Forum polonus.forumoteka.pl Strona Główna polonus.forumoteka.pl
Archiwum b. forum POLONUS (2008-2013). Kontynuacją forum POLONUS jest forum www.konfederat.pl
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

L. Moczulski - "Przerwane powstanie polskie 1914"

 
Napisz nowy temat   Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi    Forum polonus.forumoteka.pl Strona Główna -> ARCHIWUM
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Administrator
Site Admin


Dołączył: 04 Maj 2008
Posty: 9116

PostWysłany: Pią Gru 19, 2008 9:06 pm    Temat postu: L. Moczulski - "Przerwane powstanie polskie 1914" Odpowiedz z cytatem

Fragment przygotowanej do druku książki Leszka Moczulskiego „Początek epopei – przerwane powstanie” która powinna się ukazać w początkach sierpnia 2009 r.

Cytat:

5.Rosjanie zdobywają Kielce

Wydaje się, że jest już po wszystkim, ale to złudne wrażenie. Wszystkie trzy kompanie zajmują stanowiska bojowe. Strzelcy rozumieją, że zuchwały wypad oficerski poprzedził ogólny atak Rosjan. Nieprzyjaciela nie widać, ale jeszcze przed zmrokiem rozpoczyna się gwałtowna strzelanina. Odgłosy dochodzą zza miasta, od Szydłowka i Niewachlowa – wówczas wsi na północ i zachód od Kielc. Z dachu dworca widać kolumienki konnych, obchodzących miasto od zachodu; ze wzgórz na południe od Dąbrowy, przez tor kolejowy, potem skosem w lewo, aby przedostać się do Czarnowa i górującej nad miastem Karczówki. Jest jeszcze widno, gdy od północnego wschodu spieszeni kawalerzyści wchodzą do miasta, ulica po ulicy zajmując Kielce. Położenie staje się trudne. Dowodzący całością Szef – Kazimierz Sosnkowski kieruje w stronę Niewachlowa dwa plutony kadrówki pod dowództwem ”Herwina” z zadaniem powstrzymania ruchu rosyjskiej kawalerii. Ku szosie piotrkowskiej, skosem na północny zachód odchodzącej od radomskiej (obecna ul. Warszawaka), po obu stronach linii kolejowej ruszają plutony 2. kompanii, dowodzone przez „Tatara” – Zbigniewa Trześniowskiego i „Bilińskiego” - Ostrowskiego. Reszta przygotowuje się do obrony. Rosjanie jednak działają ostrożnie, nie ryzykując zbliżenia do dworca. Niepowodzenie patrolu samochodowego zrobiło wrażenie.

Do biura prasowego wpada nagle woźny z krzykiem, że w Kielcach są Rosjanie. Prawie natychmiast usłyszeliśmy salwę i kopyta końskie na ulicy (wspomina Szczerbińska). Przez chwilę zastanawialiśmy się... czy... przeczekać w biurze całą burzę. Daniłowski jednak rozstrzygnął sprawę w ten sposób, że porwał ową czapkę rosyjską z kołka, wsadził ją na głowę i wypadliśmy na ulice. Na widok żołnierzy rosyjskich wziął mnie pod rękę z taką nonszalancją, na jaką było nas stać, zaczęliśmy iść w stronę dworca. Odgłosy walki dochodziły ze wszystkich stron. Żołnierze rosyjscy przepuszczali nas bez żadnych pytań, dzięki czapce Daniłowskiego (wrodzony szacunek dla władzy!). Ewakuująca się para powoli dotarła w pobliże dworca. Nagle zobaczyłam strzelców w okopie i wycelowane w nas karabiny. Poznałam jednego z nich, był to „Stary”, Adam Skwarczyński, znajomy ze Lwowa. W ostatniej chwili zerwałam Daniłowskiemu czapkę z głowy, zanim strzelcy zdążyli przywitać nas strzałami.

Zawiszanka znalazła torebkę gdzie ją zostawiła i wracała już do dorożki, gdy rozległy się bliskie strzały. Dorożkarz był gotów jechać na dworzec. Gdy przejeżdżali koło katedry, zobaczyli uciekających ludzi. – Zawracajcie, zawracajcie – wołali – tam strzelają! – Skręcili, aby przedostać się bocznymi uliczkami. Strzelaninę było słychać coraz bliżej. Dojeżdżaliśmy właśnie do bocznej furtki w parkanie stacyjnego ogrodu, gdy „Szara” zawołała mnie z parterowego okna przeciwległej kamienicy. Odprawiłam dorożkę (w każdej sytuacji osoba dobrze wychowana płaci za kurs) i wpadłam do tego domu. W bramie stało kilku strażaków i milicjantów – w rowie obok furtki leżeli „Sęp”, „Stary” i Sawicki, z karabinami gotowymi do strzału. W jakiemś prywatnem mieszkaniu siedziała „Szara” z powierzonymi sobie papierami (materiały Oddziału Wywiadowczego, oddane jej do ukrycia przez Światopełka”), znalazło się tam także dwoje osób ze służby cywilnej: Daniłowski i obywatelka Ola Szczerbińska, którą widziałam wtedy po raz pierwszy. Wysoka dziewczyna o ciemnych oczach, spokojna i dystyngowana, patrząca na wszystko jakby nieco z góry.

Strzelanina nie cichła, rozlegała się w bezpośrednim pobliżu. Rosjanie nie atakują; obawiają się ryzyka i zapadających ciemności - czy czekają na posiłki? Wobec ludzi ze służby cywilnej, i to zadzierających nosa, Zawiszanka, jak zawsze żywiołowa, demonstruje odwagę: rozmawiałam swobodnie przez okno z chłopcami, leżącymi pod parkanem... Wyszłam później przed bramę domu, z rewolwerem w ręku, zdecydowana, mimo wyraźnego zakazu – przyłączyć się do leżących naprzeciw tyralierów, gdyby strzelać zaczęli. Nie wiedziała, że „Ola” ma za sobą Bezdany.

Bitwa powoli zaczęła się uspakajać. Już zmierzch zapadał, gdy kurier z Komendy przyniósł nam rozkaz rozejścia się do swoich kwater i schowania tam powierzonych sobie papierów. „Szara” przywiązała je pod suknią – i puściłyśmy się we trójkę (z „Olą”) wyludnionymi uliczkami, słysząc jeszcze z dala ostatnie wystrzały.

„Szara” z „Olą” skierowały się do mieszkania państwa Kossuthów, rodziców „Iwy” i „Sońki”; Zawiszanka wróciła do Filipkowskich. Niepokój; nikt nie wie, jaka jest sytuacja. Co się dziele ze naszymi, gdzie są Moskale. Kurier, który przyniósł rozkaz, opowiadał, że tabor otrzymał rozkaz wycofania się ze stacji na południe, ale to jeszcze o niczym nie świadczyło. Najgorsze, że Długosz – „Tetera” nie powrócił z miasta; przyłączył się do strzelców, schwytali go Rosjanie? W nocy wszystkich zerwał z łóżek huk jakiejś niedalekiej eksplozji, gdzieś od strony stacji kolejowej...

Kompanie strzeleckie nadal obsadzały dworzec. „Herwin” melduje, że odrzucił patrole spieszonej kawalerii w stronę Niewachlowa; później nadchodzą informacje, że Rosjanie – przynajmniej w rejonie linii kolejowej – cofnęli się ku szosie piotrkowskiej. Najwyraźniej przerywają natarcie do jutra, a może czekają na posiłki. Jakiś kolejarz opowiada o pociągu pancernym, który rzekomo miał stać w Suchedniowie. Sosnkowski zdecydował się wycofać główne siły oddziału do Czarnowa. Na dworcu pozostaje pluton dowodzony przez „Bukackiego”; ma czekać, aż wrócą wszystkie patrole i sprowadzi się posterunki. Niespodziewanie przybywa kompanijny „Herwin” i obejmuje dowództwo. W nocy strzelcy wysadzają w dwu miejscach tory kolejowe, tuż na północ od stacji. Wybuchy te słyszy doskonale „Krok”, ze swoim plutonem obsadzający świeżo przygotowane pozycje. Dworzec został przygotowany do obrony okólnej. Płyną godziny, ale nikt nie atakuje.

Oddział Sosnkowskiego bez przeszkód wycofał się do Czarnowa. Folwark zapchany, wozy, ludzie śpią pokotem po chrzcie ogniowym. Trzeba było trochę rozluźnić to skupienie. Strzelcy wstają niechętnie, przechodzą na wyznaczone im miejsca, wozy kryją się pod drzewami. W stanach spore braki: w 1. kompanii jest tylko 77 ludzi, w 3. – 110. Dużo ludzi na patrolach – notuje Kasprzycki - trochę musiało zwagarować do miasta. Ubezpiecza pluton „Słonia”, a bardziej z przodu, w stronę szosy piotrkowskiej rozpoznaje pluton „Beliny”.

