Forum polonus.forumoteka.pl Strona Główna polonus.forumoteka.pl
Archiwum b. forum POLONUS (2008-2013). Kontynuacją forum POLONUS jest forum www.konfederat.pl
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Tomasz Strzyżewski - Matrix, czy prawda selektywna

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum polonus.forumoteka.pl Strona Główna -> ARCHIWUM
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Administrator
Site Admin


Dołączył: 04 Maj 2008
Posty: 9116

PostWysłany: Wto Wrz 23, 2008 10:08 am    Temat postu: Tomasz Strzyżewski - Matrix, czy prawda selektywna Odpowiedz z cytatem

Problematyka manipulacji dokonywanych przez media, jest dzisiaj jednym z największych zagrożeń dla państw demokratycznych. Dotyczy to nie tylko współczesnej Polski i funkcjonowania TVN 24... Problem jest dużo szerszy.

Tym większe znaczenie książki naszego Przyjaciela Tomasza Strzyżewskiego "Matrix, czy prawda selektywna", która ukazała się w roku 2006.

Miło nam poinformować, że książka ta jest obecnie dostępna także w wersji elektronicznej na prestiżowej stronie Adama Haribu PERMEDIUM

http://www.permedium.pl/

Postanowiłem zamieścić na POLONUSie niektóre fragmenty tej ważnej książki.


Ostatnio zmieniony przez Administrator dnia Wto Wrz 23, 2008 10:22 am, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Sylwia



Dołączył: 03 Gru 2016
Posty: 67

PostWysłany: Sob Gru 03, 2016 12:33 pm    Temat postu: Forumoteka.pl Odpowiedz z cytatem



Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
Administrator
Site Admin


Dołączył: 04 Maj 2008
Posty: 9116

PostWysłany: Wto Wrz 23, 2008 10:14 am    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Tomasz Strzyżewski - "Matrix czy prawda selektywna", s. 169 - 173
http://www.permedium.pl/images/stories/MEDIA/Matrix%20czy%20prawda%20selektywna.pdf

Cytat:

Sens wprowadzania w błąd przez kreowanie prawdy selektywnej
najłatwiej jest wyjaśnić na przykładzie magika. Cenzura
bowiem, zarówno ta zinstytucjonalizowana, jak i odredakcyjna
lub odautorska jej odmiana, posługuje się techniką sztuczek
kuglarskich. Jest więc również pod wieloma względami hochsztaplerką,
tyle że prowadzoną na gigantyczną skalę i to niejednokrotnie
(jak w dyktaturach lub systemach totalitarnych) w majestacie
państwowej urzędowości. No, bo w samej rzeczy, czymże
innym jest to, co wyczynia magik, jeśli nie roztaczaniem przed
obliczem stłoczonej gawiedzi tego, o czym tu właśnie mowa...
prawdy selektywnej.
Jak to jednak możliwe, że wyczyny magików wprowadzają
w błąd, skoro pokazują oni tylko prawdę, jeśli nawet prawdę niepełną,
to jednak wyłącznie prawdę? Ano dlatego, że magik, choć
nie kłamie wprost, to poprzez umiejętne „dozowanie” prawdy
wprowadza jednak w błąd – czyli jednak kłamie!
(vide: rozdz. 1 –
definicja kłamstwa i cenzury). Prezentowana przez niego „prawda”
nie odsłania bowiem ani wszystkich wykonywanych przez
niego ruchów, ani też wszystkich przedmiotów i urządzeń, z których
składa się oglądane widowisko. Nie pokazuje, lecz zasłania!
A więc? On po prostu utajnia informacje niekorzystne; niekorzystne
z punktu widzenia pożądanego przez siebie widowiskowego efektu.
Sprawowana przez media cenzura czyni dokładnie to samo,
choć dla osiągnięcia odmiennego, bo tym razem politycznego celu.
Zwie się to wtedy przemilczaniem oraz marginalizowaniem
(np.
silence treatment w zachodnich demokracjach) lub – jak to było
w PRL – niedopuszczaniem do druku, wstrzymywaniem lub nierozpowszechnianiem
informacji (vide: „Czarna Księga Cenzury PRL”).
Choć film braci Wachowskich „Matrix” to tylko fantastycznonaukowa
opowieść o światowej konspiracji, stanowić może
jednak przydatne „urządzenie medytacyjne”, rozwijające zdolność
do rozpoznawania tak prawdy selektywnej, jak i arkanów sztuki
posługiwania się nią przez elity władające urządzeniami emisyjnymi.
Bo choć Prawda Selektywna, w przeciwieństwie do Matrixa
filmowego, nie jest rezultatem jakiegoś światowego spisku,
to wspólnym dla obu obrazów wirtualnej rzeczywistości jest instrument,
a zarazem materiał niezbędny do ich kreowania.
Materiałem tym jest: INFORMACJA.
Gdy w filmowym Matriksie obrazem tym jest suma fałszywych
informacji cząstkowych (kłamstw wprost), to w naszym –
realnym dla odmiany Matriksie – jest nim suma prawdziwych
informacji (prawd cząstkowych). Sprawia to, że prawda selektywna,
jako instrument masowego zniewalania, okazuje się bluffem
dużo bardziej wyrafinowanym i trudniejszym do zdemaskowania
od Matrixa wymyślonego przez braci Wachowskich.

Czy temu zniewalaniu jesteśmy w stanie się przeciwstawić?
Pierwszym rozsądnym krokiem byłoby chyba przyznanie,
że do opiniotwórczej manipulacji w ogóle dochodzi. Pozwala na to
już wstępna analiza tak hipotetycznych, jak i z własnego doświadczenia
zaczerpniętych, przykładów prawdy selektywnej, pochodzących
z obserwacji nie tylko „nadajników medialnych”, ale
i zwykłych ludzi, z którymi na co dzień obcujemy, a nawet i spostrzeżeń
dostępnych nam w introspekcji. Gdy już fakt ten uznamy
za rzeczywistość, możemy przystąpić do ograniczania wpływu
medialnej manipulacji poprzez sięganie do źródeł, znajdujących
się na przeciwstawnych krańcach politycznego spektrum – wewnątrz
zachodzącej w mediach selekcji. Próbować tego można
z większym lub mniejszym powodzeniem. W skali społecznej nie
ma to jednak praktycznego znaczenia.
Jeśli nawet zabieg ów pozwoliłby osiągnąć pewien stopień integralności
w procesie kształtowania własnej opinii, to istnieje taki
zakres opiniotwórczego oddziaływania, który bazuje na ukrywaniu
i marginalizowaniu informacji, traktowanych przez wszystkie ośrodki
władzy medialnej jednakowo, bez względu na różnice wynikające
z politycznej rywalizacji w jej obrębie. Są nimi informacje zagrażające
panującemu status quo.
Tylko bowiem przetrwanie systemu
(medialnego) w stanie niezmienionym gwarantuje zachowanie
aktualnych, już osiągniętych w nim pozycji oraz profitów.
(...)
SENS ZJAWISKA CENZURY. To z tego powodu
zarówno te lewicowe, jak i prawicowe centra opiniotwórcze
solidarnie stosują jednakowe kryterium odsiewu (selekcji). Po
zamachu terrorystycznym na WTC niedopuszczalne było nazywanie
zamachowców ludźmi odważnymi, lecz należało (choć nie
istniał żaden formalny nakaz) powtarzać w odniesieniu do nich
bzdurne określenie prezydenta Busha tchórzliwi, mimo że dla
każdego inteligentnego człowieka również i ktoś kierujący się
złymi pobudkami lub błędnymi intencjami może być niezwykle
odważny, człowiek zaś dobry – podszyty tchórzem. Sławny amerykański
satyryk i dziennikarz Bill Maher, który publicznie
(w studio telewizyjnym) śmiał jednak wyrazić swój podziw dla odwagi
zamachowców (oczywiście, nie dla systemu ich moralnych
wartości), mówiąc: jak można tchórzem nazywać kogoś, kto ze swego
świadomego wyboru, pędzi z prędkością 600 km/h na pewną śmierć
w kierunku zbliżającej się i do ostatniego ułamka sekundy widocznej
ściany betonu – został po prostu wyrzucony z pracy.
Jeśli nawet udałoby się nam wyeliminować manipulacyjny
efekt każdej prawdy selektywnej z osobna, poprzez konfrontowanie
jej z innymi, uformowanymi przez alternatywne kryteria
selekcji, to końcowy efekt i tak pozostanie nienaruszony. Zważmy
bowiem, że wspomniany przywilej przysługuje garstce wybrańców
– cieniutkiej warstewce społecznej. Nie można po prostu
zapominać, że niezależnie od bariery ekonomicznej
uniemożliwia to również brak wrodzonych zdolności.
Tę żenującą
prawdę potwierdzały już wcześniejsze badania naukowe,
a wśród nich opublikowany przed paroma laty w „International
Adult Literacy Survey” raport, oparty na badaniach przeprowadzonych
w latach 1994-1998 przez OECD. Okazuje się mianowicie,
że więcej (i to sporo więcej) niż połowa Polaków, Portugalczyków
lub Węgrów nie rozumie czytanych tekstów (a więc
dostępnych im przecież informacji). Nie oznacza to bynajmniej,
że aż o tyle głupsi jesteśmy od wyjątkowo pozytywnie wyróżniających
się Szwedów, wśród których wskaźnik ten jest najniższy
(około 20 procent), czy od Kanadyjczyków, Amerykanów, Australijczyków,
Niemców, Brytyjczyków lub nawet Czechów, gdzie nie
przekracza on połowy. Ten, tak żenujący dla nas rezultat, to skutek
najprawdopodobniej utrzymywania mieszkańców naszych
krajów w stanie pasywności intelektualnej, niepobudzanych
w okresie dyktatury do samodzielnego (a więc krytycznego) myślenia,
przez zunifkowaną jednolitym kryterium selekcji zawartość
„informatycznej papki”. Tak czy owak, badania te potwierdzają,
że niezdolnością do prawidłowego wykorzystywania
otrzymywanych informacji dotknięta jest co najmniej połowa
ludzkiej populacji. Nawet wśród tej drugiej, rozumiejącej połowy,
większość stanowią jednak ci, co rozumieją wprawdzie treść
odebranej wiadomości, lecz nie potrafią samodzielnie rozstrzygnąć,
czy zawarte w niej opinie są słuszne, czy też nie. Niewielki
więc tylko margines ludzi (około 20-25% w krajach tradycyjnego
Zachodu, a w Polsce oraz w innych dawnych „demoludach”
jedynie 2–3%) potrafi równocześnie zrozumieć, jak i krytycznie
ocenić otrzymaną informację (czy opinię).
Jest to więc „przygniatająca” mniejszość. Brak wspomnianych
zdolności można by określić mianem dysleksji intelektualnej.
Charakteryzuje ją bowiem, podobnie jak dysleksję zwykłą
(rozumienie poszczególnych czytanych wyrazów z osobna, lecz nie sensu
składających się z nich zdań), zdolność do pojmowania
każdej części składowej, przy równoczesnej niemożności ogarnięcia
rozumem całości. W dodatku dyslektycy intelektualni nie
zdają sobie nawet sprawy z tego, że nie rozumieją. Sądzą po prostu,
że skoro pojmują znaczenie każdego czytanego zdania, to
wiedzą przecież, „o co chodzi”. Dobrze jest przy tym pamiętać, że
ponad 90% społeczeństwa to nie żadni tam intelektualiści, a już
na pewno nie naukowcy... a więc, że ludzie ci nie tylko nie dysponują
niezbędnymi ku temu predyspozycjami, ale nawet i zdolnością
dostrzegania samej potrzeby sięgnięcia do alternatywnych,
niełatwych przecież do odszukania źródeł informacji.
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Administrator
Site Admin


