

Napis „CCCP precz! ” - rok 1978

Na rogu ulicy 18 Stycznia i Urzędniczej znajdował się napis „CCCP precz! ”, będący składanką słów z dwóch języków: rosyjskiego i polskiego (skrót CCCP to w tłumaczeniu: ZSRR). Napis zrobiono czarną farbą w 1978 lub 1979 roku i stał się on jednym z pierwszych w Polsce grafitti. Milicjanci próbowali go zamalować, ale zrobili to w taki sposób, że tylko go powiększyli i uczynili bardziej widocznym.

Mijałem go codziennie idąc do szkoły, podobnie jak liczne ślady kul na elewacjach przy ul. Kazimierza Wielkiego, będące pamiątką po słynnym manewrze marszałka Iwana Koniewa w styczniu 1945 r. Koniew ocalił co prawda centrum Krakowa, ale na Krowodrzy podczas tych walk uległo zniszczeniu wiele domów.

Dziś nie ma już śladu po wspomnianym napisie, co jest zasługą remontów już w czasach kapitalizmu. Ostatnio widziałem też, że wypełniane są cementem miejsca po kulach na ścianach kamienic.

Związek Młodzieży Demokratycznej

W sierpniu 1980 r. zaczął się najbardziej szalony okres dla tych, którzy urodzili się po 1956 roku. Taki zapał w narodzie, chęć do działania i ogólna atmosfera święta były cudem historii, który zdarza się naprawdę wyjątkowo. Wszyscy byli zdeterminowani do wprowadzania zmian i każdy chciał się włączyć w ten ruch, jakby nie dowierzając, że to wszystko dzieje się naprawdę. Na naszych oczach spełniał się sen o wolności narodu i wolności człowieka. Ten entuzjazm nie minął wcale, a wręcz się nasilił, po wprowadzeniu stanu wojennego.

Robiliśmy wystawy w klasach, wieszając w miejsce gazetek własne prace malarskie i graficzne. Na korytarzach podczas przerw odbywały się koncerty. Cały czas ktoś robił jakieś performance i happeningi. Pisaliśmy poematy, powieści i Bóg wie, co jeszcze, wydawaliśmy w paru egzemplarzach pismo bublistyczne „Epistolet Małopolski”, a klasówki pisaliśmy w formie futurystycznego wiersza schodkowego lub manifestu dadaistycznego. Jak nigdy wcześniej, czuliśmy swoją podmiotowość, godność, indywidualność – oraz kompletny fałsz słów wpajanych nam przez ideologów komunizmu, że „jednostka niczym, jednostka bzdurą”.

Część z ludzi, których znałem ze szkoły, zapisała się do Związku Młodzieży Demokratycznej, czyli młodzieżówki Stronnictwa Demokratycznego. Co tam robili, nie wiem, ale w czasie stanu wojennego, gdy związek ten zdelegalizowano, to właśnie oni inicjowali wiele akcji wolnościowych wśród młodzieży.

Orzeł w więziennym toczku

W czasach solidarnościowych przemian, tak jak wszyscy, postanowiliśmy wprowadzić zmianę w godle państwowym zdobiącym naszą salę – to znaczy dokleić orłowi koronę. Gdy nastał stan wojenny, koronę usunięto lub sama spadła (nie pamiętam), ale pozostała zwinięta w obręcz kartka papieru, na której ta korona wisiała. Wyglądało to tak, jakby orzeł był w więziennym toczku – co uznaliśmy za wyjątkowo dobrze dobrany symbol.

Ten toczek pozostał przez wszystkie lata naszego uczenia się w IX LO i zabrałem go ze sobą dopiero, gdy opuszczaliśmy klasę po maturze. Mam go gdzieś wśród pamiątek.

Początek stanu wojennego

Stan wojenny zaskoczył mnie, tak jak wszystkich w kraju. Oglądając Jaruzelskiego w TV, nie mogłem uwierzyć, że władza posunęła się tak daleko. Z okna widać było miasto pełne milicyjnych patroli. Milicjanci chodzili trójkami albo czwórkami, ubrani w grube zimowe kurtki, z kałasznikowami na plecach. Na skrzyżowaniach stały samochody pancerne typu SKOT i TOPAZ, zaś przy wyjeździe z miasta – czołgi. Dodatkowym elementem zastraszenia ludzi był zakaz opuszczania swojego województwa bez pisemnego zezwolenia. Polska była wtedy podzielona na 47 województw, a niektóre z nich, tak jak krakowskie, ograniczały się w praktyce do samego miasta. Do tego dochodziły jeszcze rewizje, wyłączone telefony, zawieszone programy telewizyjne i żałobna muzyka w radiu. Życie zostało sparaliżowane.

Postanowiłem wsiąść w tramwaj nr 4 i pojechać do huty. Nie wiedziałem, że aby dotrzeć do walcowni, trzeba wjechać w wąską uliczkę pomiędzy zakładami, z której nie ma wyjścia. Dojechałem aż do pętli, ale mijając po drodze liczne samochody milicyjne, miałem wrażenie, że wpadam w pułapkę, z której się już nie wydostanę. Spektakl obliczony na przestraszenie ludzi był dobrze wyreżyserowany.

Późnym wieczorem na przystanku pod dworcem wyjąłem z kosza na śmieci całe naręcze solidarnościowych ulotek zerwanych z pobliskiego słupa ogłoszeniowego i z tym wszystkim pojechałem do domu. Zaczęła się godzina policyjna, ale mnie nie zależało już na niczym – a najmniej na tym, czy mnie złapią. Byłem załamany.

Witaj, szkoło !

Po ogłoszeniu stanu wojennego chciałem jak najszybciej iść do szkoły, by spotkać się z kolegami i zacząć „knuć”. Jednak generałowie zrobili nam niemiłą niespodziankę – szkoły zamknięto i to akurat w momencie, gdy pragnęliśmy do nich chodzić jak nigdy w życiu. Chcieliśmy odegnać od siebie paraliżujący strach i poczucie niemocy. To zimno, wiadomości o aresztowaniach i widok uzbrojonych patroli działały tak przygnębiająco, że człowiek po prostu popadał w apatię i zaczynał bać się własnego cienia.

Pewnego wieczoru stanąłem na kompletnie pustej ulicy przed drzewem, do którego przybity był plakat z dekretem o stanie wojennym. Chciałem go zerwać, ale przestraszyłem się, że ktoś mnie zobaczy i doniesie. Było to najgorsze uczucie, jakiego doznałem w życiu. Wyciągałem rękę i cofałem, aż w końcu odszedłem. Nazajutrz plakat leżał koło drzewa. Podarł go ktoś inny.

Pierwsze akcje antyrządowe

Byłem na mszy w bazylice mariackiej 17.12.1982 r. Pamiętam, jak ludzie czytali „Gadzie Echo” (pierwsze litery połączonych gazet: „Gazety Krakowskiej”, „Dziennika Polskiego” i „Echa Krakowa”) z wiadomością o wydarzeniach z kopalni „Wujek”. Potem było pierwsze, jeszcze stosunkowo łagodne, starcie z ZOMO.

Tato wrócił ze strajku w „CeBeA”. Opowiadał, jak przyszedł do nich komisarz wojskowy, powiadomił, że są zmilitaryzowani i za opór grożą represje. Zrobiło to wrażenie tylko na tych, którzy byli parę lat na kontrakcie w RFN i wrócili niedawno. Cała reszta wzruszyła tylko ramionami. W nocy wygarnęli wszystkich strajkujących – kilku zabrali, resztę wypuścili. Ponieważ trwała jeszcze godzina policyjna, musieli przeczekać w jakiejś bramie. Kilku poszło i, o dziwo, nic szczególnego im się nie stało (powiedzieli, że właśnie ZOMO ich wyrzuciło i kazało wracać do domu).

Ponieważ Podstawowa Organizacja Partyjna PZPR w „CeBeA” poparła strajk, władza kazała ją rozwiązać. Potem wszyscy się przechwalali, że są jedynym zakładem w Polsce, z którego udało się wyrzucić komunistyczną partię.

Zduszenie strajku w „CeBeA” – dużym biurze zatrudniającym setki osób, a przy tym uchodzącym za „bastion” „Solidarności” – było przygrywką do poważniejszego szturmu na hutę.

Konspiracja nauczycieli

Z tego, co mówili ludzie, w naszej szkole działała najsilniejsza w Krakowie nauczycielska organizacja NSZZ „Solidarność”. Na jej czele stał pan Kasprzyk- nauczyciel fizyki albo matematyki (nie wiem, ponieważ mnie nie uczył). Zapewne swoją antypaństwową działalnością uczniowską ściągaliśmy na szkołę niepotrzebną uwagę Służby Bezpieczeństwa, ale nic dokładniejszego powiedzieć nie mogę, bo poza paroma aluzjami ze strony naszych wychowawców i dyrekcji, która wzięła mnie na rozmowę po aresztowaniu Pawła Gaca, nie było na ten temat rozmów. Od samego początku stanu wojennego panowała wśród nas fobia, że załamiemy się na śledztwie. Dlatego staraliśmy się wiedzieć jak najmniej i nic nie zapisywać, zgodnie z hasłem: „im mniej wiesz, tym krócej cię będą przesłuchiwać”.


Oporniki

Nie wiem, kto przyniósł do naszej szkoły pomysł noszenia oporników i czy to właśnie IX LO zapoczątkowało ten zwyczaj w Krakowie, ale wkrótce nosili je wszyscy. Przy ul. 18 Stycznia (dziś Królewskiej) był sklep elektryczny, a w nim oporniki w różnych rozmiarach i kolorach, co było szczególnie ważne dla dziewczyn, które chciały je dopasować do bluzki lub sweterka.

Ponieważ nie wszyscy się na tym znali, niektórzy nosili diody półprzewodnikowe i inne tego typu rzeczy. Dość szybko mnie z tym opornikiem zatrzymano. Szedłem ul. Mazowiecką i jakiś patrol wziął mnie do bramy. Nie było sensu kłócić się z trzema ubranymi w moro ZOMO-wcami. Musiałem oddać opornik, ale strata była niewielka, bo w kieszeni miałem zapas i przypiąłem sobie następny zaraz, gdy tylko milicjanci odeszli.

Nosiliśmy te oporniki w klapie do czasu, gdy milicja wzięła się na sposób i kazała złapanym ludziom je połykać. Potem zakładało się je w mniej widocznych miejscach.

Zima wasza, wiosna nasza!

Byłem na mszy w kościele Mariackim 13 kwietnia 1982. Brałem też udział w pochodzie dookoła Rynku i ucieczce tłumu w ul. Szewską. Pamiętam te skandowane okrzyki: „Solidarność!”, „NZS na uczelnie!”, „Maria – Wiktoria!”, „Gestapo!”, „Puścić Lecha – zamknąć Wojciecha!” i to, jak w końcu stanęliśmy naprzeciwko ZOMO-wców. Wtedy rozległo się jedno wielkie „Kra, Kra, Kra...” i funkcjonariusze WRONy (Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego) rzucili się na nas.

Manifestacje antyrządowe odbywały się każdego 13 dnia miesiąca, po mszy, a także w znaczące święta narodowe. 3 maja 1982 byłem na Wawelu i szedłem potem razem z pochodem ul. Grodzką. Na obecnym Placu Marii Magdaleny stało ogrodzenie i jakiś barak. Gdy tłum został zaatakowany przez działka wodne i ludzie zaczęli uciekać, wlazłem na jego dach, by przyjrzeć się ZOMO-wcom. Ktoś zaraz mnie stamtąd zgonił, ale sporo zapamiętałem (sporządziłem później parę rysunków z tych wydarzeń).

Akcja w Collegium Novum

Gdy tylko wznowiono naukę w szkołach, zostaliśmy wciągnięci do działalności podziemnego Niezależnego Zrzeszenia Studentów, gdzie należeli nasi znajomi, którzy ukończyli już liceum i byli na studiach. Ruszyły ulotki, narady, tworzenie „piątek” ... itd. Zakładano konspiracyjne grupy w szkole i wśród znajomych z podstawówki. Każdy gdzieś należał i „knuł”, wszędzie poniewierały się ulotki „Solidarności”, Niezależnego Zrzeszenia Studentów, Konfederacji Polski Niepodległej, a potem także „Solidarności Walczącej”.

Brałem udział w pewnej akcji w Collegium Novum, gdzie SB miała podrzucić broń, by zdobyć pretekst do wkroczenia na teren uniwersytetu. Nie wiem, czy faktycznie władza miała taki pomysł, czy tylko chciano nas wypróbować, dość że chodziliśmy po kompletnie pustym gmachu, mijając się na korytarzu bez słowa i tylko pozdrawiając drobnymi gestami. Nic się nie wydarzyło.

Potem dowiedzieliśmy się, że Bujak był w Krakowie i milicja dała sobie spokój z akcją na uniwersytecie.

Aresztowanie

Kolejną akcją, tym razem zakończoną prawdziwymi aresztowaniami, była sprawa ulotek. Po wiadomości o podwyżce od 1 lutego cen żywności o 241 %, a opału i prądu o 171 %. postanowiliśmy zrobić ulotki o treści „3 X PODWYŻKA CEN TO GŁÓD I NĘDZA NARODU”. Ulotki te robiłem ze swoją siostrą. Pisaliśmy pędzlem, a potem zrobiłem prostą matrycę: napis wyciąłem w kartonie, kładliśmy na to kartkę i wystarczyło parę ruchów kredką woskową, by zrobić ulotkę. Pracowaliśmy z siostrą w nocy, gdy rodzice już spali.

Młodsi koledzy mieli to rozwiesić 29.01.1982, ale zostali złapani, bo ktoś ich zauważył i zadzwonił na milicję. W śledztwie „bezpieka” ustaliła jeszcze, że dzień wcześniej spotkali się w kawiarni z Pawłem Gacem z naszej klasy, Agnieszką Szaniecką, która już skończyła IX LO i działała w NZS oraz wychowawcą naszej klasy, Tadeuszem Kantorem.

Gdy tylko dowiedzieliśmy się o aresztowaniu Pawła, pojechaliśmy ze Sławkiem Dryją na Piaski Wielkie, do Tadzia Kantora, by poradzić się, co robić dalej. Na stole leżał wielki stos ulotek. Postanowiliśmy to ukryć albo spalić, ale zanim zdążyliśmy cokolwiek zrobić, rozległ się łomot w drzwi. To była milicja, ale na szczęście dla nas odkomenderowano do tej akcji jakichś ludzi z drogówki. Zaczęliśmy ze Sławkiem udawać uczniów na korepetycjach. Pozwolono nam pożegnać się z nauczycielem i opuścić mieszkanie, zanim okazało się, co zawiera stos papierów na stole.