Zbliża się świt. Niespodziewanie, posterunki alarmują, że zbliżają się jacyś konni. Strzelcy są nie tylko czujni, ale panują nad nerwami. Okazuje się, że to grupa „Sokołów” ze Lwowa. Właściwie nawet dwie. Jedną, zebraną w III Gnieździe Sokolim im. Tadeusza Kościuszki we Lwowie dowodzi por. rez. Zbigniew Dunin-Wąsowicz (wnuk Mikołaja - szwoleżera spod Somosierry, zginął w równie zuchwałej szarży pod Rokitną), drugą – Marceli Śniadowski, dyrektor banku rolnego w Stanisławowie. Razem 38 konnych. Samorzutnie postanowili wkroczyć do Królestwa. Tuż przed granicą Austriacy zabrali im konie. Przeprawili się przez Wisłę pod Sandomierzem, zaopatrzyli w nowe konie z rekwizycji – i ruszyli naprzód. Jechali przez Opatów i Daleszyce, co zajęło im trzy dni. Rosjan nie napotkali. Meldują pełną gotowość do walki – i zaraz otrzymują pierwsze zadanie. Por. Dunin-Wąsowicz z kilkoma „Sokołami” ma dotrzeć do „Herwina” na dworcu, a następnie rozpoznać wzdłuż toru kolejowego, jak daleko są forpoczty rosyjskie. Jako przewodnik zostaje im dodany „Brzóska” – Zygmunt Pomarański, 16-to letni podoficer z III plutonu. Jest jeszcze ciemno, gdy ruszają.

Noc na czwartek 13 sierpnia strzelcy spędzili w Czarnowie, pod osłoną zabudowań folwarku, obok ustawionych w kozły karabinów, drzemiąc, lecz czuwając jednocześnie. Ciągle trwa ich pierwsza bitwa; upłynie trochę czasu, nim przywykną spać w przerwie boju. Koło świtu cichy alarm. Czujki donoszą, że Rosjanie ruszają. Wkrótce widać to gołym okiem. Pozycje strzeleckie rozciągają się na zboczach Karczówki, głównie przy folwarku Czarnów, leżącym w pobliżu drogi od stacji kolejowej do Piekoszowa, ale mniejsze grupy żołnierzy rozrzucone są przed zabudowaniami wsi; czaty prawego skrzydła wysunięto aż do szosy i toru kolejowego. Punkty obserwacyjne znajdują się wyżej, jeden w pobliżu szczytu, przy klasztornym kościele. W dole pod nimi, nieco na prawo, po tamtej stronie stacji leży miasto. Kielce są niewielkie, znacznie mniejsze niż dzisiaj. Za miastem teren podnosi się, falując coraz wyższymi wzgórzami, aż po widoczną na horyzoncie Wiśniówkę (470 m. npm). Pagóry prawie całkowicie porasta las; ginie w nim tor kolejowy, polna droga do Zagnańska i szosa radomska. Przed lasem, skośnie na zachód, biegnie szosa piotrkowska; za wsią Niewachlów również niknie w granatowej z oddali gęstwinie drzew. Z tych sosnowych borów, zamykających pole bitwy od północy, wynurzają się kolumienki spieszonych dragonów i huzarów. Najwięcej pojawia się ich po obu stronach szosy radomskiej. Obsadzają wieś Szydłówek, znajdującą się na opadających stokach wzgórz, prawie na bezpośrednim przedpolu miasta. Inne grupy, rozwijając się w tyraliery, skokami przemierzają teren po obu stronach linii kolejowej, pozostawiając za sobą folwark Piaski. Bardziej na zachód, spory oddział wychodzi z lasu, obsadzając Niewachlów.

Piłsudski jeszcze nie wrócił z Krakowa, dowodzi Szef – Kazimierz Sosnowski. Na razie może tylko biernie przyglądać się ruchom oddziałów rosyjskich. Rozwijają się one do walki jakieś dwa-trzy kilometry z przodu. Strzelcy nie mają broni, pozwalającej razić wroga na taką odległość. Dla manlicherów zbyt daleko, aby prowadzić celny ogień, werndle nawet nie doniosą. Można tylko czekać. Sosnkowski obserwuje, przyjmuje wiadomości napływające z wysuniętych posterunków, wysyła nowe patrole.

Jego przeciwnikiem jest generał Nowikow – dowódca 1 Konnego Korpusu, zasłużony w Mandżurii. W ramach ogólnego zadania – osłony 9 armii od południa i wyparcia kawalerii austriackiej do Galicji, otrzymał rozkaz szczególny: dopaść i zniszczyć polskich sokołów, którzy przybyli podburzać poddanych cara do buntu. Sprawę ułatwili sami matieżnicy: zajęli nieprzezornie Kielce i chcą się bronić w mieście. Polska buta! Przeciwko trzem kompaniom strzeleckim Nowikow skierował co najmniej dwa pułki 14. dywizji – huzarski i dragoński, oraz dalsze trzy lub cztery z nadciągających 5. i 8. dywizji kawalerii. Ponieważ buntownicy bronią się zażarcie i zajęli umocnioną pozycję w budynkach dworca kolejowego, dowódca rosyjski postanowił najpierw otoczyć miasto, aby nikt nie uciekł – a potem wybić wszystkich do nogi.

Między 9.00 a 10.00 zamiar Moskali jest już widoczny. Od strony Niewachlowa oddziały rosyjskie kierują się na południe, aby obejść Karczówkę od zachodu i przedostać się do Białogonu na szosie jędrzejowskiej. Inne szwadrony od Szydłówka maszerują na Domaszowice, omijając miasto od wschodu; łatwo przewidzieć, że następnie zawrócą na południowy zachód, aby obsadzić górę Telegraf - gdzie dwa miesiące wcześniej Pluta – „Czachowski” z grupą skautów kieleckich składał przysięgę na ręce „Radeckiego” – Roweckiego. Kawalerzyści zadanie mają jasne: przeciąć szosę pińczowską pod Barwinkiem, dotrzeć do jędrzejowskiej pod Białogonem i Słowikiem. Znacznie dalej niż spieszone szwadrony widać konne sotnie kozaków, objeżdżających pole bitwy wielkim łukiem. To oni pierwsi mają zamknąć obręcz wokół Kielc.

Kasprzycki zna na pamięć wszystkie podkieleckie góry, lasy i ścieżki. Najbardziej obawia się wąskiego przejścia w Słowiku; droga przebija się ciasno pomiędzy wyniosłymi, szczelnie porośniętymi lasem wzgórzami Pasma Dymińskiego; wąski mostek na rzeczce Bobrzy. Niewielki oddział jest tutaj w stanie zatrzymać znaczne siły. „Zbigniew” referuje to Sosnkowskiemu. W tej samej chwili alarmują obserwatorzy, umieszczeni na wysokich drzewach. Na zboczach Szydłówka, koło tzw. „Gut”, na zachód od szosy radomskiej artyleria rosyjska zajmuje stanowiska. To częstochowska bateria ppłk. Arciszewskiego. Sołdaci zataczają działa, ustawiają jaszcze z amunicją; będą strzelać z otwartej pozycji. Czują się całkowicie bezpieczni. Jesteśmy bezsilni wobec tej bezczelności (zapisał w dzienniku Kasprzycki). Otwierają ogień z odległości około 3000 m. Gwizd pierwszego granatu – krótki. Po paru strzałach są na folwarku i zaczyniają weń bębnić salwami. Pierwszy ogień artyleryjski na nas. Wzruszenie, nerwów jednak nie widać. Wozy jedynie dość pospiesznie ewakuują się – jeden rozbity. Ludzie z zaciekawieniem śledzą granaty zza węgłów i ukryć. Pociski biją celnie, ale strat nie widać. Za chwilę krzyk, że „jednemu głowę urwało”.

Bateria strzela ponad miastem. Od rana grzmiały armaty (wspomina Zawiszanka), tak blisko i wyraźnie, że doskonale można było odróżnić sam wystrzał, lot i wybuch pocisku... Sam huk strzałów sprawiał wrażenie miłe, podniecające i muzyczne – zachwycał moje ucho przeciągły, na pół wesoły, a groźny gwizd lecących wysoko nad nami szrapneli... Krew ścinała się w żyłach na myśl, że te pociski wymierzone są w naszych chłopców. P. Filipkowska załamywała ręce, mówiąc o tym, a ja uspokajałam zarazem samą siebie, tłumacząc jej usilnie, że zaledwie jeden na kilkadziesiąt strzałów artylerii bywa celny. Tak uczono w szkole podoficerskiej PDS, a fason trzeba trzymać. Nawet przed sobą.

„Borowicz” - Stefan Pomarański znalazł się bezpośrednio pod ogniem. Pierwszy pocisk – za krótki, padł na dużą łąkę przed folwarkiem, drugi był już bliższy. Zaczęliśmy się szybko wycofywać poza zabudowania. Trzeci padł nadzwyczaj celnie w miejsce, gdzie przed chwilą stał pluton „Bukackiego”. Zaczęło się piekło ogniowe.

Nie ma sensu obrony tak eksponowanej pozycji. Sosnkowski wypytuje Kasprzyckiego o szczegóły topograficzne. Oficer pokazuje na mapie: Do Białogona możemy się wycofać stokami Karczówki i dalszych wzgórz, zupełnie zasłonięci laskami i osiedlami, dalej blisko przejście na Słowik lub wielki kompleks lasów. Szef akceptuje i zarządza odwrót; wysyła gońca do „Herwina”, aby nadal utrzymywał dworzec, a gdy kompanie strzeleckie zaczną cofać się w górę Karczówki, ma również cofać się na Chęciny, osłaniając główne zgrupowanie. Śniadowski z oddziałkiem konnych sokołów ze Lwowa rozpoznaje ruchy Rosjan, obchodzących Karczówkę od zachodu. Bez jakiegokolwiek zamieszania wychodzimy rozczłonkowani z rejonu folwarku, kilka minut tylko wystawieni na ogień artylerii, za chwilę skryje nas zasłona stoku.