Dołączył: 04 Maj 2008
Posty: 9116

PostWysłany: Sro Wrz 24, 2008 10:58 am    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Kolejny fragment "Matrixa" Tomasza Strzyżewskiego (Całość jest dostępna na blogu Adama Haribu PERMEDIUM
http://www.permedium.pl/)
str. 173-176

Cytat:
W tej sytuacji warto byłoby zastanowić się nad tym, co kształtuje
nasze wyobrażenie o otaczającym świecie. Otóż konstrukcję
tego oglądu porównać można do trzech – odpowiadających rodzajowi
percepcji – poziomów poznania, które na podobieństwo
przezroczystych sfer (niczym powierzchni szklanych baniek
przypominających ekran oscyloskopu), otaczają kolejnymi warstwami
naszą indywidualną świadomość.
Tworzą je:
I – wizja świata postrzeganego bezpośrednio, a więc stanowiąca
projekcję doznań zmysłowych.
II – obraz medialny i przekaz społeczny.
III – wyobrażenia światopoglądowe – całościowa wizja wszechświata.


Wyobrażenie otaczającego świata jest więc zwykle tworem
trójwarstwowym. Indywidualne zróżnicowanie sposobów percepcji
powoduje, że jedna lub dwie z tych warstw do tego stopnia stają
się dominujące, że w praktyce jedna z nich – najczęściej ta trzecia,
zewnętrzna – pozostaje przezroczysta (nic jej nie wypełnia),
jakby więc wcale jej nie było. Większość ludzi patrzy zatem na
świat poprzez dwie tylko warstwy (pierwszą oraz drugą). Odpowiada
to z grubsza wykresowi zwanemu „krzywą dzwonową” (bell curve).
Im bliżej jest ktoś lewego jej spłaszczenia, tym bardziej jego
percepcja zdominowana jest przez warstwę pierwszą, pokrywającą
się z zasięgiem postrzegania zmysłowego. Za rzeczywiste i zrozumiałe
uważa on więc to jedynie, co widoczne „gołym okiem” oraz
„fizycznie namacalne”. Czasem pierwsza z tych warstw tak gęsto
zatłoczona zostaje obrazami doznań zmysłowych, że ich odbiorcy
nie domyślają się nawet możliwości istnienia jednego jeszcze,
wyższego poziomu poznania. Gdy natomiast parametry IQ badanej
osoby zbliżają się do przeciwnego, prawego krańca krzywej,
świadomość jej kształtować będzie w coraz większym stopniu sfera
trzecia – zewnętrzna, pozostałe zaś warstwy percepcyjne stawać
się będą coraz bardziej przejrzyste. Uwaga jednego z kolegów
Stephena Hawkinga w Cambridge do tego stopnia wypełniona była
stale abstrakcyjnymi problemami kosmologii i fizyki teoretycznej,
że mimowolnie rozweselał swoje otoczenie, sadowiąc się (np.
po wykładach) na tylnym siedzeniu własnego samochodu, by
nieistniejącemu kierowcy taksówki zlecić odwiezienie do domu.

Przeciętny człowiek zachowuje wprawdzie wszystkie trzy
warstwy percepcyjne, lecz ostatnia z nich pozostaje najbardziej
przezroczysta. Tymczasem głównie środkowa oraz nieznacznie
trzecia – czyli zewnętrzna – manipulowane są przez media. To
ta środkowa wypełniana jest wciąż PRAWDĄ SELEKTYWNĄ. Na
skutek wewnętrznej (w obrębie władzy opiniotwórczej) rywalizacji
pomiędzy dwiema głównymi orientacjami politycznymi (lewica
i prawica), dążącymi do osiągnięcia dominującego wpływu
na zasięg opiniotwórczego oddziaływania (zasada podobna do 51%
w spółce akcyjnej), mamy więc do czynienia nie z jedną, ale z dwoma
głównymi typami prawdy selektywnej oraz z całym szeregiem
jej podwariantów. O zasięgu zaś owego oddziaływania nie rozstrzyga
wola odbiorców (wyborców), lecz prawa rynku, tj. zasoby
kapitałowe, jakimi dysponują posiadacze poszczególnych „nadajników”
w obrębie całego systemu. Zmienić układ sił w tym kolektywnym
manipulowaniu opinią społeczną może tylko ten, kto
osiągnie również przewagę ekonomiczną.


Z drugiej strony ludzie (w tym i odbiorcy medialnego przekazu)
przychodzą na świat w określonych środowiskach społecznych
(w tej choćby, a nie innej rodzinie), by pozostawać w zasięgu
ich wpływu przez całe swoje życie, do końca absorbując zastany
tam w chwili narodzin typ postaw i poglądów. W okresie dorastania
nasiąkają oni określonym typem idei, sympatii oraz preferencji,
w rezultacie na stałe już (najczęściej) „podłączając się”
do jednego typu „nadajnika”, emitującego ten typ prawdy selektywnej,
którą wypełniona była wcześniej własna rodzina oraz ludzie
z bezpośredniego otoczenia (przez czytanie np. tych samych,
co i inni gazet). Rzadkie wyjątki (np. krnąbrne i „wyłamujące
się” dzieci) potwierdzają jedynie regułę.

W filmie „Matrix” umysł każdego człowieka (z wyjątkiem
umysłu rebeliantów) wypełniony był obrazem wirtualnej rzeczywistości,
wprowadzanym do mózgu bezpośrednio, przez wszczepiony
w potylicę kabel. Tę „wirtualną” w filmowej fabule rzeczywistość
skonstruowano wyłącznie z kłamstw cząstkowych. Prawda
Selektywna nie składa się natomiast z kłamstw wprost (vide: definicja
kłamstwa), lecz tylko i wyłącznie z prawd cząstkowych.

Pozostała różnica to fakt, że odbiorcy Prawdy Selektywnej – w odróżnieniu
od fizycznego przymusu w filmie – sami szukają kontaktu
z nadajnikiem i sami dobrowolnie się do niego podłączają.
Podłączamy się do niego za każdym razem, gdy czytamy gazetę
lub książkę, gdy siedzimy w sali kinowej, przed telewizorem lub
radioodbiornikiem, a nawet gdy włączamy sieć internetową. Przy
tym wszystkim zaś nie jest ów nasz „realny Matrix” rezultatem
wszechogarniającego spisku.

Czym jest Prawda Selektywna, wspominałem już w rozdziale
pierwszym, zatytułowanym „Definicja”. Jest ona zafałszowanym
w wyniku świadomej selekcji obrazem rzeczywistości, emitowanym
następnie do naszych mózgów przez „nadajniki” medialne.
Dostrzeżenie obecności i sensu tej selekcji uwarunkowane jest
rozpoznaniem klucza pojęciowego, którym jest informacja.
Gdy informacja o otaczającej rzeczywistości nie jest przez
kogoś świadomie fałszowana – pozostajemy ludźmi wolnymi. Jeśli
informacja, którą od kogoś otrzymujemy, prawdziwa nie jest,
będąc (bo mimo to być nie musi) równocześnie kłamstwem z definicji
– ludźmi wolnymi być przestajemy.


