Forum polonus.forumoteka.pl Strona Główna polonus.forumoteka.pl
Archiwum b. forum POLONUS (2008-2013). Kontynuacją forum POLONUS jest forum www.konfederat.pl
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Leszek Moczulski - "To ma być Pamięć Narodowa?"

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum polonus.forumoteka.pl Strona Główna -> ARCHIWUM
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Administrator
Site Admin


Dołączył: 04 Maj 2008
Posty: 9116

PostWysłany: Pon Sty 19, 2009 9:48 am    Temat postu: Leszek Moczulski - "To ma być Pamięć Narodowa?" Odpowiedz z cytatem

Cytat:

To ma być Pamięć Narodowa?
Leszek Moczulski*
2009-01-19,

Bardziej niż oświadczenie gen. Kiszczaka istotna może być dyskusja, którą publikacja tego wyznania wywołuje. Emocje powodowane wyszukiwaniem autentycznych, domniemanych i fałszywych agentów w poważnej mierze osłabły, a funkcjonowanie lustracji dziesięć lat po wejściu w życie normującej ją ustawy zasługuje na uważniejszą ocenę. Zabieram głos, ponieważ mam istotne, jak sadzę, powody. Jestem zawodowym historykiem specjalizującym się m.in. w historii najnowszej i dysponującym budowanym przez kilka dziesięcioleci warsztatem badawczym; nie pasjonowały mnie szczególnie studia nad tajną policją, ale - raczej przypadkowo - zyskałem możność dostępu do materiałów organów bezpieczeństwa PRL i mogłem dość szczegółowo przestudiować problem (zainteresowanych odsyłam do mojej książki „Lustracja. Rzecz o przeszłości i teraźniejszości” wydanej w 2001 r. przez wydawnictwo RYTM). Druga przyczyna ma charakter osobisty. Nie byłem tajnym współpracownikiem SB, ale zostałem prawomocnie skazany za kłamstwo lustracyjne (sprawa została obecnie skierowana do Trybunału w Strasburgu), ponieważ przy obowiązującej procedurze taki ewenement może się zdarzyć. Po uchyleniu w 2002 r. pierwszego wyroku uniewinniającego mnie od zarzutu współpracy wstrzymywałem się od publicznego zabierania głosu w sprawach lustracyjnych, ale skoro postępowanie w mojej sprawie przed sądami polskimi zostało na razie zakończone, nic nie wstrzymuje mnie od przedstawienia własnych poglądów.

Pierwszą kwestią wymagającą weryfikacji jest obiegowa teza, jakoby materiały bezpieczniackie były wiarygodne, bo "nie oszukiwaliby samych siebie". Otóż uzasadnienie słuszności tego porzekadła dobrze byłoby zacząć od zupełnie innej dziedziny. Powszechnie wiadomo, że całą sprawozdawczość gospodarczą PRL "poprawiano" na każdym szczeblu - i na tej podstawie najwyższe organa, poczynając od Biura Politycznego KC PZPR, podejmowały najważniejsze decyzje. Dotyczyło to zresztą wszystkich dziedzin życia. Funkcjonujący nieprzerwanie system gromadzenia danych powodował, że korzystający z nich przywódcy PRL oszukiwali samych siebie - i chyba wszyscy gorzko za to zapłacili. Kilkakrotnie oskarżano służby MSW, że dostarczając nieprawdziwe dane, spowodowały błędne decyzje kierownictwa partii i rządu. Na przykład w 1976 r. - że podwyżka cen nie wywoła negatywnej reakcji społecznej.

Posługiwanie się materiałami fałszywymi, wprowadzającymi w błąd samych funkcjonariuszy należało do podstawowych mechanizmów działania resortu. Zapewniała to tzw. procedura sprawdzania. Każdy funkcjonariusz mógł uzyskać z Biura C MSW (centralne kartoteki) dane o osobie, która go interesowała. Wprowadzano w ten sposób w obieg materiały informacje zarówno prawdziwe, jak i nieprawdziwe.

Oto przykład. W 1976 r. Biuro C poinformowało funkcjonariusza operacyjnego, że StS - oficer AK - został w 1954 r. skazany na mocy dekretu o ściganiu zbrodniarzy hitlerowskich na osiem lat więzienia za wydanie Niemcom dwu oddziałów partyzanckich. W rzeczywistości był o to oskarżony, ale podczas przewodu sądowego ustalono, że wydał rozkaz wykonania wyroku na dwu szmalcownikach. Szczęśliwie StS stanął przed sądem późno, zbliżała się już odwilż, a sędzia był na tyle przyzwoity, że zmienił mu kwalifikację na morderstwo - zarzut z kodeksu karnego objęty amnestią - co pozwoliło uniknąć kary śmierci i uzyskać względnie niski (jak na ów czas) wyrok; po 1956 r. został uniewinniony w procesie rehabilitacyjnym. Dwadzieścia lat później, działając w dobrej wierze, archiwista MSW przepisał dane z kartoteki, a funkcjonariusz SB, również w dobrej wierze, organizował rozgłoszenie tej informacji w środowisku figuranta - a ten nie wiedział, czemu znajomi nagle przestali go dostrzegać.