Strzelcy są bardzo słabo uzbrojeni, ale doskonale wyszkoleni. Pod tym względem górują ogromnie nad żołnierzami regularnych armii, nie tylko nad rezerwistami powołanymi w ostatnich dniach, lecz również pobranymi do szeregów na jesieni lub na wiosnę, o podstawowym wyszkoleniu. Do Związków i Drużyn szli tylko ci, którzy gorąco pragnęli uczestniczyć w wojnie o niepodległość, a satysfakcję dawała im sama możliwość przygotowania się do walki. Blisko połowy składu formowanych w sierpniu kompanii ma za sobą szkołę podoficerską, wszyscy żołnierską, ćwiczenia na obozach letnich, ciągłe treningi w polu i na boisku w miejscach zamieszkania czy nauki. Niektóre z dziewcząt, choć szkolone do służby pomocniczej, mają wiedzę wojskową nie mniejszą od austriackich oficerów. Szybko okazało się, że sytuacje wojenne, w których znaleźli się strzelcy - nie zaskakują ich, bo zachowanie w takich warunkach mają starannie przećwiczone. Przeciętna kompania niemiecka czy francuska – armii najlepiej wyszkolonych i o silnej motywacji, ustawiona w dwuszeregu, gdyby znalazła się pod ogniem karabinu maszynowego w plecy, z bliskiej odległości – rozsypałaby się, chroniąc gdzie tylko można. Słabszą ogarnęłaby panika. Kompania Zosika-Tessaro, uzbrojona w archaiczne, jednostrzałowe karabiny, zachowała się dokładnie tak, jak to przerabiała na placu ćwiczeń: odwróciła i ogniem zmusiła nieprzyjaciela do ucieczki. Nic dziwnego, że ogólnie trudne zadanie: wycofywanie się pod górę, w ogniu strzelających salwami baterii strzelcy wykonują spokojnie i w porządku.

Kazik Pluta - „Czachowski”, przyboczny drużyny skautowej (w kolejnej wojnie pułkownik, szef Oddziału Łączności KG AK, przed śmiercią zdążył współorganizować podziemną bazę ROPCiO oraz KPN), miał pracowitą noc. Wieczorem, wracając do domu, niespodziewanie natknął się na sołdatów. Młodziutki (w lutym skończył 16 lat), ale dobrze przeszkolony harcerz - zwiadowca, skrył się za jakimś drzewem, a potem cicho podążył za kacapami. Posuwali się niepewnie, to podbiegając, to zatrzymując i wymierzając do przodu karabiny. Było ich coraz więcej, ale jeszcze przed środkiem miasta zatrzymali się, a potem zaczęli cofać. Chłopak pobiegł na dworzec, po zielonym sznurku naramiennym rozpoznał jakiegoś podoficera i złożył krótki raport. Znów wrócił do miasta, trwało trochę, nim napotkał Rosjan. Spieszeni dragoni wycofali się poza zwartą zabudowę, ale raz po raz patrole wychodziły na przód, rozpoznając aż po Katedrę. Pluta śledził ich przez całą noc. Nad ranem ruch całkowicie ustał; nic się nie działo. Zmęczony chłopak wrócił do domu i natychmiast zasnął. Obudził go huk armat.

Wicek Solek, który mieszkał na skraju Kielc, przy fabryce superfosfatów, długo nie wiedział, co dzieje się w mieście. Rankiem pobiegł do Wacka Brodowskiego, mieszkającego przy Browarach, bo większą grupą zamierzali zgłosić się do Strzelców. Był już prawie na miejscu, gdy rozległa się kanonada. Słyszę od strony Karczówki strzał armatni, a za nim drugi i trzeci. To austriacka artyleria (c. i k. bateria konna wyprzedziła własne oddziały i wieczorem dotarła w pobliże Kielc, zajmując stanowiska na stoku któregoś ze wzgórz; wkrótce po rozpoczęciu natarcia rosyjskiego wycofała się do Chęcin, a potem za Nidę). Za chwilę z Szydłówka zaczynają odpowiadać armaty rosyjskie (mylne wrażenie, Moskale zaczęli strzelać pierwsi). W powietrzu krzyżują się pociski z chichotliwym świstem. Wacka odnajduję na strychu przy okienku wychodzącym na Szydłówek z lornetką w ręku. Staram się i ja coś zobaczyć, ale prócz dymków pękających szrapneli nic nie widzę.

Jedni mogli obserwować strzelającą baterię rosyjską, inni fontanny ziemi, tryskające wysoko po każdym wybuchu granatów, niektórzy – jedno i drugie. Ludzie byli przejęci, niektórzy – jak Filipkowscy, Kossuthowie czy Kasprzyccy, wiedzieli, że pod tym ogniem artylerii znajdują się ich przyjaciele, krewni, syn – radośni chłopcy, którzy wczoraj z taką dumą wkraczali do Kielc. Wyszliśmy do ogrodu, skąd był rozległy widok na południe – zapisała Zawiszanka – przez dobrą lornetę polową odkryliśmy na wzgórzu, zwanem Karczówka, tyralierów strzeleckich, którzy mistrzowsko wyzyskiwali teren, przebiegając od jednych zasłon do drugich. Ten widok przyniósł mi dużą ulgę – rozumiałam dobrze, że w ten sposób ogień artyleryjski wielkiej szkody wyrządzić nie zdoła... Za chwilę przyłączyło się do tych wrażeń nowe, może najbardziej wstrząsające: z pobliskiego folwarku, Czarnowa, buchnęły kłęby czarnego dymu i języki płomieni. Nie wiadomo skąd, obiegła ulicę wieść, że Moskale palą rozmyślnie te zabudowania, przez zemstę, za to, że strzelcy tam nocowali... Zaczęły raz wraz zjawiać się na gościńcu małe, potem coraz większe patrole kozackie. Karczówka opustoszała. Około południa umilkły działa.

Wicek Solek był zbyt niecierpliwy, by oglądać bitwę ze strychu. Jeszcze rankiem ruszył ku domniemanym pozycjom naszych. Od strony toru kolejowego niskim tonem odezwały się karabiny strzeleckie, a z przeciwka cieniej, dwutonem - rosyjskie. Kanonada staje się coraz zajadliwsza. Biało-czerwone dymki szrapnęli austriackich raz po raz pojawiają się nad chałupami Szydłówka i zlewają w smugi. Po pewnym czasie karabiny strzelców milkną. Niepokój mną targnął. Nasłuchuję, czy nie odezwą się znów. Nie. Słychać tylko rosyjskie. A więc odwrót! Decyduję się iść do nich zaraz, póki nie za późno… Idę w stronę, skąd przed chwilą stukały Werndle strzeleckie – ulicą Tadeusza, obok kościoła św. Wojciecha i przez położone za nim ogrody do Pocieszki. Nie spotykam ani żywego ducha. Wszystko jakby wymarło, tylko nad głową przelatują huczące sznury pocisków armatnich. Wchodzę na odkrytą, zalaną słońcem przestrzeń targowiska. Widzę już wały kolejowe, gdzie powinni być Strzelcy Głośne pacnięcia o ziemię zwracają moją uwagę. To kule karabinowe. Poczułem się nieswojo… Nie, tędy nie przejdę, - do toru jeszcze daleko, teren otwarty, a ja… boję się. Skręcam ku najbliższym domom i kieruję się ku ulicy Starowarszawskiej i przejazdowi kolejowemu. Trrrach! po dachach i chodniku, to jakiś szrapnel pękł przedwcześnie. Zaczynam bać się, że Strzelców już nie odnajdę, i tej pustki koło mnie, i śmierci. Zawracam śpiesznie i idę ku domowi. Trrrach! drugi raz, tylko tynk się posypał, gdy przechodzę koło wieży strażackiej. I zaraz po tym trrrach! jakby mi w łeb dano. „To nie mogą być przypadkowe eksplozje” myślę, „to Moskale do miasta strzelają”. Strzały słychać teraz tylko od strony Szydłówka, więc rosyjskie.

Por. Dunin-Wąsowicz z paroma spieszonymi sokołami, w bezpośredniej bliskości tyralier wroga, od świtu obserwował zbliżanie się Rosjan. Gdy Moskale rozpoczęli ostrzał artyleryjski, zarządził odwrót. Dworzec był już pusty. Sokoli dosiedli pozostawionych tutaj koni, towarzyszący im strzelec „Brzóska” – Zygmunt Pomarański znalazł jakiegoś podjezdka. Bez trudu dotarli do Czarnowa. Folwark był ostrzeliwany przez rosyjską artylerię, ale nikogo – ani strzelców, ani cywilnych mieszkańców nie było. Niespodziewanie nadjechało dwu austriackich dragonów. Ich oddział znajduje się w Chęcinach, dowódca wysłał patrol z zadaniem rozpoznania sytuacji w Kielcach. Dotarli do Białogonu, nikogo nie spotykając po drodze. Słychać było tylko kanonadę artyleryjską. Wtedy wachmistrz rozkazał tej dwójce, aby sprawdzili, co się dzieje. Wąsowicz zaczął przedstawiać dragonom położenie, wskazując ręką, którędy Rosjanie wchodzą do miasta, a którędy je obchodzą – gdy nagle tuż obok eksplodował pocisk artyleryjski, obrzucając rozmawiających ziemią. Austriacy obrócili konie i pocwałowali, skąd przybyli, sokoli szybko dosiedli swoich – i już ich nie było. „Brzózce” koń uciekł, albo ktoś go zabrał. Obejrzałem się dookoła. Patrole kozackie wjeżdżały już do miasta. A więc mnie złapią. Jako powstańca – powieszą. Zobaczył rozbity wózek amunicyjny, zaprzężony jeszcze w konia – ale prawie natychmiast, tuż obok rozerwał się granat, siejąc wokół szrapnele. Jeden zabił konia, inny ranił w rękę chłopca. Nowa nawała artyleryjska, strzelec przyciska się do ziemi, gdy milknie salwa, ucieka z płonących zabudowań.