Trudno chyba nie zgodzić się z twierdzeniem, że zdani jesteśmy
na łaskę i niełaskę tych, co zaopatrują nas w informację.
Ten przecież, kto kontroluje oraz selekcjonuje dostarczaną
nam informację, ten kontroluje zarazem i nasze zachowanie.
Każdy bowiem żywy organizm reaguje i zachowuje się w zależności
od docierających do jego świadomości informacji. Nie każda
nieprawdziwa informacja jest oczywiście kłamstwem. Co więcej,
nie każda nieprawdziwa informacja oraz nie każda częściowa
informacja (szczególnym jej rodzajem jest przecież prawda
selektywna) jest równocześnie kłamstwem. Nie zrodziła się bowiem
z intencji świadomego wprowadzenia nas w błąd. Nawet
więc i bez świadomego wprowadzania w błąd otoczeni jesteśmy
prawdami niepełnymi oraz informacjami nieprawdziwymi.

Dlaczego jednak fakt ten nie czyni z nas niewolników? Oczywiście
dlatego, że ten typ niepełnych lub błędnych informacji
nie zrodził się jako rezultat świadomego wprowadzania nas przez
kogoś w błąd, będąc tylko i jedynie skutkiem aktualnego stanu
wiedzy naukowej oraz niedoskonałości – naszego własnego aparatu
percepcji lub też ograniczoności – naszej własnej zdolności
pojmowania. Powstała w ten sposób „prawda selektywna”, mimo
że – składając się z błędnych i nieprawdziwych informacji – utrzymuje
nas w błędzie, nie nosi równocześnie znamion kłamstwa.
W procesie bowiem jej krystalizowania zabrakło czynnika intencjonalności.

Taka „nieprawda” nie jest w niczyich rękach instrumentem
wpływania na naszą wolę, a zatem i sterowania naszym
postępowaniem. Nie jest, inaczej mówiąc, instrumentem
sprawowania nad nami władzy.
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Administrator
Site Admin


Dołączył: 04 Maj 2008
Posty: 9116

PostWysłany: Czw Wrz 25, 2008 8:17 am    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Kolejny fragment książki Tomasza Strzyżewskiego - "Matrix, czy prawda selektywna" (str. 176 - 179)

Całość na stronie Adama Haribu PERMEDIUM

http://www.permedium.pl/

Cytat:
Wprowadzać w błąd można w dwojaki sposób. Najbanalniejszym,
choć zarazem najpowszedniejszym (wszak wszyscy częściej
lub rzadziej kłamiemy – wedle badań amerykańskich, około 200
razy na dobę) jest czynienie tego za pomocą kłamstwa wprost,
czyli przez konfrontowanie świadomości z informacją o tym, że:

1) zdarzyło się coś, co się nie zdarzyło,

lub też że:

2) nie zdarzyło się coś, co się zdarzyło.


Drugą metodą, doprowadzoną przez media do profesjonalnej
perfekcji (redakcja = selekcja = cenzura), jest kreowanie PRAWDY
SELEKTYWNEJ, wywołującej z kolei określoną sugestię.
Wzmacnia ją wydatnie nieświadomość odbiorcy o braku w otrzymanej
informacji pewnych, celowo usuniętych (vide: definicja
cenzury) jej fragmentów (prawd cząstkowych).

Sugestia ta jest pobudzana naturalnym odruchem wnioskowania.
Wnioskowanie to, choćby wewnętrznie najzupełniej spójne
i prawidłowe, wprowadza jednak w błąd na skutek usunięcia
z jego podstawy określonych elementów
. Nawet wiedząc, że otrzymana
informacja została ocenzurowana (po zdemaskowaniu przeze
mnie cenzury i przyjęciu ustawy o cenzurze niektóre gazety
rozpoczęły zaznaczanie miejsc z usuniętymi przez GUKPPiW fragmentami),
to nie znając zawartości usuniętych fragmentów,
skazani jesteśmy na wyciąganie błędnych wniosków lub na
powstrzymywanie się od wyciągania wniosków jakichkolwiek.
Wtedy jednak sens zaznajamiania się z otrzymaną informacją
staje już całkowicie pod znakiem zapytania.

Obie alternatywy oznaczają więc dalsze trwanie w niewiedzy.
Musielibyśmy wtedy zaniechać dokonywania wyboru, by
w myśl zasady mniejszego zła uniknąć błędnych decyzji. W rzeczywistości
nikt tak nie postępuje. Wszyscy na ogół ulegamy potrzebie
wyciągania wniosku. Większość społeczeństwa składa
się bowiem nie tyle z niezdolnych, co nieskłonnych do autorefleksji
ekstrawertycznych jednostek, reagujących spontanicznie
i bez głębszego na ogół, samodystansującego namysłu. Ta
potrzeba niezwłocznego wyciągania wniosku jest refleksem silnym,
bo instynktownym. Posłuszny mu obserwator stara się dopasować
każde postrzegane zdarzenie do jakiegoś, opartego na
własnym doświadczeniu, kontekstu. Oznacza to w konsekwencji
wywnioskowanie, co doprowadzić mogło do zaobserwowanego stanu
rzeczy oraz przewidzenie skutków owym stanem wywołanych.
Odpowiednio „zredagowana” informacja może więc tu wiele za
sugerować. Toteż przemilczenie wyselekcjonowanych prawd cząstkowych,
przy równoczesnym wyeksponowaniu innych, okazuje się
dla władzy opiniotwórczej instrumentem nie do zastąpienia.


Pierwsza jednak i podstawowa iluzja bierze się stąd, że w dotychczasowym
doświadczeniu historycznym nieznana nam była
władza opiniotwórcza. Przywykliśmy więc do utożsamiania władzy
politycznej z władzą formalną, tj. państwową. Gdy zmiana ta wreszcie
nastąpiła, nieprzygotowani na coś aż tak diametralnie odmiennego,
zmiany tej nawet nie spostrzegliśmy. Władza mediów jest
bowiem władzą nieformalną.
Jest więc niepostrzegana zmysłowo,
nie dzierżąc – by tak rzec – widocznych „gołym okiem” insygniów
władzy. Nie zapomnieliśmy przecież chyba zwrotu „Panie władzo!”
(w odniesieniu do umundurowanego milicjanta), jakże charakterystycznego
dla człowieka z ulicy przed upadkiem komuny?

Gdy dziś już władza państwowa utraciła na rzecz mediów
kontrolę nad informacją, nikt nie zaczął tych ostatnich utożsamiać
z pojęciem władza, mimo że okazały się władzą od państwowej
jeszcze wyższą, bo ją kontrolującą. Zakłada się machinalnie,
że likwidacja „państwowego” urzędu cenzorskiego
oznaczać musi kres cenzury oraz nastanie wolności słowa. Koncepcja
władzy innej od państwowej nie jest dla „człowieka z uli
cy” czymś realnym, lecz mrzonką jedynie „teoretyzującego docenta”
z kabaretu „Sześćdziesiąt minut na godzinę”. Taka władza
nie pozwala się bowiem identyfikować z konkretnymi, fizycznymi
osobami. Nawet i sposób sprawowania tej „wydumanej”
władzy nie daje się w żaden sposób „zwizualizować”. A skoro do
tego władza opiniotwórcza miałaby jeszcze być wypadkową jakichś
tam wektorów, pokrywających się z dążeniami politycznymi (poprzez
kryteria selekcji) rozmaitych elitarnych interesów, tworzy
to niestrawną dla większości gmatwaninę pojęciową. Na tym
przecież odruchu bazowali peerelowscy dziennikarze i redaktorzy,
wmawiający do dziś opinii publicznej, że oni sami byli w mediach
tylko ofiarami, nie zaś katami wolnego słowa. A zdarza się
im nawet twierdzić, że toczyli „ukrytą” wojnę z władzą.

Tę pierwszą iluzję wzmacnia subiektywizm spojrzenia, spowodowany
rzadko lub wcale nieuświadamianym sobie „podłączeniem”
do środowiskowo odziedziczonego „nadajnika”. Fakt ten sprawia, że
część ludzi odbiera informacje wraz z opiniami wyselekcjonowanymi
w sposób odpowiadający ich własnym przekonaniom (bardziej je
zatem jeszcze wzmacniając), podczas gdy inni ludzie, o przekonaniach
przeciwstawnych wobec tych pierwszych, też otrzymują informacje
wspierające ich przekonania, choć wyselekcjonowane
w sposób całkiem odmienny. Ani jedni, ani drudzy nie zwracają
jakoś uwagi na zastanawiający, wydawałoby się fakt, że podobnie
do nich samych, także ich oponenci pewni są słuszności własnych
racji, i to mimo iż brak jest podstaw do podejrzeń, by byli zgrają
bezkrytycznych idiotów. Jeśli zatem dwóch równie inteligentnych
ludzi wyciąga odmienne wnioski, oznaczać może to tylko, że: albo
swoje wnioski oparli na różnych – w ten czy inny sposób – podstawach
(informacjach), albo, że bardziej kierowali się pierwotną sympatią
i uprzedzeniami niż logicznymi wnioskami. A może to właśnie
dlatego najwięcej głosów w poprzednich wyborach zdobyli
postkomuniści, mimo że do końca – jak powszechnie wiadomo –
służyli potępionemu publicznie ustrojowi? Czyżby więc poglądy wyborców
zależały właśnie od rodzaju nadajnika, wyniki zaś głosowania
od liczby odbiorców podłączonych do każdego z nich, czyli od zasięgu
opiniotwórczego na nich oddziaływania?