Paweł Gac już wtedy był aresztowany. Gdy po niego przyszli, początkowo nie zastali go w mieszkaniu, ponieważ przenosił właśnie do mnie ze swojej piwnicy 9 ryz papieru do powielacza. Zdążył. Papier, który wtedy był na wagę złota, trafił potem do mnie. Przekazałem go, gdzie trzeba.

Aresztowano też Agnieszkę Szaniecką, która od roku była już na polonistyce.

Obiegłem jak najwięcej osób z wiadomością, że zamknęli naszych przyjaciół i od razu zaczęliśmy organizować dla nich pomoc. Główny „sztab” był w moim mieszkaniu, gdzie mama załatwiała większość spraw. Paweł siedział na Montelupich w jednej celi z Mieczysławem Gilem, Edwardem Nowakiem z „Solidarności” oraz Ryszardem Bocianem z Konfederacji Polski Niepodległej. Tadzio Kantor trafił na Mogilską, gdzie potem uczył współwięźniów angielskiego, zaś Agnieszkę Szaniecką wywieziono do Myślenic. Siedząc tam, znalazła w końcu czas, by przeczytać „Czarodziejską górę” Manna. Krzysiek Fortuna i Jacek Torbicz, którzy naklejali ulotki, jako nieletni trafili gdzie indziej. Mnie się upiekło – poza rozmową ostrzegawczą z dyr. Kluczewską nie spotkały mnie większe przykrości.

Wkrótce w „Gadzim Echu” ukazał się pełen oburzenia artykuł o naszych wyczynach autorstwa red. Hańderka. Wszyscy mieli być sądzeni w trybie doraźnym (w którym nie przewidywano kar niższych niż 3 lata), ale udało się uniknąć najgorszego. Krzysiek i Jacek byli nieletni. Agnieszka i Paweł dostali po roku, w zawieszeniu na 2 lata. Kantora uniewinniono. Po tych wydarzeniach musieliśmy uważać, by w coś nawet przypadkiem nie zaplątać naszych przyjaciół, którzy mieli wyrok w zawieszeniu i mogli iść w każdej chwili go odsiedzieć.


Zmiana dyrekcji i woźnego

„Knuliśmy” dalej i roznosiliśmy ulotki. Za to na dobre skończyły się akcje, poza spontanicznymi, robionymi przez młodszych kolegów manifestacjami na długiej przerwie, w które chętnie się włączaliśmy. Ktoś wykonał wielki napis „Solidarność na zawsze” na ścianie sali gimnastycznej, naprzeciw okien Komitetu Dzielnicowego PZPR. Przestrzegaliśmy zasad konspiracji tak sumiennie, że o tym, iż zrobił to mój kolega z sąsiedniej ławki, dowiedziałem się przypadkiem w latach 90.

Tuż po aresztowaniu Gaca nasza dyrektorka, Barbara Kluczewska, która na procesie zachowywała się bardzo porządnie, poszła na emeryturę. Na jej miejsce przyszedł dość ostry i stanowczy dyrektor Ogiński.

Wraz ze stanem wojennym pojawił się też nowy woźny, który wprost wyglądał na etatowego pracownika SB. Mówiliśmy (i pisaliśmy po ścianach) „agent”, bo bardziej niż szatnia, której miał pilnować, interesowały go nasze legitymacje uczniowskie. Gdy Kantor był jeszcze w więzieniu, przyszedł do szkoły jakiś człowiek, działacz „Solidarności”, który z Kantorem siedział. Niedawno go zwolniono, więc coś tam przyniósł od Tadzia. Na nieszczęście przy wejściu wpadł na woźnego, który dokładnie go wypytał, po co przychodzi. Gdy facet wracał od nas, na końcu Bogatki już czekała na niego milicja. Wzięli go na przesłuchanie, a ponieważ nie bardzo chciał z nimi rozmawiać, pocięli mu kożuch – niby, że szukali grypsu.

Ponieważ facet szedł do nas prosto z więzienia, jego żona odchodziła od zmysłów, gdy się dowiedziała, że go znów zamknęli.

Klub UNESCO

Nasz wychowawca, Tadeusz Kantor, jako anglista został opiekunem Klubu Przyjaciół UNESCO, który okazał się doskonałym szyldem do naszych „wywrotowych” działań, tym bardziej, że mieliśmy na korytarzu szkolnym własną gablotkę. Szybko przekształciliśmy ten klub, do którego zresztą nie trzeba się było nawet zapisywać, w coś na kształt grupy pacyfistyczno-dadaistycznej. Robiliśmy wystawy plastyczne, koncerty muzyczne i anarchizujące happeningi. Kantor uczył nas wielu angielskich piosenek, często także u siebie w mieszkaniu, gdzie po lekcjach przychodziło do niego wielu uczniów na kilkugodzinne spotkania przy muzyce Beatlesów, Cohena i Dylana. W weekendy zostawaliśmy u niego z reguły do rana, śpiewając „We shell over camp” czy „Give peace a change”.

Na koniec nasz Klub Przyjaciół UNESCO za zajęcie I miejsca w jakiejś imprezie pojechał do Kielc na X Harcerski Festiwal. Przysporzyliśmy tam nieco kłopotu miejscowym siłom bezpieczeństwa.

Przede wszystkim codziennie wędrowaliśmy z Bursy im. Hugona Kołłątaja do centrum miasta, gdzie dano nam na siedzibę Klub MPiK, oraz z powrotem. Idąc, śpiewaliśmy po angielsku stare hippisowskie songi z nowymi antykomunistycznymi słowami albo „Mury” Kaczmarskiego. A że szło nas około 30 osób - i to na dodatek głównym traktem miasta – efekt był potężny. Dziwne, że nie wyrzucono nas już pierwszego dnia. Za to szybko dano nam Anioła Stróża w postaci smutnego pana, który przychodził do MPiK-u i całe godziny czytał do góry nogami jakąś gazetę.

W Kielcach mieliśmy też przyjąć jakichś Niemców z FDJ. Powitaliśmy ich w imieniu podziemnej „Solidarności” i życzyliśmy im obalenia „berlińskiego muru”, co zapewne wywołało spazm wściekłości w stróżach porządku. Miarka przebrała się na kiermaszu z okazji 22 lipca. Mieszkańcy Kielc solidarnie zbojkotowali ten kiermasz i nie przyszli, za to uczestnicy festiwalu stawili się w komplecie. Byliśmy z nich najstarsi. Zrobiliśmy potężny antykomunistyczny happening, za który mnie – jako głównemu pomysłodawcy – kazano opuścić Kielce w ciągu 24 godzin, a Tadzia Kantora ukarano odebraniem prawa wykonywania zawodu nauczyciela.

Msze za ojczyznę

Na mszę za ojczyznę chodziliśmy do Mariackiego lub na Wawel. Pamiętam ten radosny nastrój pierwszych dni maja 1982 r.: najpierw 1 – nie zaatakowali, 3 – zejście z Wawelu i walki na Grodzkiej, 8 albo 9 – msza na Skałce i poczucie siły w tłumie. 13-go wszyscy byli przekonani, że teraz komunie pokażemy. Na mszę do mariackiego wyruszyły tłumy, a ja... zostałem w domu, bo rodzice mnie nie puścili. Walki na Rynku znam więc tylko z relacji kolegów i koleżanek, którzy tam byli. Z naszej klasy zatrzymano wtedy Sławka Dryję. Udało mu się wydostać z Rynku, ale pod swoim domem (a mieszkał niedaleko szkoły) postanowił wrócić i zobaczyć, jak się sprawy mają. Złapano go na Pl. Wiosny Ludów, gdy chciał zadzwonić. Ponieważ jednak ubek, który go zatrzymał, wpisał jako miejsce aresztowania Plac Dominikański, powstało w kolegium zamieszanie, bo na tym placu nie ma budki telefonicznej. Dano więc Sławkowi kolegium o 500 zł. niższe, co we współwięźniach wzbudziło spore uznanie, bo uważano to za coś w rodzaju zupełnego uniewinnienia.

Sławka wypuszczono po 2 dniach, ale dyr. Kluczewska skreśliła go z listy uczniów, co wywołało burzę nie tylko wśród uczniów. Gdy zaprotestowały zachodnie rozgłośnie radiowe, a nawet rządowa prasa reżimowa, został przywrócony.

Chcąc powetować sobie brak uczestnictwa w demonstracjach 13 maja, chciałem wybrać się 13 czerwca do Nowej Huty. Ponieważ jako smarkacz z Krowodrzy nie bardzo orientowałem się w odleglejszych dzielnicach miasta, zamiast pojechać do Bieńczyc wsiadłem w tramwaj jadący do Bieżanowa. Trafiłem do niedużego wiejskiego kościółka (blokowisk dookoła jeszcze wtedy nie było), gdzie również była msza, a że śpiewali „Boże, coś Polskę”, myślałem, że jestem we właściwym miejscu. Dziwiło mnie tylko (i smuciło), że przyszło tak mało ludzi. W sumie jakoś nigdy nie dotarłem do Arki i ani razu nie byłem na „zadymie” w Nowej Hucie.

Poza mszami w Arce i na Wawelu chodziliśmy czasami do kościoła oo. Misjonarzy koło Parku Polewki. Ale tu kazania, jak stwierdził jeden z kolegów z niższej klasy, były „za bardzo klerykalne”, gdyż ksiądz zamiast o ojczyźnie mówił o Bogu. Czasem jednak po wyjściu wznosiliśmy hasła, a przy śpiewaniu „Boże, coś Polskę” albo „Ojczyzno ma...” widać było las wyciągniętych rąk (z palcami w kształcie litery „V”, w geście zwycięstwa).

Byłem też na jakichś dwóch mszach w kościele oo. Jezuitów przy ul. Kopernika, gdzie układano słynne krzyże.

Msza u sióstr Felicjanek

Nie pamiętam, w którym to było roku – 1984 czy 1985, ale brałem udział w jedynej niespacyfikowanej antyrządowej manifestacji w centrum Krakowa. Umówiliśmy się ustnie na mszę u ss. Felicjanek przy ul. Smoleńsk. Gdy skończyło się nabożeństwo, sformowaliśmy pochód i w kilkadziesiąt osób ruszyliśmy przez miasto, wykrzykując rozmaite hasła. Ludzie zatrzymywali się na ulicach i przyglądali zdziwieni, bo nie była to żadna rocznica, a manifestacji nikt w dodatku nie zapowiadał. Doszliśmy swobodnie aż do Pałacu Biskupiego, gdzie pod tablicą ku czci Jana Pawła II złożyliśmy wiązankę kwiatów.

Ja postałem pod tą tablicą nieco dużej i zauważyłem, że ktoś z drugiej strony ulicy robi mi zdjęcia. Był to chyba jakiś SB-ek, bo moi znajomi, których potem zatrzymała milicja, mówili, że pokazywano im to zdjęcie i proszono o zidentyfikowanie osoby. Ponieważ szedłem na przedzie i jeszcze potem wystawałem pod tą tablicą, uznano mnie za głównego prowodyra. Nikt ze znajomych mnie jednak nie zdradził i po raz kolejny się wywinąłem.

Zbieranie podpisów, ulotki i nielegalne manifestacje na przerwach



Zaangażowanie polityczne uczniów IX LO, oprócz nocnych rozmów po domach i prywatek o patriotycznym charakterze, objawiało się też w produkowaniu ulotek, które czekały na parapetach podczas przerwy (rozdawanie „z ręki” nie było bowiem zbyt bezpieczne, za ulotki można było dostać parę lat).

Zbieraliśmy też podpisy pod różnymi apelami. Jeden z nich dotyczył uczczenia ofiar stanu wojennego pomnikiem, który miał stanąć na Śląsku (ze względu na kopalnię „Wujek”). Pamiętam, że chodziłem i zbierałem podpisy, zadowolony, że wszyscy chętnie się podpisują, ale co potem z tym zrobiliśmy – dalibóg, nie wiem.

Zdarzały też się spontaniczne manifestacje w nieuznawane przez „komunę” święta. Przerwę wcześniej rozsyłane były wici, a potem wychodziliśmy z klasy, stawaliśmy na korytarzu, wyciągaliśmy ręce ze znakiem „V” i śpiewaliśmy patriotyczne pieśni. Raz przyszedł dyr. Ogiński i stanął naprzeciw mnie. Wtedy zorientowałem się, że o ile śpiewają wszyscy, o tyle rozczapierzone palce wznoszę tylko ja. Pomyślałem, że gdy to się skończy, dyrektor rozerwie mnie na strzępy, więc stale intonowałem nowe pieśni, a reszta powtarzała za mną. W ten sposób jakoś dotrwaliśmy do dzwonka na lekcję. Wtedy dyrektor zapytał mnie, czy to już koniec, a gdy potwierdziłem, kazał nam się rozejść się do klas.

Potem zaczęły się represje w postaci godzin wychowawczych. Nasza wychowawczyni, prof. Z. Golińska, obecna na tej manifestacji z racji dyżuru, który akurat pełniła na korytarzu, spytała nas w imieniu dyrekcji, kto brał w tym udział. Znów tylko ja wyciągnąłem rękę. Profesor wzięła mnie na korytarz, skarciła, że niepotrzebnie się wyrywam i stawiam ją w głupiej sytuacji, po czym wróciliśmy do klasy. Na ponowne pytanie: „kto brał w tym udział?” nie było tym razem odpowiedzi, więc Prof. Golińska mogła już z czystym sumieniem zameldować dyrekcji, że nikt się nie przyznał. Wobec takiego obrotu spraw dyrektor stwierdził, że on także nikogo konkretnego nie zauważył i sprawa – wobec niewykrycia sprawców - została umorzona. W ramach symbolicznych represji zawieszono tylko na jakiś czas wszystkich przewodniczących klas w szkole.

Pamiętam też uroczystą akademię poświęconą Rewolucji Październikowej, na którą miałem przygotować wystąpienie z okazji 100-lecia ruchu robotniczego w Polsce. Gdy od razu we wstępie poczyniłem porównanie Wielkiego Proletariatu do Czerwonych Brygad, podszedł nasz historyk i zabrał mi mikrofon. Jakiś czas później, już w wolnej Polsce, dowiedziałem się od niego ze zdziwieniem, że razem pisaliśmy ten „wiekopomny”, choć niewygłoszony referat.

Notabene jeszcze wcześniej wykonałem na korytarzu naszej szkoły gazetkę ścienną poświeconą rzeczonemu stuleciu. Data „1882” była zrobiona cyframi kanciastymi, stylizowanymi na estetykę XIX w., zaś „1982” - rozlanymi, obłymi i wspierającymi się o siebie, jak litery w logo „Solidarności”. Wszelkie próby zmuszenia mnie do ujednolicenia kroju cyfr nie dały żadnego rezultatu i w końcu machnięto na to ręką.