W tym czasie jego starszy brat jest paręset metrów dalej. Kompanie wycofywały się w szachownicy (wspomina „Borowicz”), częściowo opłotkami, częściowo w rzadkiej tyralierze polami i łąkami folwarcznymi. Już zabudowania Czarnowa były za nami, a Moskale wciąż walili salwowym ogniem, od którego wreszcie zapaliły się wielkie stodoły.

Kompanie strzeleckie bez przeszkód wychodzą z grożącego okrążenia. Posuwamy się śladami moich uczniowskich wycieczek aż po Białogon – notuje Kasprzycki. Tutaj krótki odpoczynek. Patrole meldują, że Słowik wolny od nieprzyjaciela. Kolumna strzelecka mija niebezpieczne przejście, zatrzymuje się. Strzelcy kładą się pokotem, zdejmują buty, smarują odparzone nogi. Nie wiadomo, co z oddziałem „Herwina”. Słychać jakąś strzelaninę. Sosnkowski poleca „Bukackiemu” zebrać oddział ochotniczy i ruszyć z pomocą koledze. Kiedy zapytał nas, prawie wszyscy zerwaliśmy się..., „Bukacki” wszakże wybrał co silniejszych. Improwizowany pluton miał wyruszyć, nagle usłyszeliśmy w oddali turkot wozów.

„Herwin” obsadzał dworzec aż do czasu, gdy armaty rosyjskie zaczęły ostrzeliwać zabudowania kolejowe. Wysunięte zgrupowanie wycofało się otwartymi drezynami. Strzelcy widzieli po drodze, że do Czarnowa dotarli kozacy i zaczęli podpalać domy. Pod Białogonem oddział przesiadł się na zarekwirowane furmanki – i bez przeszkód dotarł do Słowika.

Jeszcze pięć kilometrów marszu do Chęcin. Na spotkanie wyjeżdża Komendant Piłsudski, który właśnie wrócił z Krakowa i przejął dowództwo. Jest zamyślony, chwilami jakby nieobecny – ale nie mówi, dlaczego. Minęło południe. Przy szosie wysunięte posterunki batalionu „Wyrwy” – Tadeusza Furgalskiego; nadszedł z Jędrzejowa pospiesznym marszem, częściowo na podwodach, obsadził drugą linię pozycji tuż za Chęcinami, na Górze Zamkowej. Wycofane z Kielc kompanie otrzymują rozkaz przygotowania obrony przed miastem, okrakiem po obu stronach szosy i na wzgórzu, będącym przedłużeniem Zelejowej.

Stefan Pomarański bezskutecznie szuka brata. Był na dworcu, ale nie wrócił z „Herwinem”. Zaczęły przychodzić mi najgorsze myśli do głowy i już wyobrażałem sobie rozpacz Matki i Jej pretensje do mnie, żem mu – zaledwie piętnastoletniemu chłopcu – pozwolił iść z sobą na wojnę. Chciał prosić dowódcę kompanii – „Herwina”, aby mu pozwolił iść na poszukiwanie brata, gdy ten szczęśliwie pojawił się, zmaltretowany, z obwiązaną chustką ręką. Okazało się, że po opuszczeniu Czarnowa, napotkał jakiegoś chłopa, który uciekał z palącej się wsi drabiniastym wozem z całym dobytkiem, pierzynami i poduszkami. Niespodziewanie, z pobliskich zabudowań wsi wyjechało pięciu kilku kozaków. „Brzózka” spod betów skierował w ich stronę karabin, szczęśliwie manlicher, gotów do otwarcia ognia. Wóz zbliżał się do lasu, kozacy podjechali na jakieś dwieście kroków, zatrzymali się, pogadali chwilę – i zawrócili.

W ogóle straty nasze w tym pierwszym boju były nadspodziewanie małe – wspomina Pomarański (Kasprzycki w prowadzącym na bieżąco dzienniku nie odnotował ich wcale). – Jeszcze dnia poprzedniego w czasie ataku na dworzec samochodu ranny został strzelec „Oko” – Grossek... natomiast 13 sierpnia oprócz mojego brata został kontuzjowany z czwartego plutonu strzelec „Kirkor” – (Leon) Bąkowski (po 2. wojnie więziony przez UB), oraz z kompanii 2 poległo dwu strzelców ze Stanisławowa, nieustalonego dotąd nazwiska, jeden z nich trębacz. Kilkunastu, którzy bez przepustek (i broni) wymknęli się przed rozpoczęciem strzelaniny do miasta, w większości wróciło do oddziału, paru schwytali Rosjanie, co najmniej jeden poległ.

„Borowicz” odprowadza brata do plutonu. Po drodze spotykają „Platera” – Zygmunta Platonoffa. Wszyscy trzej chodzili do tego samego gimnazjum Rychłowskiego (choć do różnych klas), byli w tej samej tajnej drużynie skautowej im. Romualda Traugutta, potem w PDS, a ze szkoły w Nowym Sączu trafili do Oleandrów. „Brzózka” opowiada swoje przygody, uratował się cudem, a „Plater” rezonuje krótko: Co komu pisane… „Borowicz” przeżyje brata; działacz konspiracji na Węgrzech, aresztowany przez Niemców w 1944 r., został zamordowany we Flossenburgu; „Brzózka” organizuje ZWZ Zamościu, schwytany przez Gestapo, ginie w 1941 r. w Oświęcimiu. „Plater” wyprzedzi obu: oprawca z NKWD strzela mu w tył głowy wiosną 1940 r. w Katyniu.

Wkrótce po południu Rosjanie zajęli Kielce. Z miasta zaczęły nadchodzić głuche wieści, coraz bardziej ponure – relacjonuje Zawiszanka. – Kozacy (tak nazywano wszystkich kawalerzystów, Kielce zostały zajęte przez 14 pułk huzarów, 8 żółtych ułanów oraz 5 i 14 dragonów) potrącali pikami przechodniów, rabowali sklepy, rozbijając kasy i lady – wszelki cywilny mieszkaniec obawiał się pokazać na ulicy. W zgrupowaniu, które atakowało i zajęło Kielce, znajdował się ochotnik – kargopolski dragon Konstanty Rokossowski; nie wiadomo jednak, czy brał udział w walce i był to jego rzeczywisty chrzest bojowy, czy też znajdował się w oddziałach tyłowych, które jedynie obsadziły miasto. Potraktowano je, jak zdobyte szturmem. Dochodziło do gwałtów i rabunków, spalono kilka domów. Każdy mieszkaniec był podejrzany. Szybko pojawili się szpicle i donosiciele, informując gdzie mogą ukrywać się strzelcy. Czterech wyciągnięto z jakiś domów. Widziałem tych jeńców osobiście, gdy ich przyprowadzono do sztabu – wspominał praporszczik Gustaw Dreszer. – Nowikow spojrzawszy na nich rzekł – „rastrelat’ na płaszczadi zawtra 12 czasow”. Jednakże nie zostali oni rozstrzelani, tylko uwięzieni. Nie jest to takie pewne; nie doszło do publicznej egzekucji, los schwytanych jest jednak nieznany. Na Dreszerze widok żołnierzy w polskich mundurach zrobił silne wrażenie. Od momentu mobilizacji chodziły mu po głowie myśli o dezercji, ale dopiero namacalny dowód, że walczy ze swoimi, po stronie znienawidzonych od dzieciństwa Rosjan - przesądził o jego decyzji. Tego dnia wieczorem zwierzył się chorążemu Winiarskiemu, jednemu z nielicznych w pułku oficerów - Polaków, że przy pierwszej okazji ucieknie. Winiarski też miał chyba ochotę, ale się bał.

Kanonada trwa do popołudnia, wreszcie ustaje (wracamy do relacji Solka). Wychodzę do miasta dowiedzieć się, co słychać. Moskale w mieście! Rabują. Widzę, jak naręczami wynoszą ze sklepów paczki z tytoniem i papierosami, ciastka z cukierni Smolińskiego, i co jedni obładowani odjadą, drudzy przybywają. Obserwuję to z bramy Hotelu Polskiego, gdzie znajduje mnie Władek Walter i powiada, że Strzelcy pozostawili jednego zabitego na stacji. Idziemy tam. Przy skręcie na ulicę Czystą natknęliśmy się na dwóch ludzi popychających ręczny wózek dwukołowy z przywiązaną na nim trumną. Trumna niedomknięta, przywiązana skrwawionymi rzemieniami, pozwala dojrzeć podkute trzewiki i szaroniebieski mundur. Tak, to Strzelec! Pod górę ulicy Zamkowej pomagamy pchać wózek, a krew z trumny kroplami kapie nam pod nogi. Stajemy przed Katedrą. Na wieży bije ósma. Magistraccy ludzie boją się iść na cmentarz, bo zmrok już zapada, a na cmentarzu stoi podobno placówka kozacka, i postanawiają pozostawić ciało do jutra w Ogrójcu. Brama do Ogrójca zamknięta… Spotykam ks. Sonika i przedstawiam mu rzecz. „Trzeba uzyskać zezwolenie księdza kustosza” – powiada… Wchodzę do pałacu na górę. Lokajowi powiadam, że mam ważny i pilny interes do ks. Obuchowicza, a gdy ten przychodzi, przedstawiam mu sprawę… „Nie… Nie można. Trzeba prosto na cmentarz. To jest wojna, a my się do tego nie mieszamy”. Powtarzam, że zabity jest Strzelcem, Polakiem, a więc katolikiem i jako takiego należy przyjąć do Ogrójca. „Właśnie Strzelec, sprawa polityczna, a my do polityki mieszać się nie możemy”.., Podniosłem nieco głos, więc ksiądz zmitygował się i powiada” „Zwrócę się do ks. biskupa o decyzję”. Po chwili wrócił i mówi: „Jego Ekscelencja łaskawie zezwolił na złożenie ciała w Ogrójcu pod warunkiem, aby je o 4 rano zabrać z kaplicy”.