Drugi efekt manipulacyjny to rezultat sugestii, wywołanej
strukturą prawd selektywnych. Dla wyjaśnienia, o co mi chodzi,
posłużę się w dalszej kolejności diagramami. Selekcja bowiem,
o której tu mowa, nie jest selekcją dowolną, lecz selekcją kryterialnie
podporządkowaną i celowo uporządkowaną. Wyobraźmy
sobie dla przykładu informację opisującą scenkę, którą można
byłoby zatytułować „Jacek i Agatka”:

GDY JACEK ZOBACZYŁ, ŻE KRZYŚ BIJE AGATKĘ, STANĄŁ
W JEJ OBRONIE, NIECHCĄCY ROZBIJAJĄC KRZYSIOWI NOS
.


Otóż wedle metody kłamania, o której mowa (prawda selektywna),
scenkę tę opisać można w rozlicznych wersjach, z których
każda wyrażać będzie coś odmiennego od informacji wyjściowej
(pełnej). Stanie się więc informacją kłamliwą, choć
tworzyć ją będą wyłącznie autentyczne fragmenty informacji wyjściowej
– prawdy cząstkowe. Dla przykładu:


„Jacek rozbił Krzysiowi nos”.
„Jacek zobaczył, że Krzyś bije Agatkę”.
„Krzyś bił Agatkę, a Jacek rozbił mu nos”.
„Jacek stanął w obronie Agatki, gdy zobaczył, że bije ją Krzyś”.
„Krzyś bił Agatkę”
itd., itd.

Wersji takich można by sporo jeszcze mnożyć, w zależności od
zamierzonego, manipulacyjnego efektu. Rzecz jednak w tym, że
każdy z wariantów tej prawdy selektywnej, poza informacją wyjściową,
jest kłamstwem, stanowiąc niepełny, fragmentaryczny opis
zdarzenia. A fragmentaryczność ta nie jest bynajmniej dowolna,
lecz poprzez kryterium korzyści podporządkowana interesowi podmiotu
selekcjonującego (redagującego). Każda więc z tych prawd selektywnych
ukazuje odbiorcy nieprawdziwy przebieg zdarzenia, choć
każdy jej element jest informacją prawdziwą. Dzieje się tak z dwóch
powodów: odbiorca informacji nie wie, że otrzymany obraz jest obrazem
niepełnym. Jeśli zaś nawet tego się domyśli, to uzupełni go
metodą domniemywania, bardzo podatną na s u g e s t i ę.

Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Administrator
Site Admin


Dołączył: 04 Maj 2008
Posty: 9116

PostWysłany: Pią Wrz 26, 2008 9:20 am    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Kolejny fragment książki "Matrix, czy prawda selektywna" (s. 179 - 184); całość na stronie Adama Haribu "PERMEDIUM"

http://www.permedium.pl/

Cytat:
Innym modelowym przykładem może być następująca informacja
wyjściowa:

„CHIRURG S. PRZEPROWADZIŁ OPERACJĘ NA OBYWATELU
B., BY PO TRZECIM JUŻ ZAWALE SERCA URATOWAĆ JEGO ŻYCIE.
W TYM CELU ROZCIĄŁ MU CHIRURGICZNYM NOŻEM KLATKĘ
PIERSIOWĄ ORAZ – DLA POBRANIA NACZYŃ KRWIONOŚNYCH
DO PRZESZCZEPU – LEWĄ NOGĘ. NIESTETY, PACJENT ZMARŁ
Z UPŁYWU KRWI”.


Cenzor lub redaktor posłużyć się tu może odmiennym doborem
informacji cząstkowych, w zależności od potrzeby ukazania
chirurga S. w korzystnym czy też niekorzystnym świetle, wcale
nawet nie potrzebując uciekać się do kłamstwa wprost. W pierwszym
przypadku wystarczy, że pominie tylko, a więc usunie –
ostatnie zdanie. W drugim przypadku usunąć musiałby cały aż
szereg informacji cząstkowych, w rezultacie czego powstałaby
informacja o następującym brzmieniu:


„S. rozciął nożem obywatelowi B. klatkę piersiową oraz nogę,
tak że zmarł on z upływu krwi”.


W ten to sposób z ratującego życie chirurga, S. zamienia
się w mordercę obywatela B., mimo że każda z mówiących o tym
(sugerujących) informacji cząstkowych pozostała niezmieniona,
a więc prawdziwa.


Zawsze najlepiej jest jednak prześledzić konstrukcję prawdy
selektywnej na konkretnym, z życia wziętym przykładzie.
Posłużmy się zatem autentyczną manipulacją medialną. Jest nią
skandal sprzed kilku miesięcy, wywołany ujawnieniem (tak się
czasem zdarza) sfabrykowania przez media bohaterskiej legendy
wokół wziętej do niewoli przez Irakijczyków żołnierki amerykańskiej
Jessiki Lynch, odbitej później z irackiego szpitala przez kolegów
z innego oddziału – poprzez właśnie odpowiednie wyeksponowanie
wybranych fragmentów epizodu wojennego, przy totalnym
zarazem przemilczeniu autentycznego męstwa i oczywistego bohaterstwa
jej kolegi – kaprala Patricka Millera.
Zawdzięczają
mu zresztą tak ona sama, jak i jej pozostali koledzy – pozostanie
przy życiu. Czytelnik może sam bez trudu zrekonstruować dokonaną
tu selekcję. Do ujawnienia bluffu doszło dzięki temu głównie,
że jego inspiratorem okazała się władza mediom podporządkowana,
a dokładniej jej człon wykonawczy (Pentagon). Całkiem
więc tak, jakby media chciały „napomnieć” władzę państwową,
zwracając jej uwagę na to, że nie jest powołana do kreowania
prawd selektywnych. Wypada w końcu wspomnieć o udostępnieniu
światowej opinii publicznej prawdy cząstkowej o barbarzyńskich
okrucieństwach popełnianych przez armię amerykańską
(oficjalnie pomagającą wyzwolonemu narodowi w przyswajaniu
ideałów zachodniej cywilizacji, a więc: wolności, demokracji czy
poszanowania dla praw człowieka) wobec irackich jeńców wojennych.
Prawda ta mogła przecież równie dobrze nigdy nie zostać
ujawniona (rok to całkiem niezły sprawdzian), a stało się tak jedynie
dzięki zmianie układu sił w obrębie władzy medialnej na
korzyść „wektorów opiniotwórczych” (frakcji) niechętnych całej
tej akcji. Wtedy gdy sama władza opiniotwórcza – jako już niejako
zgodna całość – uznała, poprzez pokrywającą się z takim właśnie
wnioskiem wypadkową wszelkich pozostałych opiniotwórczych
tendencji, że wojna przynieść musi więcej strat niż korzyści dla
całego, sterowanego i chronionego przez siebie systemu.

Także Andrzej Koraszewski, gdy manipulował informacjami
na mój temat oraz o zdemaskowanej przeze mnie w 1977 roku
cenzurze PRL, postępował zgodnie z identyczną regułą. We własnym
oraz jego postkomunistycznego środowiska interesie leżało
ukazanie tak mnie, jak i ujawnionych przeze mnie tajemnic
cenzury, w sposób, umożliwiający scedowanie płynących z tej
demaskacji zasług na własne konto (w ramach rozpoczętej już
eksploatacji „wyłudzonego czasu” – vide: rozdz. 15). Wymagało to
konsekwentnego przemilczania dwóch następujących faktów:

1. że główna, a przy tym najważniejsza, część dokumentów
cenzury została w warunkach nieustającego zagrożenia, ręcznie
przeze mnie przepisana („Księga Zapisów i Zaleceń GUKPPiW”),

2. że zrobiłem to w ciągu krótkiego, bo około 18 miesięcy
trwającego (i to tylko z powodu wyczekiwania na wydanie paszportu)
pobytu w krakowskiej delegaturze tego urzędu.

Informacja ta wykluczała bowiem porównywanie mnie
z ubeckimi łotrami Światłem oraz Czechowiczem, skoro ukazywała
kogoś, kto przeciwnie – odmówił przecież pójścia w ich
ślady. Należało zatem niekorzystną tę prawdę cząstkową – „wyingerować”!

O tak, Koraszewski doskonale o tym wiedział, pożyczając
mi z tego właśnie powodu własną maszynę do pisania. To na
niej raz jeszcze – tym razem na emigracji – na nowo musiałem
całą księgę przepisywać z mojego rękopisu (dla umożliwienia
publikacji w „Aneksie”). W tych warunkach zajęło to już nie więcej
niż miesiąc. Księga zatem z powrotem przybrała swą wyjściową
(maszynopisową) formę, a więc taką, jaką miał leżący w kasie
pancernej w Krakowie oryginał. Koraszewski musiał dbać
tylko o to, by jak najdłużej nie padła na ten temat najmniejsza
wzmianka.