5 KDH ZHP

W naszej szkole harcerstwo działało aktywnie. Z każdej ze drużyn naszej 5 KDH ktoś siedział. Starsi, którzy poszli już na studia, zapewniali nam kontakt z NZS. W naszym harcerstwie była wnuczka gen. Smorawińskiego, Ewa Bąkowska, która zginęła w katastrofie smoleńskiej, więc wszyscy poczuwali się do pamięci o Katyniu. Agnieszka Szaniecka – dziś żona ambasadora Polski w Brukseli – była zamieszana w nasze akcje ulotkowe i podczas „wsypy” trafiła do więzienia w Myślenicach. Paweł Gac był przybocznym szczepowego Adama Kwaśnego – późniejszego twórcy Teatru Bückelina i dyrektora Jaszczurów. Adam był starszy od nas o rok, ale podpadł rusycystce i znalazł się w naszej klasie. Po aresztowaniu Gaca Adam namówił mnie do współpracy z ZHP. Ale by nie narażać pracy wychowawczej z dziećmi, nie wciągnął mnie na oficjalną listę członków, by w przypadku mojego aresztowania nie rozwiązano drużyny.

Było bardzo przyjemnie. Miałem mundur, czapkę, pasek, które dostałem od jakichś eksharcerzy. Pomagałem pilnować małych druhów na podchodach i wyprawach w góry. Na jednej z nich spaliśmy w lesie, a przy okazji Adam prowadził jakieś rozmowy z przedstawicielami „Kręgów Małkowskiego”. Byłem też na zlocie z okazji Powstania Warszawskiego i trafiłem jako porządkowy na mszę papieską na Błoniach podczas II Pielgrzymki. Chodziliśmy po nocy i przeganiali ludzi pragnących bez biletów ulokować się w lepszych sektorach. Żółta czapeczka z czerwoną pieczątką kurii była uniwersalną przepustką. Mogliśmy wejść prawie wszędzie, za wyjątkiem ołtarza głównego, pilnowanego przez GOPR-owców.

Wyjazdy w góry

Kiedyś z kolegami z klasy pojechałem w góry z jakimiś znajomymi Jacka Torbicza. Była to akcja patriotyczna, z mszą polową na hali i śpiewaniem buntowniczych pieśni przy ognisku. Przyłączył się do nas jakiś obcy facet, sprawiający wrażenie jakby był z „resortu”, ale potem nic się nie działo. Torbicz miał piękną ideę wystawienia w jakimś schronisku sztuki Dürrenmatta o Stalinie, ale chyba nigdy tego nie zrealizował.

Studia

Wydarzenia w Kielcach były naszym występem pożegnalnym w IX LO. Wszyscy byliśmy już absolwentami po maturze. Jeżeli pisałem potem jakieś wyjaśnienia dla dyrekcji, to tylko ze względu na siostrę, która nadal tam chodziła.

Jako laureat olimpiady wiedzy o sztuce dostałem się bez egzaminów na historię sztuki UJ. Od razu na początku roku akademickiego zaczepił mnie na korytarzu jakiś chłopaczek i powiedział, że trzeba zorganizować wybory do samorządu studenckiego. Dał mi urnę, z którą obszedłem cały wydział, a ponieważ ludzie się nawzajem nie znali, prawie każdy wpisał moje nazwisko (i kolegi, który mi towarzyszył). W ten sposób znalazłem się w samorządzie naszej Alma Mater i byłem zapraszany na jakieś dziwne posiedzenia z rektorem i senatem.

Na moim roku studiował Bogdan Klich, który robił drugi kierunek po psychiatrii, a także wspomniany w "Gazie", Jaś Godłowski. Sporo z młodszych kolegów działało w Ruchu „Wolność i Pokój”. Brałem też udział w manifestacjach 1988 r. Pamiętam posiedzenie w sali Collegium Witkowskiego – po wyjściu zobaczyliśmy kordon milicji ze stojącym z przodu gen. Grubą - pogromcą górników z „Wujka”. Nie interweniowali. Zgodnie z tradycją pozbierałem trochę plakatów z tego okresu, pisanych najczęściej czerwoną plakatówką.

Na zakończenie

Zamieszczony na stronie www.13grudnia81.pl/download.php?s=6&id=11000 zbiór tekstów pt. “Stan wojenny w Małopolsce. Relacje i dokumenty” zawiera raporty Służby Bezpieczeństwa dotyczące nastrojów w szkołach i na uczelniach. Nie mogło tam zabraknąć, oczywiście, IX LO (str. 253-257, 267). Raport głównie podkreśla „skandaliczną” postawę nauczycieli, którzy zamiast tłumić uczniowskie wystąpienia nie tylko na nie pozwalają, ale jeszcze nic nie robią, by ukarać winnych.

Tak faktycznie było. Zarówno nauczyciele, jak i my, uczniowie, mieliśmy wspólny cel, więc byliśmy raczej współbojownikami niż przeciwnikami. Nie oznaczało to, naturalnie, taryfy ulgowej w zakresie szkolnych wymagań. Lecz jeśli po którymś 11 listopada czy 3 maja uczeń przychodził do szkoły nieco “zmarnowany”, to znaczyło, że miał do roboty coś ważniejszego niż odrabianie lekcji - każdy to rozumiał i nie zadawał pytań.

Poza tym nie można nam było zarzucić, że się nie uczymy. Czytało się wtedy bardzo wiele podziemnych wydawnictw, bo były to czasy cenzury i książki Gombrowicza, Herlinga-Grudzińskiego, Nabokova czy Orwella nie ukazywały się oficjalnie, a wstydem było ich nie znać. Do tego dochodziły dzieła filozoficzne oraz eseje literackie i publicystyczne na najróżniejsze tematy. Często, by zrobić na złość “komunie”, człowiek zagłębiał się w lekturę dzieł, z których jeszcze niewiele rozumiał, ale trudno - “jak wojna, to wojna”, trzeba było intelektualnie sprostać.

Sprawa aresztowania dwóch kolegów połączyła naszą klasę wyjątkowo silnymi więzami. A ponieważ większość z nas pozostała w Krakowie, spotykamy się regularnie, co parę lat, w kolejne rocznice matury.

Trzeba też przyznać, że mieliśmy szczęście do wychowawców. Prof. Tadeusz Kantor był po prostu naszym przyjacielem, zachowując jednak na lekcjach autorytet nauczyciela. Często po szkole jeździliśmy do niego kilkunastoosobową grupą, by rozmawiać o życiu i śpiewać angielskie piosenki, których nas uczył. Gdy nie mieliśmy już siły, słuchaliśmy, siedząc w kręgu, płyt: Joan Baez, Beatlesów i Woody Guthriego – słowem, dobrej hippisowskiej muzyki z lat 60. Nierzadko wracaliśmy nad ranem, pierwszymi autobusami, a bywało, że i na piechotę. Te niezwykłe klimatyczne spotkania, które kształtowały naszą wrażliwość, cementowały przyjaźń i uczyły mądrego, pozytywnego stosunku do ludzi, to jeden z najpiękniejszych smaków naszej młodości.

Drugim naszym wychowawcą, na czas aresztowania T. Kantora, była prof. Zofia Golińska. Jako matematyczki baliśmy się jej straszliwie, bo chociaż nas lubiła, na lekcjach była wymagająca. Zaczynała w sytuacji trudnej - zastępowała naszego “Tadzia” i z początku odnosiliśmy się do niej nieufnie. Dopiero dziś zdajemy sobie sprawę, jak cholernie niewdzięczny bywa zawód nauczyciela – prof. Golińska zasługiwała na znacznie więcej, niż od nas otrzymywała. Po latach próbujemy to jakoś nadrobić i zapraszamy ją na nasze klasowe spotkania. Umiemy też docenić przekazaną nam wiedzę, i to nie tylko tę matematyczną, ale i tę inną (życiową, etyczną), którą wpajała nam jako wychowawca. To jej w dużej mierze zawdzięczamy świadomość takich wartości, jak odpowiedzialność, systematyczność, rzetelność w tym, co się robi, czy chociażby umiejętność pisania przejrzystych notatek. Jakie to w życiu okazało się potrzebne, każdy przekonał się wielokrotnie.

Gdyby istniała możliwość podróży w czasie, najchętniej przeniósłbym się właśnie w lata 80. Mimo że w czwartek mieliśmy pod rząd dwie matematyki, a potem fizykę z prof. Małodobrym (kto tego nie przeżył, nie zrozumie, o co chodzi), był to wspaniały czas. I choć dziś jestem człowiekiem życiowo spełnionym – mam cudowną żonę, fajną pracę, dużo podróżuję po świecie – nie sposób nie tęsknić. Pójście do IX LO – to był strzał w dziesiątkę.

Maciej Miezian,
Matura 1983
Klasa P

_________________
Pracownik nowohuckiego oddzia?u Muzeum Historycznego Miasta Krakowa. W czasach wojny polsko-jaruzelskiej ucze? IX LO w Krakowie.
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email
Sylwia



Dołączył: 11 Gru 2016
Posty: 67

PostWysłany: Nie Gru 11, 2016 1:11 am    Temat postu: Forumoteka.pl Odpowiedz z cytatem



Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
Maciej Gawlikowski



Dołączył: 11 Cze 2008
Posty: 388

PostWysłany: Sro Gru 21, 2011 12:41 am    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Brawo, Panie Macieju!
Tak właśnie. Spisujmy wspomnienia.
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Miezian



Dołączył: 20 Gru 2011
Posty: 34

PostWysłany: Sro Gru 21, 2011 11:07 pm    Temat postu: Okolice IX LO Odpowiedz z cytatem

Kontynuując wywody o IX LO chciałbym napisać trochę o klimacie tej dzielnicy jaką była Krowodrza i okolice dzisiejszego Placu Inwalidów. Dzielnicy, w której w czasach staniu wojennego pozostałości dawnej zabudowy wiejskiej i podmiejskiej mieszały się z eleganckimi blokami z dwudziestolecia międzywojennego i koszmarami epoki socjalizmu. To tu na małych przedwojennych podwórkach, pełnych zieleni parkach, reliktach wiejskich ogrodów, poniemieckich bunkrach i blokowiskach socu dorastali i wychowywali się liczni bohaterowie "Gazu".

Okolice IX LO

W dwudziestoleciu międzywojennym okolice Placu Inwalidów i ul. Lea stały się wizytówką nowoczesnego Krakowa. Powstawały tu liczne budynki projektowane przez najlepszych architektów tzw. „szkoły krakowskiej”: L. Wojtyczkę, W. Nowakowskiego, F. Tadaniera. Zapewne te względy zdecydowały, że podczas okupacji Niemcy upatrzyli sobie ten fragment miasta na własną dzielnicę. W dawnym Domu Śląskim umieszczono siedzibę gestapo, a wzdłuż przebitej wówczas Reichstrasse (dzisiejszej Królewskiej) wystawiono szereg budynków zgodnie z zasadą „Licht und Luft”, czyli „światło i przestrzeń”. Co ciekawe, projektował je Polak, Zbigniew Kupiec- przed wojną jeden z twórców Gdyni, a po wojnie profesor politechniki we Wrocławiu. W okolicy (w tym także i przy ul. Lea) zachowały się liczne bunkry przeciwlotnicze, które po latach zaniedbań są odgruzowywane i udostępniane zwiedzającym.

Okolice te polubili także przedstawiciele kolejnego ustroju totalitarnego, który rozpanoszył się w naszym kraju. Ponieważ 18 stycznia 1945 Armia Czerwona właśnie tędy wchodziła do Krakowa, Plac Inwalidów przemianowano na Plac Wolności, a Reichstrasse zyskała nową nazwę: „18 Stycznia”. Pamiątką po tych czasach są liczne ślady po kulach na fasadach kamienic wokół naszej szkoły. Tuż po wyzwoleniu bezpieka przejęła dawną siedzibę gestapo, aby kilku latach przenieść się na drugą stronę ulicy, do dawnego Domu Profesorów UJ. Trudno o wymowniejszą analogię obu zbrodniczych systemów. W budynkach tych przesłuchiwano i mordowano żołnierzy podziemnej Polski, którzy walczyli z nową władzą. Przypuszcza się, że na którymś z okolicznych podwórek został pochowany major Józef Kuraś ps. „Ogień” - dowódca największego antykomunistycznego oddziału partyzanckiego w powojennej Polsce. Wiadomo, że jego zwłoki przewieziono z Ostrowska na Plac Inwalidów i tu ślad po nich się urywa.
Wspomniany gmach UB pojawił się w filmie „Człowiek z marmuru” Andrzeja Wajdy, ale miejsce to bardziej łączy się z innym polskim reżyserem. W jednym z okolicznych bunkrów został zaatakowany młody Roman Polański, którego seryjny morderca, Roman Dziuba, zwabił obietnicą sprzedaży wyścigowego roweru (przyszły twórca „Pianisty” ćwiczył wtedy w sekcji kolarskiej Cracovii). Tylko cudem Polański przeżył uderzenie cegłą w głowę, a wszczęty przez niego pościg doprowadził do ujęcia zbrodniarza. Wydarzenie to stało się kanwą pierwszego filmu reżysera, pt. „Rower”, z 1955 r. Nakręcono go dokładnie w tych miejscach, gdzie wydarzyła się historia, a sam Polański wystąpił w roli głównej. Film został posłany na festiwal w Moskwie, ale zaginął gdzieś w drodze.
Przy ul. Królewskiej mieszkał jeszcze jeden reżyser - Wojciech Hass, twórca „Rękopisu znalezionego w Saragossie”, filmu uważanego przez Martina Scorsese, Francisa Forda Coppolę czy Davida Lyncha za jeden z najwybitniejszych arcydzieł w dziejach kina.
Z kolei przy ul. Chocimskiej miała swoje mieszkanie późniejsza laureatka Nagrody Nobla, Wisława Szymborska. Stąd codziennie chodziła na ul. Lea do swojego towarzysza życia, pisarza Kornela Filipowicza. Przy Chocimskiej mieszkali także: uczeń naszej szkoły, red. Bronisław Wildstein oraz ceniony dokumentalista Wojciech Bockenheim.
Niedaleko naszego liceum, przy placu targowym, znajdował się akademik krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych, gdzie w latach 50. XX w. często „waletował” przyszły twórca kabaretu „Piwnica pod Baranami” Piotr Skrzynecki - podówczas student historii sztuki UJ. W okolicach mieszkała także poetka Ewa Lipska, która wraz z Kornelem Filipowiczem i Wisławą Szymborską założyła grupę literacką „Biprostal” (mogli do niej należeć tylko ci, którzy mieszkali w pobliżu tego gmachu).
Z innych osób związanych z tym terenem wspomnieć trzeba: światowej sławy reżysera teatralnego Tadeusza Kantora (mieszkał przy Elbląskiej- przedłużenie Chocimskiej), aktorów: Jerzego Stuhra, Jerzego Bińczyckiego, Jan Frycza, Alicję Curuś Bachledę oraz piosenkarzy: Korę Jackowską z zespołu „Manaam”, Macieja Maleńczuka oraz Johana Portera, który ostatnio nagrał parę przebojów z Anitą Lipnicką. Mieszkał tu też Janusz Makuch – twórca krakowskiego Festiwalu Kultury Żydowskiej, pierwotnie zresztą odbywającego się nie na Kazimierzu, tylko w pobliskim kinie „Mikro”.
Z historycznych osobistości warto wymienić: Eugeniusza Kwiatkowskiego – przedwojennego ekonomistę, twórcę Gdyni i Centralnego Okręgu Przemysłowego, Ignacego Fika – zamordowanego podczas wojny komunistę, który zasłynął jako krytyk literacki i znawca twórczości Witolda Gombrowicza; Jana Raszkę – rzeźbiarza, autora słynnej „Czwórki” legionowej, Franciszka Dąbrowskiego – zastępcę dowódcy obrony Westerplatte oraz Franciszka Pautscha - jednego z najwybitniejszych malarzy Młodej Polski.