Już wiadomo, że generał Nowikow postanowił dotkliwie ukarać Kielce: rozkazał chwytać wszystkich, którzy wspomagali bunt, a także zażądał, aby w ciągu trzech dni mieszkańcy zapłacili 105 tys. rubli kontrybucji. Rozpoczęły się aresztowania i przesłuchiwania osób, podejrzewanych o sprzyjanie strzelcom. Pomagali w tym również miejscowi, szczęśliwie nieliczni. Ogromna większość kielczan zachowała się przyzwoicie. Sąsiedzi na ogół wiedzieli, gdzie chronią się zaskoczeni na ulicach czy u znajomych strzelcy, a także, kto z miejscowych witał przybywające oddziały, albo pomagał zrzucać rosyjskie tablice – i potrafili zachować tajemnicę. Przed wieczorem jakaś grupa Rosjan zaczęła strzelać w okna domów, w których mogli szukać schronienia matieżnicy, nikt jednak nie wydał uciekinierów. Nie doszło również do jakiegokolwiek witania wracających Rosjan, ci zresztą niczego takiego nie oczekiwali.

W środę i w czwartek Kielce zajmowały różne wojska, ale klimat obu tych zdarzeń był całkowicie odmienny.

Gdy wkraczali strzelcy, większa część kielczan obawiała się, nie bez podstaw przecież, że może to doprowadzić do nieszczęścia – ale do miasta wchodzili przecież swoi; można było uważać akcję Piłsudskiego za zbrodnicze awanturnictwo, karygodne narażanie interesu polskiego, za głupotę - lecz było to działanie z dobrych intencji. Strzelców się nie bano, tylko odwetu rosyjskiego. Ludzie o poglądach niepodległościowych, których było w Kielcach niewielu, cieszyli się z wyzwolenia. Ogromna większość obecnych na ulicach, powodowanych ciekawością i ulegających bardziej sercu niż głowie – dawała się ponosić stopniowo coraz większej satysfakcji i radości, że oto widzą polskich żołnierzy. Gdyby w polskich mundurach wkraczali u boku Moskali – cieszono by się tak samo. Bo to była wzbierająca radość.

Gdy do Kielc wrócili Rosjanie, miasto ogarnął tylko skomasowany strach; wszyscy wiedzieli, do czego oni są zdolni. Nawet, jeśli przeklinano strzelców za sprowokowanie takiej sytuacji, to przecież nie życzono im źle. W środę przyjmowano ich rozmaicie, niechętnie czy życzliwie, a tylko nieliczni identyfikowali się w pełni z tymi chłopcami w błękitno-szarych mundurach. Poczucie solidarności zaczęło się rodzić – i szybko stało prawie powszechne – kiedy pod ogniem artylerii, atakowani przez wielkie siły rosyjskie, wycofywali się z miasta. Wkraczający Rosjanie to czuli, zdobywali obce miasto, a nie uwalniali swoje – i nic dziwnego, że każdego napotkanego na ulicy mieszkańca traktowali jak wroga.

Po południu bitwa jakby zaczęła ożywać, ale już w innym miejscu. Przed pozycjami strzeleckimi, z lasu porastającego wysokie wzgórza przed Zagórskiem i Szewcami (dzisiaj pod ich stokami, gdzie widoczne budynki sanatoriów, biegnie obwodnica kielecka) – zaczęły wyłaniać się konne grupy rosyjskie. Z drugiej strony, przez pozycje polskie przechodziły oddziały austriackie. Do Chęcin dotarła grupa płk. Berlepscha, składająca się z dwu szwadronów 10 pułku dragonów i kompanii cyklistów, wyposażonej w karabiny maszynowe. Kawalerzyści, pewni swej przewagi ogniowej, postanowili z marszu uchwycić ciaśninę w Słowiku; przypuszczali zapewne, że Rosjanie nie zdążyli jej obsadzić. Strzelcy obserwowali, jak kolumienki dragonów kłusują gościńcem, a potem nikną w lesie; za nimi spokojnie pedałują cykliści.

Wysunięty do przodu, prawie pod las otaczający Słowik od południa, pluton „Kroka” obserwuje bój. Kawaleria rosyjska, celem odcięcia nas od szosy na Kraków, zajęła skraj lasu… i wtedy oczom naszym ukazał się wspaniały, prawie napoleoński widok: od strony Chęcin wjechał dywizjon austriackich dragonów (dwa szwadrony). Byli w pięknych, paradnych mundurach (czerwone spodnie i niebieskie kurtki), w błyszczących kaskach (a la rzymskie), mijając nas zrazy stępa, a potem aż do galopu pomknęli na skraj lasu. Myśleli zapewne, że na ich szarże Rosjanie również odpowiedzą szarżą. Srodze się zawiedli. Kawaleria rosyjska, mając doświadczenie wojny z Japończykami, nie przyjęła szarży w dawnym stylu, tylko plunęła ogniem karabinów maszynowych. Rozegrał się dramat. Pod gradem kul szeregi atakujących załamały się, skłębiły i po chwili zobaczyliśmy rozbiegane konie bez jeźdźców, niekiedy pokrwawione. Nie minęło kilka minut i dywizjon rozproszył się, ścigany zajadłym terkotem broni maszynowej. My, spodziewając się w każdej chwili ataku, trwaliśmy na swych stanowiskach do wieczora.

Z głównej pozycji strzeleckiej nie było widać boju, ale łatwo się domyślić, co się stało. Najpierw rozległa się gwałtowna strzelanina, ale dość szybko zaczęła milknąć. Jeszcze kwadrans – i widać, jak ciągną stamtąd ranni, pokrwawieni dragoni – zapisał Kasprzycki, który miał stanowisko obok szosy, przy czołowej kompanii. Oddział wydzielony wraca, kompania cyklistów zostawiła tylko na naszych stanowiskach dwa karabiny maszynowe, broń, której jeszcze nie widzieliśmy, a więc stanowiącą dużą atrakcję (zapamiętał Pomarański). W pewnej chwili Moskale zaczęli z lasu wysypywać się większymi grupami. Nie otwieraliśmy ognia, czekając rozkazu. Zresztą byliśmy tak wyczerpani i znużeni wydarzeniami sprzed kilku i kilkunastu godzin, tak potrzebowaliśmy wytchnienia, że chwilowy spokój wyzyskaliśmy w całej pełni. Niejeden spał snem sprawiedliwego, ukołysany ciszą i i wonią słonecznego przedjesiennego popołudnia. Czuwali tylko dyżurni i „szarże”. W pewnym momencie zauważyłem za nieznacznym wzgórkiem znajdującym się w linii tyralierki naszej kompanii postać nową, jak było widać oficera, który uważnie obserwował przez lornetkę horyzont. Obok niego leżał kompanijny – „Herwin” i coś meldował... Przyjrzałem się uważniej... w maciejówce, jak my wszyscy, wyróżniał się starannym krojem bluzy, przepasanej pasem i mapnikiem. Twarzy nie dostrzegałem... widać tylko było, że okalał ją obfity zarost... – To obywatel Śmigły, komendant naszego batalionu – wyjaśniał za chwilę nasz plutonowy „Krok”.

Batalionu formalnie jeszcze nie było; z pierwszych trzech kompanii zostanie utworzony dopiero nazajutrz, ale komendę rzeczywiście przejmie batalionowy „Śmigły” - por. Edward Rydz, nareszcie zwolniony z armii austriackiej.

Na przedpolu panuje spokój. Wykorzystuje to intendent oddziału – „Władykus” – Aleksander Litwinowicz. Wysyła parę patroli, aby zebrały karabiny, a także inny sprzęt, porzucony przez wycofujących się Austriaków. Tak rozpoczyna się szczególna akcja, która po kilku tygodniach – i paru odwrotach spowoduje, że parę kompanii zgrupowania Piłsudskiego zostanie wyposażone w manlichery wcześniej, nim dostarczy je c. i k. intendentura. Ruch na pobojowisku alarmuje jednak Rosjan, którzy znów wyłaniają się z lasu. Wówczas jeden z austriackich karabinów maszynowych otworzył ogień, co zelektryzowało nas i dało hasło do ogólnej strzelaniny... Mieliśmy wielką satysfakcję, kiedy stwierdziliśmy popłoch wśród widocznej na horyzoncie grupy Moskali.

