Forum polonus.forumoteka.pl Strona Główna polonus.forumoteka.pl
Archiwum b. forum POLONUS (2008-2013). Kontynuacją forum POLONUS jest forum www.konfederat.pl
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Punkt równowagi - opinie polityczne
Idź do strony 1, 2, 3 ... 10, 11, 12  Następny
 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum polonus.forumoteka.pl Strona Główna -> SPRAWY BIEŻĄCE
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Administrator
Site Admin


Dołączył: 04 Maj 2008
Posty: 9116

PostWysłany: Sro Gru 31, 2008 9:47 am    Temat postu: Punkt równowagi - opinie polityczne Odpowiedz z cytatem

W świątecznej Rzepie Rafał Ziemkiewicz zamieścił artykuł "Silva rerum Ziemkiewicza" http://www.rp.pl/artykul/238804.html

Najpierw wyjaśnienie.

Z Wikipedii:

Cytat:
Sylwa (łac. silva rerum = dosł. las rzeczy) - forma piśmiennictwa popularna w okresie staropolskim, zwłaszcza w kręgach szlacheckich, wywodząca się m.in. ze zbioru Silvae rzymskiego poety Stacjusza, obejmująca niejednorodne formalnie teksty zapisywane "na gorąco" i wyróżniające się różnorodną tematyką. Sylwy staropolskie przybierały postać dwoistą - były poetycko-filozoficznymi "wirydarzami", "ogrodami", "hortulusami", czyli zbiorami, w których obok prozaicznych zapisków z życia codziennego autora rękopisu przeważały teksty o charakterze literackim bądź refleksyjnym. Sylwy były również zwane "Bibliami domowymi", pośród wielu zapisków o charakterze informacyjnym (np. narodziny członków rodziny, śmierci, wydarzenia w okolicy, wyniki sejmów i spotkań samorządowych) znajdowały się również zapisy literackie. Sylwy były również zbiorami zasłyszanych dowcipów czy też przepisów kulinarnych. Dzięki sylwom zachowały się wiersze m.in. Daniela Naborowskiego i J.A. Morsztyna.

Mogą znaleźć się w niej nie tylko wspomnienia o ślubach czy narodzinach, ale także pamiątki, np. pukle włosów. Bardzo często umieszcza się również drzewo genealogiczne rodu (rodziny).

Literatura sylwiczna bywa też pisana w okresie postmodernizmu. W praktyce oznacza wymieszanie gatunków literackich, zmienność poetyki i nastroju, stosowanie stylizacji i cytatów, dodatków graficznych. Ich wielowątkowość zahacza często o elementy autobiograficzne. Polskim przykładem tego typu twórczości są niektóre książki Tadeusza Konwickiego, np. Kalendarz i klepsydra.


http://pl.wikipedia.org/wiki/Sylwa

A teraz wybrane fragmenty z wymienionego na wstępie artykułu Ziemkiewicza:

Cytat:
(...)
Ciągłość historyczna III Rzeczypospolitej – dobitnie określił ją Aleksander Kwaśniewski, wręczając Orły Białe Jackowi Kuroniowi i Karolowi Modzelewskiemu, kiedy to powiedział znamienne słowa: „wy pierwsi sprzeciwiliście się komunistycznemu totalitaryzmowi!”. Oczywiście, powinien był dodać „wy pierwsi spośród nas, komunistów”, ale i tak sens jego słów był jasny. Setki tysięcy osób na różny sposób represjonowanych za czasów stalinowskich, dziesiątki tysięcy „żołnierzy wyklętych”, z których ostatniego zastrzeliła SB w obławie dopiero w roku 1963, męczeństwo Armii Krajowej, WiN, pomordowani działacze PSL, to wszystko się nie liczy, to należało do zakończonej już historii innego państwa i być może innego narodu, równie niewiele mających z nami wspólnego, co państwo Etrusków. Trzecia Rzeczpospolita zaczęła się w momencie, gdy dwóch młodych marksistów zarzuciło partii odejście od leninowskich pryncypiów, krytykując ją m.in. za tolerowanie prywatnej własności ziemi i zbyt łagodny stosunek do religii. I gdy poszli za to do więzienia, odprowadzani, jak to wspomina sam Kuroń, przez przyjaciół śpiewających im na pożegnanie „Międzynarodówkę”.

Cuda Tuska – na razie mamy tylko jeden, ale niewątpliwy: premier zrobił z Wałęsy mędrca. (p. Wałęsa)
(...)
Debata publiczna – zasadniczo ogranicza się u nas do ustalenia, kto jest swój, a kto nie (czyli, aktualnie: kto jest z PiS, a kto z PO). Potem już wiadomo, że jeśli mówi nasz, to nie tylko masz rację, ale jesteś człowiekiem po każdym względem znakomitym, uczciwym, utalentowanym etc.; a jeśli nie nasz, to wręcz przeciwnie.
(...)
Kaczyński Jarosław – z niezrozumiałych dla mnie przyczyn uchodzi za zimnego jak ryba stratega, człowieka, który ma w głowie polityczny komputer (określenie Piotra Wierzbickiego), wszystko kalkuluje na wiele ruchów naprzód etc. Tymczasem w istocie w prezesie PiS stale się gotuje i, mówiąc słowami Mistrza Młynarskiego, „co jakiś czas ta szajba / jak pokrywka mu odbija”. Wtedy prezes rzuca gromy na niemieckie media, potomków KPP, knajaków wychowanych na podwórkach i internautów pociągających piwko między jedną a drugą stronką porno. A potem, by ocalić swą reputację przebiegłego stratega, brnie w to, co powiedział.

Kaczyński Lech – zacności człowiek, bardzo porządny, jakiego każdy chciałby mieć wśród znajomych. Niestety, to właśnie czyni go mało predestynowanym do zajmowania się polityką.
(...)
Lustracja – postrach kamaryl trzęsących Polską i kontrolujących atrakcyjne zawody (p. Sitwa, Reglamentacja sukcesu). Wbrew potocznemu przekonaniu ich niechęć do lustracji nie ma charakteru bezwzględnego; gdy np. profesorowie Ćwiąkalski i Zoll dokonali „dzikiej lustracji” profesora Mąciora, nie podniosły się w ich środowisku żadne głosy sprzeciwu. Zdecydowane potępienie wywołuje natomiast perspektywa lustracji powszechnej, przede wszystkim dlatego, że takowa naruszyłaby fundamentalną dla naszego życia publicznego zasadę hierarchii. Teczki postrzegane są jako groźna broń, która pozwoliłaby jakimś, z przeproszeniem, szczeniakom rozliczać czcigodnych gerontów; byle magister mógłby przyszpilić dawną współpracą i przepędzić profesora, byle redaktorek zrzucać z cokołów wielkich intelektualistów i autorytety moralne. „Do czego by to doprowadziło!”, jak mówią w moim ulubionym serialu komediowym.
(...)
Mitologia III RP – w największym skrócie: szły do kompromisu światłe elity z dwóch stron historycznego podziału, jedni przez KOR, drudzy przez KC PZPR, aż się spotkały przy Okrągłym Stole, pogodziły w imię wspólnego dobra i zgodnie zbudowały nam demokrację, dzięki czemu mamy teraz promocje w supermarketach i paszporty pozwalające nam szorować gary i zamiatać podłogi w knajpach całego świata. (p. Ciągłość historyczna)
(...)
Tusk Donald – bez wątpienia największy sukces w polskiej polityce po roku 1989; z pozycji nienajważniejszego lidera efemerycznej partii głoszącej niepopularne w społeczeństwie hasła stał się najbardziej popularnym politykiem w państwie, pod względem rozległości swych wpływów ustępującym tylko Grzegorzowi Schetynie. Nieodparcie kojarzy mi się z sycylijskim, powiedzmy, biznesmenem, którego wrogom nieodmiennie przydarzają się nieszczęścia, a to, który się utopi w basenie, a to wypadnie z okna albo zatruje się gazem, on sam zaś rozkłada tylko ręce i patrzy na nas tak niewinnie, że po prostu nie sposób wątpić, iż nie ma z tym nic wspólnego.

Wałęsa Lech – problem z nim jako symbolem narodowym polega na tym, że zamiast spiżowym herosem, był niezwykle skutecznym cwaniakiem. Według najgłębszego polskiego przekonania zwycięstwo można tylko wywalczyć. Wałęsa zaś osiągnął je chłopskim sprytem i przebiegłą grą: kombinował, zwodził, kołował i współtowarzyszy, i przeciwników, na wiecu doprowadzał tłumy do ekstazy patosem przemówień, w zaciszu szedł na współpracę, by w decydującej chwili ją zerwać, podbijając stawkę („inaczej by mnie przecież zabili” – potrafi powiedzieć w chwili szczerości; ale tylko mediom zachodnim). Wycwaniaczone zwycięstwo? W naszej tradycji to przecież niedopuszczalne, lepszy już martwy lew niż zwycięski lis. Dlatego nie ma wyjścia, trzeba z Wałęsą tak, jak z Mickiewiczem. Koniec, kropka. (p. Mickiewicz)
(...)
Zagrożenie dla demokracji (a właściwie dla modernizacji) – osoba lub grupa osób, wobec których nasze elity przeżywają intensywnie oburzenie, co praktycznie rzecz biorąc, stanowi jedyny przejaw ich intelektualnej działalności. Zagrożenie dla demokracji z powodzeniem zastępuje w naszej (p.) Debacie publicznej wszelką zadumę nad interesem narodowym, optymalną drogą rozwoju czy innymi imponderabiliami. Zagrożeniami dla demokracji byli w dziejach III RP kolejno Wałęsa, „katoliccy ajatollahowie” i państwo wyznaniowe. Obecnie są nim Kaczyńscy.

Zarządzanie chaosem – metoda działalności politycznej, jedna z cech upodabniających do siebie odległych pod innymi względami Jarosława Kaczyńskiego i Lecha Wałęsę. Polega na nieustającym wytwarzaniu w życiu publicznym zamętu, bałaganu, bieganiny, słowem, chaosu właśnie, w którym jeden tylko lider czuje się jak ryba w wodzie, dowolnie wyławiając sprawy czy osoby, na których ma się w danym momencie skupić uwaga wszystkich, a usuwając w cień niewygodne dla siebie. Bolesnym przykładem stosowania zarządzania chaosem było zmarnowanie ustawy lustracyjnej mimo istniejącego w tej sprawie całkiem dobrego kompromisu z PO. Poprawkami Senatu i prezydenta zmieniono przyjętą już ustawę w potworka, którego unieważnienie przez Trybunał Konstytucyjny było oczywiste, ale wedle planu nastąpić miało już po złożeniu przez setki tysięcy ludzi oświadczeń lustracyjnych; jakaż by to była piękna rozpierducha i jakaż możliwość gry dla ówczesnego premiera! Niestety (lub właśnie stety), ofiarę z (p.) lustracji złożono na marne, ponieważ prezes Trybunału Konstytucyjnego i większość jego składu rzucili się w wir politycznej walki, dokładając wszelkich starań, aby wydać wyrok w tempie ekspresowym (p. Bezstronność). Zasadniczą wadą polityki zarządzania chaosem jest to, że Polacy tak zachowujących się polityków bardzo nie lubią; to było przyczyną upadku i Wałęsy, i Kaczyńskiego.
(...)


Ostatnio zmieniony przez Administrator dnia Nie Sty 04, 2009 8:18 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Sylwia



Dołączył: 10 Gru 2016
Posty: 67

PostWysłany: Sob Gru 10, 2016 7:52 am    Temat postu: Forumoteka.pl Odpowiedz z cytatem



Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
Administrator
Site Admin


Dołączył: 04 Maj 2008
Posty: 9116

PostWysłany: Nie Sty 04, 2009 8:17 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Cytat:
Nasi politycy nie lubią rządzić
wywiad Małgorzaty Subotić z Czesławem Bieleckim 26-12-2008,

(...)
Lech Wałęsa był politykiem z prawdziwego zdarzenia. Z niezwykłego robotnika opozycjonisty wyrósł przywódca strajku, który wygrał wojnę polsko-jaruzelską, jaką prowadziliśmy od 1980 do 1989 roku.

Ale potem nie było już chyba tak fajnie?

Nie zawsze było najlepiej, ale mówię o okresie, który poprzedzał jego prezydenturę, wyjąwszy może pierwszy jej rok, gdy zrealizował hasło „Rosjanie do domu”. Warto docenić to, co robił Wałęsa w latach 80., bez bawienia się w orwellowskie rzutowanie teraźniejszości w przeszłość. Jeśli ktoś nie był najlepszym prezydentem, to nie powinniśmy na siłę zaprzeczać jego wcześniejszym oczywistym osiągnięciom. Często jest tak, że kompletnie nie akceptujemy działań polityka od jakiegoś momentu. Ale nie widzę powodu, by preparować jego życie na nowo.
Churchill wygrał wojnę, a potem przegrał wybory, ale to nie umniejsza jego zasług. Nie da się wciąż wygrywać. Szczególnie w Polsce.

Lech Wałęsa zdobył w wyborach prezydenckich w 2000 roku chyba 1 procent głosów. Potem zaczęły się oskarżenia o jego agenturalną przeszłość. A dzisiaj według sondaży opinii publicznej jest jednym z polityków uważanych za największy autorytet i darzonych największym zaufaniem. Nie dziwi to pana?

To jest tylko dowód na to, że Polacy są przekorni i nieufni wobec partyjniackiej propagandy. To objaw zdrowia. Choć wielka szkoda, że Wałęsa nie załatwił sprawy kontaktów z SB w latach 70. paroma jednoznacznymi zdaniami. Ale nie on jeden.

(...)

Utrzymujące się wysokie poparcie dla PO wskazuje chyba, że to wystarczy? Cóż, społeczeństwo woli niezbyt skutecznych, ale estetycznie i życzliwie prezentujących się rządzących niż tych, którzy działają jak abnegaci i którym był obojętny styl sprawowania władzy. Ale i jedni, i drudzy nie potrafili uzyskać efektów, których społeczeństwo oczekiwało. Poprzedni rząd był na fali niesamowitej koniunktury gospodarczej. Nie wykorzystał jej na przykład do reformy finansów publicznych.

Może miał taką sytuację...

... powie pani, że miał przeciwko sobie układ? I niech pani mi tego nie skreśli w wywiadzie. Rząd Jarosława Kaczyńskiego sam stworzył układ, który okazał się niewydolny. Kaczyński do ścisłego kierownictwa aparatu władzy wybrał ludzi, którym ufał w 150 procentach, a następnie w 200 procentach ich odrzucał, tak jak Dorna, Ujazdowskiego czy Kaczmarka. Chociaż to różne kategorie ludzi, zostali potraktowani podobnie. Dorn powiedział mi kiedyś żartem, że partia jest dobra, jak już trzy razy wymieniła swoich członków. Ale to było ponad dziesięć lat temu, więc nie przewidział, że i jego wymienią.

Popełnianie błędów, także personalnych, jest chyba rzeczą ludzką?

W ten sposób możemy każdego usprawiedliwić. Jak się jest przywódcą, to odpowiada się za siebie i za ludzi, którzy tworzą struktury władzy.

Obecny rząd lepiej pan ocenia?

Podstawową zaletą tego rządu jest to, że nie denerwuje ludzi tak jak poprzedni. Oczywiście przeszkadza mi nieskuteczność tej ekipy, podobnie jak poprzednich.

(...)

Tusk jest względnie dobrym premierem, gdy Kaczyński okazał się bezwzględnie złym. Mamy wybór między denerwującym, narzucającym się i obsesyjnym rządem Jarosława Kaczyńskiego a przyjaznym, choć nieskutecznym, rządem Tuska. Kaczyński nie zrobił zresztą tego, co zapowiadał. Jego diagnoza była i jest błędna. Nie dlatego jest źle, że jest korupcja, tylko dlatego jest korupcja, że władza źle rządzi. Kaczyński, chcąc dokonać sanacji władzy, szukał ludzi nieuczciwych i układów. Chciał osiągnąć sukces przez konsekwentne usuwanie kolejnych grzeszników.

(...)


http://www.rp.pl/artykul/239849.html
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Administrator
Site Admin


Dołączył: 04 Maj 2008
Posty: 9116

PostWysłany: Czw Sty 08, 2009 1:31 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Z artykułu Igora Janke - Rzepa z 8.01.2008:

Cytat:
Zasługą prezydenta Lecha Kaczyńskiego i rządu jego brata jest to, że uznali kwestię bezpieczeństwa energetycznego za jeden z priorytetów, choć przyznać też trzeba – namacalnych skutków ich działalności jeszcze nie widać.

Zwłaszcza że od kiedy nastał rząd Platformy – z przyczyn dla wszystkich oczywistych – oba ośrodki władzy nie koordynują swoich działań, a wręcz patrzą na siebie z wielką podejrzliwością. I sprawy stoją w miejscu.

Trudno było się spodziewać, że za budowę elektrowni atomowych weźmie się SLD, ale to, że tej sprawy nawet nie tknął lider PiS, jest już poważnym obciążeniem. Premier Kaczyński wspomniał o konieczności rozważenia budowy elektrowni jądrowych raz, ale poza tę jedną deklarację nigdy nie wyszedł.

Obecny rząd, po półtora roku działania, uznał, że coś w tej sprawie powinien zrobić. To dobrze. Ale dlaczego tak późno?

Przez pierwszy rok ekipa PO – PSL niestety nie miała czasu ani ochoty, by porządnie się zająć sprawą energii. Dopiero w październiku ubiegłego roku premier Tusk zatrudnił eksperta w tej sprawie – Macieja Woźniaka – na stanowisku głównego doradcy do spraw bezpieczeństwa energetycznego.

To jeden z niewielu przykładów, kiedy obecna ekipa sięgnęła po człowieka, który miał coś wspólnego z poprzednikami. Bo Woźniak pracował wcześniej dla rządu PiS – u Piotra Naimskiego.