Dopiero po 22 latach widok moich rękopisów w filmie dokumentalnym
Grzegorza Brauna wywołał zdziwienie wśród rozmawiających
ze mną dziennikarzy. Odtąd nie dało się już prezento
wać mnie jako jakiegoś „wstrętnego cenzora, co to najpierw nagrzeszył
sobie do woli, by później dopiero zdecydować się na zmazanie
win”. Koraszewskiemu chodziło zatem tak o zatajenie jednej
prawdy cząstkowej (o wkładzie mej własnej pracy), jak
i o równoczesne zmarginalizowanie drugiej prawdy cząstkowej
(o krótkotrwałości mojego pobytu w tym urzędzie) – do tego stopnia,
by nie zwracało to uwagi, pozostając wciąż niezauważone.
Dzięki temu, a także na skutek systematycznego lansowania
przez Koraszewskiego zbitki asocjacyjnej, upodabniającej mnie
do osoby Izaaka Fleischfarba (Józefa Światły) lub też (jak w wariancie
Gąssowskiego) do Czechowicza (vide: rozdz. 14 – „KUMPLE”),
dało się już rozgłaszać, że Strzyżewski to „agent bezpieki”
lub też: „cenzor, który zmienił poglądy i uciekł” (vide: rozdz. 13 –
„PASZKWIL” Koraszewskiego). Można było też insynuować okoliczność
– ułatwiającą zamysł scedowania zasług – że materiały
te zdobyte i skompletowane zostały w drodze przypadku, kiedy
ów „drugi Światło” złapał w ostatniej chwili to tylko, co znalazł
pod ręką. W podobny zresztą sposób kreowane były przez „zwycięzców”
inne rozliczne fałsze historyczne, większości z których
nigdy nie da się już ani wykryć ani też skorygować.

Ale nawet i bez żadnego „podpowiadania” zamierzony efekt
byłby zapewniony, ponieważ żywe istoty wierzą głównie w to, co
widzą. Wszystko natomiast, co przed zmysłową percepcją ukryte,
te luki w odbieranym przekazie, zasklepiają się, zanim zostaną
uświadomione. Krawędzie ich zlewają się z „krawędziami”
otaczających je prawd cząstkowych, w podobnie automatyczny
sposób, jak przerwy wywołane mrugnięciami powiek usuwane
są z pola widzenia przez mózg. Sugestia bierze się stąd, że odbiorca,
wyciągając uogólniające wnioski, dopowiada sobie na ich
podstawie całe niejednokrotnie szeregi zdarzeń uzupełniających.
Wymowa ogólna otrzymanej prawdy selektywnej, a w jej następstwie
i domniemane szczegóły stać się mogą tym sposobem identyczne
lub co najmniej podobne do tych, które dotarłyby do nas
pod postacią kłamstwa wprost, informującego – jak już wcześniej
sprecyzowałem – że zdarzyło się coś, co się nie zdarzyło, lub na
odwrót.

Załóżmy dla zobrazowania, że korzystna z tego czy innego
powodu informacja (lub opinia) przyjmuje postać kwadracika
o białym polu, niekorzystna zaś – kwadracika o polu czarnym.

Pomińmy dla uproszczenia trzecią jeszcze – informację neutralną.
Dla cenzora (lub redaktora czy też samocenzorującego się autora)
jest ona i tak równoznaczna z informacją korzystną. Wyobraźmy
więc sobie, że na obraz jakiegoś hipotetycznego zdarzenia
składają się dostępne nam informacje cząstkowe w liczbie 56,
z których 36 jest informacjami korzystnymi (białymi), 20 zaś niekorzystnymi

(czarnymi):


Cenzura (oraz redakcja) ma tu niezwykle szerokie i wdzięczne
pole do popisu. Kreując PRAWDĘ SELEKTYWNĄ może wybrać
sobie ona z bogatego zestawu prawd cząstkowych wyłącznie korzystne
albo też dobrać je tak, aby otrzymany zbiór zdominowany
był przez te korzystne. Obraz zdarzenia otrzyma tak w jednym,
jak i drugim wypadku, wymowę dla selekcjonera pozytywną:




Odwrotnie postąpi, gdy celem manipulacji będzie nadanie
zdarzeniu wymowy dla kogoś negatywnej:




Wariantem z lewej strony posługują się z zasady media ustrojów
totalitarnych, gdzie władza opiniotwórcza, włączona w struktury
scentralizowanej władzy państwowej (formalnej), nie obawia
się zakwestionowania wiarygodności czy też obiektywizmu
emitowanych przez siebie informacji i opinii. W systemach formalnej
demokracji jest natomiast całkiem inaczej na skutek rozdziału
ośrodków władzy, który, jeśli nawet w praktyce formalny
i niepełny, zapewnia jednak – dzięki wzajemnemu i publicznemu
kontrolowaniu się – pewien zakres korzystnego dla ogółu
powstrzymywania autorytarnych zakusów i zapędów władzy formalnej.
W „realnych” demokracjach samorzutnie powstaje zatem
bardziej „uwiarygodniony” wariant prawdy selektywnej, widoczny
po stronie prawej
.
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Administrator
Site Admin


Dołączył: 04 Maj 2008
Posty: 9116

PostWysłany: Nie Wrz 28, 2008 8:52 am    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Kolejny fragment książki "Matrix, czy prawda selektywna" (s. 184 - 188); całość na stronie Adama Haribu "PERMEDIUM"

http://www.permedium.pl/
Cytat:

Technikę cenzorskiego fałszowania poprzez wtórną sugestię
także przedstawić można graficznie. Jeśli przyjmiemy, że
konfiguracja prawd cząstkowych, z której wyłaniać miałaby się
korzystna (z punktu widzenia osoby redagującej = cenzurującej)
wymowa ogólna – przyjmując symboliczny kształt w formie, dajmy
na to, „trójki”, ma jednak w rzeczywistości niepożądany
kształt „ósemki”, to poniższy schemat ilustruje łatwość, z jaką
redaktor ów lub cenzor może zamienić ją w wymowę korzystną.
Wystarczy, że usunie (przemilczy, zatai lub opuści) z kompletnego
obrazu zdarzenia dwie zaledwie prawdy cząstkowe. Nie potrzebuje
nawet posuwać się do kłamstwa wprost.


Oszczędnością ingerencyjnych środków imponował podległym
sobie „radcom” szef krakowskiej delegatury GUKPPiW – Tadeusz
Leśniak. Jego ingerencje cenzorskie ograniczały się do usunięcia
z tekstu tylko jednego lub dwóch wyrazów, do zmiany znaku
interpunkcyjnego lub jakiejś tu i tam końcówki, i już wymowa
zdania czy całego nawet tekstu zmieniała się radykalnie. A prze-
cież nauczył się on tego wszystkiego (jak sam wspomina – vide:
książka P. Misiora „Ja, Tomasz Strzyżewski”, str. 62) nie na żadnych
kursach partyjnych, lecz jako zwykły peerelowski dziennikarz,
zwłaszcza zaś w okresie, gdy redagował „Głos Młodzieży”.
W tej samej gazecie pracował zresztą, by doskonalić własną autocenzurę,
przyjaciel Koraszewskiego – Ludomir Gąssowski (vide:
rozdz. 14 „Kumple”).

Amoralność formy kłamstwa, zwanej tu PRAWDĄ SELEKTYWNĄ,
stanowi zło znacznie większe, niż gdyby wywołało ją kłamstwo
wprost. Jest to bowiem rodzaj kłamstwa podwójnego, jako
że nakłada się nań kłamstwo dodatkowe, wynikające ze struktury
powstałej tą drogą prawdy selektywnej. Sugeruje ona mianowicie
odbiorcy błędne wyobrażenie o tym, że kłamliwa informacja
jest prawdą, poprzez powoływanie się na autentyczność
elementów składowych.


Toteż nie bez powodu interesująca (przez wyjątkowość analizowanego
zjawiska oraz kuriozalność losu zgotowanego przez
Czerwonych Khmerów swemu własnemu narodowi, przewyższającego
okrucieństwami – bez porównania bardziej „nagłośniony”
– holocaust żydowski) okazała się dla mnie lektura książki Tadeusza
Detyny pt. „Polityka PRL wobec Kambodży w okresie rządów
Czerwonych Khmerów”
(praca doktorska, KUL, Lublin 2000).
Z mojego punktu widzenia jest ona bowiem naukowym studium
(na przykładzie Kambodży) także projekcji oraz percepcji PRAWDY
SELEKTYWNEJ nie tylko w warunkach totalitarnych (jak w PRL),
ale także tam, gdzie panowała i panuje formalna wolność słowa,
czyli w krajach tradycyjnie uznawanych za demokratyczne. Wyśmienicie
więc koresponduje z tym, co jest tematem mojej własnej
publikacji, a o czym – od zdemaskowania cenzury przed 26
laty – tak bezskutecznie usiłowałem publicznie mówić. Niedopuszczanie
mnie do głosu nie powinno jednak dziwić, skoro przecież
było ono i jest przejawem obstrukcyjności tego właśnie zjawiska,
o którym opinię publiczną usiłowałem informować.