Austriacy opuścili Chęciny, wycofując się poza Nidę. Wkrótce po zmierzchu nadchodzi rozkaz odwrotu również dla wysuniętych kompanii strzeleckich. Pod osłoną pozostawionych czat, pluton po plutonie schodzi z pozycji, cofa się skokami, od zasłony do zasłony, aby dopiero poza widocznością Rosjan formować kolumnę. Pomarański: Dobrze pamiętam ów marsz nocny w pięknej pozłocie księżyca serpentyną, jaką wije się o podnóża zamku chęcińskiego szosa, i to miłe wrażenie ulgi, jakiej doznaje się przy schodzeniu z góry, kiedy to „nogi same niosą” człowieka. Wtedy również stwierdziłem, że można idąc w szeregu doskonale drzemać. Przed świtem minęliśmy Nidę zatrzymując się w Brzegach w pięknym sadzie stanowiącym „majorat”, należący do jakiegoś wojskowego rosyjskiego. Ściślej mówiąc – do generała Nabokowa, stryjecznego dziada autora „Lolity”, który ten majątek o specjalnych uprawnieniach (ulgi podatkowe, nie podlegał podziałowi) otrzymał za zasługi w dławieniu poprzedniego powstania. Ze stajni generała (raczej już jego spadkobierców) pochodziły konie, na których sztab strzelecki wjechał w środę do Kielc.

Strzelcy rozkładają się na nocleg, Kasprzycki musi wszystkiego dopilnować. Wreszcie i on jest wolny. W Brzegach idę spać do kadrowej, która nocuje w stodołach. Zmarzłem do szpiku kości: jestem bez płaszcza i bez koca, a na sobie ten „szykowny” dreliszek, przeznaczony na szkołę krakowską.


Ostatnio zmieniony przez Administrator dnia Pią Mar 11, 2011 11:00 pm, w całości zmieniany 9 razy
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Sylwia



Dołączył: 11 Gru 2016
Posty: 67

PostWysłany: Nie Gru 11, 2016 1:14 am    Temat postu: Forumoteka.pl Odpowiedz z cytatem



Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
Administrator
Site Admin


Dołączył: 04 Maj 2008
Posty: 9116

PostWysłany: Pon Gru 29, 2008 6:22 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Kolejny fragment najnowszej książki Leszka Moczulskiego "Początek epopei - przerwane powstanie", która ukaże się w roku 2009. Fragment ten był już publikowany w Gazecie Wyborczej 2 sierpnia 2008, tj. niemal dokładnie w rocznicę mobilizacji Strzelców na rozkaz Komendanta w roku 1914.
Przepraszam za zaburzona chronologię - fragment ten dotyczy wydarzeń chronologicznie wcześniejszych od tych, który dotyczy fragment publikowany wyżej na Forum POLONUS jako pierwszy.
Mirek Lewandowski


Cytat:
Pierwsza Kadrowa na Moskala rusza

Polnymi drogami jadą wywiadowczynie Piłsudskiego - szukać, gdzie Rosjanie. Wsie ciche, puste, ludzie kryją się po chatach. Takie były przygotowania do wejścia polskich oddziałów do Kielc w sierpniu 1914 roku

Główny niepokój Józefa Piłsudskiego po wkroczeniu Pierwszej Kompanii Kadrowej - jego oddziałów, które 6 sierpnia 1914 r. wyruszyły z krakowskich Oleandrów - do Królestwa Kongresowego budziła możliwa reakcja rosyjska. Zbyt dobrze znał Moskali, aby liczyć, że w Petersburgu zbagatelizują próbę kolejnego polskiego powstania. Zwłaszcza że do jego zdławienia nie potrzeba było zbyt wielkich sił.

Względy wielkiej strategii nakazywały Moskwie skupić wszystkie siły na wschód od Wisły, aby rozbić gromadzących się na skrzydłach Austriaków i Niemców; wysunięta najdalej na południowy zachód gubernia kielecka nie miała w tym momencie jakiejkolwiek wartości strategicznej. Względy wielkiej polityki żądały jednak, aby przeciąć kolejną polską próbę zamieszania w układach europejskich, co wymagało od Rosjan skierowania w tę stronę jednej czy paru dywizji ze 150 posiadanych już w pierwszych tygodniach wojny.

Wykorzystując strategiczną obecność i możliwość taktycznego wsparcia przez oddziały austriackie - niewielkie, ale w wytworzonej sytuacji liczące się, mając w ręku na początek kilka batalionów strzeleckich - Piłsudski uważał, że jest w stanie stworzyć zaporę wystarczającą do osłony bazy rozpoczynającego się dopiero powstania. Opuścił Kraków, nie pojechał do Wiednia - przybył tutaj, do krainy sosnowych, siniejących przed wieczorem lasów i szarych, piaskowcowych skał - bo pod Kielcami, w cieniu chęcińskiego zamku, nad zmieniającą się z każdym skrętem Nidą, nad Wierną Rzeką - Łosośną rozstrzygał się los powstającej Polski.

Zetrzeć na proch polskich buntowników!

W tym czasie, gdy Piłsudski prowadził odprawę w Jędrzejowie, w Ostrowcu Świętokrzyskim zebrał swój sztab nowo mianowany komendant 1. Konnego Korpusu - gen. Nowikow. Dowódca rosyjski domyślał się, że w naczelnym dowództwie - Stawce - doszło do zmiany planów. Podległe mu oddziały, obarczone zadaniami osłonowymi, z dywizji powiększono do korpusu, przeznaczonego do natarcia. Nowikow został powiadomiony, że w rejonie Warszawy koncentruje się 9. Armia z zadaniem ofensywnym. W którą stronę pójdzie atak - nie powiedziano, bo to przecież tajemnica wojenna, ale generał od lat doskonale rozumiał, że gdy dojdzie co do czego, niezwyciężona armia rosyjska będzie maszerować na Wiedeń.

Armie generała Iwanowa, właśnie mianowanego dowódcą frontu południowo-wschodniego, rozbiją w Galicji Austriaków; "czapkami ich zarzucimy", jak od lat mówiło się po garnizonach. Koncentrujące się pod Warszawą armie nie będą czekać, aż to nastąpi; pośpieszą na Śląsk, do Czech i ku naddunajskiej stolicy, ciągle uważającej się za pierwszą metropolię Europy. Czołem tego zwycięskiego pochodu będzie jego - Nowikowa - korpus, a po drodze zetrze się na proch nędznych polskich buntowników sięgających po carskie Kielce.

14. Dywizja składała się już z sześciu pułków - regularnej kawalerii, kozaków i strzelców granicznych. Dwa z nich mają pozostać w Ostrowcu i nie dopuścić, aby Austriacy przenikali przez rzekę Kamienną, cztery przejdą do rejonu koncentracji Bodzentyn - Suchedniów - Skarżysko. Za osłoną Łysogór bezpiecznie można ześrodkować główne siły korpusu. Część jednostek 5. Dywizji kawalerii jedzie jeszcze z nadwołżańskiej Samary; transporty kolejowe zostaną przedłużone i przez Iwangorod (Dęblin) skierowane do stacji wyładowczych w Suchedniowie, być może Zagnańsku czy Kielcach, a także Ostrowcu - jeśli zajdzie potrzeba wzmocnienia lewego skrzydła. Pozostałe pułki 5. i 8. Dywizji Kawalerii, wyładowane wcześniej, dotrą forsownymi marszami.

Natychmiast trzeba sformować grupę czołową, która powinna obsadzić Kielce, nim nadciągną matieżnicy - buntownicy, albo ich otoczyć w mieście i zniszczyć. W ślad za nią ruszą siły główne korpusu, działając wzdłuż trzech osi: przez Końskie na Włoszczową, przez Kielce na Jędrzejów i Pińczów, od Ostrowca na Staszów.

Wcześniej niż rosyjska kawaleria w stronę Kielc ruszają kompanie strzeleckie. Maszerują jedną szosą, przez Brody. Kompania kadrowa idzie ostatnia. Gdy wkracza do Chęcin, zajętych godzinę wcześniej przez kompanię "Zosika", ludzie już nie kryją się po domach.

"Przez miasto przeszliśmy, nie zatrzymując się, witani przez zaciekawionych mieszkańców - wspomina Stefan Pomarański - "Borowicz". - W pewnym momencie w tłumie zauważyłem swego nauczyciela geografii Łazarewicza (z gimnazjum Rychłowskiego w Warszawie), bardzo poczciwego i sprzyjającego naszym szkolnym konspiracjom, popularnie Łazarzem zwanego, który płacząc jak bóbr i żywo gestykulując, coś opowiadał zebranej koło niego grupie, widocznie miejscowej inteligencji. Miałem ochotę do niego podejść, lecz nie mogłem opuścić szeregu. Krzyknąłem więc tylko i z daleka przywitałem machnięciem czapki. Zauważyłem jego zdumienie; po chwili zaczął biec, lecz nie mógł się przepchać przez tłum, a myśmy maszerowali dość pospiesznie. Nie widziałem go już potem nigdy i nie wiem, co z nim się stało.

W każdym razie to spotkanie człowieka z Warszawy zrobiło na mnie duże wrażenie. W trakcie marszu wydzielona została z kompanii sekcja podoficera »Jastrzębskiego « [Eugeniusza] Czaykowskiego jako miejscowy »garnizon «. A my wszyscy minęliśmy miasto i dopiero jakieś dwa kilometry dalej, na ściernisku przed lasem po prawej stronie szosy stanęliśmy biwakiem”.

Zatrzymali się pod Zagórskiem, czołowy pluton kompanii "Zosika" obsadził most na Bobrzy w Słowiku, wysunięty patrol zapadł w krzaki pod Białogonem.

Maszerują strzelcy

Do Kielc, tylko z przeciwnej strony, zdążała również wywiadowczyni Zawiszanka.

Jeszcze w niedzielę wieczorem, natychmiast po przybyciu do miasta, w trójkę z "Szarą" i Stanisławem Hemplem przystąpili do organizowania ekspozytury Oddziału Wywiadowczego.