Zawartym w materiałach resortu fałszem posługiwano się również bardziej masowo. W pierwszej połowie lat 70. pewien major SB wydał dwie "monografie naukowe" o podziemiu na Kielecczyźnie w latach wojny i po wojnie. Sporą grupę oficerów partyzanckich "zdemaskował" - na mocy danych z archiwów z lat 50. - jako agentów gestapo. Praca przestrzegała wszelkich rygorów warsztatu naukowego; przy każdej informacji pełne odesłanie do źródła archiwalnego, która teczka, jaka strona. Paru spośród oszczerczo oskarżonych jednak przeżyło stalinowskie represje (publikacja miała zastraszyć ich podkomendnych, m.in. Bogusława Studzińskiego, później współtwórcę ROPCiO, a zaraz po wojnie m.in. łącznika "Drągala"). Skierowano skargi do sądów; wszystkim sprawom ukręcono łeb, ale wyszło na jaw, że materiały procesów rehabilitacyjnych zostały zniszczone "po upłynięciu ustawowego terminu". Materiały bezpieki przetrwały, dziś są w IPN.

Posłużyłem się przykładami z lat 50., bo nie są kontrowersyjne, ale mechanizm działał przez cały okres istnienia resortu. Upiekę i własną pieczeń. Począwszy od 5 sierpnia 1984 r. (tego samego dnia wypuszczono mnie z więzienia w Barczewie) każdy funkcjonariusz SB mógł się dowiedzieć, że Leszek Moczulski był TW - i opowiadać o tym na lewo i prawo.

Wszędzie w krajach cywilizowanych, także w Polsce, sądy niechętnie dopuszczają dowód z zapisków, które na użytek prowadzonych spraw sporządzali policjanci, albo nie dopuszczają wcale. Protokoły z przesłuchań podejrzanych czy świadków - proszę bardzo. Notatka streszczająca wiedzę policjanta albo zapis opowieści kogoś niepoddanego formalnemu przesłuchaniu nie mogą stanowić dowodu, gdyż same wymagają udowodnienia. Tak jest przy podejrzeniu kradzieży świniaka. Ale resort, Urząd czy Służba Bezpieczeństwa to nie „krawężniki” chwytające byle łobuza. Chodzi o główne narzędzie ludowego państwa, karzące ramię proletariatu. Wiemy, jak działało to w praktyce. Zbrodnia, fałszerstwo, oszczerstwo, pozaprawne represje, gnębienie niewinnych, łamanie prawa, stosowanie metod zabronionych - wszystko, byle zniszczyć wroga. Dopuszczone każde działanie, jedynym ograniczeniem było, aby w skutkach ubocznych nie naruszyć interesu socjalistycznej władzy. Materiały podręczne „zwykłych” policjantów mają bardzo ograniczony stopień wiarygodności, podczas gdy teczki bezpieczniackie wypełniane takimi samymi materiałami awansowały do rangi „dokumentów” wiarygodnych ex definitione. Nie tylko teczki; każdy zapisek w nich zawarty.

Już słyszę protesty: nikt tak nie uważa! Wiarygodne są zapisy rejestracyjne, stwierdzenia werbunku, teczki i inne tego rodzaju dokumenty; zawarte w nich informacje mogą być błędne, niesłusznie szkalujące ludzi. Odwołajmy się więc do najwyższego autorytetu. Sąd Najwyższy w uzasadnieniu orzeczenia oddalającego kasację Leszka Moczulskiego podaje od niechcenia, że celem działalności lustrowanego nie była walka z władzą, tylko z inną grupą opozycyjną. W kilkudziesięciu teczkach bezpieki znajdujących się w aktach sprawy rzeczywiście jest jedno zdanie suponujące coś takiego, napisane ręką bezpieczniaka. Ale także tysiąc stron, na których SB opisuje we wszelkich aspektach cele, formy działania i przebieg mojej aktywności opozycyjnej - i nie znajdzie się tam nic, co choćby pośrednio uzasadniało taką oszczerczą supozycję. Sędzia Grubba w uzasadnieniu ustnym powiedział, że Sąd Najwyższy nie badał sprawy merytorycznie, tylko pod względem formalnym; jak się domyślam, nie musiał więc tego czytać. Nie dostrzegł też zapewne, że w postępowaniu I i II instancji przez osiem lat prowadzonym przez pięć składów sędziowskich w ogóle nie badano wiarygodności tej supozycji, nawet nie zwrócono na nią uwagi - i nic dziwnego, nie ma bowiem najmniejszego związku z lustracją. Dlaczego podniesiono ją w momencie, gdy podsądny nie miał już prawa głosu? Być może po dziesięciu latach lustracji działa zwykłe przyzwyczajenie: skoro bezpieczniak tak napisał, to musi być prawda.

Ale zgódźmy się, że rejestracje, same teczki, zapisy w kartotece są najbardziej wiarygodnymi materiałami w zasobach archiwalnych MSW. Więcej: jestem w pełni przekonany, że ogromna większość tych rejestracji i teczek jest autentyczna, dotyczy ludzi, którzy naprawdę byli TW. Czy to jednak dowodzi, że wszystkie teczki, rejestracje itd. są prawdziwe, podobnie jak cała ich zawartość?