Na stronie 239 czytamy np.: Osoby odnoszące się z sympatią
do czerwonokhmerskiej Kambodży mogły nawet w wolnościowej
Francji – jak wykazał Jean-Noël Darde – odciąć się poznawczo od
opinii odmiennych niż własne i wzajemnie się utwierdzać w swych
przekonaniach, zamykając się choćby we własnym kręgu informacyjnym
dziennika L’Humanité. Sympatyk reżimu z Phnom Penh,
nawet analizując drastyczne treści propagandy kreowanej przez ten
reżim, mógł zwracać uwagę jedynie na uspakajające informacje, by
rozproszyć swe wątpliwości. Zarówno Leon Festinger, jak i Charles
Lord, Lee Ross oraz Mark Lepper wykazali, że człowiek tak dobiera,
a nawet zniekształca informacje, by pasowały do jego wcześniej
uformowanych poglądów. (Pokrywa się to z moją własną tezą o rozwarstwieniu
zjawiska cenzury, w części dotyczącej tzw. selekcji
własnej odbiorcy – vide: rozdz. 16 „Aneks”, T.S.) Z kolei posiadając
określone poglądy, kreuje odpowiednie do nich – spreparowane
informacje. [...] Psychologia społeczna, wyjaśniając wychodzenie jednostki
poza posiadane informacje i dokonywanie interpretacji przyczynowych,
posługuje się pojęciem atrybucji. Teoria atrybucji dotyczy
reguł, którymi posługują się ludzie, usiłując wyciągnąć wnioski
o przyczynach obserwowanych wydarzeń. Thomas Pettigrew mówił
o podstawowym błędzie atrybucji, gdy człowiek wyjaśnia wydarzenia,
interpretuje informacje, dokonuje przewidywań zgodnie ze swymi
przekonaniami i uprzedzeniami.

Na stronie zaś 330 autor stwierdza: nawet żyjąc w świecie
bez cenzury (zinstytucjonalizowanej – przyp. mój, T.S.), można
być otwartym tylko na jeden strumień informacji, a tzw. sympatia
pierwotna zawsze wyznacza odpowiedni dobór argumentów. Na
stronie 643 Tadeusz Detyna przypomina żenującą prawdę o tym,
że w Kambodży doszedł do władzy reżim Czerwonych Khmerów, na
którego czele stali między innymi humaniści z tytułami francuskich
wyższych uczelni. A na str. 352 czytamy: Jak głosi teoria Festingera:
gdy się z kimś choćby częściowo identyfikujemy (sympatia
jest jedną z form identyfikacji – przyp. mój, T.S.), to znajdujemy
z łatwością całą plejadę argumentów pocieszająco-usprawiedliwiających;
gdy zaś chcemy kogoś potępić, to zapominamy o przyczynach
i uwarunkowaniach i przypisujemy potępianemu złą wolę (schemat
ten jest szczególnie widoczny podczas procesów sądowych).

Dalej, na stronie 355 mowa o unikaniu dyskomfortu psychicznego,
wywołanego długotrwałym kłamaniem: Dyskomfort
można też zredukować poprzez odpowiedni dobór argumentów (np.
uwypuklając „zalety” kambodżańskiego reżimu, jak równość, likwidacja
prostytucji, korupcji, hazardu itd.), a tym bardziej dzięki tworzeniu
kręgów towarzyskich – złożonych z osób o podobnych przekonaniach.
Krąg taki, złośliwie zwany gronem wzajemnie wspierających
się hipokrytów, może sprawić, iż nawet żyjąc w wolnym społeczeń
stwie, można maksymalnie odciąć się poznawczo od opinii odmiennych
niż własne, co powoduje myślenie grupowe (sokratesowski
„owczy pęd” – przyp. mój, T.S.) i grupową redukcję dysonansu lub
wręcz zapobiega pojawieniu się takiego dyskomfortowego zjawiska.
[...] Zaślepienie elit intelektualnych jest niewątpliwie jednym z najbardziej
fascynujących problemów badawczych zarówno dla psychologów,
jak i filozofów, politologów, socjologów czy ekonomistów. Sprawia
on bowiem, że poziom wykształcenia nie ma prostego przełożenia
na trafność ocen, a tym bardziej prognoz, zaś dostęp do informacji
nie musi prowadzić do wyciągania z nich logicznych wniosków.

Jeszcze dalej (str. 575): Z psychologicznego punktu widzenia,
jeśli naganne zachowanie człowieka można usprawiedliwić jakąś
zewnętrzną przyczyną, np. zapłatą lub brakiem wyboru, to nawet
po wielkich przełomach nie pojawia się krytyczny stosunek do swych
zachowań w przeszłości.

Na stronie zaś 641 odkryłem refleksję w formie retorycznego
pytania, której trudno nie podzielać: czyż jest możliwe wypra-
cowanie jednoznacznych kryteriów dobra i zła oraz środków legalnego
i zarazem skutecznego egzekwowania szacunku dla uniwersalnych
praw człowieka, czy też świat jest po prostu skazany na
bezustanny kulturowy, ideologiczny i moralny relatywizm.
Końcowe zaś zdanie książki o Czerwonych Khmerach zamyka
się optymistycznym życzeniem: Można tylko mieć nadzieję,
że będzie to polityka (w przyszłej Polsce – przyp. mój, T.S.) prowadzona
przynajmniej przy otwartej kurtynie – w warunkach wolności
słowa i politycznego pluralizmu. Nie byłbym w tym wypadku optymistą.
Nie mogę po prostu wykluczyć możliwości, że idee, o których
mowa, okażą się w przyszłości podobną utopią, jak idea socjalizmu
czy komunizmu.

Media państw totalitarnych malowały przed wewnętrzną oraz
zewnętrzną opinią publiczną kłamliwy obraz rzeczywistości, układając
go z prawdziwych informacji cząstkowych. A działo się tak
dzięki pracującym dla nich (z własnego przecież świadomego
wyboru) redaktorom, dziennikarzom i publicystom. Nie było jednak
lepiej (i nadal zresztą tak nie jest) z moralnością elit współtworzących
podówczas wolne od państwowego nadzoru media demokratycznego
Zachodu.

Trudno zapewne o rzecz bardziej frustrującą niż otoczenie
ludzi, którzy ani siebie samych nie rozumieją, ani tego, co się
do nich mówi. Już Sokrates doszedł do wniosku, że taka opresja
to rzecz nawet gorsza od śmierci, postanawiając w 399 roku p.n.e.
wypić swój kielich z trucizną. Nie darzył on zresztą większą estymą
samej także demokracji. Stanowiła ona w jego oczach triumf
stadnego odruchu (tego „owczego pędu” z ulubionych przez niego
porównań) nad rozumem – na skutek właśnie „baraniego” przeświadczenia,
że większość nie może nie mieć racji.

Od jego śmierci upłynęło już wszakże tyle czasu, że elity
polityczne zdążyły do perfekcji opanować sztukę manipulowania
tymi odruchami. „Barany” zaś nadal przekonane są, że postępują,
jak chcą, i że wybierają z własnej woli.
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Administrator
Site Admin


Dołączył: 04 Maj 2008
Posty: 9116

PostWysłany: Sro Paź 01, 2008 7:59 am    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Kolejny fragment książki Tomasz Strzyżewskiego "Matrix, czy prawda selektywna" (strony: 189 - 192)
Całość dostępna jest na stronie PERMEDIUM http://www.permedium.pl/
Uwaga! Z przykrością muszę się przyznać do ingerencji w integralny tekst Autora (mam nadzieję, że Tomek mi wybaczy). Otóż wszelkie wytłuszczenia w tekście pochodzą ode mnie. Czynię tak po to, aby ułatwić lekturę i zwrócić uwagę na fragmenty, które uważam, za szczególnie ważne. Wszystkie osoby, które w ten sposób zostały wprowadzone w błąd, jak również samego Autora - przepraszam. Przepraszam za ingerencję (mam zamiar to czynic nadal), ale przede wszystkim za brak informacji, iż pochodzi ona ode mnie.

Cytat:
George Orwell, autor tropionego wytrwale przez cenzorów
z GUKPPiW słynnego „Roku 1984”, pisał w nieopublikowanej
przedmowie do swojego wcześniejszego „Folwarku Zwierzęcego”,
że cenzura w tzw. wolnych społeczeństwach musi być daleko bardziej
wyrafinowana i znacznie głębiej sięgająca niż w dyktaturach,
ponieważ nielubiane idee mogą zostać wyciszone, a kłopotliwe
fakty utrzymane w tajemnicy, bez jakiegokolwiek urzędowego
nakazu.


Kto w pełni pojął sens totalnej (bo wyłącznej przecież) zależności
od informacji – w jakiej chcąc nie chcąc tkwimy – nie
może już wątpić w to, że rzeczywistą władzę nad nami ma ten,
kto kontroluje docierającą do naszego umysłu informację. To on
przecież dzierży nas w swej mocy, rozstrzygając o tym, co mamy
wiedzieć, i co o tym następnie mamy sądzić. Staje się w ten
sposób (za jednym zamachem) panem naszej woli. Jeśli ktoś w to
wątpi, to wskutek arogancji, zdolnej skłonić go do postawienia
znaku równości między inteligencją (wyrażającą się w zdolności
do krytycznej oceny) a... „jasnowidztwem”. W rzeczywistości każda
życiowa decyzja, każdy dokonany przez nas wybór totalnie,
a zatem i wyłącznie, zależą od informacji docierającej do naszej
świadomości.