"Nasze zadanie - wspomina Zawiszanka - polegało wówczas na zorganizowaniu gęstej sieci ognisk wywiadowczych i szybkim przesyłaniu w tył wiadomości - tak by teren w promieniu 40-60 km przed oddziałem był dobrze znany. Myśmy jechali wprost w kierunku marszu, inni byli wysyłani na boki. Co jakieś 20 km zakładało się stałą naszą stację - pozostawiony tam (lub miejscowy) człowiek zbierał wiadomości z okolicy i przesyłał je do najbliższej stacji w tył, albo wprost do Komendy - w zasadzie co dzień - łącznie z raportami placówek bardziej wysuniętych. Liczne stosunki organizacyjne ułatwiały nam niepomiernie to zadanie. Mieliśmy już takie stacje w Jędrzejowie i Chęcinach, zakładaliśmy właśnie w Kielcach".

Głównym zadaniem Zawiszanki było jednak szukanie wojska rosyjskiego. Moskale mogli być już w Suchedniowie. Inżynier Filipkowski miał do dyspozycji fabryczny powóz. On, jego córka Wanda (późniejsza żona gen. Pełczyńskiego - "Grzegorza", szefa sztabu komendy głównej AK; ich syn Krzysztof zginął w Powstaniu Warszawskim, ona sama, posłanka do Sejmu, została aresztowana w Wilnie przez NKWD i cudem uciekła z transportu, później przeszła przez Powstanie) oraz "Wiśniowiecka" wybrali się tym wygodnym pojazdem do Suchedniowa, aby "odwiedzić rodzinę".

W miasteczku nie było wojska, ledwo trochę żandarmów, a w pobliżu kręcili się kozacy. Gubernator kielecki zabawił tu jeden dzień i uciekł do Warszawy czy Lublina, Przez kontakty kolejowe dochodziły jednak groźne wiadomości. Do Suchedniowa miały przybyć jakieś transporty "z wojskiem do Kielc". Filipkowscy prawie natychmiast zawrócili brekiem [wielokonny pojazd resorowany] do Kielc, aby dostarczyć "alarmującą nowinę",

Zawiszanka odszukała dawną koleżankę z "roboty" - Niusię (Stefanię) Jeziorkowską, "dzielne, choć kruche dziewczątko". W parę godzin wspólnie zorganizowały ekspozyturę wywiadowczą, pozyskując kilka osób. Koni na powrót nie udało się jednak wynająć, dopiero nazajutrz miejscowy lekarz pożyczył Jeziorkowskiej własny zaprzęg, aby dziewczęta mogły pojechać do Kielc "po sprawunki".

Teraz jadą. Drogą pod górę, przez Ostojów, Łączną. Wsie ciche, puste, ludzie kryją się po chatach, nawet pies nie zaszczeka. Las, zjazd z góry, przez łąkę sączy się Lubrzanka. Dziewczęta skręciły do Zagnańska, spokój, puste wagony przy stacji, jakby porzucone. Pod górę do Wiśniówki, droga omija szczyt stokiem, zaczyna schodzić w dół, do Kielc. Z tamtej strony maszerują do miasta strzelcy, uzbrojeni, w dużej gromadzie. Z tej - na eleganckim lando doktora, zaprzężonym w parę dobrze odpasionych koni - woźnica i dwie samotne dziewczyny.

Już na Szydłówku, pod samym miastem, z lasu wyjeżdża jeden za drugim 20 kozaków. Kołyszą się długie piki. Wojnę toczą mężczyźni, rycerskość wymaga szanowania kobiet. Rycerskość? W tej wojnie - obie to czują - nic takiego nie obowiązuje, a one dla konspiracji nawet nie wzięły z sobą pistoletu. Kozacy "jechali stępa, drapieżnie patrząc przed siebie - w ich ruchach było coś z podkradania się kota do myszy...".

Skręcili w bok. Zosia wyrwała lejce woźnicy, batem skłoniła konie do galopu. Jeszcze jeden zagajnik. Jakaś samotna zagroda. "Ujrzałyśmy u stóp wzgórza barwne spodnie i kurtki austriackich dragonów, którzy najspokojniej stali pod karczmą, racząc się wynoszonem im piwem. Było ich trzech tylko!... Po chwili szalonego pędu, nie oglądając się za siebie, osadziłam na miejscu nasz wózek, tuż przed dragonami. - Kozacy!".

To chyba Czesi z patrolu, którzy w poniedziałek rano pytali na kieleckim rynku o dalszą drogę; Wicek Solek odprowadził ich prawie do Szydłówka. Teraz nie bardzo dosłyszeli, zajęci piwem i ładną szynkareczką. Dopiero gdy Zawiszanka wykrzyczała jednemu, że tuż za nimi jedzie 20 kozaków, rzucili kufle i zawrócili cwałem.

Taki fason

W mieście nie ma już nawet żandarmów; wszyscy zniknęli, gdy w niedzielę przeciągał przez miasto ostatni oddział kawalerii rosyjskiej; po południu pokazało się jeszcze dwu kozaków na Bazarze, chcieli kupić konie, bo swoje gdzieś stracili - wspomina Solek. "W mieście cisza, sklepy otwarte, na każdej ulicy 2-3 posterunki Straży Obywatelskiej".

Zawiszanka dostrzega to bardziej syntetycznie: "Władzy żadnej właściwie nie było - wszystko trzymało się albo wspomnieniem dawnego porządku rzeczy, albo oczekiwaniem nowego". Ekspozytura wywiadowcza miała już bezpieczne locum w jakiejś piekarni. "Zaprowadziłam tam natychmiast Niusię, by ją zapoznać z ludźmi i biegiem roboty".

Kierownictwo placówki przejęła świeżo przybyła "Jadwiga" ("Zaleska" - Klempińska), "bardzo elegancko ubrana, nadzwyczaj skupiona i spokojna" (Zawiszanka również uważała, że w ładnej sukience dziewczynie łatwiej przekraczać wojenne fronty). Właśnie z raportem wyprawiała młodziutkiego skauta, "zaszywając mu małą karteczkę w ubranie. - A uważaj dobrze! Bo jak ci to znajdą, to cię powieszą - ostrzegała. - Ach, wielka mi rzecz, powieszą! - zawołał chłopak z lekceważącym ruchem ręki". Taki fason.

Wczorajszy alarmujący meldunek z Suchedniowa wymagał dalszego rozpoznania. "Jadwiga" miała natychmiast jechać do Radomia, weźmie z sobą Wandę Filipkowską; pojadą wypoczętymi już końmi z Goszyc, powozić będzie miejscowy robotnik z Narodowego Związku Robotniczego - Witecki. Zawiszanka ma się jak najgłębiej zakonspirować - i czekać, wkrótce będą nasi.

Wtorkowym "wieczorem - relacjonuje Solek - odbyliśmy naradę u Włodka Gierowskiego, czy iść szukać Strzelców, czy czekać na ich przyjście do Kielc. Postanowiliśmy czekać. Plecaki zaopatrzone w porcje żywności w woreczkach na sposób skautowy, bielizna, koc, ciepła kurtka były gotowe, aby w jednej chwili można było stanąć w szeregu". Nie mieli tylko broni, jedynie Kazik Pluta skądś wytrzasnął popsuty i własnoręcznie zreperowany rewolwer.

Źródło: Gazeta Wyborcza


http://wyborcza.pl/1,76842,5546155,Pierwsza_Kadrowa_na_Moskala_rusza.html?as=2&ias=2&startsz=x
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Administrator
Site Admin


Dołączył: 04 Maj 2008
Posty: 9116

PostWysłany: Sro Wrz 22, 2010 6:22 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem



Cytat:
PRZERWANE POWSTANIE POLSKIE 1914
Leszek Moczulski
Wydawca: Bellona
EAN 9788311118720
864 stron
format 165x235 mm
oprawa miękka


Opis

Kolejne wielkie dzieło wybitnego historyka.

Książka przedstawia wydarzenia kilku tygodni, szczególnie ważnych w dziejach polskich, a z wielu powodów do dzisiaj słabo znanych, skąpo opisanych w historiografii. To wznowienie walki zbrojnej o niepodległość po 50-letniej przerwie - wyprawa kielecka Piłsudskiego, początek bojów legionowych.

Ten wyjątkowy epizod naszych dziejów przedstawiony jest na szerokim tle wydarzeń europejskich i polskich od ostatnich dni lipca do początków września 1914 roku: manewrów dyplomatycznych, wchodzenia poszczególnych państw do wojny, mobilizacji i koncentracji armii, pierwszych wielkich bitew, zachowania mocarstw zaborczych i zachodnich wobec sprawy polskiej - ożywającej nagle w następstwie akcji strzeleckiej.

Główny tok książki skupia się na tej akcji, opisywanej często z godziny na godzinę: decyzje mobilizacyjne, przygotowanie oddziałów, rozpoznanie sił rosyjskich, proklamacja powstańcza i wkroczenie do Królestwa, marsz na Kielce i zajęcie miasta, walki z Rosjanami w Kielcach i o Kielce, organizacja zrębów niepodległego państwa polskiego, tworzenie Komisariatów Rządu Narodowego.

TERMIN WYDANIA: 21.10.2010
cena det. 55,00 zł
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Administrator
Site Admin


Dołączył: 04 Maj 2008
Posty: 9116

PostWysłany: Sro Lis 03, 2010 1:10 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

W niedzielę 7 listopada o godzinie 12-ej Leszek Moczulski będzie podpisywał swoją ostatnią książkę ("Przerwane powstanie") na Targach Książki w Krakowie, przy ul. Centralnej 41a (stoisko A10).