Jednak wcześniej przez rok rząd nie miał nikogo, kto by się zajmował na poważnie sprawami bezpieczeństwa energetycznego. Bo trudno za taką osobę uważać zatrudnionego jako wiceministra w resorcie gospodarki działacza PSL Eugeniusza Postolskiego, który kategorycznie twierdził, że "w polityce energetycznej prowadzonej przez Rosję nie ma zagrożenia dla bezpieczeństwa energetycznego Polski" (12 grudnia 2007, podczas debaty w "Rzeczpospolitej"). Do dziś ta – jakże niezwykła – wypowiedź wisi dumnie na stronie internetowej Ministerstwa Gospodarki.

Wśród osiągnięć Postolskiego wymienia się też wizytę na Międzynarodowym Forum Energetycznym w Rzymie, podczas którego miał się spotkać z ministrem arabskiego kraju, aby omówić kwestię dostaw gazu do gazoportu budowanego w Świnoujściu. Wiceminister jednak na rozmowę nie dotarł. Jak doniósł tygodnik "Wprost", odnaleziono go po kilku godzinach, ale "nie był w stanie prowadzić żadnych rozmów" . Dwa dni później został – dzięki Bogu – zwolniony.

Przez pół roku nie można było jednak znaleźć nikogo na jego miejsce. A dopiero po roku działalności rządu podjęto decyzję o kontynuacji budowy gazoportu w Świnoujściu.

Mówiąc krótko – mamy rok w plecy. A dziś dzięki polityce energetycznej Rosji gazu brakuje już pierwszym wielkim polskim przedsiębiorstwom. I sytuacja wygląda coraz poważniej.

Polityka miłości jest fajna w akademiku i na wakacjach. Ale rządzenie krajem wymaga prowadzenia realnej polityki, co czasem powoduje wchodzenie w poważne konflikty, które nie zawsze są opłacalne.


http://www.rp.pl/artykul/9157,245044_Igor_Janke__Placimy_zalegle_rachunki_.html
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Administrator
Site Admin


Dołączył: 04 Maj 2008
Posty: 9116

PostWysłany: Pon Sty 12, 2009 3:38 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Cytat:
Tusk gra rolę Indiany Jonesa
Małgorzata Subotić 12-01-2009,


Rz: Czy polskie życie polityczne przypomina western, w którym czarny charakter walczy z dobrym kowbojem?

Eryk Mistewicz: Nie, to już nie ten gatunek filmowy. Western zaproponował Jarosław Kaczyński, usadził nas w fotelach, ale nie zapanował nad regułami gatunku. Rewolwerowiec, który walczy ze złem całego świata, robi porządek, okazał słabość, dał się ograć. Kaczyński nie podołał roli, w której sam się obsadził.

W jaki sposób Jarosław Kaczyński sprzeniewierzył się temu gatunkowi?

Jeśli ktoś wyśmiewa rewolwerowca, wykrzykując, że jest „chodzącym obciachem”, to prawdziwy bohater, ten, któremu kibicujemy, wyjmuje pistolet i strzela. Do tego go wynajęliśmy. A premier Kaczyński pozwolił, aby grupa młodziaków wyprowadziła go z równowagi.

Wraca pan do wydarzeń sprzed ponad roku i debaty telewizyjnej Kaczyński – Tusk?

Tak. Sztabowcy PiS zgodzili się na grupę młodziaków rozpraszających uwagę Kaczyńskiego i to był koniec. Takie debaty wygrywa się, zanim się rozpoczną. Chwytów przybywa z kampanii na kampanię. (...) Premier Kaczyński powinien wstać i wyjść. Mówiąc, że w tych warunkach nie będzie debatował, ponieważ rzecz idzie o sprawy najważniejsze, o Polskę, on zaś ma szacunek do widzów przed telewizorami. Byłby wtedy modelowym bohaterem westernu. A tak, to western się skończył.

Z jakim gatunkiem filmowym mamy dzisiaj do czynienia?

Z politycznym Indianą Jonesem. Przygodami. Bohaterem, któremu wiele rzeczy nie wychodzi, ale też przeciw niemu sprzysięgły się straszne moce…

Czyli z kim?

Oczywiście, z premierem Tuskiem.
Rozumiemy, o co mu chodzi. Jesteśmy ciekawi, czy mu się uda, ba, niektórzy trzymają kciuki. Wciągnęło nas, czekamy, co będzie w następnym odcinku. (...) To, czym PO przez ostatni rok zarządza sprawnie, to narracja, opowieść, story. Siedząc w fotelach, obserwujemy zmagania Indiany Jonesa i jego ludzi, takich jak poseł Palikot. A Indiana przeskakuje nad wodospadami, nunczakiem toruje sobie drogę do samolotu, walczy w dżungli światowej polityki. Stresy go wykańczają. Nie jest doskonały: Indiana Jones boi się węży, a ten nasz od ciągłych przygód i problemów, a to z klimatem, a to z pomostówkami, łysieje. Jego problemy są naszymi problemami. Jego wrogowie – to ważne – naszymi wrogami. A politolodzy rwą włosy z głów: to niemożliwe, żeby po roku rządów poparcie dla jakiejkolwiek partii sięgało 60 procent. To musi się skończyć, to jest wbrew prawom fizyki! Nie, nie musi.

Dlaczego?

Zastosowano profesjonalne, wcześniej niestosowane w komunikacji politycznej w Polsce, techniki. Inne partie po prostu zamarły.


Jak to zamarły?

Stoją i mówią z goryczą: „Nie, to przecież nie na tym polega polityka i debata publiczna”. Dodatkowo dla utrzymania wysokiej pozycji ekipa Tuska wymyśliła PiS.

W jakim sensie „wymyśliła”?

Wyznaczyła go na swego adwersarza, sparingpartnera. I za każdym razem, gdy jest potrzebny, wywołuje go na swój ring. Ale bynajmniej nie po to, aby go pokonać. Zabicie PiS, sprowadzenie go do poziomu poniżej 10 czy 5 proc., nie ma dla PO żadnego sensu.

Dlaczego?

Znów klasyka: antagonista jest potrzebny Platformie, aby emocje widzów, a co za tym idzie, ich zaangażowanie po stronie Indiany Tuska, były jak najwyższe.
(...)

I co z tego wynika?

Stanowi dla PO element podparcia. Na równoważni, aby jedna strona pięła się w górę, musi się czymś, kimś podeprzeć. Tym punktem podparcia dla Platformy stało się PiS. Trudno sobie wyobrazić lepszego dla PO, bardziej nieporadnego przeciwnika na tej macie.

(...)

Trzymając się zaproponowanej przez pana konwencji: jakiej zaginionej arki poszukuje dzisiaj premier Donald Tusk?

Szuka ludzi, ich emocji, wysokiej frekwencji. Elementy marketingu narracyjnego, których używa, sprawiły, że Platforma wyprzedziła PiS pod względem stosowanych technik o pięć – sześć lat. Każdego ranka dochodzą kolejne odsłony serialu pobudzającego emocje obserwatorów, z czasem stających się najbardziej lojalnymi kibicami.

To co może zrobić PiS?

Marketing narracyjny ma swoje prawa. Dobrą narrację może załamać tylko kontrnarracja. Po Indianie Jonesie i „kinie nowej przygody” nastał przecież czas filmów odkurzających opowieści o Rzymie, Grecji, Macedonii. Z superprodukcją „Gladiatorem” odświeżającą mit samotnego mściciela powracającego, by gromić złych i wskazywać drogę dobrym. A dziś PiS nadal widzi ratunek w szkoleniach z erystyki i retoryki. I kilkusetstronicowych programach. Na razie Jarosławowi Kaczyńskiemu pozostało więc dziękować Donaldowi Tuskowi, że to jego partię wybrał na sparingpartnera, a nie lewicę. Wtedy partia Kaczyńskich podzieliłaby dzisiejszy los tej formacji.


http://www.rp.pl/artykul/246867.html
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Administrator
Site Admin


Dołączył: 04 Maj 2008
Posty: 9116

PostWysłany: Sob Mar 28, 2009 10:12 am    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Ziemkiewicz w Rzepie nt. układania list kandydatów do Parlamentu Europejskiego:
Cytat:


(...)

Platforma postawiła na listy wyborcze gwiazd – osób niekoniecznie ze świata polityki, na co dzień z nią niekojarzonych i mogących do sondażowej popularności partii dołożyć popularność własną.

Jest to zgodne z tradycją PO, która się opłaciła w wyborach parlamentarnych. Przyciągnięcie do partii Radosława Sikorskiego, Bogdana Borusewicza, Julii Pitery i Antoniego Mężydły pozwoliło odebrać Kaczyńskim część elektoratu – tych, którzy identyfikując się z hasłami konieczności rozliczenia komunistycznej przeszłości i generalnej przebudowy III RP jako państwa głęboko skorumpowanego, zarazem nie akceptowali przesunięcia PiS w stronę Radia Maryja i Samoobrony. Tym razem jednak manewr Tuska nawet dla wielu jego zwolenników i podwładnych okazuje się nazbyt szeroki.

Z jednej strony wystawia więc PO związaną z SLD Danutę Hübner (pogłębiając propagandowy wyraz otwarcia na postkomunistów wysunięciem kandydatury Włodzimierza Cimoszewicza na sekretarza generalnego Rady Europy), z drugiej – Mariana Krzaklewskiego. Z taktycznego punktu widzenia oba posunięcia wydają się znakomite, wyłuskiwanie kandydatów z pokłóconej lewicy dodatkowo sprzyja jej destrukcji i przejmowaniu lewicowego elektoratu podatnego na argument „wszyscy przeciwko Kaczyńskiemu”.

Wystawienie w regionie stanowiącym tradycyjnie bastion prawicy byłego przewodniczącego AWS i „Solidarności” wydaje się zaś jedyną szansą przekonania tamtejszego tradycjonalistycznego elektoratu do zagłosowania na partię kojarzoną z obyczajowym liberalizmem i popieraną przez medialny salon.

Ale nietrudno zarzucić PO, że otwiera się na układ (bo przecież SLD od dawna nie był już żadną lewicą, tylko właśnie personalnym układem), który obiecywała zwalczać, a zarazem przyjmuje w swe szeregi związkowca i prawicowca, który wielokrotnie wypowiadał się w duchu jak najdalszym od oficjalnie głoszonej ideologii PO – nietrudno zebrać antologię cytatów, na czele ze słynną „bolszewicką nawałą”, łudząco podobnych do najgoręcej przez ludzi Tuska zwalczanych wypowiedzi szefa PiS.

Rozkrok pogłębiła jeszcze propozycja miejsca na liście (odrzucona) dla Jadwigi Staniszkis, która z dużą determinacją naraża się od lat salonowi, kwestionując cukierkową wizję Okrągłego Stołu i twierdząc, że historyczny kompromis zawarty został nie przez Jaruzelskiego i Wałęsę, tylko – wcześniej – przez służby specjalne USA i ZSRR, a polska transformacja w znacznym stopniu kontrolowana była przez KGB.

Ładne określenie zaproponowane przez Eryka Mistewicza (który stwierdził, że PO to „partia multiideowa”) kryje w sobie treść dla przeciętnego Polaka dość brzydką i chyba trudną do zaakceptowania. Tym bardziej że na zaniepokojenie ideowym rozjazdem rządzącej formacji nakłada się zrozumiała frustracja jej lokalnych działaczy, którzy czują się przez kierownictwo wykorzystywani instrumentalnie: są potrzebni, kiedy jest do wykonania praca, gdy zaś przychodzi do konsumowania jej owoców, muszą ustępować przychodzącym na gotowe gwiazdorom.

Nie jestem zresztą skłonny widzieć w rozczarowaniu polityką centrali tylko problemów ambicjonalnych. Przyjęta przez PO zasada konstruowania list wyłącznie z myślą o przyciągnięciu nowych grup wyborców czyni kryterium zupełnie nieistotnym rzeczywiste kwalifikacje niezbędne dla europosła.

Wielkim przegranym jest tu na przykład Bogusław Sonik, który podczas swej kadencji zamiast na robieniu medialnych happeningów skupił się rzeczywiście na pracy, i może się nawet poszczycić w niej sukcesami – ale w rodzinnym Krakowie – nie był nawet brany pod uwagę jako kontrkandydat dla Zbigniewa Ziobry. Tu rozważano Zbigniewa Ćwiąkalskiego, a po jego odmowie ostatecznie zdecydowano się na Różę Thun. A ponieważ ordynacja łączy w jednym okręgu Kraków i Kielce, drugi kandydat na liście musi być stamtąd.



W PiS z kolei zniknął z wszelkich rozważań o miejscu na listach prof. Wojciech Roszkowski, jak się wydaje z przyczyn podobnych, bo choć strategia przyjęta pierwotnie przez PiS była diametralnie odmienna niż w wypadku PO, to rzeczywiste kwalifikacje i predyspozycje czyni równie nieistotnymi. O ile partia Tuska postanowiła budować drużynę gwiazd poszerzających elektorat, PiS wyszedł z założenia, że wyborcy i tak głosują na partię, a nie na osobę kandydata.

Akurat w tych wyborach nie jest to wcale założenie nieprzytomne, zważywszy, iż chęć udziału w nich deklaruje zaledwie 16 proc. Polaków (średnia unijna, 28 proc., nie jest o wiele lepsza), co skłania do szukania rozstrzygnięcia raczej w mobilizacji żelaznych elektoratów niż próbach ich poszerzenia.

Przy takim założeniu logiczne jest sięgnięcie po niezbyt może liczny, ale bodaj najbardziej zdyscyplinowany elektorat narodowo-katolicki, nad którym rząd dusz sprawuje od lat ojciec Tadeusz Rydzyk i jego rozgłośnia. Nie trzeba żadnych tajnych porozumień, by zdać sobie sprawę, że obecność na listach Urszuli Krupy czy Mirosława Mariusza Piotrowskiego to przy przewidywanej niskiej frekwencji istotny atut.

Taka logika skłania też do wystawiania kandydatów nieznanych szerszej publiczności, ale silnych wewnątrzpartyjnymi powiązaniami. Stąd w pierwszych przymiarkach PiS do list kandydatów na eksponowanych miejscach, obok przewodniczących lokalnych struktur partii, znalazło się sporo ludzi związanych z liderami zwłaszcza jednego ze środowisk postrzeganych jako strona we frakcyjnych sporach.

Znając wrażliwość Jarosława Kaczyńskiego na problem tworzenia się na jego dworze frakcji i wiedząc, jaką wagę przywiązuje on do utrzymywania wszelkich kamaryl we względnej równowadze, można domniemywać, że prawdopodobnie z tej właśnie przyczyny zdecydował się na zmianę zasady układania list i zaprzeczył własnym zapowiedziom, iż żaden – poza Zbigniewem Ziobrą – obecny poseł PiS nie będzie startował do europarlamentu. Dziś wiemy już, że będzie takich wypadków co najmniej kilka.

Nie jest to jednak sprawa tak prosta jak w PSL czy SLD, gdzie wystawianie na czołówkach list partyjnych liderów wydaje się raczej wyrazem desperacji – uznano, że mniej znani nie mają zupełnie szans na przyzwoity wynik, a partie balansujące na wyborczym progu nie są też w stanie, nie dając wielkiej nadziei na mandat, przyciągnąć gwiazd spoza świata polityki.

W wypadku PiS ostateczna lista okazuje się wypadkową przeróżnych sił – frakcyjnych układów, poparcia prezydenta, głośnego nazwiska spoza partii (przypadek Marka Migalskiego – jak się zdaje odosobniony) i z niej (Jacek Kurski). Wszystko to daje wrażenie chaosu i świadczy o tym, że PiS wciąż tkwi w kryzysie i nie ma innego pomysłu, niż dość bezładne trwanie w nadziei na oczekiwane „odbicie wahadła”.

Układanie list wyborczych nie jest jeszcze zakończone, warto jednak śledzić ten proces. Bez wątpienia za kilka miesięcy Polacy zostaną, z powodu niskiej frekwencji wyborczej, ze wszystkich stron zarzuceni pretensjami, że nie rozumieją, jak ważna jest integracja europejska, nie przykładają należytej wagi do naszego udziału w unijnych instytucjach, nie dorastają i w ogóle – nie zdali kolejnego egzaminu. Wtedy warto będzie przypomnieć sobie, jak ten egzamin zdawały wcześniej ubiegające się o ich poparcie partie.
Rzeczpospolita


http://www.rp.pl/artykul/9157,282547_Ziemkiewicz__Euroukladanki_partyjne____.html

Jeśli analizę Rafała Ziemkiewicza warto byłoby o coś uzupełnić, to z pewnością o osobę Ryszarda Czarneckiego - politycznego kameleona, działacza wielu partii, który i tym razem wypływa na wierzch. Czarneckiemu się nie dziwię. Sztukę unoszenia się na powierzchni opanował do perfekcji. Ale co zyskuje PiS wystawiając tę kandydaturę, poza wyraźnym sygnałem do swego elektoratu, że BMW (bierny, mierny, ale wierny - przynajmniej do czasu) jest w PiS mile widzianym sojusznikiem w dążeniu do moralnej odnowy i realizacji wysokich standartów w polityce?

Na temat "Rysia" - zob. też:
http://rybitzky.salon24.pl/382428.html
http://rybitzky.salon24.pl/389840.html
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Administrator
Site Admin


Dołączył: 04 Maj 2008
Posty: 9116

PostWysłany: Wto Kwi 07, 2009 5:32 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Cytat:
Polityczny teatr Tuska
Bernadeta Waszkielewicz 04-04-2009,

Bronisław Komorowski przekonywał ostatnio wyborców, że głos oddany w wyborach do Parlamentu Europejskiego na PiS jest zmarnowany, a znaczenie ma tylko wsparcie PO. Został skrytykowany, że tak nie powinien agitować marszałek Sejmu. Pan – były marszałek, mający największe w Polsce zaufanie wyborców – też tak uważa?

Maciej Płażyński, były marszałek Sejmu, poseł niezrzeszony: Chciałbym, by Komorowski był w Sejmie marszałkiem wszystkich posłów, ponad podziałami, a nie jastrzębiem własnej partii. By w pilnowaniu otwartości debaty w Sejmie był bezstronny, a wręcz kłaniał się opozycji. Demokratyczna debata polega na tym, że większość rządzi, ale opozycja może skutecznie zabierać głos i kontrolować. Marszałek zbyt często poddaje wnioski regulaminowe i organizacyjne opozycji pod głosowanie, które ta oczywiście przegrywa, choć sam może je rozstrzygać. Jest za bardzo marszałkiem Platformy w tych sprawach. Ale poza funkcją sejmową jest jednym z liderów swej partii, więc nie ma nic złego w jego powiedzeniu: „głosujcie na PO”. (...) Pomysłem PO na konstrukcję list jest „tanie” budowanie wrażenia znacznie szerszej partii, niż się w rzeczywistości jest.