_________________
Pracownik nowohuckiego oddzia?u Muzeum Historycznego Miasta Krakowa. W czasach wojny polsko-jaruzelskiej ucze? IX LO w Krakowie.
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email
Miezian



Dołączył: 20 Gru 2011
Posty: 34

PostWysłany: Czw Gru 22, 2011 11:16 am    Temat postu: Re: Okolice IX LO Odpowiedz z cytatem

A teraz mały poradnik podwórkowego piromana anno domini 1982

Ponieważ w „Gazie” są wzmianki o atakowaniu milicji petardami, „koktailach Mołotowa” i próbach konstruowania bomb to może warto opowiedzieć o znajomości chemii wśród ówczesnych licealistów i uczniów szkół podstawowych.
Moje doświadczenia w tej mierze są co prawda skromne, ale i tak zaprowadziły mnie w 1978 lub 1979 r. do pokoju przesłuchań na ul. Batorego, gdzie sympatyczny pracownik resortu przez 2 godziny wypytywał mnie o różne rzeczy: czy wiem co to jest trotyl, czy potrafiłbym zrobić lont, jaki mam rower i kiedy ostatnio byłem na Miasteczku Studenckim.
Szczęśliwy, że spotkałem bratnią duszę, która tak jak i ja interesuję się chemią, opowiedziałem mu jeszcze jak się nitruje glicerynę, jak zrobić zapalnik uderzeniowy z kupionych w aptece laseczek do wypalania kurzajek oraz które z łatwo dostępnych substancji trzeba zmieszać, by nastąpił samozapłon po kilku minutach.
Na koniec kazano mi podpisać zeznanie i nie opuszczać miasta, a ponieważ byłem jeszcze wtedy nieletni i przyszedłem z Tatusiem to mój Ojczulek udał się po stosowne wyjaśnienia o co chodzi. Okazało się, że na Miasteczku Studenckim był wybuch. Ktoś podłożył domowej roboty petardę pod ławkę. Ponieważ studenci, którzy na niej nieopatrznie usiedli byli współpracownikami KOR to zrobiła się „zadyma”, że SB próbowała ich zabić lub zastraszyć. Dlatego Władza Ludowa postanowiła udowodnić. że tym razem nie miała z tym nic wspólnego i wzięła się energicznie do śledztwa. Zaczęto sprawdzać podwórkowych piromanów, bo tuż przed wybuchem widziano koło ławki młodego człowieka na rowerze. Sporządzono więc portret pamięciowy, który pokazano mojemu Ojczulkowi. Powiedział mi potem, że ten gość wyglądał „wypisz-wymaluj” jak ja.
Gdy obaj wróciliśmy do domu, a chodziłem wtedy – jeśli dobrze pamiętam – do 7 klasy, to Mama spytała się tylko o co chodzi. A gdy dowiedziała się, że zarzucają mi zamach bombowy i próbę zabójstwa paru osób, pokiwała tylko ze smutkiem głową i wzięła się do swoich zajęć.
Rzecz zakończyła się dla mnie szczęśliwie, bo znaleźli gościa jeszcze bardziej podobnego do sporządzonego rysopisu niż ja i to zresztą On rzeczywiście zrobił tą bombę. Była bardzo prosta i składała się ze szklanego słoika, żyłki i zapałki z pocieradełkiem. Siadało się na ławce, zapałka pocierała się o pocieradełko, dalej zapalał się lont z żyłki i gdy dochodził do słoiczka następowało „bum”. Jeśli dobrze pamiętam chłopak ten nazywał się Gdański i słynął z tego, że podczas awarii rury z wodą w jego piwnicy eksplodowało parę kilo metalicznego sodu, który tam przechowywał. Osobiście go nigdy nie spotkałem.
Tak czy inaczej z powodu tego przesłuchania znalazłem się w jakiejś kartotece i w 1979 r. spotkało mnie wielkie i zupełnie zresztą niezasłużone wyróżnienie – otóż Władza Ludowa zniżyła się do tego by mnie podejrzewać o wysadzenie pomnika Lenia w Nowej Hucie i nawet sprawdzała moje alibi. Świadczy to o jej wielkiej desperacji, bo w tym czasie nadal byłem uczniem szkoły podstawowej nr 112, a z chemii miałem bodajże tylko dostateczny.
Niestety znów mi nic nie udowodniono więc nie mogę się ubiegać o status pokrzywdzonego. Na dodatek to przesłuchanie i dwa kolejne przed prokuraturą wojskową i sądem d/s nieletnich (oba w sprawie osłabiania obronności Polski Ludowej i niszczenia mienia wojskowego) spowodowały, że już przed sierpniem 1980 r. wyczerpałem chyba swój limit, bo poza nakazem opuszczenia Kielc w ciągu 24 godzin w 1983 r. nie spotkały mnie w stanie wojennym żadne represje.
Tyle tytułem wstępu. W drugiej części będą omówienia i parę praktycznych rad jak zrobić duże i małe „bum” oraz jak zapalić coś bez pomocy zapałek czy zapalniczki.

_________________
Pracownik nowohuckiego oddzia?u Muzeum Historycznego Miasta Krakowa. W czasach wojny polsko-jaruzelskiej ucze? IX LO w Krakowie.
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email
Miezian



Dołączył: 20 Gru 2011
Posty: 34

PostWysłany: Czw Gru 22, 2011 8:03 pm    Temat postu: Re: Okolice IX LO Odpowiedz z cytatem

„Wojskowość”

Przede wszystkim można było zdobyć prawdziwe naboje, ale nie było tego za dużo. Pod sam koniec ul. Wrocławskiej znajdowała się ogromna jednostka „czerwonych beretów”, która posiadała własny tor przeszkód i strzelnicę. Te ostatnie znajdowały się bliżej ul. Kazimierza Wielkiego tuż przy tzw. Alejkach, którymi chodzili spacerowicze oraz oczywiście My.
Przejście przez niską siatkę nie było problemem nawet dla 7-latka, ale i to nie było potrzebne, bo tuż przy strzelnicy, w miejscu gdzie siatka spotykała się z betonowym ogrodzeniem pływalni KS. „Wawel” była odwieczna dziura, która żołnierze wychodzili na „zieloną przepustkę”. Wszelkie próby jej załatania spełzały na niczym i dziura służyła coraz to kolejnym pokoleniom żołnierzy.
Korzystały też z niej okoliczne „dziewczyny”, którym jak wiadomo „żołnierz nigdy nie skłamie”. Niektóre były zresztą w dość zaawansowanym wieku lub miały podejrzanie męskie rysy. Zaś ślady przy wspomnianej dziurze mogłyby wskazywać, że działy się tu rzeczy podobne do tych, które opisał w „Lubiewie” M. Witkowski. Ale to nie nasza sprawa, bo to nie jest opowieść obyczajowa tylko relacja z dojrzewania młodego ekstremisty.
Najważniejsze było to, że nawet wartownicy starali się tam nie zachodzić, by nie dostać w zęby lub nie nakryć kogoś w niekorzystnej sytuacji. Dla nas – maluchów z okolicy – była to cudowna okazji, bo tylko przełaziło się przez dziurę, migiem przebiegało się przez wał i naszym oczom ukazywała się… Eldorado ! Strzelnica usłana łuskami, fragmentami zapalników od granatów, a niekiedy całymi nabojami do kbks, pistoletu czy „kałasznikowa”. Jak ktoś miał jeszcze ochotę to z nasypu za tarczami strzelniczymi można było wykopać liczne pociski, najczęściej zardzewiałe ale trafiały się też świeże.
Dookoła były jeszcze magazyny, czasami otwarte, ale do nich nie wchodziliśmy, bo to by była już grubsza sprawa (no dobrze – coś tam zabraliśmy i przesłuchiwała nas prokuratura, ale o tym w innym miejscu).
Najczęściej biegliśmy jeszcze na tor przeszkód. Były tam liny, wiszące kładki, drewniane ściany, drabinki sznurowe liny oraz podziemne kanały, w których trzeba było się czołgać. Można było - ale nie było to łatwe - zapiąć się w uprzęże spadochronowe i huśtać się na specjalnych linach. Ale na te „kręciołki” dla lotników to nawet nie wchodziliśmy, bo byliśmy za mali, by dosięgnąć do uchwytów.
W sumie na „wojskowość” chodziłem z kolegami tylko w „podstawówce”. Potem już wyrosłem z gonienia się w wojskowymi, ale pewne doświadczenie z rozbierania niewypałów i sypanie prochowej „ścieżki”, która się podpalało, na pewno zachęciło mnie do zajmowania się chemią i jej najpiękniejszą częścią – pirotechniką. No i oczywiście strzelanie z zapalników do granatów (których tam było bardzo dużo) też było fajną zabawą, choć trochę niebezpieczną. Składało się taki zapalnik, a czasami znajdowało nawet cały. Potem wyrywało się zawleczkę, a mała ale solidna sprężynka wyrzucała z tulejki metalowy szpikulec na odległość paru metrów.
Ostatni raz byłem na „wojskowości” już oficjalnie. W ostatniej klasie liceum, kiedy to wraz z majaczącą na horyzoncie zasadniczą służbą wojskową postanowiono nam pokazać jak przyjemne jest życie żołnierza LWP, zabrano nas tam cała klasą. Po oprowadzeniu po koszarach i placu apelowym trafiliśmy do Izby Pamięci. Tu przypadł mi zaszczyt wpisania się do księgi pamiątkowej. Mając przed oczami tablicę ku czci jednostki, na której transporty ZOMO-wców po 13 grudnia policzono sobie jako „akcje bojowe” napisałem, że „życzę im zakończenia brudnej wojny z Narodem i szybkiego powrotu do domu”. To też nie zdziwiłem się specjalnie gdy wychodząc zerknąłem do tyłu i zobaczyłem podoficera, który nas oprowadzał wyrywającego karteczkę z Księgi Pamiątkowej. Ciekawe czy i to małe zwycięstwo odnotowali sobie na tablicy ze „Szlakiem Chwały Jednostki”.

_________________
Pracownik nowohuckiego oddzia?u Muzeum Historycznego Miasta Krakowa. W czasach wojny polsko-jaruzelskiej ucze? IX LO w Krakowie.
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email
Miezian



Dołączył: 20 Gru 2011
Posty: 34

PostWysłany: Pią Gru 23, 2011 4:41 pm    Temat postu: Re: Okolice IX LO Odpowiedz z cytatem

Kapiszony, „korki”, zapałki

W latach 70. lampy karbidowe, w których zalewany wodą karbid wytwarzał acetylen – gaz używany przez spawaczy – należały już niestety do przeszłości. Tak więc bomby wytwarzane przy jego pomocy znaliśmy tylko z opowieści rodziców. Zaś o samych lampach mogliśmy poczytać u Morcinka, albo zobaczyć na filmach Kutza. Używano je bowiem niegdyś w kopalniach, zresztą w dość ciekawy sposób, bo górnicy zamiast wlewać wodę po prostu tam sikali, co zresztą było dość powszechną praktyką jeśli nie było wody, albo komuś nie chciało się po nią iść.
Zapomnieć też trzeba było o „kalichlorku” czyli nadchloranie potasu. Ta substancja wybuchająca po uderzeniu była bardzo popularna wśród naszych dziadków i tatusiów, którzy przy jej pomocy witali Zmartwychwstanie Jezusa, a i używali jej przy innych okazjach. Kto chce zobaczyć jak to wyglądało niech obejrzy sztukę „Boso ale w ostrogach” (jeśli ją oczywiście jeszcze kiedyś będą puszczać).
Nam zostawały tylko kupowane na odpustach kapiszony albo „korki”. Te pierwsze składały się z malutkiego, okrągłego, płatka lub taśmy papierowej, na którą był naklejony mały czarny punk substancji wybuchającej po uderzeniu. Wsadzało się to do specjalnych pistoletów i robiło huk.
Większy huk robiły „korki” czyli przypominające korek kubeczki z masy papierowej zawierające w środku kawałek „kalichlorku” wielkości ziarna pszenicy. Zatykało się to na lufie specjalnego pistoletu, a pociągnięcie za spust powodowało wyskoczenie z lufy metalowej iglicy, która uderzając w „korek” powodowała eksplozje.
Ten środek można też było wyjąć i rzucić nim np. o ścianę lub chodnik. Co mądrzejsi robili to pod wodą co wykluczało eksplozję, ale wtedy trzeba było czekać aż to wyschnie, a na to nikt nie miał czasu. Wydłubywało się to rozrywając obudowę paznokciami lub zębami, co było niebezpieczne, bo wystarczyło nacisnąć odrobinę za mocno i było „bum”. Palca nie urwało ale przyjemne też nie było. Szczególnie jak wybuchało w ustach. Raz mi się to przydarzyło i to gdy na dodatek jechałem na rowerze. Zrozumiałem wtedy co czuł ten chemik, który kiedyś dla dobra nauki postanowił wdychać wodór, a zdziwiony, że nie ma żadnej reakcji chuchnął na świecę.
Najgorsze, że wywróciłem się na beton i w dodatku nic nie widziałem. Na początku myślałem, że coś mam z oczami ale potem okazało się, że dym z eksplozji okopcił mi okulary. W każdym razie potem już „korków” w zębach nie obierałem.
Zostają jeszcze zapałki. Najprostszą zabawą bywało obranie ich główek i skręcenie między dwoma śrubami. Potem rzucało się to o podłogę i następował huk. Do dobrego tonu należało też zapalanie zapałek tak jak na amerykańskich filmach o kowbojach czyli pocierając o ścianę lub podeszwę buta. Dawniej rzeczywiście w zapałkach było dużo fosforu i tak się robiło, ale ze współczesnymi nie było to takie proste. Stosunkowo najłatwiej było je zapalić o gładką szybę. Ewentualnie o ścianę. Zostawały po tym jednak rysy więc lepiej było nie robić tego w domu. Co niektórzy, by przyszpanować, przyklejali sobie „pocieradełko” do podeszwy buta i zapalali zapałki jak John Weyn w westernach.
Tak więc nasze możliwości pirotechniczne wyglądały by krucho gdyby nie dwie rzeczy. Po pierwsze w każdej bibliotece szkolnej i publicznej znajdowały się książeczki S. Sękowskiego pt. „Moje doświadczenia” oraz „Moje laboratorium”. A po drugie silny środek wybuchowy czyli saletra potasowa był sprzedawany bez ograniczeń w każdym sklepie spożywczym jako tzw. „Saletra do peklowania mięsa”.

c.dn.