Oglądam w TVP informację o lustracji znanej osoby. Prezenter pokazuje teczkę, otwiera, widać kwestionariusz osobowy, głos z offsajdu: "ta teczka, ten kwestionariusz to dowody współpracy". Patrzę i oczom nie wierzę: czytelny nagłówek, fotografia osoby - mój Boże, to przecież kwestionariusz figuranta, osoby ściganej przez SB, a nie współpracującej z bezpieką! Kwestionariusz TW jest całkiem inny, nie tylko w wyglądzie, przede wszystkim w zawartości. Trudno sobie wyobrazić, jak funkcjonariusz mógł pomylić kwestionariusze, bo musiał go przecież wypełnić i przedstawić zwierzchnikowi. Łatwo wsadzić materiały figuranta do nowej teczki, dodać trochę papierów z innych, napisać na okładce TW. Śledzę to postępowanie lustracyjne: trwa ładne parę lat, był już wyrok uniewinniający, ale prokurator IPN założył apelację.

Spotykam niedawno zlustrowanego: jest w znakomitym nastroju, sąd go uniewinnił, sprawa trwała niedługo, ledwo parę miesięcy. Opowiada szczegóły: teczka nie zawierała żadnych dowodów - ani zobowiązań, ani dostarczanych meldunków, ani pokwitowań. Milczę, nie chcę mu psuć samopoczucia, przecież poza gołym faktem istnienia teczki nie ma nic, w świetle obowiązującej ustawy nie było najmniejszego powodu, aby założyć sprawę lustracyjną, informować prasę, narażać niewinnego człowieka na przykre przeżycia, blokować czy utrudniać jego aktywność publiczną

To były teczki sporządzane przez niedbałych albo leniwych funkcjonariuszy, którym nie chciało się uprawdopodobnić fałszu. Inaczej postępowali funkcjonariusze pracowici i obowiązkowi, zwłaszcza gdy fałszowali na rozkaz.

Ale, ale. Fałszowali? Przepraszam, to przecież nie były fałsze. Zwykłe przesunięcia.

W oświadczeniu gen. Kiszczaka dostrzec trzeba przede wszystkim przeprosiny; przyjmuję je z uznaniem. Ale praktyka „przesuwania źródeł” znana jest od dawna, decyzję, o której pisze b. szef MSW, „Gazeta Wyborcza” ujawniła przed laty. Co więcej, sam proceder nie musiał naruszać prawa. Prowadzący sprawę esbek uzupełniał teczkę materiałami, które były mu potrzebne. Z podsłuchu telefonicznego sporządzał wyciąg, dosłowny, w pierwszej osobie, podawał nazwisko mówiącego - i koniec. Cóż w tym złego? Przecież to była jego teczka podręczna, potrzebna przy prowadzeniu sprawy; nawet się nie domyślał, że kiedyś uzyska wysoką rangę koronnego dowodu w sądowym procesie lustracyjnym. Spisał dla siebie, co podsłuchiwany figurant mówił; nie jest winien, że prokurator lustracyjny odczytał ten zapis jako raport TW.

Trochę żartuję. Mogło tak być, mogło inaczej.Przypisywane mi teczki TW "Lecha" wypełnione są głównie kawiarnianymi rozmowami z M.B., najczęściej w Świteziance. Za M.B. bezpieka ciągle łaziła, odkąd wyszedł z więzienia w 1962 r.; za mną także (opuściłem Rakowiecką w 1958 r.). Rozmawialiśmy w pełni świadomi, że możemy być podsłuchiwani. Ludzie rozpoznani jako wrogowie, którzy odsiedzieli swoje, nie musieli ukrywać poglądów. No, ostrożność zawsze wskazana. Nie rozważaliśmy swoich zamiarów opozycyjnych (o tym mówiliśmy poza kawiarniami, dlatego brak odnotowania w teczce), ale ewentualne poczynania Gomułki czy Gierka, aby wyjść z pasztetu, w który sam wlazł. Po latach, przed sądem lustracyjnym, zgodnie potwierdzaliśmy: tak, o tym mówiliśmy i o tym. Raz po raz zdziwienie: to jakaś pomyłka, ktoś pokręcił. Nawet nie złośliwie, głupio. Nie potrafiliśmy np. odgadnąć nazwiska reżysera, o którego spektaklu w Teatrze Klasycznym rozmawialiśmy, bo przekręcono je kompletnie. Kiedy indziej ja nic nie wiem, M.B. kręci głową: "Rzeczywiście w tym czasie szukałem pożyczki - mówi - ale zwracałem się do kogoś innego, nie do lustrowanego". Pomylili raporty z obserwacji.

Pion B - popularne "ucho" - nawet na tle resortu nie wyróżniał się nadmiarem intelektu. Nie miało to przecież znaczenia. Gdy w czerwcu 1984 r. nadeszło polecenie, aby sporządzić i archiwizować teczki TW "Lecha" dokumentujące współpracę Leszka Moczulskiego z SB w latach od 1969 r. do chwili podjęcia przez niego jawnej działalności opozycyjnej wiosną 1977 r., wystarczyło "przesunąć źródła" z jednych teczek do innych. To wyjaśnia, czemu w końcu 1989 r., gdy zarządzono zniszczenie akt MB - od 1962 do 1989 r. intensywnie inwigilowanego - składały się one z jednej teczki. Mnie w ciągu roku przybywało po kilka, ponad ćwierć wieku obserwacji, zatrzymywania, przesłuchiwania, dręczenia M.B. zmieściło się w jednej? Wolne żarty. Do teczek "Lecha" "przesunięto" część materiałów, reszta - biorąc pod uwagę środowiska, w których obracał się M.B., znalazła zapewne miejsce w papierach jakichś Bogu ducha winnych osób z opozycji, duszpasterstwa akademickiego czy ogólnie Kościoła.