Dlatego można łączyć na liście związkowca i prawicowca Mariana Krzaklewskiego ze związaną z lewicą komisarz europejską Danutą Hübner?

Tak. Oczywiście Hübner jest poglądami bliżej PO niż Krzaklewski, więc on ponosi większą odpowiedzialność za skutki swej decyzji. Tworzy się platforma jedności narodu przeciwko PiS. Wszyscy kontra PiS. Krzaklewski pomaga w budowaniu tego wizerunku. Dostanie za to nagrodę w postaci fotela w Brukseli, ale nie dostanie wpływu politycznego.

Zdaniem Wałęsy, PO, mieszając tak różne osoby na listach, „kradnie ludziom busolę”. Czyli zamazuje polską scenę polityczną.

Zgadzam się. Wszystko ma swoje granice. Jeśli skrzydła są prawdziwe, toczą rywalizację w partii, to wzmacniają debatę. Jednak w polskich partiach dziś w ogóle nie ma skrzydeł. W PO są fikcyjne. Jarosław Gowin jest jednoosobowym skrzydłem konserwatywnym. Krzaklewski będzie jednoosobowym prawicowo- społecznym, na dodatek brukselskim. Hübner lewicowym, choć może liczniejszym. Oni wszyscy uczestniczą w budowaniu nieprawdziwego wizerunku bardzo ważnej dla Polski partii. Powinni to przemyśleć.

Dla Krzaklewskiego to może się źle skończyć?

Życzę mu sukcesu, a ten wcale nie jest pewny. W Polsce głosujemy bardziej na partie niż osoby. Podkarpacie to elektorat nielubiący Platformy i nie będzie jej lubić, nawet gdy tam się pojawi Krzaklewski. Marian naraził się własnemu zapleczu społecznemu. Związkowcy z „S” są negatywnie nastawieni do jego decyzji. To cena takich transferów.

PiS zjadło elektorat LPR i Samoobrony, PO zgarnie wyborców lewicy i kawałek tortu Kaczyńskiego?

Tusk sięga po wyborców, którzy będą mu potrzebni w kampanii prezydenckiej. Nie dzieli się władzą z Krzaklewskim czy Buzkiem, ale dzięki nim wysyła sygnał do dawnego elektoratu AWS, że to są jego polityczni koledzy. Mając Hübner – wysyła sygnał do lewicy. Czy to będzie skuteczne? Według mnie przeceniają ów efekt. To bardzo sprawna politycznie ekipa, ale szanse Tuska i PO zależą od tego, jak kryzys przełoży się na nastroje społeczne.

Ale PiS im pomaga, szamocze się z tymi listami do europarlamentu.

Oni też biorą spoza swoich szeregów protegowanych ojca Rydzyka. Jarosław Kaczyński robi błąd, kierując się wciąż na prawo. Powinien już w tych wyborach walczyć o elektorat centrum.

Z jakich list wystartuje pan za dwa lata do Sejmu?

Na razie zrezygnowałem z wyjazdu do Brukseli. Dwa lata to dużo, szczególnie w polskiej polityce.

Forsowane przez PO zawieszenie finansowania partii z budżetu to dobry pomysł?

Tworząc Platformę w 2001 r., byliśmy zdecydowanymi przeciwnikami budżetowych dotacji dla partii. Dziś po kilkuletnich doświadczeniach uważam, że likwidacja ich w całości to zły pomysł. Wrócimy do poszukiwania przez partie sponsorów, styk polityki i biznesu będzie jeszcze mniej przejrzysty. Ale obecny system ujawnił też kilka istotnych wad. Po pierwsze, główne partie dostają zdecydowanie za dużo pieniędzy i spór powinien dotyczyć tego, o ile dotacje okroić. Dobrze, że w takim kierunku poszło sejmowe rozstrzygnięcie. Dwa, partie budują pieniędzmi swą przewagę na rynku politycznym. Ci, którzy chcą tworzyć nowe ugrupowania, stoją na prawie przegranej pozycji. A demokracja powinna dawać szansę konkurencji. Na dodatek partie się niezwykle scentralizowały. Czyli oddajemy dziesiątki milionów zł rocznie w ręce wąskiego kręgu osób, które nie dość, że autorytarnie decydują o składzie list wyborczych, to jeszcze rządzą finansami. „Buntownicy partyjni” mają małe szanse.Po trzecie, zbyt duża jest swoboda w wydawaniu pieniędzy budżetowych. Należy narzucić ograniczenie wydatków na marketing polityczny do niewielkiej części dotacji. Dziś partie większość przeznaczają na reklamę. Już nie tylko podczas kampanii wyborczych, ale dla ciągłej rywalizacji w sondażach. W założeniu ustawy z 2001 r. pieniądze podatników miały pomóc w budowaniu programów i polityki merytorycznej, a nie wizerunkowej.

(...)

Czy pan rozumie, co się teraz dzieje wokół IPN?

Wokół lustracji, a potem IPN, wojna toczy się od 1990 roku. To jedna z istotniejszych i najbardziej konsekwentnych „wojen”, która ma duży wpływ na to, jakie środowisko kogo popiera. To było często bardziej istotne niż program wyborczy. Sama lustracja poszła na bok, bo postępowanie sądowe jest przewlekłe, a sądowa ocena dowodów trudna. Dziś atak skierowano na IPN, ponieważ on otwiera archiwa i publikuje materiały. Najszczersze w wyrażaniu własnych intencji jest SLD, które mówi: zamknąć Instytut. Innym politykom niechętnym lustracji to nie wypada, więc przekrzykują się na różne sposoby. Zmiana prawa w zeszłej kadencji była błędem, bo przeciwnikom lustracji udało się w tym zamieszaniu lustrację zablokować.

Przeciwnikom lustracji w PiS?

PiS dał się podpuścić. Przekrzykiwanie się PiS i PO w radykalizmie propozycji pomogło przeciwnikom lustracji. Mówienie, że trzeba jej poddać kilka tysięcy stanowisk, de facto lustrację kończy. To jest nie do zrealizowania w sensownym czasie. Podobnie nie da się upublicznić wszystkich materiałów IPN. Te postulaty oznaczają: „nie zrobimy niczego”. Dlatego wielu twardych przeciwników lustracji chętnie się pod nimi podpisało.

Lech Wałęsa miał teraz powód, by się unosić i mówić, że wyjedzie z kraju?

Dla Wałęsy, jak dla każdego, życiorys jest rzeczą najważniejszą. On ma taką osobowość, że gdy ktoś tej sfery dotyka, używa argumentów bardzo mocnych. Nie dziwię mu się. Każdy by się wzburzył, gdyby czytał o sobie w gazecie takie rzeczy, jak on. A dla środowisk przeciwnych lustracji Lech Wałęsa jest osobą doskonałą do tego, by się do niego przyłączyć. Dlatego podsycają ten jego gniew.

Kto?

Ci, którzy od początku w różny sposób deklarowali się jako przeciwnicy lustracji. Nie widzę powodu do takiego nagłośnienia pracy magisterskiej jakiegoś studenta, absolutnie nieważnej dla debaty historycznej i plotkarskiej książeczki, oraz podłączania jej pod IPN. Związek tych dwóch spraw był żaden. Walczyliśmy z prewencyjną cenzurą, choć ludzie piszą różne bzdury. Właściwą odpowiedzią na taką „twórczość” powinno być jej kompletne zlekceważenie, również przez media. A tymczasem ją nagłośniono, chyba nie bezcelowo? Przecież ten młody historyk sam się nie nagłośnił. Wałęsę do tego wykorzystano. To był element walki o zgodę opinii publicznej na zmianę IPN.

(...)
Rzeczpospolita


http://www.rp.pl/artykul/286722.html
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Administrator
Site Admin


Dołączył: 04 Maj 2008
Posty: 9116

PostWysłany: Sro Kwi 08, 2009 7:49 am    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Cytat:
Frasyniuk nam się starzeje


Władysław Frasyniuk:
Cytat:
Nie mogę już słuchać o IPN, o lustracji. To żałosna debata, pokazująca jakim zaściankiem jesteśmy. Młodzi ludzie przestają czytać i oglądać polskie media. Jest szczyt G20, gdzie podejmuje się kluczowe decyzje dla świata, a u nas co? Żenujące zachowanie kancelarii prezydenta, żenujące zachowanie kancelarii premiera. Dość tego, dość kompromitowania Polski. Powinniśmy wyjść na ulicę, protestować i powiedzieć "dość tego szmatłastwa"


Starzeje nam się Frasyniuk, coraz łagodniejszy się robi. A przecież jeszczsze niedawno - w nie tak znowu zamierzchłych czasach kiedy nie stawiał Jaruzelskiemu pomników a współpracę z nim uważał za kompromitującą (przynajmniej starego Giertycha) - był dużo bardziej radykalny i ciekawsze formy protestu postulował. W powietrze się chciał wysadzać, terrorystów i zorganizowaną przestępczość rozumiał. A wszystko przez te potworne teczki.

Władysław Frasyniuk:
Cytat:
Jestem przerażony. Co można zrobić? Bohaterów narodowych jest tak dużo, tak dużo ludzi cierpiało, zwłaszcza polityków; co można zrobić w sytuacji, gdy kandydat na prezydenta Maciej Giertych uzyskał status pokrzywdzonego za to, że współpracował z gen. Jaruzelskim. A co zrobić w sprawie Lecha Wałęsy, który nie współpracował z gen. Jaruzelskim. Władysław Frasyniuk: Co zrobić z tym szaleństwem? Psychiatra? Czy lepiej wysadzić się w powietrze? Ja zaczynam rozumieć terrorystów i zaczynam rozumieć zorganizowaną przestępczość.


A skoro już jesteśmy przy tej strrrrrasznej lustracji, to nie żebym Frasyniukowi wypominała (znana jestem z niewypominania) ale on sam ma mały grzeszek pomówieniowy na sumieniu. Pamiętam jak nie zrozumiawszy do końca wypowiedzi Lityńskiego oskarżył publicznie Jadwigę Staniszkis o to, że to przez jej zeznania Lityński poszedł siedzieć.

Władysław Frasyniuk:
Cytat:
Dla mnie znamienny był artykuł Jana Lityńskiego, który mówił, że nie jest prawdą to co mówi profesor Staniszkis, jakoby mówiła tylko i wyłącznie to, co Służba Bezpieczeństwa już wiedziała. Bo na podstawie tego, co mówiła Staniszkis, Jan Lityński poszedł do więzienia. To znowu jest pytanie - głupstwo czy świństwo powiedziała. Może pani Staniszkis opublikuje kiedyś swoje zeznania i wtedy będziemy mogli dokonać oceny, co to było.


Gdy słucham Frasyniuka, zwłaszcza jak wskakuje na swojego lustracyjnego konika, muszę przyznać rację tym, którzy mówią, że IPN niszczy ludzi a lustracja im rozum odbiera. Frasyniukowi odebrała dość skutecznie, podobnie jak Wałęsie stawiającemu ultimatum "albo ja, albo Kurtyka", Tuskowi wysyłającemu kontrolę na UJ, czy Życińskiemu tradycyjnie już poświęcającemu kolejne kazanie z okazji ważnego święta kościelnego swojej lustracyjnej obsesji, tym razem porównując prześladowanego książką Wałęsę do Chrystusa. Zdaje się, że wszyscy zwęszyli realną szansę na ostateczne rozwalenie IPNu i stąd ta nagła nadaktywność. Bo wierzyć się nie chce, że to przez jedną, jedyną książczynę.

A Friszke, sądząc po wypowiedziach "po linii" to się już chyba do stołka po Kurtyce przymierza. Zakład, że będzie poważnym kandydatem? Trzeba będzie wrócić do pytania czy to prawda, że to on był tą anonimową babiną co ostrzegła Niezabitowską...


http://kataryna.salon24.pl/399747.html
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Administrator
Site Admin


Dołączył: 04 Maj 2008
Posty: 9116

PostWysłany: Sro Kwi 08, 2009 8:48 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Obszerny fragment rozmowy ze Zbigniewem Romaszewskim w I Programie Polskiego Radia:

Cytat:
Wiesław Molak: W naszym studiu zapowiadany gość: Wicemarszałek Senatu Zbigniew Romaszewski, Prawo i Sprawiedliwość. Dzień dobry, witamy w Sygnałach.

Zbigniew Romaszewski: Dzień dobry państwu.

Henryk Szrubarz: Panie marszałku, godzinę temu w Sygnałach Dnia relacjonowaliśmy wczorajsze odznaczenie przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego prezesa Instytutu Pamięci Narodowej, a także historyków. Odezwały się od razu sms–y naszych słuchaczy: „Niech rządzący politycy nie wikłają państwa w spory historyczne, a Wałęsa niech przestanie się dąsać”, „IPN równa się I Prawda Niewygodna też jest prawdą”, „Inkwizycja Po Nowemu – tak odczytuję skrót IPN, wstydzę się za moich rodaków, w katolikach tyle jest mściwości”, to głos kolejnego naszego słuchacza. Instytut Pamięci Narodowej wywołuje w dalszym ciągu spory, kontrowersje. Czy to jest spór również o ocenę historii, spór o Lecha Wałęsę?

Z.R.: No cóż, ja mogę powiedzieć jedną rzecz – że po pierwsze jest to blamaż, totalny blamaż polskich elit. To jest totalny blamaż polskich elit...

H.S.: W jakim sensie?

Z.R.: Po prostu obciach. Ta cała afera, która się rozpętała wokół książki pana Zyzaka. Ja tej książki nie oceniam, bo jest to wielka książka. Jak na pracę magisterską 24–latka, no to życzyłbym sobie, żeby więcej takich prac po prostu było. Ja tylko przejrzałem, recenzować tego po prostu nie będę. Ale toczy się od tygodnia dyskusja, podobnie zresztą jak nad książką Cenckiewicza i Gontarczyka, przy czym nikt tej książki w ogóle nie czytał. No i to jest już zdumiewające i to jest ten kolosalny blamaż. W Wyniku tego blamażu zapowiada się, że książka Zyzaka...

H.S.: No ale ci, którzy czytali na przykład książkę pana Zyzaka, mówią, że ta książka jest obciachem, używając sformułowania również pana marszałka.

Z.R.: Przepraszam bardzo, ale czy pan wie, kto to czytał? Czy pan może wymienić nazwisko kogoś, kto czytał? To jest 700 stron tekstu. Praca magisterska 24–latka. Niewątpliwie tyle co ja przejrzałem, to mogę stwierdzić jedną rzecz – że jest gigantyczna ilość materiału nagromadzona. Oczywiście, jest to człowiek, który nie znał środowiska, w związku z tym tego rodzaju błędy tam najrozmaitsze, oczywiście, się pojawiają. Ale daj Boże, żeby prace tych pozostałych... W sprawie pracy magisterskiej minister szkolnictwa wyższego będzie prowadził kontrolę na Wydziale Historii UJ?!

H.S.: No, już nie będzie prowadził, panie marszałku, kontroli.

Z.R.: No, przepraszam bardzo, no to chyba Duch Święty wpłynął, bo to byłoby już coś, czego jeszcze za PRL–u nie było. Premier, który występuje w tej sprawie. No, ludzie! Przecież to jest kompromitacja kompletna!

H.S.: No ale również i prezydent Lech Kaczyński mówił o tej książce.

Z.R.: I prezydent Lech Kaczyński. Prezydent Lech Kaczyński, gdyby nabrał wody w usta, to by problemu nie było ani „Wałęsa a SB”, ani z tą książką. Książka ma nakład 3 tysiące egzemplarzy i nagle się okazuje, że IPN wydał te dwie książki. No, przepraszam bardzo, 600 tomów poświęconych historii Polski, o której rzeczywiście postkomuniści chcieliby zapomnieć, historia podziemia powojennego. To jest po prostu skandaliczna historia to, co się w tej chwili dzieje, co się wyprawia. I jeszcze szantaże: „Będzie, nie będzie, wyjedzie, nie wyjedzie”. No przecież to kompromituje nas po prostu.

H.S.: Ale, panie marszałku, czy nie dostrzega pan w wczorajszym odznaczeniu przez Lecha Kaczyńskiego prezesa IPN i historyków pewnej ostentacji politycznej?

Z.R.: Ależ tak, proszę pana, ja też tam byłem. Ja też tam byłem. Po prostu jest to wyrażenie solidarności z kimś, kto podlega po prostu nagonce, politycznej nagonce, bo to jest polityczna nagonka.

H.S.: Ale prezydent ustawia się po określonej stronie.

Z.R.: Ale...

H.S.: Niektórzy komentatorzy piszą na przykład, że...

Z.R.: Proszę pana, to jest obowiązek obywatelski. Tak jak stawałem po stronie prześladowanych ludzi w 76 roku, jak wcześniej występowałem przeciwko nagonkom, które się toczyły w 68 roku, tak w tej chwili też będę występował przeciwko takim nagonkom.

H.S.: No ale przecież Instytut Pamięci Narodowej...

Z.R.: Jestem temu przeciwny zdecydowanie. Polska ma być krajem demokratycznym, ma być krajem wolnym, gdzie jest wolność nauki, ja mówię.

H.S.: Panie marszałku, Instytut Pamięci Narodowej jest odczytywany przez to jako swego rodzaju dobro partyjne, w tym przypadku Prawa i Sprawiedliwości.

Z.R.: To zdumiewające. To zdumiewająca skleroza ludzi ogarnęła. Przecież przepraszam bardzo, ale pan Kurtyka jako taki był polecany przez posłów Platformy. I o tym się zapomina nagle. W ogóle coś się gdzieś zgubiło, komuś coś jest politycznie niewygodnie.

H.S.: Władysław...

