Forum polonus.forumoteka.pl Strona Główna polonus.forumoteka.pl
Archiwum b. forum POLONUS (2008-2013). Kontynuacją forum POLONUS jest forum www.konfederat.pl
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

W Rzepie o dzisiejszej Polsce mówią ludzie kultury

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum polonus.forumoteka.pl Strona Główna -> SPRAWY BIEŻĄCE
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Administrator
Site Admin


Dołączył: 04 Maj 2008
Posty: 9116

PostWysłany: Pon Lut 02, 2009 9:55 pm    Temat postu: W Rzepie o dzisiejszej Polsce mówią ludzie kultury Odpowiedz z cytatem

Pełen niezwykle trafnych opinii wywiad z Przemysławem Gintrowskim w przedostatnim PLUSIE-MINUSIE (cotygodniowy dodatek w Rzepie):

Cytat:
Śpiewam w drugim obiegu
Joanna Lichocka 24-01-2009, ostatnia aktualizacja 24-01-2009 01:01

Przemysław Gintrowski: – O niezbyt dobrej porze się umówiliśmy, gdy wychodziłem z domu, właśnie zaczynała się komisja śledcza Czumy.

Kusiło pana, żeby zostać przed telewizorem?

Zdarza mi się rzeczywiście siedzieć przed telewizorem i… denerwować się. To przyzwoity człowiek z dobrym życiorysem, ale w tej chwili zupełnie nie po tej stronie stanął, po której powinien, zupełnie nie mogę tego zrozumieć, co go zawiodło w to miejsce, w którym jest. Zwłaszcza ze względu na ten jego życiorys.

To znaczy po której powinien stać stronie?

Po stronie PiS i tych środowisk, które chciały naprawdę zmieniać Polskę. Uważam, że w momencie, kiedy PiS był przy władzy, była ona sprawowana lepiej i miała jakiś cel, próbę zerwania z postkomunizmem. Boli to tym bardziej, że Czuma jest jednym z ludzi symboli, którzy zwykle wyznaczali azymut tej godnej, niepodległościowej strony. Dziś zupełnie się zagubił.

Ale jak Czuma jest po stronie anty-PiS, to może coś w tym jest? Może to Platforma pchnie Polskę na dobre tory?

Pani chyba kpi sobie teraz. Ale wiem, że wielu ludzi mediów tak naprawdę myśli i to jest dość przerażające. Staram się dużo nie oglądać telewizji, bo to pełne wyższości przekonanie mediów właśnie irytuje najbardziej. Obok manipulacji i omijania niewygodnych dla obecnie rządzących wiadomości to najbardziej irytujące w polskich mediach zjawisko. Są stacje, jak TVN 24, które w ogóle wyrzuciłem z pamięci telewizora i do nich nie zaglądam. Głównie poruszam się po niezależnych mediach i portalach internetowych i stamtąd czerpię wiedzę i opinie o zdarzeniach.

Co to znaczy dziś „niezależne”? Jak akurat pan to mówi, to może to się kojarzyć z podziałem z czasu PRL na media oficjalne i niezależny od PZPR drugi obieg. Ale te czasy dawno minęły.

Ale dziś znów jest coś w rodzaju drugiego obiegu i to właśnie w Internecie. Są portale, jak Onet.pl czy gazeta.pl, które omijam szerokim łukiem. One są zależne i to nawet bardzo. Mają swoje „matki”, swych właścicieli, którzy dbają, by nic tam niepokojącego nie mogło się pojawić. Ale są portale, które grupują opinie ludzi zupełnie niezależnych, np. jak Salon24, Blogmedia24, Polityczni.pl, Niepoprawni.pl. Tam są różne opcje polityczne, niekoniecznie piszą tam zawodowi dziennikarze, ale to co najważniejsze, to że ludzie piszą to, co myślą, a nie to, co im szef każe. Bo obawiam się, że jest tak, a w każdym razie taka opinia się ugruntowała, że dziennikarz wszystko jedno z jakiej opcji z dominujących na rynku tytułów nie pisze tekstów niezależnych, tylko podporządkowane linii danego pisma.