W powyższych zdaniach najważniejszy jest zwrot: "nadeszło polecenie". W lot słyszymy "niezbity" argument: teczki nie mogły być fałszowane, bo w wypadku wykrycia tego procederu przełożeni srogo karali. Zagrożenie nie było zbyt wielkie, potrzebę można było łatwo wytłumaczyć. Ale problem dotyczy nie takich fałszerstw, być może rzeczywiście nielicznych, tylko dokonywanych na rozkaz. Decyzja, jak wszystkie istotne, spoczywała w rękach naczelników wydziałów komend wojewódzkich (później WUSW), departamentów operacyjnych MSW oraz ich zwierzchników, aż do najwyższego szczebla. W moim przypadku, przynajmniej w zakresie uniemożliwienia działalności publicznej, decydowała Moskwa. Jak wynika z opublikowanych protokołów posiedzeń Biura Politycznego KC KPZR, zajmowało się ono moim uwięzieniem (a kierownictwo MSW tylko wykonywało polecenie, nawet bez prawa przesunięcia daty aresztowania), a gdy w następstwie starań bardzo już chorego ks. prymasa kardynała Wyszyńskiego w czerwcu 1981 r. zostałem na krótko zwolniony z więzienia, interweniował Breżniew i otrzymał zapewnienie Kani, że dostanę, "na co zasłużyłem" (wszystko w aktach sprawy lustracyjnej). Zasłużyłem na więcej niż cztery lata (tyle odsiedziałem w tej fazie), ale wiosną 1984 r. okazało się, że względy najwyższej polityki wymagają, aby w PRL zwolnić wszystkich politycznych, w tym 22-osobową grupę przywódców "Solidarności", KOR i KPN. Dotyczyło to więc również mojej skromnej osoby.

Zadaniem resortu bezpieczeństwa była "likwidacja" wrogów. W tamtym czasie nie mogło być mowy o dalszym uwięzieniu (choć za rok uległo to zmianie) ani likwidacji fizycznej (choć były takie ambicje, o czym świadczy mord na ks. Jerzym Popiełuszce), pozostawała "likwidacja polityczna" czy zniszczenie delikwenta za pomocą oszczerstw. W takich warunkach por. P. prowadzący sprawę operacyjną przeciwko uwięzionemu Moczulskiemu (i innym) dowiedział się, że jego główny figurant był "wieloletnim TW", a na podstawie dostarczonych materiałów (jak wynika z ich analizy, przygotowywanych przez innych funkcjonariuszy) ma sporządzić i archiwizować teczki TW "Lecha". "Czy świadek uczestniczył albo coś wie o ich fałszowaniu?" - zapytał sędzia. "Czy ja wyglądam na takiego wariata, który sam siebie oskarża?" - odparł pytaniem P. (w protokole, zapewne przez niedopatrzenie, umieszczono tylko pierwszą część odpowiedzi, do przecinka).

Ja sobie jakoś poradzę, wróćmy do meritum zagadnienia. "Przesuwanie źródeł" nie było jedyną metodą. Jeśli chodziło o stworzenie obrazu zdarzeń przeszłych - najwygodniejszą, gdyż surowiec wystarczało jedynie przerobić. W sprawach bieżących kluczowe znaczenie miała inwencja funkcjonariuszy. Nie trzeba było zaraz tworzyć nowej teczki. Wystarczało do sprawy operacyjnej wprowadzić nieco informacji, że ukrywający się AB został wydany bezpiece przez YZ. Jeśli ktoś chce, można to zrozumieć, jako "całkowite zakonspirowanie źródła pochodzenia informacji". Najprostszą metodą było sporządzenie jej samemu. Przepraszam: "odnalezienie". We wrześniu 1980 r. kierownictwo MSW, wykonując decyzję o moim aresztowaniu, na paru posiedzeniach zastanawiało się nad materiałami ujawniającymi nicość moralną Moczulskiego, które można byłoby wykorzystać w Episkopacie czy gdzie indziej, aby ograniczyć spodziewane protesty. Zadanie trudne, bo raczej nie jestem moralnym zerem, a teczek TW "Lecha" przecież jeszcze nie było. Sytuację uratował gen. Pożoga: obiecał "odnaleźć" czy "uzyskać" dowody, że Moczulski jest agentem zachodnich wywiadów. O fałszerstwie nie było ani słowa! Na poszukiwania potrzebował tygodnia, ale mu go nie dano, ostatecznie załatwił sprawę z piątku na poniedziałek (aresztowano mnie w wyznaczonym przez "górę" terminie, we wtorek). Widziałem później te materiały, dołączono je do akt I procesu KPN: instrukcja szpiegowsko-dywersyjna Bundesnachrichtendienst odrobiona tak pięknie, że gdyby nie okoliczności miejsca i czasu, sam uznałbym ją za autentyczną.