Z.R.: Ja muszę powiedzieć, że to jest dla mnie przerażające po prostu – stosunek do mediów, stosunek do nauki. To zaczyna przypominać stare czasy peerelowskie.

W.M.: Władysław Frasyniuk, przecież niepostkomunista, mówił wczoraj: „Już nie mogę słuchać o lustracji, IPN–ie, instrukcjach obsługi prezydenta”. Mało tego, powiedział, że Polacy powinni wyjść na ulice i protestować. „Dość kompromitowania Polski, dość tego szmatłastwa”.

Z.R.: No, proszę pana, być może większych kłopotów pan Frasyniuk po prostu nie ma. Ludzie się po prostu zmieniają. No, więcej na ten temat już nic nie powiem, bo ja mam wyrobione zdanie.

H.S.: No dobrze, ale, panie marszałku, prezes Instytutu Pamięci Narodowej...

Z.R.: Kiedy, proszę pana, nagle instytucje medialne zostają opanowane, powiedziałbym, przez piratów po prostu nagle. I też się nic nie dzieje. I niszczone są. I my wejdziemy bez mediów publicznych po prostu w następną kadencję.

H.S.: Panie marszałku...

Z.R.: I też nikt nie wychodzi na ulicę.

H.S.: Prezes Instytutu...

Z.R.: To może by się tym zainteresował pan Frasyniuk.

H.S.: Prezes Instytutu Pamięci Narodowej, instytucji jak najbardziej państwowej, instytucji, która powinna być polityczna, dzień po tym, jak prezydent Aleksander Kwaśniewski nazywa Instytut Pamięci Narodowej „Instytutem Kłamstwa Narodowego”, właściwie bezpodstawnie, bo do tej pory żadnych dowodów nie przedstawił, mówi, że prezydent Aleksander Kwaśniewski, były prezydent Aleksander Kwaśniewski to dawny współpracownik Służby Bezpieczeństwa. Czy tego rodzaju odpowiedź, reakcja emocjonalna jest stosowna?

Z.R.: Mógł poczekać, aż ukaże się kolejny zeszyt Biuletynu w maju. Rzeczywiście mógł poczekać.

H.S.: Dlaczego nie poczekał?

Z.R.: Dlaczego... A, proszę pana, ale różne rzeczy się dzieją, kiedy człowiek jest ścigany i zaszczuwany i nie wiadomo, za co. Nie wiadomo, za co. Panowie już po prostu nie pamiętają, jak to było w PRL–u w latach 50. Sześćdziesiąty ósmy rok niech sobie panowie przypomną, co się działo wtedy. I mamy dokładnie tę samą sytuację.

H.S.: No, tego za bardzo nie pamiętamy.

Z.R.: I to robią ci sami ludzie, którzy w 68... Ja nie bardzo rozumiem, jak oni mogli o tym zapomnieć.

H.S.: Panie marszałku, Andrzej Friszke, historyk, profesor z Instytutu Studiów Politycznych PAN, były członek Kolegium IPN, we wczorajszej Gazecie Wyborczej napisał takie oto słowa: „Lustracja elit władzy jest zakończona. Co miało być ujawnione, zostało ujawnione i podlega stosownym procedurom. W sytuacjach, z jakimi mamy ostatnio do czynienia, oskarżeń kierowanych wobec Lecha Wałęsy oraz Aleksandra Kwaśniewskiego, zachodzi konflikt o niezwykłym znaczeniu. Sądy orzekają o pewnym stanie rzeczy, prezes IPN–u lekceważy te wyroki”. To są słowa wybitnego historyka, a także – jak już powiedziałem – byłego członka Kolegium IPN.

Z.R.: Proszę pana, tak jak żeśmy przed chwilą mówili... Ja dla pana Friszkego mam dużo uznania, bo rzeczywiście ogromne prace wykonał. Ale muszę panu powiedzieć, że tak jak pan ma wątpliwości, czy Kurtyka powinien ogłaszać to, co się ukaże w majowym numerze Biuletynu, tak ja uważam, że w tej chwili historyk taki jak Friszke powinien przestać się wypowiadać i uczestniczyć...

H.S.: Dlaczego?

Z.R.: Bo nie powinien uczciwy człowiek uczestniczyć w nagonce. A jeżeli chodzi, proszę pana, o te zarzuty, które tutaj zostały podniesione, no to co ja mogę powiedzieć? Że jest to opinia pana Friszkego, że te problemy zostały rozstrzygnięte. Poza tym uważam, że dla historyka istotna jest prawda. I ja... Też mnie dziwi, że historyk nie odróżnia pracy naukowej, poszukiwania prawdy od wyroku sądu. Wyroku, który się odbywa w oparciu o zasadę domniemania niewinności. I sąd orzeka o jednej rzeczy – czy dana osoba, bo to mówi ustawa, czy dana osoba mogła wiedzieć, że jest tajnym współpracownikiem, czy nie. I to jest tyle, co mówi sąd.

H.S.: Panie marszałku, mówi pan...

Z.R.: I proszę pana, czasy, kiedy sądy orzekały, czy ziemia się kręci wokół słońca, czy słońce wokół ziemi, no to minęły kilkaset lat temu. Więc może przestańmy mieszać sądy do nauki. I to pan Friszke powinien wiedzieć.

H.S.: Panie marszałku, mówi pan...

Z.R.: Jako historyk, bo w przeciwnym wypadku to jest po prostu obciach.

H.S.: ...o nagonce na prezesa Instytutu Pamięci Narodowej, w ogóle na Instytut Pamięci Narodowej. Tymczasem Lech Wałęsa mówi o nagonce na swoją własną osobę. Zwolennicy Lecha Wałęsy mówią o nagonce na Lecha Wałęsę. I właściwie spór dotyczy jednego – nie powinniśmy szargać świętości, nie powinniśmy atakować symboli...

Z.R.: Znamy to, proszę pana, znamy to...

H.S.: Lech Wałęsa jest symbolem...

Z.R.: Znamy to.

H.S.: ...jedną z nielicznych osób znanych za granicą. Bez Lecha Wałęsy nie byłoby na przykład...

Z.R.: Nie jest to nowy problem...

H.S.: ...obalenia muru berlińskiego i tak dalej.

Z.R.: Proszę pana, jak Boy–Żeleński lat temu 70 albo i więcej wydał „Brązowników”, to też podlegał gigantycznej krytyce. Tylko że wtedy tych ludzi, którzy go krytykowali, nazywano kołtunami.

H.S.: W takim razie jak ten spór powinien się zakończyć? Czy w ogóle o tym nie mówić?

Z.R.: Ja myślę, że po prostu Lech Wałęsa... To jest jego po prostu osobista wada, no, że ma pewną manię grandiose po prostu, że nie jest w stanie wysłuchać zdań krytycznych, że nie jest w stanie tego wszystkiego przemilczeć. Tych spraw by już dawno nie było. Jedna książka 3 tysiące nakładu, druga książka, ta „Wałęsa a SB” to książka wysoce specjalistyczna, przeczytać ją jest bardzo trudno, bardzo trudna. Tego problemu by nie było. No, faktów się nie zmieni. Natomiast te fakty można eksponować albo uznać, że no cóż, no tak się zdarzyło Wałęsie, Wałęsa był taki, dokonał potem to, to, to, to i takie jest jego miejsce.

H.S.: Ale ludzi, którzy bronią Lecha Wałęsy, bronią jego legendy, bronią jego historii, nazwałby pan nikczemnikami?

Z.R.: Proszę pana, ja przede wszystkim bym powiedział jedną rzecz – że komuniści, którzy też się dopuścili i to nie drobnych przestępstw, po prostu zbrodni, też nie mieli ochoty uznać się za oszukanych durniów. I to jest ten problem. I to jest ten problem. Trudno się jest przyznać, że się dało wmanipulować. Że stało się po złej stronie. Że uczestniczyło się w złych rzeczach. Tego człowiek bardzo nie lubi. I to jest, proszę pana... I to jest odpowiedź.

W.M.: Panie marszałku, a nie dziwi pana fakt, dlaczego praca magisterska natychmiast staje się książką?

Z.R.: Proszę pana, no, ktoś jest pracowity, a ktoś nie. Na to nie ma żadnej rady. Jeden pisze pracę na 30 stron, a drugi pisze na 600. To jest rzeczywiście gigantyczna praca, gigantycznej ilości wywiadów przeprowadzone. Co najgorsze – zestawione są wypowiedzi Wałęsy z różnych okresów jego urzędowania. No i to już jest... Po prostu musimy powrócić do Orwella i wydrukować nowe nakłady gazet starych.

W.M.: A jak będzie zmieniana ustawa o Instytucie Pamięci Narodowej, będzie pan protestował?

Z.R.: Proszę pana, zależy, co w tej ustawie się napisze. Ja po prostu tylko chciałem zwrócić uwagę, że ustawa została tak skonstruowana, ażeby zabezpieczyć stabilność funkcjonowania Instytutu. To znaczy, że zmiana prezesa, zmiana rady nie jest, nie może być łatwym dziełem polityków, że politycy nie mogą nagle... tak jak Konstytucja, żeby tego nie zmieniać. Gdyby do tego dopuścić, to byśmy co roku mieli wszystkie inne instytucje. Ja po prostu uważam jedną rzecz – że żeby wszystkie instytucje pracowały tak jak IPN, to byśmy mieli inny kraj, gdzie ludzie pracują z pełnym zaangażowaniem, z pełnym zainteresowaniem. Daj Boże jeszcze jakąś polską instytucję, która by tak działała.
(...)


Całość - http://www.polskieradio.pl/jedynka/sygnalydnia/?id=18732
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Administrator
Site Admin


Dołączył: 04 Maj 2008
Posty: 9116

PostWysłany: Pią Kwi 17, 2009 4:16 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Cytat:

Tonący okręt centroprawicy
Antoni Dudek 17-04-2009,

(...)

W toczonych ostatnio debatach na temat bilansu polskiej prawicy w III RP sporo pisano o ideach, ale znacznie więcej (i konkretniej) o ludziach z krwi i kości, którzy te idee wyznawali bądź tylko udawali, że wyznają. Prowadzi to do oczywistej, choć zbyt rzadko artykułowanej, prawdy, że politykę kreują ludzie, a nie ideologie, które są tylko narzędziem – raz mniej, a raz bardziej – przydatnym w walce o władzę i jej utrzymanie.

Dlatego bilans dokonań polskiej prawicy w ostatnim dwudziestoleciu powinno się przeprowadzać, przede wszystkim oceniając jej liderów. Ocena ta z natury rzeczy musi mieć subiektywny charakter, ale nie powinna przybierać formy osobistych wycieczek.

Wypada jeszcze sprecyzować, co będzie oceniane. Po pierwsze sukcesy w procesie przekształcania Polski w nowoczesne i bezpieczne państwo wyposażone w skuteczny, ale ograniczony rząd. Po drugie zaś dokonania w zakresie budowania nowoczesnej formacji prawicowej.

Lech Wałęsa. Marian Krzaklewski. Jarosław Kaczyński. Donald Tusk. Z długiej listy polityków centroprawicy wybrałem te cztery nazwiska, bo w różnych okresach historycznych to właśnie oni mieli największy wpływ na kształt polskiej centroprawicy, a przez to również na jej dokonania. Mam świadomość, że zamiast używać słowa centroprawica, bezpieczniej byłoby napisać o politykach nie-lewicowych, bo nieustannie ktoś kwestionuje zarówno sensowność podziału na lewicę i prawicę, albo też krytykuje kwalifikowanie danej osoby do jednego z tych obozów.

Ponieważ żaden z wyżej wymienionych panów nie mówił nigdy o sobie jako o człowieku lewicy, arbitralnie zaliczę ich wszystkich do tej części sceny politycznej, którą nazwałem centroprawicą.

Debata nad biografiami osób publicznych nigdy nie jest łatwa, ale w przypadku Wałęsy stała się paradoksalnie – zwłaszcza w ostatnim roku – formą identyfikacji sympatii politycznych. Krytycy byłego prezydenta są bowiem automatycznie kwalifikowani jako zwolennicy PiS, natomiast jego obrońców zalicza się zwykle do PO, rzadziej zaś – co zresztą stanowi nowość – do stronników któregoś z odłamów zdezintegrowanej lewicy.

Na szczęście podział ten dotyczy głównie sporu o agenturalność Wałęsy, a nie bilansu jego prezydentury. Ta ostatnia ma bardzo niewielu entuzjastów, co nie jest specjalnie zaskakujące. Wałęsa nie nadawał się wszak na głowę państwa zarówno w 1990 r., jak i kiedykolwiek indziej. Jednak nie z tego powodu, który podnosił wówczas Adam Michnik i inni zagorzali krytycy tej kandydatury, czyli niebezpieczeństwa ustanowienia dyktatury.

W 1991 r. Wałęsa rzeczywiście mógł podjąć próbę ograniczenia w Polsce systemu demokratycznego, ale poza gołosłownymi deklaracjami na szczęście nie ruszył w tej sprawie palcem. Zarazem Wałęsa był w 1990 r. skazany na prezydenturę z uwagi na układ sił wewnątrz zwycięskiego obozu solidarnościowego. W sytuacji, w której jego mniejsza – lewicowa – część nie potrafiła zagospodarować Wałęsy i zaspokoić jego ambicji, stanął on na czele ruchu protestu przeciwko status quo uosabianemu przez dwuwładzę Tadeusza Mazowieckiego i sprytnie chowającego się w jego cieniu Wojciecha Jaruzelskiego. Ruchu protestu obejmującego całą ówczesną polską centroprawicę od liberałów z KLD poczynając, a na narodowcach z ZChN kończąc.

Wałęsa nie nadawał się na prezydenta, gdyż był typem trybuna ludowego, który sprawdzał się w atmosferze wiecu i burzliwej debaty, a kompletnie gubił w urzędniczo-proceduralnej rzeczywistości współczesnego państwa. Jako mistrz destrukcji skutecznie, w ciągu zaledwie roku, rozmontował wielki ruch polityczny, któremu przewodził, walcząc o Belweder, a gdy w trzy lata później postanowił go odbudować, skończyło się to karykaturą w postaci BBWR, który w 1993 r. wprowadził do Sejmu 16 posłów.

Wałęsa oszczędził Polakom próby ustanowienia swojej dyktatury, ale lista jego działań osłabiających młodą demokrację jest długa i powszechnie znana. Zarazem jako jeden z nielicznych polskich polityków nie tylko dostrzegał wadliwość parlamentarno-prezydenckiego systemu rządów, który Polska odziedziczyła w konsekwencji wojny na górze z 1990 r., ale próbował go zmienić. Inna rzecz, że forsowany przez niego system prezydencki nie miał szans na akceptację zdecydowanej większości klasy politycznej.

Trzeba też przyznać, że niezależnie od różnych fatalnych wypowiedzi (z tą o NATO bis i EWG bis na czele), to właśnie Wałęsa zdołał wymusić na prezydencie USA Billu Clintonie deklarację (wygłoszoną na szczycie w Pradze w 1994 r.), że tworzone wówczas Partnerstwo dla Pokoju będzie wstępem do przyjęcia uczestniczących w nim państw w NATO. To zaś było dla bezpieczeństwa Polski znacznie ważniejsze od wyprowadzenia wojsk rosyjskich, reklamowanego do dziś przez Wałęsę jako jego główne dokonanie w polityce zagranicznej. Ich ewakuacja była bowiem przesądzona od chwili upadku puczu Janajewa i likwidacji ZSRR w 1991 roku.

Natomiast przekonanie Amerykanów, że nie można pozostawić Europy Środkowej w szarej strefie, było wielkim sukcesem polskiej dyplomacji, której fundament stanowiła właśnie osobista popularność Wałęsy w USA. Dlatego o ile trudno napisać dobre słowo o Wałęsie jako organizatorze polskiej prawicy czy prezydencie stabilizującym młodą demokrację, o tyle z pewnością można to uczynić, patrząc nań przez pryzmat wzmocnienia bezpieczeństwa Polski na arenie międzynarodowej.
Tyle tylko, że z punktu widzenia przyszłego ucznia historii pokaźna część jego zasług w tym zakresie stanie się udziałem Kwaśniewskiego.

Marian Krzaklewski jest z pewnością w gronie kolejnych liderów polskiej centroprawicy postacią najbardziej przypadkową. Przez przypadek stanął na czele „Solidarności”, gdy okazało się, że po Wałęsie związkowcy wolą go w roli nowego lidera bardziej od kojarzonych jednoznacznie politycznie Bogdana Borusewicza i Lecha Kaczyńskiego. Przez przypadek też został liderem AWS, gdyż skłóceni liderzy prawicowych partyjek, pognębieni klęskami wyborczymi z 1993 i 1995 r., w roli przywódcy woleli jego od Jana Olszewskiego, którego ROP w pierwszej połowie 1996 r. wydawał się nową platformą mogącą zjednoczyć rozproszone siły polskiej prawicy.

Podstawowym błędem Krzaklewskiego, który mimo owej przypadkowości miał zadatki na rzeczywistego lidera, było niezrozumienie faktu, że wielki sukces wyborczy AWS z 1997 r. nie przekłada się na jego osobistą popularność. A sygnał w tej sprawie był wyjątkowo czytelny, skoro lider zwycięskiego ugrupowania zdobył we własnym okręgu wyborczym mniej głosów nie tylko od Barbary Blidy, reprezentującej głównego konkurenta – SLD, ale i od Leszka Balcerowicza ze znacznie słabszej Unii Wolności.

Krzaklewski, wprawdzie na mniejszą skalę i zapewne wbrew swej woli, przeszedł na prawicowym szlaku drogę podobną do drogi Wałęsy: najpierw zbudował centroprawicowe pospolite ruszenie, aby po wyborczym zwycięstwie krok po kroku utracić posiadane wojsko. Pole manewru miał wprawdzie mniejsze niż Wałęsa, ale sam jeszcze bardziej je ograniczył, szybko podporządkowując całą swoją politykę prezydenckim mirażom.

Można oczywiście argumentować, że wykreowany przez Krzaklewskiego i długo przez niego osłaniany gabinet Jerzego Buzka był ostatnim (jak dotąd) rządem w dziejach III RP, który podjął się przeprowadzenia poważniejszych reform. Szkopuł jednak w tym, że z perspektywy dziesięciu lat ich bilans nie wydaje się jednoznacznie pozytywny.