_________________
Pracownik nowohuckiego oddzia?u Muzeum Historycznego Miasta Krakowa. W czasach wojny polsko-jaruzelskiej ucze? IX LO w Krakowie.
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email
Miezian



Dołączył: 20 Gru 2011
Posty: 34

PostWysłany: Pon Gru 26, 2011 11:04 am    Temat postu: Re: Okolice IX LO Odpowiedz z cytatem

Witam wszystkich po Świętach i przechodzę do dalszego ciągu opowieści, która może wyjaśni młodszym czytelnikom (bo starsi to oczywiście wiedzą) skąd Władzy Ludowej przyszło do głowy, by po próbie wysadzenia pomnika Lenina w Nowej Hucie w 1979 r., sprawdzać alibi także setek uczniów szkół średnich i podstawowych.

Stefan Sękowski

Stefan Sękowski był zasłużonym popularyzatorem chemii. Napisał cały szereg niewinnych książeczek dla młodzieży, w których opowiadał jak z materiałów obecnych w każdej kuchni zrobić prostą matryce do powielacza i wydrukować np. zaproszenia na harcerską zbiórkę. Inne rozdziały zachęcały do samodzielnego robienia sztucznych ogni bądź sporządzania proszków, które trzeba było zbierać ostrożnie, bo mogły eksplodować przy próbie zdjęcia ich z bibułki.
Władzy Ludowej powinno zaświtać w głowie, że Sękowski – były żołnierz AK i działacz opozycji antykomunistycznej mógł mieć inne cele niż szerzenie miłości do chemii wśród młodego pokolenia. Na szczęście jakoś na to nie wpadli. I nawet gdy w 1978 r. został On aresztowany i zwolniony z pracy za działalność w KOR to jego książki nie zniknęły ze szkolnych bibliotek.
Dzięki temu nadal mogliśmy poznawać istotę mechanizmów chemicznych na prostych przykładach. Np. jeśli przytkniemy zapałkę do kostki cukru będzie się on nadpalać i topić. Ale jeśli na tą sama kostkę strząśniemy przedtem trochę popiołu z papierosa efekt będzie zupełnie inny. Taka reakcja jest możliwa dzięki „temu a temu”, a nazywamy ją „tak i tak”. Albo - jeśli kupiony w aptece sproszkowany nadmanganian potasu, który służy do odkażania ran, wsypiemy na kupioną w tejże aptece glicerynę i zawiniemy w papierek to całość po jakimś czasie zacznie się samoczynnie palić… itd., itd. Wszystkie te opisy dotyczyły oczywiście drobnych ilości, ale wystarczyło zwiększyć trochę wagę i wtedy małe „bum” mogło się zamienić w bardzo duże „BUM”.
W książęce były też instrukcje jak zrobić domowe laboratorium, skąd wziąć potrzebne utensylia oraz, które ze sprzedawanych w sklepach środków mogą nam się przydać podczas doświadczeń. Dużo miejsca autor poświęcał też temu jak nie stracić palców lub wzroku oraz oczywiście nie spalić domu.
Tu muszę samokrytycznie przyznać, że nie zawsze przestrzegaliśmy z kolegami tych reguł. Stąd nieraz trzeba było odpowiadać na pytania rodziców: co tu tak śmierdzi spalenizną, skąd wzięły się wypalone dziury w linoleum, czemu mamy poparzone ręce czy co robi ta tłusta plama na suficie nad kuchenką ? A jak tu wytłumaczyć dlaczego np. wlaliśmy benzynę do zlewu, a potem wrzuciliśmy tam zapałkę ? Albo czemu - gdy widziałem jak krople z płonącego kawałka siarki kapały mi na podłogę - to podstawiłem odruchowo rękę ? Co zaś do tłustej plamy na suficie nad kuchenką to oczywiście każdy odgadł. Rozgrzany olej zapala się samoczynnie gdy kapnie się do niego trochę wody – to wie każdy kucharz. Wtedy należy taki garnek przykryć pokrywką by zdusić ogień. Ja znalazłem inny sposób – wlałem tam cała szklankę wody. Swoja drogą nigdy w życiu nie widziałem tak pięknego, 1 ½ metrowego i kompletnie pionowego słupa ognia.
Jeszcze gorzej było, gdy rozgrzaną nad ogniem porcelanową łyżeczką próbowałem zaczerpnąć nieznanej substancji, która znalazłem w tzw. „Starej Parowozowni” (o, której za chwilę). Ognioodporny tygielek, w którym można było topić metale rozpadł się w mgnieniu oka, a sama substancja ze środka wzbiła się do góry w formie ognistej fontanny i spadała wypalając dziury w blacie stołu i podłodze. Ja zaś ze zgrozą obserwowałem jak iskry spadają wokół dwulitrowego słoja z ową substancją, który otwarty stał obok. Gdyby jedna z nich tam wpadła to w najlepszym przypadku zdrowo bym się poparzył. Bardziej prawdopodobną wersją było by jednak „zejście śmiertelne”. Przybyła na miejsce ekipa dochodzeniowa ze zdziwieniem stwierdziłaby w mieszkaniu i piwnicy denata obecność sprzętu laboratoryjnego wysokiej klasy (choć nieco przestarzałego) oraz duże ilości takich substancji jak: fosfor, rtęć, amoniak, proch bezdymny, eter i benzen. Na to samo natrafiliby u mojego sąsiada i kolegi z klasy, Tomka. Zapewne wdrożono by śledztwo, które wcześniej czy później doprowadziło by ich do miejsca nazywanego „Starą Parowozownią”.

c.d.n.

_________________
Pracownik nowohuckiego oddzia?u Muzeum Historycznego Miasta Krakowa. W czasach wojny polsko-jaruzelskiej ucze? IX LO w Krakowie.
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email
Miezian



Dołączył: 20 Gru 2011
Posty: 34

PostWysłany: Wto Gru 27, 2011 11:46 am    Temat postu: Re: Okolice IX LO Odpowiedz z cytatem

Saletra potasowa

Pod koniec XIV w. flamandzki rybak Poekel udoskonalił sposób solenia mięsa. Metoda ta. którą od jego nazwiska nazwano „peklowaniem” nie tylko polepszała kolor i smak lecz także – co w PRL-u było nie bez znaczenia- przywracała świeżość mięsu już nadpsutemu. Stąd za „komuny” w każdym sklepie można było nabyć za jedyne 2,20 zł. podłużne woreczki z białym proszkiem i napisem „Saletra do peklowania”. A tak się akurat złożyło, że owa „saletra” to silnie wybuchowy środek nazywany azotanem potasu.
To też nawet narkoman na głodzie nie odczuwał większej radości na widok „działki” niż mały piroman, który wchodząc do sklepu spożywczego widział pułki uginające się pod ciężarem tego specyfiku. I co najważniejsze można go było kupować bez ograniczeń. Dlatego paradoksalnie można powiedzieć, ze jednym z nielicznych osiągnięć socjalizmu w Polsce było zapewnienie swobodnego dostępu do środków wybuchowych dla każdego obywatela, choć z tego „przywilej” korzystały głównie dzieci i młodzież szkolna.
Saletra potasowa sama w sobie jest nie groźna i nawet się nie pali. Ale już po dodaniu węgla drzewnego i siarki zmienia się w tzw. proch strzelniczy, którym wysadzić można wszystko. Z tym, że do naszych potrzeb, podwórkowych, wystarczyło tylko zmieszanie jej z cukrem. Paliła się wtedy szybko, dużym jasnym płomieniem, z charakterystycznym sykiem i sporymi ilościami dymu. Po eksperymencie zostawało coś w rodzaju zeszklonej lawy o mocnym chemicznym zapachu. Bawili się w to dosłownie wszyscy. Były to bowiem czasy, gdy nie można było kupić fajerwerków w sklepach i każdy musiał radzić sobie sam. To też idąc ulicą często słyszało się nadlatujący z daleka huk lub wyczuwało charakterystyczny zapach spalonej saletry.


„Stara Parowozownia”

Nasze zabawy z saletrą, benzyną i rozpuszczalnikiem „Nitro” były dość niewinne dopóki, ktoś nam nie powiedział o „Starej Parowozowni”. Stała ona na terenach pomiędzy Krowodrzą i Azorami, na tyłach zakładów WSK, niedaleko wiaduktu pod którym biegnie ul. W. Łokietka. Dziś ta budowla już nie istnieje. Pozostał po niej zarys, który można zobaczyć na zdjęciach satelitarnych. Zapewne gdy wziąć łopatę i pokopać to znalazło by się tam jeszcze sporo interesujących rzeczy. Wszak ani my, a ni ci co byli przed nami i po nas, nie mogli wszak wynieść wszystkiego- to chyba fizycznie niemożliwe.
W każdym razie za moich czasów stała ona w całej okazałości. Jej nazwa wzięła się zapewne od dwóch lokomotyw kolejki wąskotorowej, które przed nią stały. Dziś byłyby ozdobą każdego muzeum techniki. Wtedy rdzewiały, aż ktoś je zabrał na złom.
Do owej szopy przytykał dom ze śladami spalenizny. By się tam dostać wyłamywaliśmy deski, którymi było zabite okno. Był przy tym straszny huk, ale że obok biegły tory, to wszystko zagłuszały pociągi, których kiedyś jeździło o wiele więcej niż dzisiaj.
Kiedy więc odchyliliśmy deski, na tyle, by móc się wśliznąć do środka (ach te podarte przy okazji kurtki i spodnie) to oczom naszym ukazało się pomieszczenie dawnego laboratorium, na które kiedyś w przeszłości musiał się zawalić płonący dach. Całą podłogę zalegała półmetrowa warstwa spalenizny spod której wydobywaliśmy duże ilości dobrze zachowanego szkła laboratoryjnego, porcelanowych tygielków, moździerzy oraz odczynników wśród których trafiały się takie cymesy jak: proch bezdymny, eter (niestety mocno zwietrzały), benzen, fosfor, siarka, jakieś sole (niektóre się zapalały), buteleczki z rtęcią i wiele różnych różności. Były też np. półmetrowe termometry laboratoryjne z ultra dokładną podziałką, palniki, stojaki, kolby, pipety, nieuszkodzone chłodnice. W sumie cuda.
Zaopatrywaliśmy się w tym darmowym hipermarkecie dla chemików przez całe miesiące. A dobra nie ubywało. Cały czas trafialiśmy na coś nowego. Przychodziliśmy najczęściej w grupie. Samotnie było dość niebezpiecznie, bo ktoś tego pilnował – Bóg jeden wie po co ? Na szczęści dla nas teren wokół by otwarty i było widać jak ktoś się zbliżał. Zresztą facet chyba pracował, bo przychodził dopiero po 16.00 i gonił nas z drągiem w ręce. W każdym razie, gdy stojący na czatach kolega krzyknął, to na wyścigi rzucaliśmy się do otworu, przez który weszliśmy i tłocząc się tam niemiłosiernie uciekaliśmy na zewnątrz.
Z czasem przedostawaliśmy się coraz bardziej w głąb domu wyłamując kolejne drzwi i przebijając drewniane ściany jak górnicy. Za laboratorium było mieszkanie z szafą na której stał zabytkowy samowar i zabawki z lat 60. Za nim szopa z wnętrzem jak z amerykańskiego horroru. Od sufitu wisiały tam jakieś zbutwiałe tkaniny otaczające starą pordzewiałą wannę, w której pływało coś wglądające na zwłoki w całkowitym rozkładzie (woleliśmy tego nawet nie sprawdzać, ale że nie śmierdziało to za specjalnie, to chyba nie był jednak trup). Bardziej nas interesowały stare puszki, butelki, karoseria od niemieckiej „dekawki” z lat 30. i podgniłe, rozchodzące się w rękach Kenkarty z czasów okupacji. Było ich tam sporo i żadna z nich nie była wypełniona. Jak się tam znalazły ? Były tam też jakieś inne papiery i druki z okresu okupacji, ale że z dziurawego dachu padała na nie woda to były tak zniszczone, że nawet ich nie zabieraliśmy.

_________________
Pracownik nowohuckiego oddzia?u Muzeum Historycznego Miasta Krakowa. W czasach wojny polsko-jaruzelskiej ucze? IX LO w Krakowie.
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email
Miezian



Dołączył: 20 Gru 2011
Posty: 34

PostWysłany: Czw Gru 29, 2011 7:17 pm    Temat postu: Re: Okolice IX LO Odpowiedz z cytatem

Dwie rozmowy w ciągu jednego dnia

Wspomniana wyżej działalność „chemiczna” doprowadziła mnie do tego pięknego dnia, w którym moja wychowawczyni z ze szkoły nr 112 niespodziewanie postanowiła porozmawiać ze mną „na poważne tematy”. Nie pamiętam już czy zabrała nas z kolegą z klasy, czy też czekała przy drzwiach szkoły, bo spóźniliśmy się nieco na lekcję i było już po dzwonku.
W każdym razie serce podchodziło nam do gardła i usilnie próbowaliśmy sobie przypomnieć czym podpadliśmy. Może np. ktoś przedobrzył z ocenami ? Tu dla młodszych takie przypomnienie – były to czasy, w których nauczyciele nie zabierali ze sobą dzienników po skończonej lekcji, tylko zostawiali je na biurku w klasie. Można więc było dokonać delikatnych korekt w godzinach nieusprawiedliwionych, dopisać jakieś drobiazgi (np. plusy za aktywność), ale z ocenami lepiej było nie próbować, bo nauczyciele (poza paroma wyjątkami) pamiętali co wstawiali i mogli się zorientować.
Tak czy inaczej spodziewaliśmy się już jakiejś reprymendy, a tu… niespodziewanie usłyszeliśmy: „Wiem chłopcy, że interesujecie się chemią. Ostatnio przeczytałam ciekawy artykuł, który i was może zainteresować. Chciałabym abyście go przeczytali”. Ups... tego się nie spodziewaliśmy ale ochoczo wzięliśmy się za lekturę, starając się czytać na tyle dokładnie, by stracić jak największy kawałek lekcji. Artykuł faktycznie był ciekawy i opowiadał z grubsza o dzieciach, które znalazły niewypał i wysadziły się nim w powietrze, ginąc na miejscu.
No dobrze. Przeczytaliśmy, wysłuchaliśmy przyjacielskich pouczeń i szczerych zapewnień, że osobiście nic do nas nie ma i bardzo nas lubi. Jednakże właśnie z tej troski o nas chciała by nam zwrócić uwagę na problem, który w pewien sposób mamy. My zaś tylko przytakiwaliśmy głowami, szczęśliwi, że mijają kolejne minuty. Zaś gdy ta miła rozmowa się skończyła ruszyliśmy nieśpiesznie do klasy zastanawiając się po co to wszystko.