George Orwell, pisząc swe przepowiednie, zdawał sobie doskonale
z tego sprawę. Ale równie dobrze wiedzą dziś o tym (choć
z nikim się tym nie dzielą) wszyscy ci, co zabiegają o zajęcie
miejsca w strukturach władzy medialnej, miast w obrębie władzy
formalnej. Dostrzegają mianowicie dokładnie tę samą prawdę,
którą jeden z podziwianych przez nich mogołów medialnych
zrekapitulował słowami: Kto kontroluje informację, ten ma prawdziwą
władzę! Rozumieją przy tym, że jest tak wyłącznie wskutek
tego, że owa władza z samej swojej natury nie jest władzą
demokratyczną, bo w przeciwieństwie do trzech pozostałych –
nie daje się ona (jak u Monteskiusza) podłączyć do ograniczających
jej samowolę mechanizmów ludowładztwa. Każdy zarazem
z tych, którzy kontrolują informację, wie doskonale, że poddane
informatycznemu sterowaniu masy ludzkie nic na ten temat
nie wiedzą i nic z tego nie rozumieją.
Gotowi więc są czynić
wszystko, by tak było nadal!

O ogromie zasięgu oddziaływania mass mediów na ludzką
świadomość, a zatem i sterowania naszą wolą, przekonali się po
raz pierwszy radiowcy, którzy już w 1938 roku – jak trafnie przypomniał
Maciej K. Sokołowski w „Głosie” nr 42 (852): nadali w Stanach
Zjednoczonych słuchowisko o najeździe Marsjan na Ziemię,
słynną „Wojnę Światów” Wellesa. Wybuchła panika, bo ludzie uwierzyli
fikcji. A przecież było to tylko radio. Nie było telewizji, internetu
i dzisiejszych technologii, stwarzających bez porównania
większe złudzenie „wirtualnej prawdy”. W dodatku była to tylko
rozrywka, zwana science fiction.

Fabrykowaniem ocenzurowanej prawdy (prawdy selektywnej)
zajmują się redakcje wszystkich mediów. Niekoniecznie
każdy redaktor zdawać musi sobie z tego sprawę i niekoniecznie
musi tego pragnąć. Wyrafinowana metoda, o której wspominał
George Orwell, to oczywiście nie rezultat jakiegoś światowego
spisku, lecz wypadkowa instynktu samozachowawczego i praw
konkurencji, czyli końcowy efekt działania praw przyrody w obrębie
stworzonych przez człowieka wspólnot społecznych. Podobnie
jak fakt, że wszyscy usuwamy rękę znad płomienia, nie jest
rezultatem ogólnoświatowej zmowy, lecz reakcją na ból ostrzegający
przed uszkodzeniem ciała, tak i na każdy inny sygnał
ostrzegający przed utratą korzyści ekonomicznych lub innych
(uszkodzenie lub zniszczenie sieci intratnych kontaktów społecznych,
jak przyjaźnie lub znajomości), reagujemy odruchowo
– wprowadzając w błąd tych wszystkich, od których utrata owych
korzyści mogłaby zależeć. Chronimy się więc przed poniesieniem
straty, ukrywając, tj. PRZEMILCZAJĄC wyselekcjonowane informacje.
Zatem wszyscy ludzie, o ile tylko dzielą podobny interes
(np. korzyści płynące ze sprawowania władzy opiniotwórczej),
w bardzo podobny sposób będą reagować, wcale nie wchodząc ze
sobą w jakąkolwiek zmowę, opartą o osobiste kontakty. Dla niezorientowanego
w zagadnieniu i obrazowo myślącego obserwatora
może to jednak właśnie wyglądać na zmowę.

(wytłuszczenie Autora)
O tym zafałszowywaniu rzeczywistości nie zawsze też musi
wiedzieć każdy „trybik” medialnej maszynerii. Końcowy efekt
manipulacyjny to jedynie konsekwencja wewnętrznej logiki w samoczynnie
funkcjonującym systemie, podobnie jak w przyrodzie,
gdzie analogiczny układ wewnętrznych uzależnień steruje systemem
ekologicznym. Żaden lew czy hiena nie zdaje sobie przecież
sprawy ze swojej kontrolnej i regulującej funkcji. Poszczególni
ludzie („trybiki”), tworzący lub odczuwający związki z systemem,
kierują się wyłącznie własnym, partykularnie postrzeganym
interesem i to w zupełności wystarcza, by trzewia molocha pracowały
sprawnie. Nie znaczy to, by ten czy ów na szczytach jego
hierarchii, nie zdawał sobie sprawy ze swojej potęgi, wykorzystując
ją czasem w sposób nawet konspiracyjny. System polityczny
zaś (jako całość), gwarantujący oligarchii medialnej anonimowość
w sprawowaniu najwyższej władzy, musi oczywiście
dbać i o to, by masy odbiorców nadal nie dostrzegały i nie rozumiały
związku pomiędzy selekcją informacji a wywołanymi nią
aktami woli, zamanifestowanymi w „demokratycznych” wyborach.
Niezmordowanie więc władza ta – sama będąc władzą niedemokratyczną
– głosić będzie chwałę... DEMOKRACJI. Krzewi w ten
sposób wśród mas przeświadczenie o niewzruszonej obecności
czegoś, czego faktycznie nie ma!

W konsekwencji mamy dziś do czynienia z cenzurą, która
działa, zarówno w życiu społecznym, jak i politycznym oraz kulturalnym,
nie poprzez konspirację, lecz poprzez długi nieraz łańcuch
(lub serie) decyzji na mikropoziomie, opartych na milczącym
(nigdy i nigdzie nie sformułowanym) consensusie, przyjmującym
postać tzw. poprawności politycznej i obyczajowej. Mimo więc, że
nie ma tu mowy o konspiracji, wszystko, co starałem się wyżej
wyjaśnić, wydać się może snuciem teorii spiskowej z tego tylko
powodu, iż związek przyczynowy, na który zwracam uwagę, na
dal jest niedostrzegany. Jedyne więc, co można by poradzić, to
wyplucie (natychmiastowe) brzydkiego słowa oraz przystąpienie
do samodzielnego wyciągania wniosków
.
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Administrator
Site Admin


Dołączył: 04 Maj 2008
Posty: 9116

PostWysłany: Czw Paź 02, 2008 7:34 am    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Kolejny fragment książki Tomasz Strzyżewskiego "Matrix, czy prawda selektywna" (strony: 192 - 196)
Całość dostępna jest na stronie PERMEDIUM http://www.permedium.pl/


Cytat:
Tzw. WOLA LUDU – jako definicyjny składnik pojęcia DEMOKRACJA
– tylko wtedy i wyłącznie wtedy mogłaby pozostać
niezawisła, gdyby LUD miał zapewniony dostęp do pełnej informacji,
niezmanipulowanej przez wąskie elity.
Wyniki wyborów
nie są więc (nie tylko w Polsce) triumfem demokracji, lecz jej
klęską. Jeśli są one triumfem, to triumfem którejś z frakcji lub
opcji politycznej rywalizujących w obrębie władzy opiniotwórczej,
wyrazem ścierania się ich wpływów i interesów, co ani z ideą
demokracji, ani z demokratycznymi regułami gry politycznej
absolutnie, nic a nic wspólnego nie ma! Frakcje istniały i zwalczały
się wzajemnie nawet i w totalitarnych dyktaturach. Ta
walka o wpływy, o jak największy dostęp do samej możliwości
wpływania na „wolę ludu”, a więc na kształtowanie się opinii
dominującej w życiu publicznym, toczy się bowiem w mediach
poza ramami urządzeń demokratycznych, funkcjonujących formalnie
i jedynie siłą inercji. Obecnie w mediach amerykańskich
przewaga przesunęła się wyraźnie na stronę falangi prawicowej
(m.in. poprzez wzrost popularności oraz znaczenia stacji
telewizyjnej Murdocha „Fox”). Rezultat tychże zmagań we wnę-
trzu „wieży z kości słoniowej”, transmitowany jest następnie na
postawy oraz preferencje wyborcze odbiorców masowego przekazu,
znajdując swój ostateczny wyraz w odpowiadającym mu procentowym
podziale wpływów (np. miejsc w parlamentach) w obrębie
władzy formalnej (państwowej) – po wyborach.

Jeśli klikniesz dwa razy rysunek się powiększy i bedzie bardziej czytelny



Chodzi tu („transmisja”) o posługiwanie się metodą kreowania
owej prawdy selektywnej, polegającą na systematycznym eliminowaniu
z pełnego obrazu zdarzeń pewnych jego fragmentów,
pewnych prawd cząstkowych. Jest to najzwyklejszy, od zarania
ludzkich dziejów stosowany zabieg cenzorski. Reprezentuje on
to samo zło moralne, co prawda selektywna, którą roztaczał przed
swymi poddanymi, dajmy na to, egipski faraon, każąc zeskrobywać
hieroglify z kartuszami królowej Hatshepsut czy z kartuszami
pary faraońskich heretyków Echnatona i Nefretete lub
też opuszczać wszelkie wzmianki o przegranych bitwach w kronikach
historycznych. Kreowaniu podobnej prawdy selektywnej
służyły ingerencje cenzury kościelnej, gdy ofiarą jej padły niegdyś
pozostałe, nie uznane za „autentyczne” ewangelie, a wśród
nich np. „Ewangelia według Tomasza”, lub w imię której ogłoszony
został „Indeks ksiąg zakazanych” itd. W imię tejże samej
prawdy musiał spłonąć żywcem na stosie Giordano Bruno. Nie
inaczej też funkcjonowały urzędy cenzury w Królestwie Kongresowym,
w Polsce międzywojennej i w PRL. I wcale nie inaczej
jest w realnych demokracjach. Różnica, oczywiście, istnieje. Tkwi
jednak tylko w tym, że tzw. wolne media posługują się kryterium
cenzorskim chroniącym ich własny interes, zamiast interesu
władzy państwowej. Nie nazywając siebie cenzorami, redaktorzy
są więc nimi z samej definicji.