O ile reformy administracji terytorialnej można jeszcze od biedy bronić koniecznością przygotowania Polski do wejścia do UE (tylko po co nam tyle powiatów?), to już pozostałe budzą wątpliwości. Wprawdzie kasy chorych istniały zbyt krótko, by w pełni ocenić ich zalety i wady, ale już reforma emerytalna właśnie w tym roku zaczyna ujawniać swój niekorzystny dla przyszłych emerytów charakter. Inna rzecz, że sporą rolę odegrały błędy i zaniedbania następnych ekip rządowych. Więcej krytyków niż obrońców ma też operacja wprowadzenia gimnazjów. Paradoksalnie znacznie więcej zwolenników przysporzył centroprawicy w następnych latach IPN, stworzony do pewnego stopnia na marginesie głównych działań koalicji AWS – UW, niż kolejne wielkie reformy przez nią zainicjowane.


Porażka Krzaklewskiego wynikała też z tego, że zderzył się z prawdziwym fenomenem politycznym III RP, jakim była utrzymująca się przez dziesięć lat olbrzymia popularność Aleksandra Kwaśniewskiego. Gdyby w 2000 r. zdołał – jak to było w planach – doprowadzić do drugiej tury wyborów i zmierzyć się w niej z kończącym pierwszą kadencję prezydentem Kwaśniewskim, rozpad AWS nie przybrałby tak dramatycznego charakteru. Nie sposób dziś przesądzić, czy zapobiegłoby to powstaniu PO i PiS, ale z pewnością ugrupowania te miałyby mniej komfortowy start od tego, jaki stał się ich udziałem na pustym polu opuszczonym zarówno przez AWS, jak UW.

Klęska Krzaklewskiego i AWS była jednak – co widać z dzisiejszej perspektywy – wydarzeniem mającym nie tylko ujemne strony. Powstanie PO i PiS uporządkowało – po ponad dekadzie prawicowej biegunki – centrum i prawą stronę sceny politycznej, dając liderom tych ugrupowań szansę na odegranie roli architektów zarówno państwa, jak i sceny politycznej. Roli zarezerwowanej dotąd dla dwóch działaczy związkowych.

Nie jest sprawą przypadku, że miejsce związkowców Wałęsy i Krzaklewskiego zajęli zawodowi politycy, czyli Jarosław Kaczyński i Donald Tusk. Trudno o bardziej wyrazisty dowód konsolidacji systemu demokratycznego, i to niezależnie od tego, jak ocenia się kompetencje i skuteczność obu polityków. Ocena ich dokonań jest o tyle utrudniona, że w przeciwieństwie do swych związkowych poprzedników wciąż pozostają w grze. Co więcej, pogłębiający się kryzys na lewicy i stabilizacja całego systemu partyjnego konserwowanego wielomilionowymi dotacjami dla poszczególnych ugrupowań z budżetu państwa wskazują, że zarówno Kaczyński, jak i Tusk mogą jeszcze długo grać pierwsze skrzypce w polskiej polityce.

Wprawdzie Tusk musi w tym celu wygrać wybory prezydenckie, a Kaczyński uzyskać w 2011 r. wynik wyborczy nie gorszy od tego sprzed dwóch lat, ale w obu przypadkach nie są to cele niemożliwe do osiągnięcia.

Nieosiągalna wydaje się natomiast – oceniając dwa lata rządów Kaczyńskiego i półtora roku rządów jego następcy – realizacja przez nich idei głębokiej reformy państwa, niegdyś równie spektakularnie, jak i niefortunnie ochrzczonej mianem budowy IV RP.

W przypadku Kaczyńskiego przesądziła o tym niechęć do poświęcenia PiS na ołtarzu owej reformy, która była możliwa do przeprowadzenia tylko w przypadku porozumienia z PO. Zamiast tego lider PiS zafundował Polakom bijącą rekordy kuriozalności koalicję z populistami z LPR i Samoobrony, która wprawdzie ich unicestwiła (co w pełni można docenić dopiero w sytuacji obecnego kryzysu gospodarczego), ale równocześnie dość skutecznie skompromitowała samą ideę naprawy państwa. Z prezesa Kaczyńskiego uczyniła zaś demoniczną figurę, którą jeszcze długie lata straszone będą kolejne zastępy postępowych inteligentów oraz dyplomatów z głównych państw UE.

Co gorsza, widać wyraźnie, że za tę wysoką cenę Kaczyński osiągnął zaskakująco niewiele – równie dużą, jak i kruchą partię polityczną, która wydaje się być ściśle uzależniona od jego stanu zdrowia. Trzeba bowiem dużej dozy optymizmu, by zakładać, że Prawo i Sprawiedliwość w swym obecnym kształcie przetrwałoby zmianę lidera. Chyba że w takiej postaci jak SLD, w którym głównym spoiwem wydaje się obecnie dotacja budżetowa.


Pozornie w znacznie lepszej sytuacji jest Tusk, który przynajmniej teoretycznie wciąż ma szansę na to, by za 30 lat w podręczniku historii, z którego uczyć się będzie nasz Kowalski, zająć miejsce równorzędne z Kwaśniewskim. Nie tyle jako ewentualny prezydent, ile jako szef rządu, który sytuację głębokiego kryzysu gospodarczego wykorzystał do przeprowadzenia równie bolesnych, co potrzebnych reform.

Niestety, wszystko wskazuje na to, że Tusk podąża dziś szlakiem Krzaklewskiego, podporządkowując najważniejsze decyzje nadrzędnemu celowi, którym pozostaje uzyskanie prezydentury. Na razie na jej ołtarzu złożone zostały wszystkie plany bardziej zasadniczych reform, natomiast dość skutecznie realizowana jest idea centrowej megapartii z powodzeniem spychającej do narożników zarówno konkurentów z lewicy, jak i z PiS. Pytanie, co się z tą megapartią stanie zarówno po przeprowadzce jej lidera do Pałacu Prezydenckiego (w którym mieści się hamulec, a nie kierownica państwa polskiego), jak i – tym bardziej – w przypadku, gdy mu się ta operacja nie powiedzie?

We wrześniu 2007 r. opublikowałem artykuł, w którym przekonywałem, że Polska potrzebuje wielkiej, trzeciej fali reform. 20 lat po przełomie ustrojowym 1989 r. – za sprawą rozpoczynającego się dopiero kryzysu gospodarczego – ta potrzeba jest widoczna w sposób jeszcze wyraźniejszy niż dotąd. Zarazem na polskiej centroprawicy, zdominowanej przez zmęczonych, zapatrzonych w wyniki sondaży i ekspertyzy doradców od PR polityków z pokolenia ,89 – takich jak Jarosław Kaczyński i Donald Tusk – nie widać nikogo, kto miałby poważny zamiar je zapoczątkować.

Tyle że centroprawicowy okręt coraz szybciej nabiera wody i nie wydaje się, by w obecnej postaci mógł pływać przez całą następną dekadę.

Autor jest historykiem i politologiem, wykładowcą UJ oraz doradcą prezesa IPN
Rzeczpospolita


http://www.rp.pl/artykul/9157,292568_Dudek__Tonacy_okret_centroprawicy_.html
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Administrator
Site Admin


Dołączył: 04 Maj 2008
Posty: 9116

PostWysłany: Nie Kwi 19, 2009 11:48 am    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Z uwagi na wagę poruszonych w tym artykule problemów i trafność spostrzeżeń przytaczam go w całości - Admin.

Cytat:

Rewolucja Tuska
Zdzisław Krasnodębski 17-04-2009,

Narzeka się często na brak konkretnych osiągnięć rządów PO. Niedawno Rafał Ziemkiewicz napisał w „Rz”, że jest to najgorszy rząd dwudziestolecia. Ale pod rządami Donalda Tuska dokonuje się jednak zasadnicza przemiana polskiej polityki. Gdyby się okazała trwała, Polska już nie będzie taka sama.

Rewolucja ta wyraża się w liczbach. Według wielu badań z ostatniego roku Polacy dobrze zdają sobie sprawę z tego, że rząd Tuska nie może pochwalić się realnymi sukcesami. Według jednego z sondaży 79 proc. badanych nie było w stanie podać żadnego problemu, który rozwiązał rząd. A mimo to Polacy wydają się w swojej większości nadal niezmiernie zadowoleni z dokonanego w 2007 r. wyboru. W tym samym sondażu aż 54 proc. badanych deklarowało, że popiera PO. Wygląda więc na to, że pierwszy raz większość Polaków nie oczekuje od rządzących tego, czego obywatele wymagają zazwyczaj od rządów w krajach demokratycznych – rozwiązywania problemów. Co więcej, wydaje się, że ten rząd nie oczekuje też tego od siebie – co najwyżej byłby skłonny zająć się nimi w przyszłości lub scedować je na społeczeństwo. Determinację rząd Tuska wykazywał tylko w dwóch sprawach – mediów publicznych oraz prywatyzacji szpitali, ale obu na szczęście nie doprowadził na razie do końca.

Wystarczy dobra prezencja

Oczywiście zdolność do rozwiązywania problemów nigdy nie była silną stroną polskiej polityki, a w kampaniach obiecywano co popadnie. Leszek Miller zapowiadał nawet, że na wierzbach wyrosną gruszki. Potem niemal wszyscy rządzili mniej więcej tak samo. Ale dzisiaj polityczna indolencja, nazwana szumnie, lecz niedorzecznie postpolitycznością, została podniesiona do rangi doktryny państwowej i zaakceptowana społecznie.

Czego więc Polacy oczekują od rządu? Po pierwsze, żeby dobrze wypadał, dobrze ich reprezentował i nie przynosił im wstydu – a dokładnie mówiąc tego, co w ich oczach uchodzi za wstyd. Po drugie, żeby zostawił ich w spokoju, jeśli tylko nie zagrozi im kryzys gospodarczy. A po trzecie, by zapewnił im rozrywkę przez gnębienie i piętnowanie tych, którzy zostali uznani za wrogów publicznych.

Rządy PiS w niestabilnej koalicji z Samoobroną i LPR nie robiły dobrego wrażenia. Media się starały jak mogły, by to złe wrażenie pogłębić. Przez ostatnie półtora roku dodatkowo jeszcze przeczerniano przeszłość, zmieniając ją w zupełną karykaturę. Sam PiS zrobił zbyt mało, by się temu przeciwstawić. Na przykład nie sporządził własnego bilansu zamknięcia, nie spróbował zbudować własnej przekonującej kontrnarracji lat 2005 – 2007, która nie ograniczałaby się tylko do słusznych, ale bezradnych, narzekań na media. Oczywiście byłoby to trudne. Trauma porażki była wielka, a przeciwnicy polityczni zastosowali jedną z najbardziej skutecznych w polskich warunkach broni – ośmieszanie i drwiny.

Warto dodać, że dobre reprezentowanie w odczuciu większości Polaków sprowadza się do tego, żeby się dobrze prezentować – w kraju i za granicą. Na tym przecież polegał fenomen popularności Jolanty i Aleksandra Kwaśniewskich. Od tego czasu niewiele się zmieniło. Popularność Radosława Sikorskiego czy Donalda Tuska wynika głównie z tych samych operowomydlanych marzeń. Sukces w polityce zagranicznej to albo pochwały Zachodu, albo uzyskanie z Unii pieniędzy (czy i na co je wydatkujemy, już nikogo nie interesuje), albo wygranie jakichś rozgrywek personalnych, na przykład zablokowanie Eriki Steinbach lub umieszczenie Radosława Sikorskiego na pozycji sekretarza NATO. Polacy nie mają pojęcia o polityce światowej, nie interesują się nią. Nie czytają prasy polskiej, a co mówić o zagranicznej. Dotyczy to także niektórych największych gwiazd polskiego dziennikarstwa. Media polskie donoszą o świecie co najwyżej wtedy, gdy zdarzy się gdzieś katastrofa, na co dzień wolą koncentrować się na wewnętrznych awanturach. Jeśli chodzi o warszawskie plotki i personalne spory, każdy jest specjalistą. Wystarczy ustawić przed kamerą polityka o niewyparzonym języku, trochę go pobudzić, i już program gotowy. Polacy postrzegają więc politykę zagraniczną w znanych sobie kategoriach rywalizacji sportowej, która ma służyć leczeniu ich zbiorowych kompleksów. Nie ma w tej perspektywie wielkiej różnicy między Robertem Kubicą a Radosławem Sikorskim. Dlatego tak łatwo przychodzi rządowi chwalić się rzekomymi sukcesami, jak pakiet energetyczny lub Partnerstwo Wschodnie. W rzeczywistości nasze relacje z sąsiadami wcale się nie polepszyły, co widać natychmiast, gdy Polska odważy się zająć odmienne od nich stanowisko. Nasza pozycja w Europie i w stosunku do USA zdecydowanie osłabła.

NZS na miejsce "Ordynackiej"

PiS doszedł do władzy z bardzo ambitnym hasłem budowy IV Rzeczypospolitej, a więc głębokiej reformy państwa. Cel był prosty i jasny – zbudowanie silnego, suwerennego państwa, które wreszcie upora się z komunistyczną przeszłością i korupcyjnymi układami oraz zniweluje rosnące różnice materialne, nie w imię socjalistycznej równości, lecz narodowej, republikańskiej solidarności. Okazał się wtedy, że był to program ponad siły tej partii, ale – co gorsza – także ponad siłę i ambicję Polaków. Ostatecznie wybrali oni spokój zamiast politycznych sporów, dążenia do przebudowy państwa i politycznej walki o pozycję Polski w Europie. Niechęć do wysiłku intelektualnego i politycznego wynika również z tego, że ostatnie lata były wyjątkowo pomyślne pod względem gospodarczym. Tuska wyniosła do władzy koniunktura. Rosnące zarobki i silna złoty sprawiały, że społeczeństwo stało się względnie zadowolone i syte. Platforma zagwarantowała bezpieczeństwo rozmaitym grupom i środowiskom, zaniepokojonym radykalnymi działaniami, a często samą tylko retoryką PiS – od korporacji adwokackich, przez szarą strefę biznesu, po zatrwożoną lustracją elitę. Wprawdzie PO nie do końca realizuje postulaty tych grup, ostrożnie wybierając „trzecią drogę”, ale faktycznie stała się ich parasolem ochronnym. Świadczyły o tym nominacje Zbigniewa Ćwiąkalskiego i Krzysztofa Bondaryka.

Afery Jacka Karnowskiego i senatora Misiaka pokazały, jak bardzo w PO biznes splata się z polityką. Wprawdzie obaj zostali usunięci z partii, lecz jej systemowy charakter pozostał niezmieniony. Dzisiaj wyraźnie widać, że jej walka z SLD w poprzednich latach, przyłączenie się do idei IV RP, wynikała raczej z chęci pokonania konkurencyjnej, eseldowskiej grupy polityczno-biznesowej, a nie chęci zmiany reguł gry i budowy państwa prawa. Dawni członkowie NZS chcieli zastąpić „Ordynacką”. Nepotyzm PSL został po bardzo krótkotrwałym oburzeniu społecznie zaakceptowany. A fakt, że ministrem mógł zostać Michał Boni, oraz zaciekła obrona Wałęsy są czytelnym sygnałem dla środowisk zaniepokojonych ujawnianiem przeszłości.

Niesiona poparciem większości mediów i grup interesów Plaforma doskonale zaspokaja potrzeby ludu na rozrywkę polityczną. Obsługuje wiele gustów, ale obietnica zmiany stylu – z pełnego spięć i nienawiści na pełen rozwagi, spokoju i miłości – została zrealizowana w równym stopniu co obietnica przyspieszenia wzrostu gospodarczego. Tyle że teraz nienawiść kieruje się w stronę tych, których nienawidzić można i należy: od prezydenta przez „pisowskich” dziennikarzy i „pisowskie” instytucje po najsławniejszego magistra historii ostatniego dwudziestolecia Pawła Zyzaka.

Nową cechą dyskursu politycznego jest niemal całkowite wypranie go z treści. Standardem stały się argumenty ad hominem, wyśmiewanie się z nazwisk, happeningi telewizyjne. Przymiotnik pisowski, uchodzący za dyskwalikującą politycznie i obywatelsko obelgę, używany jest mniej więcej w ten sam sposób co przymiotnik rewizjonistyczny lub syjonistyczny w latach 60. oraz burżuazjny i reakcyjny w latach 50. Stosowany jest do każdego niewygodnego poglądu niezgodnego z linią obozu rządzącego i wspierających go mediów. Politycy rządzącej partii, dysponujący pełnią środków władzy, mówią bez żenady o „pisowskich resztkówkach”, o „pisowskim prezydencie”, o „pisowskich publicystach” czy wręcz „pisowskich lizusach”.

Nie ulega przy tym wątpliwości, że Platforma dokonała prawdziwej rewolucji środków uprawiania polskiej polityki – na gruncie przygotowanym przez Kazimierza Marcinkiewicza. Profesjonalizacja polskiej polityki polega na większej niż kiedykolwiek skuteczności oddziaływania na nastroje społeczne. Platforma sprawnie zarządza zbiorowymi emocjami i wyobrażeniami, wykorzystując niski stopień wykształcenia polskiego społeczeństwa, którego wcale nie podniosło wyprodukowanie przez prywatne pseudowyższe uczelnie tysięcy ćwierćinteligentów (co uznano za jeden z największych sukcesów III RP).