Tegoż samego dnia miałem wezwanie na milicję, o którym pisałem wyżej. Już wracając ze szkoły zauważyłem w skrzynce pocztowej coś jest. Pojechałem na górę, wziąłem klucz od skrzynki, wróciłem na dół, otworzyłem i już po chwili trzymałem zaproszenie na dziś na do osobistego stawienia się w komendzie Milicji Obywatelskiej przy ul. Batorego. Jezu – pomyślałem – za co ? Nie żeby nie było za co, ale chodziło o to za co konkretnie: bieganie po dachach, wypalanie trawy, gonienie się ze strażnikami po „wojskowości”, włamania do „Starej Parowozowni”, wspinaczką po belkowaniu nad Dzwon Zygmunta, by wleźć na dach Wieży Zygmuntowskiej i robić sobie zdjęcia na galeryjce. A jeśli nie daj Bóg, któryś z kolegów złapany podał moje nazwisko i adres zamiast swojego ? Wtedy to może być wszystko: wyprawa do kamieniołomów w momencie odpalania ładunków, chodzenie po pasie startowym w Balicach, wysadzenie w powietrze jakiejś bramy...
Wszystko skończyło się jednak dobrze. Byłem – jak już wspomniałem - podejrzany o zamach bombowy na Miasteczku Studenckim, z którym rzeczywiście nie miałem nic wspólnego (choć z moich zeznań mogło wyglądać na coś wręcz przeciwnego).
Ale tu mi chodzi o coś innego. Zawsze zastanawiało mnie skąd o mnie wiedzieli, oraz czy moją poranną rozmową z nauczycielką miała jakiś związek z popołudniową rozmową z przedstawicielami Władzy Ludowej. Czy też był to czysty przypadek.

Afera maskowa

Na drugi raz na szczęście nie musiałem nigdzie chodzić. To Władza Ludowa osobiście pofatygowała się do naszej szkoły. Pokój nauczycielskim zamienił się w gabinet przesłuchań, do którego wzywano nas dwójkami. Tam siadaliśmy po obu stronach pomieszczenia, tak że niezbyt się słyszeliśmy. Zaś śledczy zadawali nam kolejne pytania i kwitowali prawie każdą odpowiedź stwierdzeniem – „Tak ? A twój Kolega mówił nam coś zupełnie innego !”. Człowiek dostawał czas na przemyślenie i zmieniał swoje zeznanie.
W sumie było to bardzo ciekawe doznanie jak na 7 czy 8-klasistę (przesłuchiwano zresztą też młodszych). Ponieważ było nas podejrzanych z kilkudziesięciu sprawę załatwiano fachowo i szybko. Wywołanie z klasy, rozmowa, szczere przyznanie się do winy, ewentualne wsypanie kilku następnych kolegów, protokół, podpis i następny. 15-20 minut i następny. Jak na taśmie w fabryce. Podobne sceny rozgrywały się zresztą tego dnia także i w innych szkołach na Krowodrzy.
Dla każdego, kto przeraził się, że dopuściliśmy się którejś ze zbrodni opisywanych we współczesnych tabloidach mam uspokajającą wiadomość. Nie chodziło o molestowanie, antysemityzm, homofobię, sianie nienawiści do mniejszości rasowych czy zwierzęcy antykomunizm. Oskarżano nas o rzeczy bardziej przyziemne. Po pierwsze niszczenie mienia Ludowego Wojska Polskiego i Obrony Cywilnej, na jakąś zupełnie niewyobrażalną kwotę oraz osłabianie obronności Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. Oba te zarzuty były w stu procentach prawdziwe. Faktycznie – zrobiliśmy to. To też składaliśmy zeznania chętnie i obszernie, głównie – jak to dzieci - zwalając winę na kolegów.

_________________
Pracownik nowohuckiego oddzia?u Muzeum Historycznego Miasta Krakowa. W czasach wojny polsko-jaruzelskiej ucze? IX LO w Krakowie.
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email
Miezian



Dołączył: 20 Gru 2011
Posty: 34

PostWysłany: Pon Sty 02, 2012 9:52 am    Temat postu: Re: Okolice IX LO Odpowiedz z cytatem

Poszło o maski przeciwgazowe zrabowane przez nas w dużej ilości nas z bunkra przeciwatomowego przy ul. 18 stycznia (dziś Królewska), a także z jednego z magazynów „wojskowości”. I to właśnie w tej drugiej sprawie pofatygowali się do nas śledczy, którzy wypytywali każdego z osobna o udział w tej ekspropriacji.
Sama zaś sprawa wyglądała tak – ktoś powiedział mi, że po lekcjach chłopaki idą na „wojskowości”, gdzie są maski tylko trochę innego typu. Miałem już co prawda dwie nowiuteńkie z bunkra, ale – jak to powiadają – apetyt rośnie w miarę jedzenia. Poszedłem zatem pod wieczór pod „wojskowość” od strony pływalni. I tu dla osób spoza dzielnicy objaśnienie – pływalnia to taki duży teren pomiędzy stadionem „Wawelu”, „wojskowością”, alejkami i dawnym pałacem w Łobzowie, w którym obecnie mieszczą się wydziały Politechniki. Od alejek była ona oddzielona wysokim murem z betonowych płyt, z drutem kolczastym u góry. Na szczęście w jednym miejscu rosło obok drzewo i tam można było przejść. Od ulicy i łobzowskiego pałacu teren był tak zadrzewiony, że nie było widać co się na nim dzieje. Obok basenów stał budynek w stylu secesyjnym, jeszcze z czasów CK, zaś poza basenami znajdowało się duże boisko z prawdziwymi bramkami, które przy naszym wzroście i umiejętnościach były praktycznie nie do obronienia. To też czasem tam chodziliśmy, ale z reguły nie było tu żywego ducha. I właśnie przy owym boisku, pod murem „wojskowości” stało ze 30 chłopaków i łapało wylatujące z zza muru maski.
Były to używane wojskowe maski typu OM-14 z długą rurą oraz wyglądającym jak płaska butelka pochłaniaczem. Nie pamiętam ile ich wziąłem, bo poza zabawą w „kosmitę” czy szpanowania przed kolegami do niczego się nie nadawały, gdyż pochłaniacze miały zużyte. Z tego co pamiętam to chyba dwie. Jedną od razu ukryłem w skrytce na wysokim drzewie stojącym przy alejkach. Była tam spora dziupla, w której trzymałem różne rzeczy, takie jak np. zapasowy klucz do domu. Leżała tam też jedna z masek z bunkra, ale miejsca było jeszcze dość.
Drugą maskę z „wojskowości” zabrałem do domu i biegałem w niej po mieszkaniu rycząc jak słoń i wymachując rurą od pochłaniacza. Niestety byli też tacy co w podobny sposób bawili się na ulicy, a poza tym wszyscy mieli nowe, eleganckie wojskowe chlebaczki, co zwróciło uwagę organów ścigana. No i się zaczęło. Wdrożono śledztwo i wzięto się za wyłapywanie małych dywersantów.
Tak oto znalazłem się w wspomnianym pokoju nauczycielskim naszej szkółki nr 112 im. Stanisława Staszica Staszica, który doraźnie przerobiono na pokój przesłuchań. Oczywiście jak przystało na prawdziwego sabotażystę początkowo próbowałem się wszystkiego wypierać. Ale, że wtedy akurat po raz pierwszy (i jak miało się okazać ostatni) wybrałem się do szkoły nie z teczką lecz z nowiuteńkim chlebakiem z bunkra, to od razu widać było, że jestem winny. Przeszedłem więc do fazy prawdziwej szczerości i odpowiadałem na pytania śledczego w miarę zgodnie z prawdą. A przychodziło mi o tyle łatwo, że nigdy nie miałem pamięci do nazwisk. I nawet jak widziałem kogoś od nas ze szkoły to i tak nie wiedziałem jak się nazywa, ani z której jest klasy. Niestety w druga stronę to tak nie działało. Moja siostra chodziła do jednej z niższych klas. Ja chłopaków od niej nie znałem, ale oni wiedzieli, że jestem jej bratem i któryś coś „chlapnął”. A może tylko przedstawiciele Władzy Ludowej tak mnie podpuszczali. Wymienili nawet jedno nazwisko, ale że za tą aferę nic nam się nie stało (bo trzeba by było skazać z setkę osób i to na dodatek nieletnich) to nie miałem do niego specjalnego żalu. Zresztą rzadko się nawet widywaliśmy. Nie mogę też tak z ręką na sercu powiedzieć, że i ja nie „chlapnąłem” jakimś nazwiskiem, bo to już było ponad 30 lat temu. W każdym razie do mnie też nikt nie miał pretensji, a jak ewentualnie miał to mi nie powiedział.

Bunkier na ul. 18 stycznia

Maski z „wojskowości” to jedno, ale główna afera była z tymi, które zabraliśmy z bunkra na podwórku za blokiem na rogu ulic Kijowskiej i Królewskiej (wtedy: Inwalidów i 18 stycznia). To ten kilku piętrowy gmach na przeciw „Biprostalu”, w którym mieści się fotograf i bar „Królewski” (wtedy była tam kawiarnia). Na podwórku między wspomnianym blokiem a przychodnią przy ul. Galla stoi do dziś charakterystyczna, zakratowana, budka, która służy jako wyjście z bunkra przeciwatomowego. Budowli tego typu jest w Krakowie sporo, gdyż do lat 70. wznoszono osiedla razem z bunkrami. Zrezygnował z tego dopiero Jaruzelski. Być może doszedł On do wniosku, że ewentualne ratowanie w wojnie atomowej tak niewdzięcznego społeczeństwa to czysta strata czasu i pieniędzy.
Nie pamiętam dziś czy wybrałem się tam sam czy z kolegami. Technicznie wyglądało to tak, że trzeba było przyczaić się na podwórku i zobaczyć czy nikogo nie ma. Potem podlatywało się do budki i schodziło parę metrów w głąb po metalowych klamrach. Następnie był korytarz i pancerne drzwi zamykane na korbkę. Dalej pomieszczenie, w którym paliło się światło. Było też pełno dymu, bo jakiś ćwok coś podpalił, stąd nie można tam było siedzieć za długo. Dopadłem do skrzyni ze stosem pięknych chlebaczków, w których znajdowały się maski przeciwgazowe z pochłaniaczami, zabrałem dwie sztuki i do wyjścia

Druga, nieudana, próba wejścia do bunkra

Jak można było się spodziewać chlebaczki zrobiły się niesłychanie modne i każdy chciał je mieć. Mnie też prosiło o nie parę osób więc postanowiłem złożyć kolejną wizytę w bunkrze przy ul. Królewskiej. Ale tym razem coś mi tu nie grało. Niby wszystko było w porządku, ale coś było nie tak. Pochodziłem trochę po tym podwórku, to tu to tam, nawet nie zbliżając się do wejścia. Nagle postanowiłem, że dam sobie z tym spokój i przyjdę kiedy indziej. Ruszyłem w stronę przechodniej bramy. Prowadziła ona na klatkę schodowa, a następnie na ulicę. Nagle jak spod ziemi wyrósł przede mną jakiś facet i usłyszałem : „Stać. Milicja Obywatelska !”. Stanąłem, bo i tak bym nie uciekł. Poza tym jako uczciwy Obywatel, który nic nie zrobił nie miałem powodu uciekać. Przede mną stał tajniak po cywilnemu i koniecznie chciał zobaczyć moją legitymację szkolną. Odpowiedziałem, że zapomniałem. Potem spytał o imię, nazwisko i adres. Wtedy zgodnie z radami kolegów, którzy byli w podobnych sytuacjach wymyśliłem sobie jakieś imię, nazwisko i adres. Ale gdy powiedział, że weźmie mnie na komisariat, by sprawdzić czy są to dane prawdziwe, poszukałem po kieszeniach i w cudowny sposób odnalazłem swoją „legitkę”.
Nasza znajomość nie zaczynała się najlepiej. „To jednak Maciek nie Robert, Miezian nie coś tam (nie pamiętam już co wymyśliłem) i nie Wrocławska ale Mazowiecka ?” – zapytał filozoficznie. Ponieważ było to pytanie retoryczne nie odpowiedziałem. Kolejne były już nie retoryczne: gdzie się uczę – pisze na legitymacji, co robię na tym podwórku – skracam drogę… etc. Do niczego się w gruncie rzeczy nie mógł przyczepił to i mnie puścił. Pobiegłem do domu.
Nazajutrz w szkole dowiedziałem się od kolegi, że był tam „kocioł”. Gdy wracali cała „bandą” z religii u oo. misjonarzy postanowili podskoczyć do bunkra. Jak tylko tam podeszli błysnęły reflektory i otoczyli ich milicjanci. Chyba tylko kilku udało się uciec. Czyli dość dobrze wyczułem, że coś nie tak. Ale cóż z tego skoro nawet fakt, że zostałem spisany nie oświecił mnie na tyle, by nie przychodzić nazajutrz do szkoły z „trefnym” chlebaczkiem. Człowiek uczy się całe życie, a ja dopiero byłem na jego początku. Za to nauka nie poszła w las i w stanie wojennym byłem już ostrożniejszy (choć oczywiście nie za wiele).
Tak sobie czasem myślałem, że gdybyśmy te maski mieli w czasach stanu wojennego, to walki na ulicach, w obłokach gazu mogły by wyglądać zupełnie inaczej. Zresztą na niektórych zdjęciach z „zadym” widać ludzi w wojskowych maskach. Może więc Władza Ludowa nie odzyskała wszystkich. Ja np. zatrzymałem sobie dwie, ale nie pamiętam co z nimi zrobiłem. Chyba wyrzuciłem albo komuś dałem.

Wizyta w sądzie dla nieletnich

W sprawie owych masek byłem przesłuchiwany w sądzie przy Rondzie Mogilskim, gdzie zaproszono mnie pięknym, urzędowym, pismem. Najpierw wysłuchałem co mi grozi za składanie fałszywych zeznań, a następnie padały pytania: jak się dowiedziałem – stąd skąd wszyscy, ktoś mi powiedział. Ile razy byłem – raz (co jest zresztą zgodne z prawdą). Czy zwróciłem wszystkie maski – tak (co dla odmiany nie było prawdą). Wypierać się tak całkowicie nie było sensu, bo jak mówiłem spisano mnie na podwórku, a po drugie skonfiskowano chlebaczek, który przyniosłem do szkoły.
Za te maski też nic nam nie było, choć słyszałem, że ukarano tego, który wlazł tam pierwszy oraz jakąś osobę odpowiedzialną za bunkier, że nie dopatrzyła. Ale czy na pewno to tego nie wiem. Tak czy inaczej na tym przesłuchaniu sprawa zakończyła się dla mnie definitywnie.