Przesadza pan. Dziennikarz, by pisać artykuły czy przygotowywać programy w mediach elektronicznych zgodne z własnymi poglądami, musi tylko znaleźć się w takim tytule, który te poglądy szanuje. Nie musi być wykonawcą woli właściciela, jeśli z czymś się nie zgadza. I znam dziennikarzy, którzy odchodzili z tego powodu z pracy. Ale wróćmy do tej definicji „niezależne”. Co to znaczy dla pana? Od czego niezależne?

Doskonale przecież wie pani, o co chodzi i zapewne spora grupa czytelników też. Intuicyjnie przecież odróżniamy to, co nazywamy mediami niezależnymi, od reszty. Chodzi o te tytuły niezależne od podziału medialno-biznesowego, jaki został ukształtowany w III RP. Niezależne od różnych politycznych i biznesowych magnatów, których wyniósł do potęgi układ pookrągłostołowy. Niezależne od głównej obowiązującej przez kilkanaście lat opcji, która zabraniała mówić o lustracji, dekomunizacji, rozliczeniach z PRL, ściganiu sprawców afer III RP czy uwłaszczaniu się na majątku państwa aparatczyków PZPR i współpracowników służb specjalnych. Były i są media świadomie spychane na margines jak „Gazeta Polska”, niemal tam tylko ukazywały się teksty i informacje, które nie mogły się ukazać w Polsacie czy TVN czy telewizji publicznej przez całe lata. W związku z tym to słowo „niezależny” ma bardzo konkretne znaczenie. Przypomnę, że informacja o pijanym Kwaśniewskim w Charkowie nie mogła się pokazać w żadnym z głównych mediów w Polsce przez pierwszych kilka dni po skandalu. Natomiast od razu ukazała się w „Gazecie Polskiej”. Dziś ten obszar niezależności jakby się poszerzył. Nie tylko o Internet, ale na przykład o artykuły w „Rzeczpospolitej”, o niektóre programy w TVP.

Ale trzeba pamiętać, że aby zrozumieć, czemu rynek mediów w Polsce tak wygląda, trzeba sięgać do Okrągłego Stołu. Joanna Szczepkowska powiedziała 4 czerwca 1989 r., że „oto skończył się w Polsce komunizm”. To bzdura.

4 czerwca w Polsce komuniści się po prostu uwłaszczyli. Poszli w powiązania biznesowe i niewiele poza tym się zmieniło. Oczywiście przy tej oficjalnej władzy stanęli inni ludzie. Ale jak można przejmować od byłego właściciela sklep bez remanentu w tym sklepie? To zupełna paranoja, ale tak właśnie zrobiono, a symbolem tego remanentu była gruba kreska Mazowieckiego.

Ma pan poczucie monopolu informacji, że trzeba szukać, szperać, żeby się czegoś dowiedzieć naprawdę?

W Internecie na szczęście błyskawicznie się wszystko znajduje, więc nie trzeba daleko szukać. Ale wiem, że to telewizja zostanie medium wiodącym, najbardziej opiniotwórczym dla większości. Bo najłatwiej siadać przed telewizorem, zrobić pstryk i już jest. Leci papka, a ludzie ją chłoną.

Z drugiej strony po to, żeby znaleźć informacje niezależne, trzeba się trochę więcej pochylić. Trzeba włączyć komputer, otworzyć stronę, przeczytać.

Trzeba to zaakceptować.

Nie, uważam, że Polakom trzeba przypomnieć, że ciągle ważne jest, by starać się patrzeć wnikliwymi oczami na świat. Przymierzać to, co się dzieje, do swojego systemu wartości. Nie powtarzać za tymi, których słychać najgłośniej i zewsząd, myśleć samodzielnie, patrzyć uważnie. Nie dawać się nabierać na tę papkę marketingową, która ma nam zastąpić myślenie.