Postpolityczność, czyli prywata

Rządy Platformy stanowią nową jakość w polskiej polityce także pod innym względem. Otóż pierwszy raz się zdarzyło, że ktoś obejmujący urząd premiera otwarcie i niemal całkowicie podporządkował swoje działania osiągnięciu innego stanowiska – tylko nominalnie wyższego, lecz oznaczającego, przynajmniej dotąd, znacznie mniejszy zakres realnej władzy: prezydentury. Tak chwalona „postpolityczność” jest przede wszystkim próbą realizacji tego celu bez względu na koszty, jakie z tego powodu mogłaby ponieść Polska. Podobnie stało się w polityce zagranicznej. Minister postanowił zostać sekretarzem generalnym NATO. Od początku szanse miał nikłe. I bynajmniej nie chodziło tylko o jego stosunek do Rosji. Amerykanie nie mogli nie zauważyć nielojalności Radosława Sikorskiego, i to nie tylko w stosunku do swoich dawnych politycznych sojuszników, lecz także do siebie samego sprzed paru lat. Ponadto Niemcy na pewno nie zapomnieli tego, co mówił, gdy był ministrem obrony w rządzie PiS, choć jego dzisiejsze pokłony w ich stronę oraz stronę Rosji są przyjmowane z satysfakcją. Przekonanie, że po ostatnich wypowiedziach o Steinbach (o tym, że przyjechała do Polski z Hitlerem i razem z nim z niej wyjechała), kanclerz Niemiec mogłaby poprzeć kandydaturę Sikorskiego, świadczy o całkowitej nieznajomości nastrojów nad Szprewą i Renem. Jak wiadomo, sam zainteresowany ogłosił, że nigdy nie był kandydatem. Tę misterną grę mogącą co najwyżej zachwycić publiczność „Szkła kontaktowego” zakończono mocnym akordem – Donald Tusk wystąpił z bezprzykładnym atakiem na prezydenta jeszcze w czasie trwania szczytu. Nawet gdyby wersja zdarzeń prezentowana przez Platformę była prawdziwa, rozpętanie tej awantury pokazuje, jak bardzo dobro państwa zostało podporządkowane osobistym ambicjom tego polityka.

Wszystkie te gry i zabawy nie byłyby możliwe bez innej zasadniczej zamiany – bez nowej konfiguracji polskiej sceny politycznej. Przez lata symboliczna bariera dzieliła ją na dwa segmenty: ludzi „Solidarności” i ludzi PZPR. Tylko nieliczni, jak Barbara Labuda czy Andrzej Celiński, skłonni byli zmienić identyfikację polityczną, mimo że w istocie nie było nigdy zasadniczych różnic między lewicą postsolidarnościową i liberalnymi postkomunistami. Łączyło ich i pokrewieństwo ideowe, i wspólne polityczne interesy. Nie przypadkiem pierwsi na masową skalę zignorowali tę barierę demokraci.pl.

Dzisiaj już ona nie istnieje. Nikogo już nie szokuje widok Onyszkiewicza obok Rosatiego, Lecha Wałęsy i Tadeusza Mazowieckiego stających ramię w ramię z Kwaśniewskim, Danuty Hübner na listach Platformy czy poparcie Tuska dla Cimoszewicza. Platforma przejęła klientelę SLD i dawną klientelę UW, zespalając w jednej wielkiej rodzinie autorytety z jednej i z drugiej strony. Dziś nie ma już obrońców PRL. Nawet eseldowcy o nim jakby zapomnieli. Walka toczy się natomiast o dziedzictwo „Solidarności”. Sztandarem, pod którym skupili się ci koalicjanci, stał się Lech Wałęsa – ale nie Wałęsa przywódca antykomunistycznego powstania, lecz Wałęsa kompromisu, Wałęsa – ofiara IPN, Wałęsa, którego słabości miałyby być usprawiedliwieniem dla niemal każdego TW.

Koniec politycznego postkomunizmu oznacza także ujawnienie sztuczności wszystkich innych identyfikacji politycznych. W rezultacie panuje całkowita dowolność i zmienność. Decydują tylko lojalności grupowe i kalkulacja polityczna. Dawni politycy PiS wspierają Platformę – i vice versa. Można sobie wyobrazić, że w przyszłości politycy centrolewicy lub niektórzy działacze SLD znajdą się w Platformie, która w Polsce chciałaby uchodzić za liberalną, w Europie za chadecką, a w istocie jest przede wszystkim partią antypisowską, pozwalając nawet dawnym beneficjentom PRL przywdziać postsolidarnościowy kostium. W dodatku przeżywamy smutny zmierzch autorytetu politycznego Kościoła. Nie jest on w stanie zmierzyć się z problemem przeszłości. To nie jest już Kościół kardynała Wyszyńskiego. Nie jest to Kościół, który dał światu Jana Pawła II. Nikt już nie jest interreksem.

Koniec pluralizmu?

Spychając medialną ofensywą PiS na margines, wasalizując i przekupując PSL oraz przejmując resztki politycznego postkomunizmu, Platforma ma więc szansę zrealizować to, co kiedyś zapowiadało PiS – budowę partii obejmującej szerokie spektrum wyborców – tyle że w wariancie centrowo-lewicowym. Ten wielki, coraz bardziej realny sukces Platformy zagraża jednak polskiej demokracji. Dotąd żadna partia w Polsce nie była w stanie zmonopolizować sceny politycznej. SLD z powodu swojej haniebnej przeszłości zawsze musiał powściągać swe zapędy i liczyć się z oporem tych Polaków, którzy byli związani z ruchem „Solidarności”. PiS zaś nigdy polskiej demokracji i wolności nie zagrażało – zagrażało tylko establishmentowi III RP. Opór wobec jego działań był zresztą zbyt wielki, aby mogło ono w jakimkolwiek stopniu zagrozić politycznemu lub ideowemu pluralizmowi. Zagrożenie zaś ze strony populizmu w wydaniu plebejskim lub narodowo-radykalnym było tylko płodem histerycznej imaginacji.

Źródłem niebezpieczeństwa nie jest dzisiaj siła Platformy, lecz filozofia i praktyka jej rządów. Po pierwsze Platforma, mająca w swej nazwie „Obywatelska”, traktuje Polaków nie jak obywateli, lecz jak manipulowalną masę, niwecząc niedawne nadzieje na renesans republikańskiego ducha. Świadczy o tym nieznana w rozwiniętych demokracjach kariera specjalistów od wizerunku oraz PR, czyli propagandy.

Po drugie PO dąży bez zahamowań do zniszczenia największej partii opozycyjnej. A ponieważ tego rodzaju dążenie nigdy jeszcze nie zyskiwało taki wielkiego poklasku i poparcia, możliwość zniesienia de facto politycznego pluralizmu staje się realna.

Po trzecie Platforma podjęła działania zmierzające do likwidacji mediów publicznych jako forum publicznej debaty. Media prywatne, których poziom zdecydowanie się obniżył, w pogoni za widzem kierują się zyskiem oraz interesem politycznym właścicieli, a nie troską o jakość polskiej demokracji. Tylko tym daje się wytłumaczyć niemal stałą obecność w nich ludzi, których w normalnym państwie, o jakim takim poziomie cywilizacyjnym, wstydzono by się pokazywać i odmawiano oglądać.

Po czwarte pod patronatem PO nastąpiła daleko idąca degrengolada debaty publicznej. Można dyskutować z poglądami i opiniami, nie da się dyskutować z obelgami. W dodatku wtedy, gdy już padają argumenty, mają czysto instrumentalny charakter. Oto na przykład ci, którzy jeszcze niedawno występowali przeciw jakiejkolwiek polityce historycznej, twierdząc, że zajmowanie się upamiętnianiem przeszłości nie jest zadaniem państwa, dzisiaj chcieliby uprawiać totalistyczną politykę historyczną, zakazując publikacji i przedsięwzięć niezgodnych z przygotowywanymi uroczystościami państwowymi. Destruktorzy narodowych mitów chcą teraz budować spiżowe pomniki – często swoje własne.

Po piąte Platforma pozwala sobie na otwarte lekceważenie podstawowych zasad wolnościowego ustroju – wolności słowa, wolności badań naukowych i autonomii uniwersytetów. Fakt, że premier wypowiada się na temat pracy magisterskiej, że próbuje się przeprowadzić kontrolę na UJ, nasyłając „niezależną” komisję akredytacyjną pod przewodnictwem senatora Platformy (nie przyszło mu oczywiście do głowy, aby po objęciu mandatu zrezygnować z tego stanowiska) oraz nieuzasadniony atak na IPN są rzeczą bez precedensu w ostatnim dwudziestoleciu.

Dekretowanie metodologii

Charakterystyczne jest to, że sprzyjające Tuskowi media zagraniczne przemilczały te zdarzenia, gdyż są one w najwyższym stopniu kompromitujące. Nie do pomyślenia jest bowiem, by w jakimkolwiek kraju zachodnim szef rządu wypowiadał się na temat najgorszej nawet pracy magisterskiej, doktorskiej lub habilitacyjnej. Jedynym zadaniem polityków wobec uniwersytetów jest tworzenie ogólnych reguł ich działalności, a nie ingerencja w treść nauczania lub prac naukowych.

Wystąpienie Donalda Tuska, a potem nadgorliwa akcja minister Barbary Kudryckiej, nie były przypadkowe. Doskonale wpisują się w mechanizm opanowywania sfery publicznej, demonizowania i likwidowania przeciwników ideowych. Nietypowa było tylko próba użycia środków bezpośredniej kontroli. Sposób postępowania w sprawie habilitacji Marka Migalskiego pokazuje, że istnieją metody bardziej efektywne, a nasycone ludźmi dawnego reżimu środowiska akademickie gotowe są do ich użycia.

Tym razem piewcy tolerancji, którzy przy innych okazjach deklamowali przypisywane Wolterowi słowa o tym, że trzeba bronić wolności wypowiedzi także tych, z którymi się nie zgadzamy, milczeli jak zaklęci. W ataku na młodego autora, na jego promotora – jednego z najwybitniejszych polskich historyków – oraz na kierownictwo IPN nastąpiło klasyczne odwrócenie znaczenia słów, zgodnie z najlepszymi wzorami marksistowskiej dialektyki. Nagonka prowadzona jest pod hasłem obrony Lecha Wałęsy przed nagonką, łamanie zasad pod hasłem obrony zasad, oskarżając IPN o partyjność chce się go upartyjnić, a pod pozorem obrony naukowych standardów dokonuje się zamachu na ich podstawę.

Pierwszy raz od lat 50. metodologia stała się sprawą polityczną, choć wszyscy wiedzą, że chodzi o coś zupełnie innego – o nieprzyjemne fakty i mało hagiograficzną narrację. Ci, którzy jeszcze nie tak dawno twierdzili, że bardziej niż dokumentom należy wierzyć składanym ustnie po latach oświadczeniom funkcjonariuszy SB lub że trzeba bezwzględnie ufać każdej, nawet spisanej po latach, relacji ofiar pogromu, utrzymują obecnie, że ustne świadectwa dawnych opozycjonistów czy mieszkańców miejscowości, gdzie mieszkał kiedyś Lech Wałęsa, w ogóle nie mogą być traktowane jako źródła. Nie odróżniają oni źródeł anonimowych od anonimizowanych, których użycie jest standardem w naukach społecznych stosujących metody jakościowe. W istocie zaś rządzący i establishment chcieliby zadekretować taką „metodologię”, dzięki której na końcu zawsze pojawiałaby się książka napisana w duchu profesora Friszkego lub artykuł w stylu niezależnego publicysty Mirosława Czecha.

Nienapisane książki

Tak kompromitująca polskie „liberalne” elity sprawa pokazuje raz jeszcze, jak wiele z mentalności komunistycznej przetrwało w III RP. Bardzo często słyszymy, że nie można badać biografii tych, którzy wywalczyli dla nas wolność. Znaczyłoby to jednak, że ta wywalczona przez nich wolność jest jakąś inną wolnością niż ta, która panuje w krajach prawdziwie demokratycznych i wolnych – i ta, o którą nam kiedyś chodziło. Obama nie wysyła kontroli na Harvard, Merkel nie organizuje konferencji metodologicznych na uniwersytecie w Heidelbergu, Sarkozy nie recenzuje prac magisterskich obronionych na Sorbonie, Bush nie próbował zamknąć ust autorom nawet najbardziej krytycznych wobec niego publikacji. Historia III RP była i jest historią nienapisanych książek, tematów tabu, niedopowiedzeń i sekretów. I nie chodzi tylko o biografie głównych bohaterów czasu przełomu, jak: Wałęsy, Mazowieckiego, Kuronia, Geremka, Michnika, Bujaka, lecz o najważniejsze procesy ostatniego dwudziestolecia od prywatyzacji poprzez budowę partii politycznych, po przekształcenia i trwanie poszczególnych instytucji. Książka Pawła Zyzaka, zestawiając sprzeczne ze sobą wypowiedzi Wałęsy, dotyczące przełomowych chwil jego życia uświadamia nam, jak wiele niewyjaśnionych faktów jest w jego życiu i w całej najnowszej historii Polski.

IV Rzeczpospolita miała być republiką wolności i prawa. Niewątpliwie w ostatnich latach udało się poszerzyć przestrzeń debaty i przestrzeń wolności. Dzisiaj trwa kontrofensywa. Dalsze skonsolidowanie i umocnienie władzy Platformy może naruszyć fundamenty polskiej demokracji. Partia liberałów stała się największym od 1989 roku zagrożeniem dla wolności i suwerenności Polaków. Filozof Joseph de Maistre twierdził, że każdy naród ma taki rząd, na jaki zasługuje. Na pewno należy ograniczyć ważność tego stwierdzenia do narodów wolnych. Inaczej musielibyśmy uznać, że zasługiwaliśmy na rządy Bieruta, Gomułki, Gierka i Jaruzelskiego. Zapewne Polacy w pełni zasługują na rządy Donalda Tuska. Miejmy jednak nadzieję, że nie zasłużą na jego prezydenturę.

Zdzisław Krasnodębski jest socjologiem i filozofem społecznym, profesorem Uniwersytetu w Bremie i UKSW w Warszawie. Współpracuje z „Rzeczpospolitą”
Rzeczpospolita


http://www.rp.pl/artykul/61991,292618_Rewolucja_Tuska_.html
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Administrator
Site Admin


Dołączył: 04 Maj 2008
Posty: 9116

PostWysłany: Nie Kwi 19, 2009 11:53 am    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Z bloga Krzysztofa Kłopotowskiego:

Cytat:

Dekapitacja

Koniec marzeń. Nie będzie Polski republikańskiej z suwerenną elitą dbającą o dobro państwa, gdzie panuje wolność słowa i pluralizm polityczny. Taki płynie wniosek z przejmującego artykułu prof. Krasnodębskiego w dzisiejszej Rzeczpospolitej. Myślę, że to najważniejszy tekst publicystyczny ostatnich dwóch lat:

www.rp.pl/artykul/61991,292618_Rewolucja_Tuska_.html

Autor skupia się na ocenie bieżącej sytuacji. Trzeba jednak ujrzeć tę analizę w kontekście naszej historii, żeby doznać wstrząsu. Widzimy powrót epoki saskiej w nowoczesnym przebraniu. Smutny ciąg dalszy również będzie miał współczesną formę, zapewne przyjemniejszą od oryginału.

Współcześni Polacy zasłużyli sobie na obecny stan spraw publicznych, zdaniem profesora, wskutek dekapitacji narodu. PiS nie odzyska władzy. Autor nie wyciąga jednak logicznego wniosku, że w takim razie trzeba w innej partii ulokować pracę propaństwową. Mimo zasług, dobrych chęci, wielkiej dzielności, bracia Kaczyńscy są skończeni politycznie i nie bez własnej winy. Chyba, że czegoś nie zrozumiałem w wypowiedzi ich ideowego sojusznika. Bo pisze spokojnie, jak protokół zgonu.


http://klopotowski.salon24.pl/569901.html
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Administrator
Site Admin


Dołączył: 04 Maj 2008
Posty: 9116

PostWysłany: Wto Kwi 28, 2009 9:40 am    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Cytat:

Lech Kaczyński nie wystartuje
Małgorzata Subotić 28-04-2009

Rz: Pani koledzy po fachu startują w wyborach do europarlamentu. Pani nie miała ochoty? Dostała pani przecież propozycję z Platformy.

Jadwiga Staniszkis
: Na propozycję, która padła właściwe w trybie medialnym, również odpowiedziałam w trybie medialnym: że chcę zachować niezależność. Równy dystans do PO i PiS. Po to, aby zachować wiarygodność słów, które będę wypowiadała o rzeczywistości w Polsce. Cenię to bardziej niż pracę w Brukseli.

I bardziej niż apanaże z tym związane?

Fajnie by było być i niezależnym, i mieć apanaże. Oczywiście, żartuję.

Jak pani ocenia decyzję swoich zawodowych kolegów, Marka Migalskiego, Leny Kolarskiej-Bobińskiej, Kazimierza Kika itd.?

Lepiej, jeśli do europarlamentu kandydatami są ludzie interesujący się sferą władzy czy Europy, jak Lena Kolarska, niż piosenkarki i sportowcy. Płacą jednak za to określoną cenę. Migalski, który był dotychczas nonkonformistyczny, musi być lojalny w stosunku do linii partyjnej nie przez siebie formułowanej. I co więcej: jego wiarygodność staje się ofiarą formy dyskursu politycznego, który jest w Polsce prowadzony.

W jakim sensie Migalski staje się ofiarą formy dyskursu politycznego?

Bo musi wejść w logikę międzypartyjnej walki, w której nie ma podzielonych racji. Jak na przykład w sprawie stoczni. Lepiej wyglądałaby dyskusja w tej sprawie, gdyby spotkał się Paweł Poncyliusz, który jako wiceminister prowadził ją w rządzie PiS, z obecnym ministrem skarbu Aleksandrem Gradem.

Zamiast spotu w stylu „Kolesie”?

Tak, bo obaj mówiliby wyborcom, co zrobili i jakie były ograniczenia zewnętrzne. Taka dyskusja nauczyłaby ludzi czegoś o Unii, o tym, czy wykorzystano nowe, związane z kryzysem, możliwości walki o stocznie. W takim zderzeniu przedstawiciele obu rządów, zarówno Kaczyńskiego, jak i Tuska, mogliby zaprezentować logikę działalności swoich partii. Poncyliusz moim zdaniem wypadłby lepiej. Byłaby to wartościowa część kampanii wyborczej. Znając Migalskiego, uważam, że on opowiadałby się za czymś takim, a nie za dorabianiem „wywalonego języka”.

„Wywalonego języka”?

Taki wywalony język króluje na winietce tygodnika „Nie”, jakby przyklejony do logo Platformy. Szkoda mi Migalskiego i jego wiedzy.

Ale Migalski nigdy chyba nie krył swoich propisowskich poglądów?