Dojazd - http://targi.krakow.pl/pl/strona-glowna/targi/14-targi-ksiazki-w-krakowie/dla-zwiedzajacych.html

Plan hali - http://targi.krakow.pl/pl/strona-glowna/targi/14-targi-ksiazki-w-krakowie/plan-hali.html
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Administrator
Site Admin


Dołączył: 04 Maj 2008
Posty: 9116

PostWysłany: Nie Lis 07, 2010 9:23 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Stoisko Leszka Moczulskiego na Targach Książki odwiedził m.in. Marcin Wolski (panowie umówili się na rozmowę w radio, która ma zostać wyemitowana 10 listopada wieczorem w programie III PR - dokładną godzinę podam później). Przerwy między liczną grupą osób, które prosiły o podpis na świeżo nabytej książce autora "Przerwanego powstania", kolejni Konfederaci wykorzystali do krótkich rozmów ze swoim b. Przewodniczącym.


Foto. Ryszard Musiał
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Administrator
Site Admin


Dołączył: 04 Maj 2008
Posty: 9116

PostWysłany: Pon Lis 08, 2010 9:23 am    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Omówienie książki Leszka Moczulskiego w Rzepie:

Cytat:
Jeszcze jedno polskie powstanie
Tomasz Stańczyk 05-11-2010,

Do listy polskich powstań Leszek Moczulski dopisuje jeszcze jedno, sierpniowe, w 1914 roku. Rozpoczęła je wysłana przez Józefa Piłsudskiego do Królestwa Polskiego kompania kadrowa, która dała początek rozrastającej się, podległej tylko jemu, jednostce wojska polskiego, liczącej pod koniec sierpnia już pięć batalionów.

Powstanie kojarzy się zwykle z nagłym wybuchem i porywem entuzjazmu, co dokładnie w 30 lat po wymarszu z Oleandrów widziano w Warszawie. Tego jednak w 1914 roku nie było. Radości na widok strzelców nie okazywano. Panowała niepewność, obojętność, niechęć, wrogość, obawa przed zemstą Rosjan, gdyby wrócili. „Polacy okazali się kamieniem pleśnią pokrytym, a nie ładunkiem dynamitu” – mówił rozczarowany Piłsudski.

Leszek Moczulski uważa jednak, że powstanie może być pewnym procesem, dojrzewaniem emocji i zaangażowania. Tak właśnie było w sierpniu 1914 r. na Kielecczyźnie. Moczulski kładzie nacisk na zmieniające się na coraz życzliwsze strzelcom nastroje. A powstanie jego zdaniem było, bo istniały siła zbrojna i opanowane przez nią terytorium, na którym budowano polski aparat administracyjny.

Jak to się skończyło? Odpowiada na to pytanie tytuł książki: „Przerwane powstanie polskie 1914”.

Naturalnie, to powstanie mogło tylko zakończyć się przegraną. Nawet gdyby Piłsudski pociągnął za sobą ludność Królestwa, nie byłby przecież w stanie wyzwolić Polski. Władze austriackie po tygodniu trwania strzeleckiej akcji postanowiły: nie będzie niezależnych polskich sił zbrojnych ani budowania polskiej administracji. W gruncie rzeczy mogły wcielić strzelców, tych, którzy byli obywatelami Austro-Węgier, w szeregi regulowanej armii. Piłsudski zostałby na lodzie, bez przepustki do historii. Stało się inaczej – powstały Legiony Polskie.

Nie byłoby ich bez poprzedzającej I wojnę pracy Piłsudskiego nad stworzeniem kadr dla przyszłego wojska polskiego, szkolenia żołnierzy i oficerów w Związku Strzeleckim i Strzelcu (choć trzeba pamiętać, że były także inne organizacje paramilitarne). „Ziuk całkiem zdziwaczał. Biega z wyrostkami po krzakach, urządza podchody albo z kijami ćwiczy musztrę” – pisał w 1909 roku jego wuj Stanisław Witkiewicz. Pięć lat później w mundurach i z karabinami strzelcy wymaszerowali z Oleandrów po to, by rozpocząć powstanie .

To ono zmusiło do działania polskich polityków z Galicji – inspirowanych, jak czytamy, przez Leona Bilińskiego, ogromnie wpływowego i cenionego przez Franciszka Józefa ministra skarbu. Wykorzystali oni kielecką kampanię oddziałów Piłsudskiego do przedstawienia Wiedniowi polskich postulatów. No i przejęcia politycznej inicjatywy na rodzimym gruncie. Ziemie polskie – Galicja i zdobyte na Rosji Królestwo Polskie – miały się stać trzecim elementem monarchii, z własnym Sejmem i rządem. To właśnie Biliński podpowiadał takie rozwiązanie, które miał obwieścić w swoim manifeście Franciszek Józef.

Przypomina Moczulski polityków galicyjskich na czele z prowadzącym rozmowy w Wiedniu Juliuszem Leo, prezesem Koła Polskiego w parlamencie austriackim, a zarazem prezydentem Krakowa. Leo był pierwszym prezesem Naczelnego Komitetu Narodowego wysuwającego postulat stworzenia Legionów. Moczulski podkreśla przy tym, że autorem koncepcji Legionów był Władysław Sikorski, później tak skłócony z Piłsudskim. Legiony kojarzą się dziś tylko z jednym nazwiskiem – Piłsudskiego, a ten sukces miał wielu ojców. Kto teraz pamięta Bilińskiego i Leo?

Do ogłoszenia manifestu Franciszka Józefa w sierpniu 1914 roku nie doszło, Austro-Węgry nie odnosiły na froncie z Rosją sukcesów, w końcu przekazały sprawy polskie w ręce Niemiec. Orientacja na Austrię stała się ślepym zaułkiem – pisze Moczulski. Podobnie jak orientacja na Rosję reprezentowana przez Romana Dmowskiego.

To konstatacja, brzmiąca mimowolnie jako osąd. Leszek Moczulski przyznaje przecież, że z dystansu łatwiej odczytywać błędy.

Książka opowiada – bo jest to opowieść, nie zaś drętwa, szczegółowa monografia historyczna, obarczona przypisami – a pisze ją historyk z doświadczeniem dziennikarskim i zacięciem publicysty, nie tylko o grach politycznych wokół sprawy polskiej. Równolegle prowadzi Leszek Moczulski w reporterskim stylu narrację o wyprawie żołnierzy Piłsudskiego do Królestwa Polskiego, owych Śmigłych, Kmiciców, Rysiów, Lisów, Grzmotów, Młotów, czyli o powstaniu i budowaniu wolnej Polski na skrawku zajętego terytorium zaboru rosyjskiego. Ciągle migają czytelnikowi przed oczyma nazwiska przyszłych oficerów w wojnach 1920 i 1939 roku, polityków, ministrów i generałów II Rzeczypospolitej, oficerów Armii Krajowej.

Zanim wybuchła wojna, dzielili czas między naukę, pracę a ćwiczenia wojskowe, ponieważ byli gotowi rzucić na stos swój życia los, jak później śpiewali. I wielu z nich oddało życie za Polskę, już w 1914 roku i jeszcze w latach 40. i 50. w komunistycznych więzieniach. Oni, strzelcy i drużyniacy, a potem legioniści, tworzyli (tak samo jak członkowie innych polskich ochotniczych formacji wojskowych w I wojnie światowej) elitę pokolenia urodzonego w ostatnich 15 latach XIX wieku. Stała się ona wzorem dla Kolumbów, rocznik 1920 i dalszych roczników urodzonych w latach 20., młodych żołnierzy Armii Krajowej.

Dla Polaków żyjących w II Rzeczypospolitej tamten sierpniowy wymarsz z Oleandrów i epopeja legionowa stały się elementem tożsamości. Nie dla wszystkich oczywiście. Tak jak nie dla wszystkich jest nim dziś drugi sierpień – ten z 1944 roku, i ten trzeci – z 1980 roku. Zawsze byliśmy podzieleni.

Trudno o nich – strzelcach i drużyniakach, legionistach – nie myśleć także i wtedy, gdy Leszek Moczulski, zamykając swą opowieść o kilku tygodniach gorącego lata 1914 roku powrotem oddziałów Piłsudskiego do Galicji, kończy książkę następującym zdaniem:

„Któż jednak wiedział, że dobiegł kresu zaledwie pierwszy rozdział epopei rozpoczęty w insurekcyjnym Krakowie, że kończyć się będzie ona w pożodze powstańczej Warszawy, w sowieckich i ubeckich więzieniach precyzyjnymi strzałami w tył czaszki. I niewielu rozumie, jaką to daje siłę”.

Leszek Moczulski „Przerwane powstanie polskie 1914”. Bellona, Warszawa 2010
Rzeczpospolita


http://www.rp.pl/artykul/559664,559871-Jeszcze-jedno-polskie-powstanie.html
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Sylwia



Dołączył: 11 Gru 2016
Posty: 67

PostWysłany: Nie Gru 11, 2016 1:14 am    Temat postu: Forumoteka.pl Odpowiedz z cytatem



Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
Administrator
Site Admin


Dołączył: 04 Maj 2008
Posty: 9116

PostWysłany: Pią Maj 20, 2011 7:15 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Zapis ciekawej dyskusji panelowej z udziałem Leszka Moczulskiego, Tomasza Nałęcza oraz Janusza Ciska, zob. http://www.polonus.mojeforum.net/viewtopic.php?p=8633#8633
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi    Forum polonus.forumoteka.pl Strona Główna -> ARCHIWUM Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Strona 1 z 1
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Możesz dodawać załączniki na tym forum
Możesz ściągać pliki na tym forum




Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group