Gdy podczas krótkiej wizyty w Warszawie, w kwietniu 2000
roku, oglądałem rodzaj debaty w studiu telewizyjnym z udziałem
Adama Michnika i jakiegoś redaktora z „Polityki”, usłyszałem
nagle, jak Michnik z zaskakującą szczerością mówi: To dobre
pytanie! Proszę Pani – REDAKCJA TO SELEKCJA!... i na tym przerwał.
Bo o tym, że selekcja to właśnie cenzura, nie wie przytłaczająca
część widzów. Na nalegania dziennikarki zareagował
chichotem, zrazu nerwowym, wreszcie ironicznym. Na pytanie
o to, co tak go rozśmieszyło, nie raczył już nawet odpowiedzieć.

Rzecz nie tylko w tym, że z jakiegoś powodu, choć unikając
przyznania, że prawda selektywna to kłamstwo – Michnik powie-
dział prawdę. Okazuje się bowiem, że redakcja informacji, a więc
ich selekcja, jest przed dopuszczeniem do obiegu publicznego
rzeczą nieuniknioną. Istnieje kilka tego przyczyn. Jedna z głównych
to fizyczne ograniczenie pojemności medialnego przekazu.
Skoro nie wszystkie informacje mieszczą się, dajmy na to,
na łamach gazety, to z materiału nagromadzonego przez podległych
mu newshunters (łowców informacji) redaktor musi wybrać
te, które wedle jego własnych kryteriów są ważniejsze, odrzucając
mniej ważne.
Z omówionych wcześniej naturalnych powodów
kryterium tym zawsze jest korzyść własna, wszystko jedno
jak interpretowana i jak sobie perswadowana.

Przeciwstawianie się tym odruchom to rzecz oczywiście
bardzo trudna. Bez porównania łatwiej jednak czynić to tym, którym
udało się dojrzeć sens zła moralnego, tkwiącego w bezmyślnym
poddawaniu się atawistycznym odruchom. Imperatywem
tych odruchów nie jest bowiem nakaz sumienia, lecz jedynie
i wyłącznie instynkt rywalizacji, służący rozprzestrzenianiu genów.
Inaczej mówiąc jest to egoizm, z którego bierze się każde
zło. Świadome podporządkowanie się temu instynktowi nie wymaga
ani uzasadnienia, ani zrozumienia (zdefiniowania), ani
także – co za tym idzie – żadnego wspólnego uzgodnienia, czyli
spisku. Każda społecznie aktywna jednostka instynktownie wie,
że aby nadzieje pokładane w przynależności do grupy lub w identyfikacji
z nią zostały spełnione, musi starać się o to, by informacje
oraz opinie niekorzystne dla tego, od kogo powodzenie to
zależy, nie przedostały się do wiadomości otoczenia.


Postulatem na dziś nie może więc być jakiś szaleńczy zakaz
cenzury odredakcyjnej. Byłoby to podobną utopią, jak powszechny
zakaz kłamania lub zakaz wyzysku człowieka przez
człowieka. Realistyczne – o ile nadal chcemy respektować zasady,
na których opiera się aktualny system medialny – może być
jedynie ograniczenie globalnego efektu cenzury, poprzez doprowadzenie
do względnej równowagi w zasięgu informatycznego
oddziaływania pomiędzy dwiema głównymi, antagonistycznymi
wobec siebie orientacjami politycznymi w obrębie mediów (oferującymi
prawicowy oraz lewicowy wariant kolektywnego sprawowania
władzy przez panujące elity).


Jak zaś w praktyce, całościowo i od podstaw, problem ten
dałby się rozwiązać, to sprawa odrębna. Wydaje się, że w pierw-
szym rzędzie akceptować należałoby konieczność posłużenia się
metodami już wypróbowanymi w rozwoju naszej cywilizacji. Polegały
one głównie na tym, że siły przyrody, zwane też żywiołami,
ujarzmiane były nie przez zagradzanie drogi ich przepływowi, lecz
przez kierowanie ich nurtu w koryto wspólnych potrzeb. Dobrym
przykładem jest melioracja rzek i gospodarka rynkowa. W jednym
przypadku wykorzystaliśmy destrukcyjną siłę żywiołu wodnego,
a w drugim amoralną z natury energię, tkwiącą w popędach
biologicznych (chciwość oraz egoizm), poprzez mądre ich
skanalizowanie i zaadaptowanie do wspólnych potrzeb.
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Sylwia



Dołączył: 03 Gru 2016
Posty: 67

PostWysłany: Sob Gru 03, 2016 12:33 pm    Temat postu: Forumoteka.pl Odpowiedz z cytatem



Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
Administrator
Site Admin


Dołączył: 04 Maj 2008
Posty: 9116

PostWysłany: Pią Paź 03, 2008 8:45 am    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Kolejny fragment książki Tomasz Strzyżewskiego "Matrix, czy prawda selektywna" (strony: 196 - 197)

Całość dostępna jest na stronie PERMEDIUM http://www.permedium.pl/

Pogrubienia pochodzą ode mnie (ML)

Cytat:

Wiele wskazuje na to, że tak jak wiek XX był stuleciem
zmagań z fizycznymi zagrożeniami wobec rozwijającej się demokracji,
tak wiek XXI zdominowany zostanie przez konflikty o podłożu
wynikającym z dążenia do ujarzmienia tej, dawniej czwartej,
a dziś już najpotężniejszej, choć nie posługującej się terrorem
fizycznym, politycznej siły. Wyrafinowana i sprawnie przez jej
strategów toczona gra o dusze pogardzanego „motłochu” stanowić
będzie dla ludzi dobrej woli nie tylko impuls do obrony wykorzystywanych
mas, nie tylko okaże się źródłem inspiracji ideowej,
wspartej imperatywem moralnym, lecz stanie się także
wyzwaniem dla ich intelektu.


Tzw. wolna prasa i „wolne media” nie będą dla nich synonimem
wolności słowa dla wszystkich, lecz jedynie dla garstki
wybrańców. Będą więc wciąż i głośno przypominać o tym, że „król
jest nagi” i że garstka owych wybrańców wcale nie stała się w warunkach
realnej demokracji liczniejszą od tej, która korzystała
z wolności słowa dla siebie samej w czasach totalitaryzmu. I będą
tak uparcie to czynić, mimo że uświadomienie innym rozziewu
między wolnością dla nielicznych a brakiem jej dla milionów
będzie zadaniem trudnym i niewdzięcznym. Większość ludzi bowiem
obarczona jest naturalną niezdolnością dostrzegania samego
nawet problemu, a cóż dopiero, gdy mowa o wewnętrznej
logice tak nieczytelnej dla nich abstrakcji.


Prócz tego istnieje jeszcze jedno, niebagatelne ograniczenie.
Otóż gdy jednostki, którym udało się odkryć jakąś ważną, przed
zmysłami ukrytą prawdę, próbują innym wyjaśniać jej sens za
pomocą metafor, alegorii czy symboliki, osiągają jakże często odmienny
od zamierzonego skutek. Słuchacze, nawet gdy są to zwolennicy,
miast przyjmować metaforę za metaforę, odbierają ją
z reguły jako samo już „rozwiązanie”, jako treść oraz odpowiedź
na to, co było celem wyjaśniania. Tak działo się w ciągu całej
naszej historii. Bo forma nieodmiennie jawi się większości jako
treść. Jest to jednym z głównych paradoksów ludzkiej egzystencji.
Okazuje się mianowicie, że niezbędny dla jej zachowania i kontynuacji
jest mentalny subiektywizm, a więc wypełnianie osobowej
świadomości szeregiem błędnych identyfikacji. Cieszący się
ogromną popularnością kultowy film „Matrix” to rewelacyjnie
wprost trafna metafora dla omawianej tu PRAWDY SELEKTYWNEJ
(jego pierwsza część – bo kolejne to komercjalna już tylko
szmira!). Nie spotkał się on bynajmniej ze zrozumieniem kinowej
publiczności. Najczęściej nie był nawet odbierany jako metafora,
lecz tylko jako zbiór niesłychanie efektownych doznań wzrokowych,
zapierających dech w piersiach ruchową dynamiką.
Wcześniej czy później dostrzec to musieli nawet sami twórcy trylogii,
bracia Wachowscy. Chyba jednak przestali się tym przejmować
z chwilą, gdy do kasy wpłynęły pierwsze miliony.

Końcowym utrudnieniem jest też psychologiczna bariera,
wynikająca z dość oczywistego faktu, że realna demokracja, choć
iluzoryczna, to w konfrontacji z „fizycznie namacalnymi” ograniczeniami
tradycyjnych totalitaryzmów korzysta z syndromu „cynicznego
miłosierdzia”, zgodnie z pseudohumanistyczną formułą:
Kto nie wie, że jest wprowadzony w błąd, ten przecież nie cierpi!
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum polonus.forumoteka.pl Strona Główna -> ARCHIWUM Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Strona 1 z 1
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Możesz dodawać załączniki na tym forum
Możesz ściągać pliki na tym forum




Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group