Mogłyby one jednak lepiej się wyrazić w takim filmiku, jakiego scenariusz opowiedziałam. Wyborcy otrzymaliby znacznie więcej wiedzy o Unii, niż w takim jednostronnym spocie jak „Kolesie”. Migalski mógł coś wnieść ze swojej wiedzy o złożoności sytuacji Polski. Stał się niestety więźniem politycznej polaryzacji i czarno-białego widzenia. Powrót do pozycji kogoś niezależnego będzie dla niego bardzo trudny. Dla mnie niezależność, niepartyjność, możliwość powiedzenia, że nie podoba mi się to czy tamto w jakiejś partii jest wartością naczelną.

A Kolarska-Bobińska? Starała się chyba ukrywać swoje poglądy.

Ona od lat interesowała się problematyką europejską, nie chcę oceniać, czy w dostatecznym stopniu zachowując dystans. Nie sądzę, by się interesowała w pracach swojego Instytutu na przykład kosztami zależności, w jakie weszły kraje postkomunistyczne po wyjściu z bloku postsowieckiego, co zrobił „The Ekonomist”. Jej analizy były przedłużeniem unijnego punktu widzenia. Na pewno niezręczne było, że ekspertyza o europosłach przygotowana przez Instytut Spraw Publicznych, gdy była jeszcze jego dyrektorem, ukazała się, gdy związała się już z PO jako kandydat. Przecież takiej ekspertyzy nie robi się w dwa tygodnie. Ale jest taka kategoria jak „socjolog publiczny”.

Socjolog publiczny?

To socjolog w służbie pewnej sprawy, broniący jednego punktu widzenia. Z kolei Magdalena Środa, która kandyduje do europarlamentu z listy lewicowej, jest filozofem publicznym. Jej poglądy silnie decydują o sposobie funkcjonowania. W tę rolę z założenia wpisana jest cenna stronniczości. Lena Kolarska jest osobą dobrze wbudowaną w europejskie klimaty. W jej wypadku utrata wiarygodności nie wchodzi w grę, bo jej decyzja o starcie do europarlamentu z PO jest wyraźną kontynuacją tego, co zawsze robiła.

Czyli nie ma sprawy?

Powiedziałam już, że jest to niezręczność. Jest to nawet podwójna niezręczność. Warto by się przyjrzeć, kogo jej instytut uznaje w raporcie za dobrego posła. Tego, który jest spolegliwy wobec linii swojej frakcji w europarlamencie, czy też tego, który walczy o interesy Polski? W zależności od odpowiedzi tworzone są przecież zupełnie inne listy kandydatów. Nie sadzę, by Lena Kolarska była bojowym posłem... Ale na pewno będzie sprawnym.

Zostało niespełna sześć tygodni do głosowania w wyborach do PE, a w kampanii sprawy europejskie właściwe w ogóle się nie pojawiają. Też pani tak to ocenia?

Oczywiście. Ta kampania ze względu na treści, jakie się w niej pojawiająmogłaby być równie dobrze kampanią prezydencką bądź do europarlamentu. Fatalne jest, że europosłowie poprzedniej kadencji nie informowali polskiej opinii publicznej, na czym polega różnica między frakcjami europejskimi. Jakie te frakcje mają poglądy w poszczególnych sprawach. Nie ma dyskusji o tym, o czym niektórzy posłowie i kandydaci PIS po cichu mówią, jaką wielką szansą dla Polski byłoby, gdyby nowi europosłowie i PiS, i PO weszli do frakcji Europejskiej Partii Ludowej.

Tej, do której należą teraz tylko posłowie PO.

To frakcja prawicowa, jest w niej przecież CDU. Gdyby i PO, i PiS do niej weszły, moglibyśmy być największym klubem. Teraz są nim Włosi. Niemcy są podzieleni, bo jest tam silny nurt socjaldemokratyczny. Moglibyśmy przeforsować znacznie więcej w interesie Polski niż w mechanizmie międzyrządowym Unii. To, że Jarosław Kaczyński zapowiada, że europosłowie PIS będą tworzyć duża frakcję z brytyjskimi torysami, jest absurdem.

Z jakiego powodu miałby to być absurd?

Niestety, nasz rozwój jest już tylko rozwojem zależnym i ograniczanie się w unijnej współpracy, jak chcą tego Brytyjczycy, do strefy wolnego handlu jest dla nas zabójcze. Z punktu widzenia interesów Polski musimy mieć Europę solidarną, element wspólnotowy jest bardzo ważny. Ponadto wizja Kaczyńskiego, że nasza władza będzie się sprowadzać do bycia języczkiem u wagi, jest bezsensowna. Bo gdyby eurodoputowani PiS i P0 współpracowali w jednej frakcji, mielibyśmy potężne narzędzie walki o polskie interesy. I o tym powinno się mówić, a nie sprowadzać eurokampanię do walki między partiami na krajowym podwórku.

Ale oczekiwanie od PiS, by był w jednej frakcji z PO, jest chyba nakłanianiem do zacierania tożsamości obu partii? Dla polskich wyborców mogłoby to być dziwne.

Dlaczego? PiS jest konserwatywno-liberalne jak CDU, które znajduje się w Europejskiej Partii Ludowej. A wyborcom można byłoby wytłumaczyć, że obie partie pochodzą z trzonu solidarnościowego. I przekonać ich, że racja stanu wymaga takiej współpracy, mimo partyjnych różnic. Wartość tę współpracy w PE byłaby dla Polski kolosalna.

Jednak Platforma chce wykorzystać zjazd EPL w Warszawie dla potrzeb swojej kampanii. Jak miałby się w tym odnaleźć PiS?

Zamiast kontestować jadłospis zjazdu, jak robią to politycy PiS, Kaczyński powinien wysłać tam delegację i obserwować, o czym ludzie z prawicowej części Europy mówią. Jeśli chce się walczyć z lewactwem w Europie, to trzeba wzmocnić jej część prawicową, a nie szukać niszy z torysami. Tym bardziej że będziemy tam wykorzystywani przez Brytyjczyków jako maszynka do głosowania, nic dla Polski nie załatwiając.

Ta kampania mogłaby być ekscytującą kampanią o Europie. Dyskusją m.in. o tym, co kryzys robi z Unią, w której odradza się hierarchia, a nawet hegemonia.

Czyja hegemonia?

Także niemiecka, na przykład w kontaktach wschodnich. Widoczna dezintegracja Unii jest dla nas zabójcza. I wokół tego, co możemy w tej dramatycznej dla nas sytuacji zrobić i co by dała współpraca w jednej frakcji, powinna się toczyć dyskusja. Te wybory są bardzo ważne i chodzi o to, by wybrać ludzi, którzy wiedzą, co należy próbować robić. A jak Migalskiego, którego zresztą bardzo lubię, pytają, czym chce się zająć, to on odpowiada, że Białorusią. Po prostu ręce opadają.

Może problem z tą kampanią tkwi jednak w czym innym, w tym, co jest osią polskiej polityki od ponad trzech lat? Wszelka dyskusja publiczna sprowadza się do walki dwóch obozów politycznych o prezydenturę.

Na szczęście, nie tylko to dzieje się w polityce. Ale tak to wygląda w mediach, i to jest brane za oś polityki. Wina jest oczywiście po obu stronach. Uważam, że na przykład forma zaproszenia prezydenta na konferencję w 5-lecie wejścia Polski do Unii jest skandaliczna.

Czy jest szansa, że w tych ostatnich tygodniach coś się jeszcze zmieni, że kampania wejdzie na tory dyskusji o Europie, zamiast toczenia bojów o to, kto zostanie prezydentem?

Myślę, że wiadomo, kto zostanie prezydentem. I że Lech Kaczyński najprawdopodobniej nie będzie kandydował. W tej chwili obserwujemy wzajemne niegrzeczności, właściwie już rytualne pokazywanie, kto tu rządzi. Bez wcześniejszego „zębu”. Ale prawdziwej dyskusji europejskiej nie będzie. Będzie tylko wzajemne zniechęcanie do przeciwnej partii. Zamiast tworzenia gruntu pod pracę w jednej frakcji PE.

Powiedziała pani, że wiadomo kto zostanie prezydentem. Kto?

Wygląda na to że zostanie nim Tusk. Ale nie wiadomo, kogo wysunie PiS. I co jeszcze się zdarzy przez te półtora roku, zwłaszcza w kontekście unijnej dezintegracji i kryzysu. Wysokie notowania Platformy trzyma brak alternatywy.

Rzeczpospolita


http://www.rp.pl/artykul/2,297291_Lech_Kaczynski_nie_wystartuje.html
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Administrator
Site Admin


Dołączył: 04 Maj 2008
Posty: 9116

PostWysłany: Pon Maj 04, 2009 12:41 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Cytat:

Kiszczak na miarę waszych możliwości
Rafał A. Ziemkiewicz 02-05-2009,

Obrońcy tezy, iż III Rzeczpospolita jest naszym wielkim historycznym sukcesem, zwykli szermować argumentem uważanym przez nich za nieodparty.

Był to argument z gatunku „reductio ad absurdum”, oparty na ulubionym przez salon chwycie wykpiwania przeciwnika: „jakim trzeba być oszołomem, żeby coś tak nonsensownego powiedzieć”. Z każdej próby zakwestionowania sielankowej wizji „porozumienia Polaków z obu stron historycznego podziału”, z każdej próby dociekania, jak dochodzili komuniści do decyzji o oddaniu władzy i skąd wzięły się takie a nie inne okoliczności jej przekazania, szydzili funkcjonariusze Salonu sugestią: „Ha, ha, to niby bezpieka obaliła siebie sama, co? Agenci komunizm obalili, ha, ha?”

W istocie tak przedstawił teraz sprawę nie byle oszołom, tylko osoba we wszystkich szczegółach operacji przekazania władzy najlepiej zorientowana, a przy tym trudna do wykpienia, bo z dawna już ogłoszona przez guru Salonu „człowiekiem honoru”. Innymi słowy − we własnej osobie Czesław Kiszczak. I nie jest to jakieś tam sobie chlapnięcie w pośpiesznie udzielanym wywiadzie, ale oświadczenie złożone przed sądem, przed którym stary ubek odpowiada dziś jako „autor” stanu wojennego (swoją drogą, ten propagandowy bełkot wymyślony na użytek jego i Jaruzelskiego przyjął się już wśród niedouczonych dziennikarzy; psychopatę lub zbrodniarza, który zabił kilka przypadkowych osób, niektóre media uparcie nazywają „autorem” zamachu na holenderską królową).

Mowy Kiszczaka, w przeciwieństwie do wcześniejszej oracji Jaruzelskiego, nie przedrukowała gazeta wyspecjalizowana w obronie generałów. W ogóle przyjęto ją pełnym zakłopotania milczeniem, podobnie, jak kiedyś zeznania tegoż Kiszczaka przed komisją sejmową, gdy opowiadał, jak to u zarania III RP prominenci środowiska świeżo dokooptowanego do władzy odwiedzali go w gabinecie pytając co na nich ma, a on kazał sobie przynosić teczki z archiwum i przy zainteresowanych wrzucał je do niszczarki (śmiejąc się w duchu, bo przecież miał kopie − ale frajerzy się na to nabierali). Ale władza Salonu nad mediami była wtedy znacznie szczelniejsza niż dziś, więc wyznania te, choć Kiszczak wprost przyznawał się do popełnienia przestępstwa, nie przedarły się do opinii publicznej.

Tymczasem Kiszczak, pośród horrendalnych i bezczelnych stwierdzeń o tym, że SB była organizacją patriotyczną, a on, jako komunista, kierował się dobrem państwa i narodu, stwierdza dziś wprost: ci, którzy tak puszą się, że należy im się szczególna pozycja w debacie publicznej, bo wywalczyli wolność, niczego nie wywalczyli. Dostali władzę na tacy od bezpieki, ode mnie, Kiszczaka. To ja wybrałem na partnerów w operacji przekazania władzy właśnie ich, i niech o tym pamiętają. Tyle mniej więcej wynika ze składanych pod przysięgą wyjaśnień Kiszczaka − dokładnie tyle, że to właśnie komuniści zaplanowali proces swojego obalenia i kontrolowali go przez swych agentów. Plus jeszcze niewypowiedziana, ale wyraźna sugestia: i lepiej mnie nie wkurzajcie, bo mogę powiedzieć więcej!

Ta pogróżka pojawiała się w wypowiedziach nadubeka wcześniej, pewnie pojawi się jeszcze później − choć nie robię sobie nadziei, by rzeczywiście poszły za nią konkretne wyznania albo ujawnianie dokumentów. A szkoda. Chętnie bym poznał jego wersję wydarzeń. Bo przecież „człowiek honoru” chyba nie kłamie?

Waldemar Łysiak zreprodukował w jednej z książek bibliofilskie cimelium ze swych zbiorów: książkę Jacka Kuronia z odręczną, bardzo ciepłą, a zgoła hołdowniczą dedykacją dla Kiszczaka właśnie. I nie to jest wymowne, że Kuroń taką dedykację napisał, ale to, że Kiszczak jeszcze za jego życia prezent ten szurnął do antykwariatu, albo może wręcz na śmieci, skąd wygrzebują podobne obiekty wyspecjalizowani w recyklingu menele. To dobitnie pokazuje, że miłość przywódców Salonu do szefa peerelowskiego aparatu przemocy była nieodwzajemniona. Oni stracili dla niego głowę; on nie, rozegrał leszczy na zimno. Zachował sobie zdjęcia z Magdalenki, różne dokumenty, może je komuś przekaże, może już przekazał.

Wiktor Suworow pisał kiedyś: kto gra z szulerem, przegrał już w chwili, gdy usiadł do stołu. I konkretny kształt tego stołu nie ma tu wielkiego znaczenia.
"Rz" Online


http://www.rp.pl/artykul/9133,299489_Ziemkiewicz__Kiszczak_na_miare_mozliwosci_.html
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Administrator
Site Admin


Dołączył: 04 Maj 2008
Posty: 9116

PostWysłany: Wto Paź 13, 2009 4:04 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Cytat:
Kaczyński uratuje Tuska (a potem wszyscy zgnijemy)

Poniedziałek, 12 października (09:04)

Premier ma naprawdę poważne kłopoty, z każdym dniem jego sytuacja wygląda coraz gorzej. Ale w tej trudnej sytuacji pojawiła się nadzieja, że wyjdzie z tego wszystkiego mniej więcej cało, może poobijany, ale żywy. Nikt by nie zgadł - kto w najgorszym momencie wyciąga do Tuska rękę? Kto go ratuje, wyciąga dosłownie z przepaści?

Sam Jarosław Kaczyński!

Proszę zwrócić uwagę - krótko po ujawnieniu afery hazardowej i zamiaru zdymisjonowania ostatniej służby, która okazała się zdolna do wykrywania nadużyć rządzącej kamaryli, PiS wyciszyło pierwsze pełne furii komentarze i od tej chwili główny atak na Platformę prowadzili działacze SLD.

Z dziką schadenfreude brali na PO zemstę za upokorzenia z czasów Rywina, Jagiełły i Pęczaka. Powtarzali frazę o "największej aferze dwudziestolecia" (choć kudy tam hazardowej do FOZZ, rublowej czy spirytusowej), kpili na potęgę z "antykorupcyjnego Donka" i jego "wysokich standardów". I choć wyraźnie było widać, że sami nie wiedzą, czy bardziej nienawidzą Tuska, czy Kamińskiego, to potrzeby taktyczne kazały im przede wszystkim walić w tego pierwszego.

Na dłuższą metę byłaby to sytuacja dla PO mordercza. Cała propaganda tej partii i jej medialnych ekspozytur od lat wyćwiczona była w dyskredytowaniu i ośmieszaniu "kartofli". Od tamtej strony jest opancerzona jak królewski tygrys i chroniona szykiem obrońców wszelkiego autoramentu i kalibru, od Moniki Olejnik z Jackiem Żakowskim, po Szymona Majewskiego z Kubą Wojewódzkim.

Ale gdy oskarżenia i ataki wobec władzy formułować zaczęły brutalnie osoby, takie jak pani Szymanek-Deresz, której tylko z drugiej linii sekundowali pomniejsi, a więc mniej znienawidzeni działacze PiS, to wchodziły one jak w masło.

Nic więc dziwnego, że Tusk i jego ekipa od pierwszej chwili robili wszystko, aby wojnę "upisowić". Przy każdej możliwej okazji podkreślali, że to PiS, a nie jakakolwiek inna opozycja, jest przeciwną stroną sporu - gdy raz i drugi wymknęło się Tuskowi "opozycja", to zaraz dodawał "pisowska".

To zrozumiałe, wojna z PiS jest jedynym, co Platformie dobrze wychodzi, a jedyny argument, jaki może ją uratować, brzmi - no dobrze, my też kradniemy, kombinujemy i w ogóle Stefan Niesiołowski miał rację, mówiąc (gdy jeszcze ubiegał się o miejsce w PiS), że "Platforma Obywatelska to zbieranina gorsza od Samoobrony", wszystko prawda, no, ale czy wolicie od nas Kaczyńskich?!

I, jako się rzekło, Kaczyński Tuska nie zawiódł. Zamiast dalej siedzieć cicho i niczym przysłowiowy rolnik patrzeć, jak mu samo rośnie, nie wytrzymał. Wyskoczył na pierwszą linię i podjął wspólne z Tuskiem starania, aby wszystko sprowadzić do kolejnej odsłony wiecznej szarpaniny między platformerskimi Hutu i pisowskimi Tutsi (albo odwrotnie).

I jeszcze zrobił to w swoim typowym, niereformowalnym stylu, opierdzielając publicznie dziennikarzy, że nie wstają przy zadawaniu pytań, bo "w Polsce obowiązują pewne normy grzeczności".

Zarazem swym pojawieniem się na czele ataku uprawdopodobnił Kaczyński główną tezę tuskowej propagandy, że demaskacja CBA, i w ogóle samo CBA, ma charakter "partyjny" i "pisowski".