_________________
Pracownik nowohuckiego oddzia?u Muzeum Historycznego Miasta Krakowa. W czasach wojny polsko-jaruzelskiej ucze? IX LO w Krakowie.
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email
Miezian



Dołączył: 20 Gru 2011
Posty: 34

PostWysłany: Pon Sty 09, 2012 6:29 pm    Temat postu: Re: Okolice IX LO Odpowiedz z cytatem

Witam po krótkiej przerwie spowodowanej moim wyjazdem do Berlina i... odchorowaniu tegoż wyjazdu. Pora na ciąg dalszy.

Na 179 s. drugiego tomu "Gazu" jest mowa o aresztowaniu J. Torbicza i W. Fortuny, których złapano gdy rozklejali ulotki zrobione m.in. przez mnie i moją siostrę Agatę. W tej sprawie trafili też do więzienia: mój kolega z klasy Paweł Gac, koleżanka, która skończyła już IX LO i działała w NZS na UJ, Agnieszka Szaniecka oraz nasz anglista i wychowawca, Tadeusz Kantor. Opiszę to kiedyś szerzej ale na razie chciałem zamieścić artykuł, który z okazji ich zatrzymania ukazał się w "Gadzim Echu". Jego autorem jest jedna z najbardziej odrażających kanalii tych czasów, Janusz Hańderek - dziennikarz, obecnie działacz PZPN !
Artykuł ten wraz ze zdjęciem Tadzia Kantora, który wtedy wyszedł z więzienia i po raz pierwszy od aresztowania pojawił się w szkole, zamieściliśmy w takim małym wydawnictwie z okazji jednej z rocznic naszej matury.

[URL=http://www.fotosik.pl/pokaz_obrazek/1f796cd112f00472.html]

_________________
Pracownik nowohuckiego oddzia?u Muzeum Historycznego Miasta Krakowa. W czasach wojny polsko-jaruzelskiej ucze? IX LO w Krakowie.


Ostatnio zmieniony przez Miezian dnia Wto Lut 28, 2012 10:47 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email
Miezian



Dołączył: 20 Gru 2011
Posty: 34

PostWysłany: Pią Sty 13, 2012 9:07 pm    Temat postu: Re: Okolice IX LO Odpowiedz z cytatem

Aleja Kijowska

Pora kończyć wspomnienia „podstawówkowe” i zmierzać w stronę „karnawału Solidarności” oraz mrocznych czasów stanu wojennego. Tak się akurat złożyło, że w 1979 r., na rok przed „Sierpniem 80”, ukończyłem– jak głosiła tabliczka nad wejściem do naszej „budy” - „Szkołę Ćwiczeń UJ”. Ten szumny tytuł nie oznaczał nic ponad to, że przychodzili do nas na praktyki studenci z UJ. Chyba, że do owych „ćwiczeń” zaliczymy zagajnik z marihuany, który ktoś zasadził w naszym szkolnym Ogródku Botanicznym (ponoć jako roślinę ozdobną).
Nasza Szkoła Podstawowa Ćwiczeń Uniwersytetu Jagiellońskiego nr 112 im. Stanisława Staszica w Krakowie mieściła się przy alei Inwalidów, przemianowanej następnie na aleję Kijowską. Ta nazwa utrzymała się do dziś, bo gdy po 89 roku w ramach dekomunizacji przywracano poprzednie, to Pl. Wolności stał się na powrót Pl. Inwalidów, a Kijowską zostawiono w spokoju, by poczcie nie myliły się adresy. Nb. ta ostatnia nazwa była wynikiem typowych dla epoki realnego socjalizmu „bareizmów”. Otóż Kraków jako była stolica nie mógł się przyjaźnić z obecnymi stolicami – to mogła tylko Warszawa. Stąd nazwy typu: Moskwa, Praga czy Sofia były zarezerwowane dla kin, ulic czy restauracji w Stolicy. Nam w Krakowie musiały zaś wystarczyć odpowiednio: Kijów, Bratysława i Wielkie Tarnowo (stąd jest w Krakowie ul. Wielkotyrnowska). Także zamiast z Wiedniem przyjaźniliśmy się z Grazem.
Gdy zaczynałem naukę obecna al. Kijowska nie dochodziła do ul. Mazowieckiej lecz kończyła się ślepo przy alejkach. Dalej był spory sad, z którego dziś zachowały się tylko nieliczne drzewa owocowe. Było tu więc bardzo spokojnie. Dopiero potem sad zlikwidowano i przedłużono al. Kijowską do ul. Mazowieckiej. Zaś w domku, w którym mieszkał ogrodnik urządzono komendę Milicji Obywatelskiej. Ponieważ miałem na nią widok z okna to w stanie wojennym często obserwowałem jak parkowały pod nią gaziki, nyski, transportery opancerzone a nawet „polewaczki”. Gdy zaś z okazji przyjazdu Ojca Świętego bogato dekorowałem okna w ręcznie wycinane hasła i niepodległościowe symbole, to miałem pewność, że Oni też to zauważą.

Ostatnie przejście pod „Hańbiącym Jarzmem”

Na zakończenie 8 klasy po raz ostatni udałem się do szkoły. Jak zwykle przeszedłem przez bramkę od strony al. Kijowskiej, którą nazywaliśmy „Hańbiącym Jarzmem”. Nazwę tą wymyślił kolega na cześć owej „bramy” z włóczni, przez którą Samnici kazali przechodzić pokonanym Rzymianom. Tu dla przypomnienia tym, którzy już zapomnieli o co tam chodziło: otóż podczas tzw. wojen z sprzymierzeńcami armia rzymska dostała się w pułapkę i została zablokowana w Wąwozie Kaudyńskim. Samnici mogli ich wszystkich pozabijać, ale zrobili coś gorszego: sklecili bramę z trzech włóczni, kazali im pod nią przejść i puścili wolno. Dla Rzymian fakt, że cała armia dobrowolnie dała się tak pohańbić, był tak upokarzający, że uznali to za swoją największą klęskę w dziejach. Dla nas – jako ich dzielnych spadkobierców – nieszczęsna furtka stała się tak „trefna”, że początkowo przechodziliśmy przez nią górą, mimo, że była stale otwarta. Ale, że zajmowało to trochę czasu i nie było zbyt wygodne to trzeba było się pogodzić ze smutną rzeczywistością i przechodzić normalnie.
Tak przy okazji warto przypomnieć, że przeskakiwanie przez różnego rodzaju zamknięte bramy, płoty, murki, żywopłoty, siatki było czymś powszechnym w tych czasach. I to zarówno wśród dorosłych jak i dzieci. Stąd np. wyczyn Wałęsy, który potem tak rozpropagowano i podniesiono do rangi symbolu, był dla nas czymś normalnym. Setki robotników, inteligentów pracujących, wojskowych i uczącej się młodzieży, stale przez coś przechodziły, przepychały się kanałami, skracały sobie drogę przez podwórka i piwnice, by wyjść w określonym miejscu. Sam znałem prawie każde podwórko na Starym Mieście i przy ul. Karmelickiej, a nie była to wiedza ekskluzywna. Za to bardzo przydawała się ona w stanie wojennym, gdy trzeba było uciekać. Nauczyliśmy się też od kolegi błyskawicznego, „komandoskiego”, sposobu przeskakiwania siatek. Fakt, że przelatywało się szybko, ale z reguły nie było szansy, by sobie czegoś nie rozerwać na ubraniu, a mamy tego zdecydowanie nie lubiły.

Zatem przyszedłem do szkoły i po raz ostatni odśpiewałem na apelu nasz socrealistyczny hymn: „Przed wielu laty zniszczone domy/ znaczyły kraj nasz caaały / Dziś na ich gruzach tysięczne szkoły / Jak młody las powstały. / A naszą piękną szkołę oświeca słońca blask / I tyle tu przestrzeni / I tyle jest tu nas. / Biegniemy tu co rano / W jasny i słoootny dzień / Bo szkołę swą kochamy / jesteśmy dumni z niej”, poczym odebrałem cenzurkę z 9 dopuszczającymi (oczywiście według dzisiejszych norm, bo wtedy były to „dostateczne”) i wyruszyłem z nią w szeroki świat.
Z taką średnią nie miałem co liczyć na jakiekolwiek liceum. Na szczęście w informatorze doczytałem, że w „budowlance” przy ul. Złotej Kielni jest wydział konserwacji zabytków z kwalifikacją murarz-sztukator. Tam też postanowiłem się udać i zasilić szeregi klasy robotniczej. Tak się jednak nie stało. Rodzice nawet nie chcieli o słyszeć o zacnym zawodzie murarza i kazali mi napisać podanie do VII LO, które było naszym rejonowym. Niestety by ograniczyć błędy ortograficzne i uczynić mój tekst czytelnym stali nade mną i pilnowali bym napisał to ładnie. Gdy skończyłem podanie, które tyle razy musiałem zaczynać od początku, wyglądało ono tak jakby je pisało dziecko z I klasy. To też po jego przejrzeniu dyrekcja VII LO wezwała moją mamę i zaproponowała, by posłała mnie do jakiejś szkoły specjalnej.
I w pewnym sensie do takiej trafiłem. IX LO w Krakowie było miejscem niezwykłym. Miejscem gdzie mogłem w stanie wojennym prowadzić niepodległościową manifestację, a dyrektor, który stał 1,5 metra ode mnie i mierzył mnie wzrokiem bazyliszka, nie mógł sobie potem, gdy go pytała milicja, przypomnieć jak wyglądałem. Podobnie zresztą jak i reszta kadry, która na te 15 minut przestała mnie poznawać. Ale o tym w następnych rozdziałach.

Akcja na ul. Karmelickiej

Tu wspomnijmy tylko, że wraz z przeniesieniem do nowej szkoły straciłem kontakt z dawnymi znajomymi. Przez to ominęła mnie kolejna szansa spotkania z organami ścigania, a jednocześnie najbardziej szalony wyczyn moich kolegów, którzy postanowili wziąć się samodzielne za naprawę torowisk w Krakowie. Zaczęli od ul. Karmelickiej gdzie zrobili niezaplanowany remont.
Zaczęło się od tego, że jeden z nich dostał w „zawodówce” sort mundurowy w postaci pary: podkoszulków, kufajek, spodni roboczych, gumowców i berecików „z antenką”. Rozdzielili to między sobą i wybrali się coś naprawić. Ponieważ jedynym narzędziem jakie znaleźli była pompka do opon to zabrali ją ze sobą. Jeden wtykał węża w torowisko i intensywnie pompował wypychając kłębu pyłu, a reszta się przypatrywała. Ponieważ w PRL często jeden pracował, a reszta stała więc wyglądali bardzo profesjonalnie. Szybko też stworzył się „korek” z tramwajów, który rozładowywali przepuszczając co jakiś czas kolejne składy. Potem znów zatrzymywali ruch i pompowali kolejny odcinek. Przeszli tak przez cała ul. Karmelicką i doszli na Plac Wolności. Tam podszedł do nich pijany facet i spytał czy robią to w ramach krucjaty antykomunistycznej. Gdy ochoczo potwierdzili sięgnął do kieszeni i dał im jakąś sporą sumę. Chwilę potem jak przyjęli ową „korzyść majątkową” zajechała milicja i zgarnęła ich na posterunek. Być może chcieli im wytoczyć sprawę, ale gdy zorientowali się, że to absurd, puścili ich do domu. Nie zniechęciło to pomysłodawcy akcji do tego, by nazajutrz zjawić się ponownie na komisariacie, tym razem z zapytaniem: „czy nie mają mu rozmienić 50 zł?”. Tym razem Władza Ludowa nie wykazała się zrozumieniem dla kłopotów obywatela i zatrzymała go na dłużej. Tym bardziej, że w poczekalni wdał się w rozmowę ze swoimi znajomych, którzy milicja przymknęła za rozbój czy włamanie. Myśleli więc, że przyszedł na przeszpiegi.

_________________
Pracownik nowohuckiego oddzia?u Muzeum Historycznego Miasta Krakowa. W czasach wojny polsko-jaruzelskiej ucze? IX LO w Krakowie.
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email
Miezian



Dołączył: 20 Gru 2011
Posty: 34

PostWysłany: Sob Sty 21, 2012 8:59 pm    Temat postu: Re: Okolice IX LO Odpowiedz z cytatem