Rzeczywiście, materiały "przesunięte, uzupełnione, odszukane, uzyskane, zachowane w innych aktach" - czy jak tam są nazywane - odróżnić od prawdziwych bardzo trudno, niejednokrotnie jest to niemożliwe. Są spójne, klarowne, wyglądają na wiarygodne - badacz, jeśli nie założył z góry ich fałszywości, może być bezradny. Inaczej z tymi, których dotyczą albo którzy je sporządzali. Ci wiedzą, jak było naprawdę, potrafią dostrzec błędy, niedoróbki, krzywe szwy. Ale tutaj dochodzimy do kolejnego problemu lustracji.

Przed dziesięciu laty przyjęto założenie, że chociaż b. funkcjonariusze UB/SB są godni potępienia, to występując w postępowaniu lustracyjnym jako świadkowie oskarżenia, stają się osobami w pełni wiarygodnymi i zasługującymi na szacunek. Nigdy nie zapomnę, z jaką rewerencją pani przewodnicząca odnosiła się do świadków esbeków, a z jakim sceptycyzmem, jakby przechodzącym w pogardę, traktowała świadków b. opozycjonistów. W dawnych latach prokurator Andriej Wyszynski uznał przyznanie się oskarżonego za koronę dowodów sądowych. W naszej mikrej epoce brak odważnych, którzy niczym nieszczęśnicy z procesów moskiewskich z podniesionym czołem przyznają się do winy. Koroną dowodów stał się niegdysiejszy władca teczek, oficer operacyjny SB - prawdziwy „czekista”. (Proszę się nie obrażać, sami tak o sobie z dumą mówiliście). Na nic ekspertyzy, oczywiste fakty, jawne sprzeczności w wyjaśnieniach - ich prawda wygrywa. Chyba że nie chcą być świadkami oskarżenia, gotowi są ujawniać prawdę, mimo że służy obronie. Wtedy, niezależnie od rangi, minister czy szeregowy funkcjonariusz, dowodzą jedynie, jak bardzo na pogardę zasłużyli. Nawet, jeśli orzeczenie zalicza się do wyjątkowego. W głośnej sprawie pani wicepremier Z.G. sędzia Mojkowska orzekła uniewinnienie, ale jaki wzięła odwet, także na świadku, w ustnym uzasadnieniu wyroku, przez parę stacji telewizyjnych transmitowanym na całą Polskę!

Drugim kanonem jest wiarygodność materiałów wytworzonych przez SB, praktycznie uznawanych za równie niepodważalne jak wpisy do ksiąg hipotecznych. Lustrację stosowaną (bo ustawę można interpretować różnie) sprowadzić można do prostego porównania zachowanych teczek z oświadczeniem podsądnego. Ten drugi jest zresztą niewiarygodny ex definitione. Wszystkie jego usiłowania wychodzą poza zakres tej klarownej relacji. Choćby ja. Przywołuję świadków, ludzi opozycji, którzy mają przedstawić, co robiłem i o czym wiedziałem w latach, kiedy miałem być TW; gdybym był, odpowiednie informacje znalazłyby się w teczkach. Wspomniana już sędzia Mojkowska przerywa wyjaśnienie świadka. „To historia. Sąd nie zajmuje się historią, bada prawdziwość oświadczenia lustracyjnego. Nie interesuje go, co było kiedyś, zajmuje się dokumentem sporządzonym teraz”.
,

Tak więc doszliśmy do tego wielkiego słowa: historia. Różnie może być odczytane. Ojciec sowieckiej historiografii Michaił Pokrowski podał definicję: "Historia to polityka rzutowana w przeszłość". Posłużmy się określeniem łagodniejszym i bardziej uniwersalnym: historia jest przeszłością odczytywaną przez pryzmat (potrzeby?) teraźniejszości. Historyk skomentuje to prosto: prezentyzm, podstawowy błąd, dyskwalifikujący pracę badacza. Co to ma za znaczenie! Tajne akta właściwy obraz epoki przekażą następnym pokoleniom.

Składy sędziowskie szczęśliwie nie są dobierane spośród zawodowych dziejopisów. W tym przypadku działa szczególne zabezpieczenie: stroną procesu reprezentującą oskarżenie jest prokurator IPN (poprzednio Rzecznik Interesu Publicznego współdziałający z IPN). Jeśli kieruje sprawę do sądu, to można domniemywać, że wcześniej ją zbadał dokładnie. Także pod względem historycznym, gdyż obok spraw prokuratorskich Instytut Pamięci Narodowej obarczony jest obowiązkiem badania naszej historii najnowszej.


Centrala IPN mieści się w wysokim budynku u zbiegu Prostej i Towarowej. Liczne piętra nie są jednak wypełnione pracowniami naukowymi, bo pełnią funkcję składnicy akt, które przez blisko pół wieku wytwarzała najbardziej zbrodnicza instytucja PRL. IPN jest strażnikiem jej spisanej na miliardach kart pamięci. Odnoszącej się, oczywiście, do naszej przeszłości, ale przefiltrowanej przez wrażą świadomość ubecką, ukształtowanej przez dławienie polskiego pragnienia wolności. To ma być Pamięć Narodowa? Prosty wers Apollinaire'a: "Mój Boże, trzeba mieć odrobinę smaku!" [tłum. Adama Ważyka].