Pozostaje osobną kwestią, dlaczego Kaczyński postanowił uratować wroga, i czy może nie zdawać sobie sprawy, że im go mocniej atakuje, tym bardziej mu pomaga. Osobiście sądzę, że w ten sposób rozpaczliwie - i przeciwskutecznie - usiłuje zapobiec temu, co teraz musi nastąpić. Sytuacji, w której PO będzie tracić, ale PiS nie będzie zyskiwać, i prawdziwymi zwycięzcami okażą się SLD i PSL, które wychodzą z roli "przystawek".

Tym bardziej, że równocześnie z osłabieniem dotychczasowego hegemona przyszło przełamanie ostatnich już uprzedzeń co do tego, kto z kim może być w aliansach - skoro komuch nie brzydzi się dziś brać w TVP z "ludźmi, którzy na rękach mają krew Blidy", a PiS w ramach tego samego dilu kreować na szefa anteny człowieka, który wymyślił, zamówił i wyemitował sławetny "Dramat w trzech aktach", to każdy numer przejdzie na każdym poziomie.

Kaczyński miał szansę coś zmienić, ale ugrzązł, atakując bezładnie jednocześnie wszystkie możliwe sitwy i tym samym jednocząc wszystkich przeciwko sobie. Tusk miał znacznie większą szansę coś zmienić, ale - niczym dyżurny Ptyś ze starej bajeczki dla dzieci - zapowiadał tylko, czego to nie zrobi, jak zostanie prezydentem i jak PO będzie wreszcie miała w ręku absolutnie wszystko.

Wydaje się, że był już ostatnim, który miał taką szansę. Teraz, nawet gdyby ktoś jeszcze chciał, to raczej nie będzie miał takiej możliwości. Teraz Polska będzie przez dłuższy czas gniła - z jakimś słabym rządem, w typie gabinetu Belki, paraliżowanym dogadywaniem się na zapleczu kilku partii i nieustannie zagrożonym możliwą w każdej chwili zmianą sojuszy. Partii, dodajmy, w większości, jeśli nie wyłącznie, spenetrowanych przez sitwy i od nich uzależnionych.

A świat będzie nabierał przekonania, że - jak przez cały wiek XIX głosili nasi rozbiorcy - Polakom ktoś musi narzucić organizację i cywilizację, bo oni sami po prostu są niezdolni udźwignąć suwerenność.

Rafał A. Ziemkiewicz


http://fakty.interia.pl/felietony/ziemkiewicz/news/kaczynski-uratuje-tuska-a-potem-wszyscy-zgnijemy,1381010
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Sylwia



Dołączył: 10 Gru 2016
Posty: 67

PostWysłany: Sob Gru 10, 2016 7:52 am    Temat postu: Forumoteka.pl Odpowiedz z cytatem



Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
Administrator
Site Admin


Dołączył: 04 Maj 2008
Posty: 9116

PostWysłany: Nie Paź 18, 2009 4:04 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Tym razem "punkt równowagi" reprezentują pytania, a nie odpowiedzi. Te ostatnie, bardzo nieporadne i nieprzekonywujące, dają do myślenia:

Cytat:
Z Jerzym Owsiakiem rozmawia Igor Janke

(...)
Teraz cały czas mówisz młodym ludziom, co powinni, a czego nie powinni robić.

Wiem, że mnie słuchają. Na początku mówiłem, że chcemy zebrać pieniądze. I okazało się, że wiele tysięcy osób zaczyna zbierać pieniądze. Na Przystanku Woodstock na początku tylko prosiłem, żeby był porządek. Teraz mówię już bez krępacji: Nie możesz leżeć pijany pod sceną. Ostatnio przerwałem koncert i powiedziałem do jakiegoś gościa: Nie bluzgaj, bardzo źle się zachowujesz. Z tej samej sceny mówię do nich: Uczcie się języków. Możesz powiedzieć, że jestem jak belfer, ale ja wiem, na co mogę sobie pozwolić, a na co nie mogę.

Ale ty też bluzgasz.

Ktoś mi powiedział: Nie bluzgaj ze sceny, bo kiedyś mi się zdarzyło. I przyznałem mu rację.

Na Woodstock przyjeżdża prawie pół miliona młodych ludzi. Słucha cię pewnie jeszcze więcej. Czego chcesz ich nauczyć?

Żeby byli odpowiedzialni. Żeby byli odważni odwagą młodego człowieka. Odwagą poznawania. Odwagą bycia ruchliwym. Odwagą jeżdżenia po świecie, próbowania wielu rzeczy – mam na myśli próby związane z wiedzą. Mówię im, żeby byli pewni siebie tą pewnością, jaką mają ich rówieśnicy z krajów zachodnich, którzy mają poczucie swojej wiedzy, jaka pozwala korzystać z tego, co świat im daje. Mówię do nich: Nie bójcie się zanurzać w politykę. Zakładajcie swoje partie, jeśli wam się nie podobają te, co są. Mówię im: Idźcie na wybory, wybierajcie. Nie wskazuję, kogo mają wybierać. Mówię im o odpowiedzialności. Patrz, co się dzieje u twojego sąsiada. Zobacz, czy tam się nie dzieje jakieś nieszczęście, żeby tobie też coś złego się nie stało. Jeżeli masz 18 lat, masz prawo spożywać alkohol, ale rób to umiarkowanie.

Ale przecież na Woodstocku piją masowo. Miasteczko piwne jest ogromne i zawsze pełne ludzi.

Wiem, że piją masowo, ale jest dużo mniej pijanych niż na pierwszych Przystankach. O narkotykach i alkoholu mówimy z nimi bardzo otwarcie. Ale też współpracujemy z policją. Myśmy nauczyli ludzi czegoś bardzo obywatelskiego, co w polskim społeczeństwie, we wszystkich społeczeństwach wywodzących się z komuny, jest strasznie trudne do uzyskania: współpracy ze służbami porządkowymi. Brakuje mi słowa, bo nie chce powiedzieć, że chodzi o donoszenie. Ale o to chodzi, by donieść na dilera. Donieść na koleżkę, który zaczyna zioło wyciągać. Wprowadziliśmy miejsca na festiwalu wolne od procentów. Jest prohibicja na mocny alkohol. Nie możemy zrezygnować w ogóle z alkoholu, bo zaraz by się zaczęło wielkie podziemie. Wolimy ich uczyć. I dążyć do tego, żeby pili coraz mniej, a robili inne rzeczy. Efekt jest taki, że w tym roku 5 tysięcy osób oddało krew. 2,5 tysiąca litrów krwi w trzy dni! W takim środowisku – wakacyjno-luźno-miłym – jest to fenomen. Uczą się też korzystania z prawa, pierwszej pomocy, ratowania życia. Mówimy im: sprzątajcie po sobie.

Co z ciebie za hippis? Uczysz nie pić, zakazujesz narkotyków, każesz sprzątać po sobie, donieść na dilera i dzwonić do rodziców.

My z kultury hipisowskiej wyciągnęliśmy to, co daje poczucie wolności. Ale jednocześnie uczymy się ze sobą żyć, uśmiechać, pomagać sobie i organizować, tworzyć wspólnotę. To jest coś dobrego.

Wspólnota jest ważna?

Bardzo ważna.

Rodzina?

Bardzo. Jak śpiewali Starsi Panowie: „Rodzina, ach rodzina”.

Owsiak i Starsi Panowie o rodzinie... Może zostaniesz komentatorem konserwatywnej „Rzeczpospolitej”?

Ha, ha, nie, nie...

Bo wiesz, ja też kiedyś hippisowałem...

A widzisz. Mówią: „Hippisi będą łysi”. Nie chodzi o to, byśmy się zachowywali tak jak wtedy, gdy mieliśmy 18 lat. Bo wówczas wyglądalibyśmy śmiesznie. Ja nie próbuję być 18-latkiem. Mam tyle lat, ile mam, zachowuję się tak, jak lubię, i robię to, co chcę robić. Jestem sobą. Jeśli młodzi ludzie kupują mnie z tym wszystkim, to jest wielki sukces. Jeśli oni dobrze się czują na imprezie, którą ja organizuję, to jestem szczęśliwy. Myśmy hippisowsko tych młodych ludzi zgarnęli w sposób cudowny bez żadnego belferskiego podejścia.

Uczysz ich patriotyzmu?

O Jezu, jeszcze jak. Też możesz to nazwać konserwatyzmem.

Ale to nie jest żaden zarzut. Wręcz przeciwnie.

Ja nie chcę takiego konserwatyzmu, jaki chciał wprowadzić pan Giertych. Zmuszając do wszystkiego. To było natychmiast wyśmiane. Trzeba mówić inaczej.

Tak jak w Muzeum Powstania Warszawskiego?

Tak, to świetne miejsce.

Wiesz, że to muzeum zrobili właśnie konserwatyści?

A niech sobie będą, kim chcą. Ja widzę efekt. Mnie tam nikt nic złego nie robi, nikt mi nie mówi, co mam myśleć albo że nie mam tam wstępu, bo się za kolorowo ubieram. Oni stworzyli muzeum według standardów światowych. Ja do tego muzeum zawiozłem wielu gości. Ostatnio był tam książę Jordanii ze swoją żoną. Wyszli wstrząśnięci. Byłem dumny, że pokazałem im to muzeum.

Na czym polega twój patriotyzm?

Ja z mlekiem matki wyssałem miłość do Polski. Pójdę na barykady, jakby coś się działo. Gdy w świecie ktoś coś nawija o Polsce, ja się w to włączam i jestem strasznym chwalipiętą. Nie narzekam, mówiąc o Polsce. Tutaj mój patriotyzm objawia się tym, że od czasu do czasu piszę list otwarty, kiedy jestem na coś zły, kiedy myślę, że Polska sobie wstydu narobi. Ale mój patriotyzm idzie też w tym kierunku, że gdy słyszę Lao Che, który śpiewa o powstaniu warszawskim, to mówię: Panowie, musicie to zaśpiewać na Przystanku Woodstock. I potem, kiedy patrzę na tych wszystkich ludzi, to myślę: słuchają dobrej rockowej muzyki, skaczą, tańczą, świetnie się bawią, ale gdzieś słyszą też przy okazji o Szarych Szeregach, o powstaniu, o bohaterach. Robimy potem z nimi o tym film, robimy program. Moja córka, która ma 20 lat, usłyszała opowieść powstańca i była tym strasznie przejęta. Niektóre nasze święta są niestety niszczone przez kłótnie. Ile kłótni było o 20 lat odzyskania niepodległości?! Ludziom zaczyna się już kołować w głowie. Czy Wałęsa skoczył przez płot czy nie skoczył, za co tego Nobla dostał, czy był agentem, czy za wędkę dostał tego Nobla? Więc na Przystanek zaprosiliśmy Tadeusza Mazowieckiego i Lecha Wałęsę, żeby o tym opowiedzieli. Dyskusja była godna auli uniwersyteckiej!

Czy nie uważasz, że trzeba też uczyć tolerancji i szacunku dla starszych kobiet, które noszą moherowe berety? W mediach pokazują je, często kpiąc albo atakując.

Tak. Jest obśmiech, to prawda. Ale ktoś na to zapracował. Ja mówię o tolerancji otwarcie. Mówię im też ze sceny o tym, że ja się muszę jej uczyć. Czasem mnie ponosi i mnie tej tolerancji brakuje.

Nie powinieneś ich uczyć tolerancji wobec ludzi słuchających Radia Maryja?

Ja uwielbiam śmiech i żart ze wszystkiego. Jeżeli ktoś się ze mnie śmieje, to ja też mam zabawę. Oczywiście boli mnie, kiedy mnie atakują, piszą podłości, zwłaszcza anonimowo. I to samo na pewno przeżywają moherowe berety.

To są tacy sami obywatele Polski jak ci ludzie, którzy przyjeżdżają na Woodstock. A przez dużą część elit są traktowani pogardliwie, zepchnięci na margines.

To są twoje słowa, ja się z tym nie zgadzam. Na tym zepchnięciu na margines zbudowano tę grupę i poprowadzono w stronę skrajnej nietolerancji. Obrazki, które pokazują, jak te panie mówią do ludzi z kamerą w krótkich żołnierskich słowach, co mają robić, świadczą o tym, jak trudna jest jednoznaczna ocena tej grupy Polaków.

Ale wiesz dobrze, że te kamery ich często prowokują. Że ludzie wyśmiewani w mediach potem źle na nie reagują.

Nie, nie. Telewizja Trwam – wielokrotnie widziałem ich w akcji i wiem, jak to działa. Jest zasada: jeśli jesteś dziennikarzem, to masz prawo kręcić wszystko. A oni nie chcą, byśmy ich pokazywali. To się jednak też zmienia. Kiedy teraz mieliśmy finał Orkiestry w Krakowie czy Szczecinie, podeszły do mnie babcie w moherowych beretach i mówią: Jureczku, dziękuję bardzo! Oni mnie też miło traktują.

Ale przyznasz, że w mediach często spotyka je pogarda i kpina.

Media dopuszczają prześmiewców. Moherowe berety łatwo wyśmiać. Kiedy były wybory do parlamentu, to wyszła ta prześmiewczość w Internecie: akcja „Schowaj babci dowód”. W Wielkiej Brytanii śmialiby się z takiego dowcipu. U nas odczytano to jako znacznie coś gorszego. Trzeba to odkręcać.

To zrób akcję „Znajdź babci dowód, weź ją pod rękę i zaprowadź na wybory”.

Można by w ogóle tym babciom pomóc. Ale wiesz, dowód się po to gubi, żeby babcia nie głosowała na tę partię, co jej nie lubimy...

Właśnie. Zarzuca ci się, że masz swoje wyraziste poglądy i je lansujesz. Dlaczego nie uczysz ludzi otwartości na inne poglądy?

Uczę ich.

A jeśli zgłosi się do ciebie organizacja, która chce zorganizować akcję w obronie dzieci nienarodzonych, to wpuścisz ich na Woodstock?

Nie wiem. Decydujemy w grupie. Mamy tę wielką przyjemność dowodzenia i decydowania. Komuś zawsze mówimy: twoja muzyka nie zagra. Pytają nas, dlaczego wybrałem ten zespół, a tego nie. Dlaczego nasza organizacja może w tym brać udział, a ta nie? To jest subiektywny wybór – otwarcie o tym mówimy. Sami oceniamy jakość muzyki, zastanawiamy się, czy jakaś akcja skonfliktuje ludzi czy nie. Mamy regulamin i wiadomo, jak się do nas zgłosić. Odcinamy się od partii politycznych.

Ale są wśród nich organizacje bardzo liberalne.

Inne się nie zgłosiły.

A jeśli się zgłoszą?

Zobaczymy. Dyskutujemy i razem zdecydujemy. Gdyby twórcy tej wystawy obrońców życia, która rozbiła się obok Przystanku, zgłosili się do nas, to bym im powiedział: Mistrzu, nigdy w życiu. Twoja wystawa jest bardzo agresywna i wywołuje skrajne emocje. O problemie możemy porozmawiać, ale nie w ten sposób. Jeżeli chcesz, chętnie zrobimy dyskusję, która nie pokłóci ludzi, ale coś wniesie, i na to jesteśmy otwarci. Ta wystawa wywołuje agresywne reakcje. Ale jeśli mówimy o wystawach, to każdy Przystanek wygląda inaczej, rozwija się, my się zmieniamy. Trzy lata temu pierwszy raz zaprosiliśmy ludzi spoza muzyki. Teraz zaprosiliśmy bohaterów sprzed 20 lat. To jest rozwój. Uczymy ludzi dyskutować.

Zaprosiłeś jednak polityków, którzy w dzisiejszym sporze stoją po jednej stronie. Zaprosiłbyś ludzi z drugiej strony, z innej bajki, konserwatystów?

Wiesz, ja ich mało znam, nie wiem, których warto.

To ja ci podpowiem.

OK, pomyślimy. Jak myślę prawica, to mi się przypomina Macierewicz i jego agresja. Ale my się też uczymy rozmawiać. Zastanawiamy się, jak to zrobić, żeby ludzie słuchali, dyskutowali, ale nie pożarli się. Trzykrotnie wysyłałem listy do ojca Tadeusza Rydzyka z zaproszeniem do dyskusji. Żadnej odpowiedzi. Spotkałem się z Romanem Giertychem, kiedy był ministrem, zapraszałem go na Woodstock. Powiedziałem mu: Panie ministrze, jeśli jest konflikt między uczniami a panem, niech pan przyjdzie i spotka się z nimi. On miał jakiś pomysł na walkę z narkotykami. Tyle że dziwny. Chciał uczyć dzieciakipatriotyzmu przez pieśni. Dlaczego nie? Niech Polacy śpiewają więcej, nie pieśni biesiadne, tylko patriotyczne. Ale od razu wszyscy mówili, żeby to robić na baczność w sali gimnastycznej. Mówiłem: porozmawiajmy o tym. Ale nie przyjechał. Ja wiem, że gdyby ojciec Tadeusz Rydzyk przyjechał, to też byśmy sobie spokojnie porozmawiali i pewnie wiele rzeczy wyjaśnili.

Tak bardzo jesteś otwarty, że chciałeś dać z baśki każdemu, kto powie złe słowo na Wałęsę.

No dobra, poniosło mnie. To był greps i żart.

Nie powinieneś uczyć młodzieży, że trzeba poznawać prawdę, także przykrą, o naszych przywódcach bohaterach?

Ja nigdy nie powiedziałem, że tej prawdy mamy nie poznawać. Mówiłem o czymś innym. O dzikiej ocenie Lecha Wałęsy, która przechodzi w propozycję odebrania mu Nagrody Nobla.

Ale histeria wybuchła nie po tej propozycji, tylko wtedy, gdy dwaj historycy opublikowali książkę przedstawiającą dokumenty.

A druga strona mówi, że to nie są prawdziwe dokumenty.

Historycy nie mają prawa badać życia Wałęsy?

Mają. Dostęp do dokumentów powinien być powszechny.


http://www.rp.pl/artykul/378823_Nie_mozemy_tego_zostawic.html
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum polonus.forumoteka.pl Strona Główna -> SPRAWY BIEŻĄCE Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Idź do strony 1, 2, 3 ... 10, 11, 12  Następny
Strona 1 z 12
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Możesz dodawać załączniki na tym forum
Możesz ściągać pliki na tym forum




Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group