Tak przy okazji, jak już jesteśmy przy przebieraniu się w stroje robocze i udawaniu klasy robotniczej, to najsłynniejszym „numerem” w tej mierze było oczywiście wmurowanie płyty pamiątkowej na Rynku. Działo się to później, w stanie wojennym i my oczywiście nie mieliśmy z tym nic wspólnego, bo to akcja ludzi z NZS. Ale o jej przebiegu wiedzieliśmy nie tylko z podziemnych gazetek. Ktoś nam też o niej opowiadał. Dziś nie pamiętam czy była to zatrzymana razem z Jackiem Torbiczem i Krzysztofem Fortuną, Agnieszka Staniecka (Gaz s. 179), która działała wtedy w podziemnym NZS i bodajże znała tych ludzi. Albo też ktoś z otoczenia Jarosława Bąka – absolwenta naszego LO, który też działał w NZS i ukrywał się w stanie wojennym. Utrzymywaliśmy z nim kontakt (o ile oczywiście dało się utrzymywać kontakt z kimś kto się ukrywał) i spotykaliśmy się od czasu do czasu, gdzieś u znajomych. Z reguły – z tego co pamiętam – gdy dowiadywał się o naszych najnowszych „dokonaniach” to opieprzał nas, że zupełnie nie przestrzegamy zasad konspiry.
Wracając do wmurowania tablicy na Rynku to w tym czasie ilość robotników, którzy coś kopali lub naprawiali była tak duża, że łatwo się było zgubić w tym tłumie. W drugiej połowie lat 70 i przez całe lata 80. XX w. wszystko się psuło się na potęgę. Zaś ilość awarii ciepłowniczych, wodociągowych i gazowniczych osiągnęła tak imponujące rozmiary, że ludzie byli raczej zadziwieni jak przyszedł zmrok, a światło paliło się nadal, albo odkręcali kran a tu płynęła woda. To też jacyś ludzie w kufajkach, którzy szli ze sprzętem nie budzili aż takich podejrzeń jak np. my czyli wiecznie śpieszący się, z lekka zarośnięci młodzieńcy, pilnie (acz dyskretnie) rozglądający się dookoła czy ktoś ich przypadkiem nie śledzi.
Akcja na Rynku była przeprowadzona „koronkowo”, ale tu władzy dopisało szczęście, bo podejrzany wydał im się człowiek, który też był w tej grupie i robił zdjęcia kolegom, by zadokumentować ich akcję. Widok fotografa, który na krakowskim Rynku zamiast zabytków fotografuje robotników przy pracy wydał się im tak podejrzany, że go zwinęli i zabrali mu filmy. Widać nie poszły na marne szkolenia na temat amerykańskich szpiegów chcących wykraść nam tajemnice socjalistycznej organizacji pracy. Skończyło się to tak jak powszechnie wiadomo. ( http://krakow.gazeta.pl/krakow/2029020,35798,8246297.html ).
Jak już powiedziałem ja tej płyty nie widziałem, ale nazajutrz specjalnie pojechałem na Rynek, by zobaczyć chociażby miejsce gdzie ona była. Dlaczego to było takie ważne ? Otóż w tym czasie każda tablica, na której pojawiały się słowa Armia Krajowa, Narodowe Siły Zbrojne, Wolność i Niepodległość, Polskie Siły Zbrojne na Zachodzie, Radom 76, Grudzień 70, Sierpień 80, a co dopiero „Solidarność”, NZS czy KPN – była jak łyk tlenu. Dodawała siłę na dalszą walkę z systemem. Przybliżała zwycięstwo, w które mimo wszystko wierzyliśmy. Tu nawet nie chodziło o jakieś wielkie idee. Ale gdy w sklepach nie można było niczego dostać, a na studiach na zajęciach z ekonomii politycznej, doc. Kędziorek, tłumaczył nam, że w Polsce nie ma kryzysu ekonomicznego tylko kryzys postaw (???) to widać było, że z tymi ludźmi nie ma o czym rozmawiać. Trzeba ich obalić i to wszystko. A taka tablica, a nawet ślad po niej na ścianie, była jak kolejny cios w system.
To też człowiek pilnie chodził pod te stare, wmurowane w okresie „karnawału Solidarności” i biegał po kościołach i krużgankach klasztornych, a więc miejscach skąd komunistyczna władza nie ośmielała się ich usuwać (bo co do cmentarzy to nie mieli już takich oporów).Tym niemniej żywot każdej nowej antyrządowej tablicy na świeżym powietrzu był – podobnie jak tej wmurowanej na Rynku – bardzo krótki. Większą szansę miały te umieszczone na odludziu. Jedna z nich - bodajże poświęcona tragedii w kopalni „Wujek” – wisiała na szczycie Babiej Góry w Beskidach. Też jej nie widziałem, ale mówił mi o niej wspomniany w „Gazie” (s.179), Paweł Gac. Zanim ją usunięto to jej czystość i powaga gwałtownie kontrastowała z inną, która znajdowała się niedaleko, a która poświęcona była turyście wszechczasów czyli Włodzimierzowi Iliczowi Leninowi (Wódz Rewolucji wlazł aż tutaj i nawet zachowało się zdjęcie z tego „wiekopomnego” wyczynu).
Tą drugą zawsze zdobiły szarfy z papieru toaletowego, a zapach wokół świadczył, że nie jeden z babiogórskich turystów ulżył tu nieco swojemu pęcherzowi. Co jakiś czas próbowano oderwać ją od skały do której była przyczepiona. Dziś już jej tam nie ma.

_________________
Pracownik nowohuckiego oddzia?u Muzeum Historycznego Miasta Krakowa. W czasach wojny polsko-jaruzelskiej ucze? IX LO w Krakowie.
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email
Miezian



Dołączył: 20 Gru 2011
Posty: 34

PostWysłany: Wto Sty 24, 2012 9:49 am    Temat postu: Re: Okolice IX LO Odpowiedz z cytatem

Przeglądając niedawno papiery z lat licealnych zauważyłem charakterystyczną "dziurę" w zapiskach pomiędzy początkiem grudnia 1981 r. a majem 1982 r. To zaś wskazuje, że zastosowałem się do zasad "konspiry" i po aresztowaniu kolegów 29.01.82 r. "wyczyściłem" dom z wszystkiego co mogło by posłużyć jako dowód w sprawie, łącznie z notatkami, że się widzieliśmy. Nie wiedziałem jeszcze wtedy, że jakieś moje wiersze, znalezione u T. Kantora, posłużyły prokuraturze wojskowej do wzbogacenia aktu oskarżenia o kolejne, totalnie "księżycowe" zarzuty.
Inna rzecz, że po ostatniej rozprawie w naszej sprawie (a był to właśnie proces Tadzia Kantora przed trybunałem wojskowym), gdy znikła szansa, że i po mnie przyjdą, opisałem wszystko w absurdalno-dadaistyczno- antykomunistycznej sztuce pt. "Proces".
Wczoraj zaś gdy przeglądałem to marne, wzorowane na stalinowskich "produkcyjniakach" dzieło, znalazłem za okładką przepisany ręcznie tekst piosenki, którą wtedy często śpiewaliśmy. Ponieważ spora część tych, którzy tu wchodzą zapewne też ją znała to daję ją dla przypomnienia. Zaś dla tych, którzy nie pamiętają czasów PRL będzie to dobry przykład jak bardzo musiała się męczyć władza w epoce przed-elektronicznej, gdy nie było jeszcze możliwości by ściągać od operatorów treści sms-ów, czy namierzyć kogoś przez super dokładny mikrofon.

Smutni i cisi" (K. Kellus 1980)

Brzegiem chodnika Nowego Światu
Na przejściu pieszych i w autobusie
Na Poniatowskim, tudzież pod Trasą
Niepostrzeżenie, cicho jak trusie
krążą kapusie

W barach, kawiarniach, zamiast kelnerów
Niby też w kitlach, ale bez tacy
Koło Muzeum, i koło Foksal
Z łopatą, z teczką, niby do pracy
krążą tajniacy

Tu w samochodzie, tu na rowerze
Tu żebrze jakiś niby kaleka
Na Ordynackiej, czy koło Smolnej
Niby taksówka na kogoś czeka
wszędzie bezpieka

Gdy słowo Boże do wiernych płynie
Z ambony która nad nimi wisi
Z tyłu w sutannach trzech panów stoi
Możesz być pewny, że to nie mnisi
bo to są cisi

Świątek i piątek, w święta kościelne,
W święta państwowe i karnawały,
Po całym mieście, ciągle, niezmiennie
Pod ortalionem ukryte pały
chłopcy Świtały

Poprzebierani w różne kostiumy,
Czasem jak księża, czasem hippisi
To pojedynczo, to znowu tłumem,
Niscy, garbaci, wysocy, łysi
smutni i cisi

Ten mnie podgląda, tamten mnie sprawdza,
Ten za mną chodzi i podsłuchuje
Tamten wie dobrze z kim się zadaje
A ten mi w okno ciągle filuje
Partia panuje

_________________
Pracownik nowohuckiego oddzia?u Muzeum Historycznego Miasta Krakowa. W czasach wojny polsko-jaruzelskiej ucze? IX LO w Krakowie.
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email
Sylwia



Dołączył: 11 Gru 2016
Posty: 67

PostWysłany: Nie Gru 11, 2016 1:11 am    Temat postu: Forumoteka.pl Odpowiedz z cytatem



Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
Miezian



Dołączył: 20 Gru 2011
Posty: 34

PostWysłany: Nie Sty 29, 2012 4:41 pm    Temat postu: Re: Okolice IX LO Odpowiedz z cytatem

Granacik i małe malowanko na ul. Bogatki

W czasach gdy chodziłem do IX LO, szkoła ta mieściła się przy ul. Mariana Bogatki. Dla nas był to jakiś komunista (słowa „komuch” – jeśli dobrze pamiętam wtedy nie używano, bo sam „komunista” był już dostateczną obrazą i nawet ZOMO -wcy nie lubili jak się tak do nich mówiło). Wiele o tym patronie nie wiedzieliśmy, tyle co można się było dowiedzieć z wiszącej na początku ulicy tabliczki, gdzie pisało, iż był to przedwojenny murarz, działacz PPS (zawsze lepiej niż KPP) i OMTUR. Nie pamiętam czy podano, iż zginął z rąk ukraińskich nacjonalistów we Lwowie w 1940 r. (chyba tak) oraz, że był drugim mężem Wandy Wasilewskiej (raczej nie), z którą – co ciekawe – miał ślub kościelny, wzięty w ewangelickiej świątyni na warszawskim Lesznie. Widzieć Wandę Wasilewską klęczącą przed ołtarzem i przyjmującą Ciało Pańskie – bezcenne. Szkoda, że przy tym nie było fotografa.
Okoliczność śmierci Bogatki nie są już dziś tajemnicą i gdybyśmy je znali to zapewne nawet moglibyśmy być dumni, że uczymy się w szkole przy jego ulicy. Owszem – zastrzelono go w 1940 r., we Lwowie, w domu przy ul. Zagórzańskiej, ale nie zrobili tego ukraińscy nacjonaliści, tylko pracownicy NKWD, którzy po prostu… pomylili mieszkania. Mieli zastrzelić kogoś innego, a tu tak po prostu głupio wyszło. Z tej racji – co przyznał w swoich wspomnieniach Nikita Chruszczow - partia wystosowała do Wandy Wasilewskiej, która była wówczas w domu i bardzo się wystraszyła, oficjalne przeprosiny. Były one na tyle skuteczne, że nie tylko puściła w niepamięć ten przykry incydent lecz nawet wyszła za mąż z Aleksandra Kornijczuka, który owe przeprosiny przyniósł.
Jeśli więc ktoś chciałby się dowiedzieć co to takiego jest marksistowski materializm dialektyczny to trudno chyba o lepszy przykład niż powyższy. Stare formy przemijają, ilość przechodzi w jakość i choć zdarzają się błędy i wypatrzenia to świat dąży do form coraz doskonalszych.
Już w wolnej Polsce komisja pracująca pod kierunkiem – z tego co pamiętam - prof. Antoniego Dawidowicza (który nb. mieszkał niedaleko naszej szkoły) zmieniając różne nazwy w Krakowie zajęła się też Marianem Bogatką i zamieniła go na Kazimierza Czapińskiego. To także był działacz PPS, który chociaż kontaktował się w Krakowie z Leninem i nawet pomagał go uwolnić z więzienia w Nowym Sączu, to potem napisał broszurkę „Upadek bolszewizmu” i był zdeklarowanym przeciwnikiem tego kierunku. Zginął w Oświęcimiu w 1941 r.
Wracając do Bogatki - ponieważ oficjalnie była to przypadkowa ofiara zamachu na Wandę Wasilewską, która ponoć chciał zasłonić własną piersią, to nic nie stało na przeszkodzie by jego imieniem nazwać ulicę. Tyle tylko, że była ona krótka, stały na niej jedynie dwa budynki i prowadziła donikąd, bo kończyła się fasadą naszej szkoły. Ponad to fakt, iż była to boczna od ul. Feliksa Dzierżyńskiego był typowym przykładem swoistego humoru komunistów, który kazał im np. w Wilnie zrobić skrzyżowanie Kościuszki i Suworowa. W końcu w materialistycznym rozwoju społeczeństwa takie fakty nie mają znaczenia, a zarówno kaci jak i ich ofiary są tylko „nawozem” pod przyszłe lepsze czasy.
Wracając do ulicy - była to krótka, nawet chyba bez asfaltu, a jedynie wyłożona sześciokątnym betonowymi płytami (tzw. trylinką), ślepo zakończona droga. Stały tu tylko dwa budynki: nasze IX LO i socrealistyczny gmach Przedsiębiorstwa Robót Kolejowych (czyli tzw. „Pe-eR-Ka”). W tym drugim gmachu nim na parterze, po lewej stronie, znajdował się Komitet Dzielnicowy Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej Dzielnicy Krowodrza. Czyli dokładnie ten, do którego w 1983 r. G. Pirowski wrzucił świecę dymną podczas zebrania aktywu PZPR z całej Krowodrzy („Gaz…” t. II s. 178).
Mogło to by się wydawać szaleństwem – atakować akurat w takim miejscu, obok koszar ZOMO i komisariatu przy Pl. Wolności. Ale tak się składa, że „najciemniej jest pod latarnią”.

Bogatki - poza porą gdy szło się do szkoły lub z niej wychodziło – była kompletnie pusta. A ponieważ okna klas (poza pracownią geograficzną) wychodziły na szkolne boisko to nawet podczas lekcji nikt jej nie obserwował. Słowem - wymarzone miejsce na akcje, a na dodatek miało bardzo wygodną droga ucieczki. Wystarczyło pobiec w stronę szkoły i tuż przed fasadą skręcić w lewo. Znajdowała się tam wiecznie otwarta furtka, którą w ostateczności można było przeskoczyć. Potem biegło się na ul. Urzędniczą skąd zaczynał się taki labirynt domów z przechodnimi bramami, podwórek, wewnętrznych ulic i ogrodów, że można się było tam rozpłynąć jak w londyńskiej mgle. Oczywiście jeśli ktoś znał teren, bo inaczej sam mógł się tam zaplątać.+

Mówiąc o ul. Bogatki warto też wspomnieć o drugiej dużej akcji w tym miejscu – wymalowaniu na ścianie szkolnej sali gimnastycznej, dokładnie naprzeciwko okien Komitetu Dzielnicowego, sporego napisu „SOLIDARNOŚĆ NA ZAWSZE”. Z tego co się nie tak dawno dowiedziałem brał w tym udział m.in. mój kolega z klasy Romek Jastrzębski oraz jego kumpel z klasy matematycznej. Nie pamiętam jego nazwiska, ale miał ksywkę „Koza”. Akcja była w pewnym momencie zagrożona, bo przypadek sprawił, że ktoś postanowił skrócić sobie drogę przez teren naszej szkoły i niespodziewanie pojawił się przy furtce. Na szczęście stojący tam „Koza” poinformował go, że furtka jest zamknięta i przejść się nie da. Gość podziękował i zawrócił. Robota została skończona. A nazajutrz pracownicy komitetu partii mogli zobaczyć napis będący tak jawną „kalką” z angielskiego „Solidarity Forever”, że jeśli dotąd mieli wątpliwości, że podziemie działa z wrogiego podpuszczenia i za zachodnie pieniądze, to teraz już je na pewno stracili.

_________________
Pracownik nowohuckiego oddzia?u Muzeum Historycznego Miasta Krakowa. W czasach wojny polsko-jaruzelskiej ucze? IX LO w Krakowie.
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum polonus.forumoteka.pl Strona Główna -> SPRAWY BIEŻĄCE Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Idź do strony 1, 2  Następny
Strona 1 z 2
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Możesz dodawać załączniki na tym forum
Możesz ściągać pliki na tym forum




Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group