Nasuwa się refleksja, niewątpliwie jednostronna i krzywdząca: w Instytucie nie brakuje solidnych, uczciwych badaczy, dorobek naukowy mają znaczący. Prokuratorzy niejedną bolesną sprawę doprowadzili do szczęśliwego końca. Dzieje się tak niezależnie od przyjętej, uświęconej już zasady funkcjonowania IPN: integracji naukowych badań historycznych z prawnymi przedsięwzięciami prokuratorów. Słowem, historycy wyszukują w aktach ubeckich co trzeba, w opatrzonych godłem państwa publikacjach przekazują właściwą prawdę o przeszłości, prokuratorzy nadają sprawom bieg, przeprowadzają formalne śledztwo, sporządzają akty oskarżenia i kierują do sądu. Jednolity proces technologiczny, maszyna może działać bez przerwy, teczki ujawniają, prawo produkuje sprawiedliwość. Pomysł pozornie nowatorski, ale zapożyczony - wierzę głęboko - przypadkowo. To przecież stworzone w "realu" autentyczne Ministerstwo Prawdy; któż dziś pamięta tę zapomnianą książkę o odległym 1984 roku?

Właściwie bardziej należałoby się dziwić, gdyby nic w nas nie zostało z tego doświadczenia totalitaryzmem.


* Leszek Moczulski jest jednym z najbardziej znanych działaczy opozycji czasów PRL. Z zawodu dziennikarz i historyk, po raz pierwszy za działalność przeciwko systemowi został aresztowany w 1957 r. Był współzałożycielem Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela (1977). We wrześniu 1979 r. założył Konfederację Polski Niepodległej - pierwsze po 1956 r. ugrupowanie, które w programie miało doprowadzenie do pełnej suwerenności Polski. W 1982 r. skazano go za działalność w KPN na siedem lat więzienia. Zwolniono go na mocy amnestii w 1984 r. W kolejnym procesie w 1985 r. skazano go na cztery lata, zwolniono w 1986 r.

Był posłem w latach 1991-97. Wtedy też zaczęła się historia jego lustracji. W 1992 r. na liście agentów SB umieścił go Antoni Macierewicz. W 1999 r. - gdy tylko wprowadzono taką prawną możliwość - Moczulski wystąpił o autolustrację. Jego proces trwał łącznie dziewięć lat. Ostatecznie sąd uwierzył materiałom SB, uznając, że Moczulski w latach 1969-77 współpracował z bezpieką. Sąd nie przyjął dowodów wskazujących, że materiały obciążające Moczulskiego były sfałszowane. Moczulski od wyroków polskich sądów odwołał się do trybunału w Strasburgu.


Źródło: Gazeta Wyborcza


http://wyborcza.pl/1,76842,6170525,To_ma_byc_Pamiec_Narodowa_.html?as=1&ias=2&startsz=x
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Sylwia



Dołączył: 24 Mar 2017
Posty: 67

PostWysłany: Pią Mar 24, 2017 7:09 am    Temat postu: Forumoteka.pl Odpowiedz z cytatem



Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
Administrator
Site Admin


Dołączył: 04 Maj 2008
Posty: 9116

PostWysłany: Wto Sty 20, 2009 10:30 am    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

W artykule w Gazecie Wyborczej (ja tez wolałbym, aby ten artykuł ukazał się w innym dzienniku :) )Leszek Moczulski rozwija i szerzej uzasadnia swoje poglądy na temat lustracji, które przedstawił też w dyskusji na Forum POLONUS.

http://www.polonus.mojeforum.net/2-temat-vt32.html?start=15

Między innymi:

Cytat:
Sprawę fałszerswt SB warto opracować generalnie, to kluczowa kwestia badawcza. Oczywiście, bez wstępnego założenia, że UB/SB było uczciwe i rzetelne, a materiały wytworzone przez te służby są ex definitione wiarygodne. Bez takiego generalnego zbadania problemu (nawert język, jakim posługiwało się SB, jest obecnie często niezrozumiały, albo przyjmowany opacznie), we wszystkich jednostkowych sprawach możemy mieć kłopoty. Nie tylko lustracyjne - to najmniej ważne, dopóki ludzie żyją, mogą się bronić. Słuchałem referatu niezłego i inteligentnego historyka, przedstawiającego jedną ze spraw - pokłosie afery Bergu. Fabuła była prosta: "aresztowano oficera AK, ciężkie śledztwo, podpisał zgodę na współpracę, zwolniono go, zerwał się "opiekunowi" i zaczął ukrywać, zastrzelony został przez kolegów, ponieważ był zdrajcą". To fałsz, sprawa jest niewatpliwa: wykołował bezpiekę, uciekł - ale zanim zdążył skutecznie zmienić tożsamość albo wydostać sie za granicę, ekipa pościgowa UB dorwała go i zamordowała. W tym czasie - po sprawie Martyki, w pierwszej połowie lat '50, nawet niewątpliwych zdrajców, z wystarczajacym potwierdzeniem że donoszą, nie strzelano - bo pociągało to za sobą bardzo szerokie. terrorystyczne w zamiarze i charakterze represje na niewinnych ludziach; natomiast za każdym, kto "oszukał" UB, wysłyano ekipe egzekucyjną. Wszyscy o tym wiedzieli, ale historyk, który przyjął wersje z teczki, skąd miał o tym wiedzieć, skoro nie było go wówczas na świecie? Także w moich aktach są dowody takich fałszerstw, przy czym - jesli chodzi o korzystanie ze spraw wcześniejszych - funkcjonariusze SB tymi oszczerstwami posługiwali sie w dobrej wierze - nie wiedzieli, że są słałszowame. Ukazały się nawet książki, oparte na takich fałszach (niewinne ofiary są "zdrajcami" , mimo późniejszych wyroków rehabilitacyjnych - ale akta tych spraw sadowych zostały zniszczone).



Cytat:
Mimo podstawowych zastrzeżeń prawnych (wskazuję na nie w przywołanej wyżej mojej książce "Lustracja"), uważałem za pozytywne uchwalenie ustawy lustracyjnej, bo dawała możliwość sądowej obrony; przynajmniej można było zgromadzić materiały dotyczące sprawy. Dzisiaj już nie jestem taki pewny. Lustracja została zdominowana przez szczególną psychozę, a mianowicie przyjęte z góry założenie, a nastepnie przez lata systermatycznie umacnianie (obserowałem to, przez te lata bardzo często odwiedzając sąd lustracyjny, aby w tajnej kancelarii pracować nad aktami), że teczki wytworzone przez SB są dowodem wiarygodnym i wystarczajacym; w postępowaniu zabrakło prokuratora, który musiałby udowadniać ich prawdziwość, co narzuciło lustrowanemy obowiązek udowadniania swojej niewinności, i to w warunkach gdy rzecznik nie sporządzał aktu oskarżenia i często dopiero po przeprowadzeniu dowodu w jakiejś szczególowej kwestii dziwił sie, po co, rozstrząsając tak oczywisty problem, lustrowany tylko zabierał czas; czyżby chciał przedłużyć postępowanie?

Jakaś forma sądowego badania zarzutów o współpracę jest konieczna.
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Tomasz Strzyżewski



Dołączył: 07 Maj 2008
Posty: 94

PostWysłany: Pią Sty 23, 2009 12:35 pm    Temat postu: Re: Leszek Moczulski - "To ma być Pamięć Narodowa?" Odpowiedz z cytatem

Leszek Moczulski napisał:
Pierwszą kwestią wymagającą weryfikacji jest obiegowa teza, jakoby materiały bezpieczniackie były wiarygodne, bo "nie oszukiwaliby samych siebie". Otóż uzasadnienie słuszności tego porzekadła dobrze byłoby zacząć od zupełnie innej dziedziny. Powszechnie wiadomo, że całą sprawozdawczość gospodarczą PRL "poprawiano" na każdym szczeblu - i na tej podstawie najwyższe organa, poczynając od Biura Politycznego KC PZPR, podejmowały najważniejsze decyzje. Dotyczyło to zresztą wszystkich dziedzin życia. Funkcjonujący nieprzerwanie system gromadzenia danych powodował, że korzystający z nich przywódcy PRL oszukiwali samych siebie - i chyba wszyscy gorzko za to zapłacili. Kilkakrotnie oskarżano służby MSW, że dostarczając nieprawdziwe dane, spowodowały błędne decyzje kierownictwa partii i rządu. Na przykład w 1976 r. - że podwyżka cen nie wywoła negatywnej reakcji społecznej.

Posługiwanie się materiałami fałszywymi, wprowadzającymi w błąd samych funkcjonariuszy należało do podstawowych mechanizmów działania resortu. Zapewniała to tzw. procedura sprawdzania. Każdy funkcjonariusz mógł uzyskać z Biura C MSW (centralne kartoteki) dane o osobie, która go interesowała. Wprowadzano w ten sposób w obieg materiały informacje zarówno prawdziwe, jak i nieprawdziwe.


Mam tylko jedną, choć – jak sądzę – istotną uwagę. Obiegowa teza, do której odnosi się w powyższym wywodzie Leszek Moczulski, to tylko... skrót myślowy. Sens tej myśli jest chyba jednak trochę inny. Nie chodzi przecież o wiarygodność materiałów bezpieki w części odnoszącej się do zbieranych przez nią informacji zewnętrznych, w których mogło się znaleźć i faktycznie znajdowało się sporo informacji błędnych czy wręcz fałszywych. Sam dobrze to wiem z lektury zawartości esbeckich teczek z informacjami na mój temat, które otrzymałem z IPN. W krytykowanej przez Leszka Moczulskiego tezie chodzi tymczasem o świadome wprowadzanie samego siebie w błąd. Sugestia, że ktoś samego siebie chciałby wprowadzać w błąd, koliduje z podstawowym sensem informacji, jako takiej. Najmniejszego sensu zatem nie miałaby dezinformacja odnosząca się do kadr aparatu bezpieczeństwa – tego zatem, jakie osoby pełnią takie czy inne funkcje w strukturze organizacyjnej tej organizacji. Musiało to zatem dotyczyć również tajnych agentów. Czym innym są więc moim zdaniem informacje na temat osób podlegających inwigilacji, a czym innym są dane o źródłach tych informacji (w tym także informacji o tym, kto był tajnym agentem – TW). Te pierwsze (informacje) z natury rzeczy mogły i niejednokrotnie były nieprawdziwe. Te drugie zaś – też z natury rzeczy – nie mogły być nieprawdziwe, gdy zaś były fałszowane to na użytek jedynie zewnętrzny. W takim przypadku w dokumentacji wewnętrznej musiał pozostać ślad operacji tego fałszowania, tak jak miało to miejsce w sprawie „przedłużania” współpracy agenta TW „Bolek”.

TS
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Paweł Sabuda



Dołączył: 12 Lip 2009
Posty: 18

PostWysłany: Nie Lip 12, 2009 8:24 pm    Temat postu: To ma być Pamięć Narodowa? Odpowiedz z cytatem

Tomasz Strzyżewski twierdzi, że fałszowanie dokumentów było dokonywane "tylko na użytek zewnętrzny", że musiało pozostawić ślady. Czyżby? Fałszowanie teczki Moczulskiego, dokonane w 1984 roku, było działaniem, które musiało mieć najwyzszy stopień tajności i być wykonane przez wąską grupę specjalistów. Potem (od 1992 roku) działał już tylko efekt "kuli śniegowej". Moczulski był tym przywódcą opozycji , który miał największa polityczną przyszłość. Był więc najgroźniejszy. Trzeba było zabezpieczyć się na wszystkie ewentualności. Przecież ten, kto wydał decyzję o zrobieniu agenta "Lecha" nie wiedział jaka będzie przyszłośc. Pewnie nie zakładał, że za pare lat padnie nie tylko PRL, ale ZSRR i cały blok. Ale wiedział, że trzeba być przygotowanym do politycznej likwidacji Moczulskiego, w przypadku, gdyby fizyczna likwidacja była niemożliwa i gdyby Moczulski stał się istotnym czynnikiem utrudniającym jakiś manewr polityczny. Mogło to być np. porozumienie z częścią opozycji pod auspicjami Kościoła, ale bez środowiski post-korowskich i około wałęsowskich. Mogły być setki różnych układanek. Z Wałęsą - lub bez. Z korowcami - lub bez. Tylko ze Stelmachowskim i Mazowieckim, albo jeszcze inaczej. Pamiętajmy, że władze liberalizowały swoja politykę stpniowo. Za każdym razem - za mało. W 1984 roku - amnestia. Ale potem zabójstwo ks, Jerzego i ponowne aresztowania i represje. Ale już w 1986 roku - kolejna amnestia. Wtedy rzecznik Urban grzmiał : To ostatni taki gest. Od teraz niech już nikt nigdy - ani Kościół, ani Zachód, nie apeluje o kolejną amnestię, Od dziś wichrzycieli będziemy zamykać "na twardo". No i...Wprowadzili "Ustawę o szczególnych regulacjach w okresie wychodzenia z kryzysu", która groziła bardziej karami finansowymi (grzywny, konfiskata mienia użytego do przestępstwa - czyli np. roweru, którym jechał ktos z kolportarzu) niż twardym więzieniem. Już był Gorbaczow. Powołali Radę Konsultacyjną Przy Przewodniczącym Rady Państwa (Jaruzelskim), powołali Rzecznika Praw Obywatelskich, pozwolili wydawać miesięcznik środowisku Marka Króla. Zawsze - za mało i za późno. Dlatego przegrali. Ale przecież mogło być tak, że nawet na użytek wewnętrzny, potrzebny byłby argument: Zawarliśmy porozumienie ze środowiskami , które szanują podstawy ustrojowe PRL i chcą nam pomóc w poprawie zaopatrzenia w kurze udka i radzieckie lodówki. A - drodzy towarzysze - Moczuskim się nie przejmujcie. Od grał z nami nieszczerze. Przecież to nasz zasłużony człowiek. Patrzcie - oto dokumenty. Dzięki uprzejmości tow. Kiszczaka - widzieli je również nasi rozmówcy ze środowisk konstruktywnej opozycji. Byli wstrząśnięci..."
Wyobraźmy sobie rok 1982. Zamiast stanu wojennego - paszporty w domach, miesięcznik "Res Publica"Marka Króla, Rzecznik Praw Obywatelskich, swobody gospodarcze, jak z roku 1988 - czyli czasów Rakowskiego. Na dodatek religia w szkołach i godzina tygodniowo w TV dla NSZZ "Solidarność". Potaniałby chleb, podrożały lokomotywy - zamiast odwrotnie - i już... Polacy ruszyliby za granicę i do prywatnego biznesu. Rosjanie nie wjechaliby z tego powodu czołgami, a historia polski i Europy - potoczyłaby się inaczej. Na szczęście, nawet gdyby ktoś z PZPR miał tyle rozumu, żeby tak kombinować, to pozostawał problem: Co zrobić z KPN? W 1984 roku znaleźli rozwiązanie, w 1988 - dokonali liberalizacji, od 1990 - korzystają z nigdy formalnie nie uchwalonej amnestii, a w 1992 roku, rękoma zasłużonego korowca, eks-miłośnika tow. Che, potem - prawicowca i fundamentalisty katolickiego - Antoniego Macierewicza- zabili KPN. I choć agonia trwała jeszcze kilka lat, udało się w końcu polską politykę sprowadzić do poziomu konkursu projektów PR.

_________________
Pawe? Sabuda, w KPN od XI 1984
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum polonus.forumoteka.pl Strona Główna -> ARCHIWUM Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Strona 1 z 1
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Możesz dodawać załączniki na tym forum
Możesz ściągać pliki na tym forum





Załóż forum phpbb2 lub phpbb3 za darmo na Forumoteka.pl




Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group