Papką nazywa pan przedstawianie wydarzeń w inny sposób, niż pan je postrzega?

Nie, papką nazywam manipulowanie faktami i wciskanie ludziom w uszy waty. Jeżeli mówię pani, że czytam

Salon24 czy inne blogi, to nie znaczy to, że wybieram tylko artykuły tych, o których wiem, że będą pisali tak jak ja myślę, tylko staram się czytać wszystko. Uważam się za człowieka myślącego i wiem, że nie można, nie warto nawet poruszać się tylko w świecie przekonanych do moich poglądów, ale też starać się dać komuś szansę, żeby mnie przekonał. Wchodzę więc chętnie na blogi osób, których poglądów nie akceptuję, robię to, bo nie widzę tam jednej rzeczy, która mnie doprowadza do furii, jak patrzę na telewizje prywatne. Nie ma napastliwości, braku szacunku, nie ma tego palikotyzmu, jaki wniosła do debaty publicznej Platforma Obywatelska. Przeciwnie, ludzie starają się mieć do siebie wzajemny szacunek i nie obrażają za to, że ktoś ma inne poglądy.

Jest pan chyba jedyny, który mówi, że w Internecie jest mniej chamstwa niż w przekazie medialnym. Czyta pan komentarze pod wiadomościami na głównych portalach?

To nie jest tak do końca. Te strony, które ja przeglądam, to portale trzymające poziom, nie tylko samodzielnego myślenia, ale też poprawnej polszczyzny, dbałości o język (zdarzają się wyjątki, ale to margines). Ale oczywiście, gdy wejdzie się nie na blogi, ale na fora różnego rodzaju, tam zaczyna się jatka taka, że głowa boli.

Prowadzi pan blog?

Nie, ale jestem, że tak powiem, aktywnym internautą, mam swojego nicka i zdarza mi się czasami popełnić jakiś komentarz.

Na których forach pan się pojawia?

Internetowe wydanie „Rzeczpospolitej” jest u mnie otwarte zawsze i zdarza mi się wpisywać pod blogami publicystów „Rzeczpospolitej”. Pani blogu to też dotyczy. Więcej nie powiem. Regularnie wchodzę na Niezależna.pl.

Rozumiem, że polityka jest cały czas taką dziedziną, która pana wciąga, pasjonuje, zajmuje.

Nie, to nie o to chodzi. Gdyby było tak, że Polska jest rządzona uczciwie, praworządnie i dobrze i wszystko miałoby się ku temu, żebyśmy żyli coraz bardziej dostatnio, polityka nie interesowałaby mnie w ogóle. Interesuję się nią tylko dlatego, że to, co dzieje się w kraju, wywołuje mój sprzeciw.

Pan mówi o sprzeciwie wobec tego, co dzieje się w polityce, ale wiele osób czuje zupełnie inaczej. Mija 20 lat po przełomie w 1989 roku i w polityce ma chodzić z grubsza o to, by była ciepła woda w kranie i boiska. Żadnych rewolucji, żadnych głębokich zmian.

Tak, być może, ale tak niestety nie jest ze mną. Ta ciepła woda to fałsz, bo nie będzie dobrze rządzonego kraju, gdy nie zmieni się spraw generalnych, a te, jak wiemy, nie są poruszane. Nie dostrzegłem też, by mi „żyło się lepiej” jak „wszystkim”. Wręcz odwrotnie: czuję, że od ponad roku żyję w dużo większym dyskomforcie, przynajmniej psychicznym.

Dlaczego?

Bo nie podoba mi się to, jak ten rząd rządzi, a jest tak, jak w jednym wierszu Zbigniewa Herberta pt. „Kaligula”: „władzę sprawował najlepiej, to znaczy nie sprawował jej wcale”. I jak tu nie wierzyć w ponadczasowość poezji Herberta?

Za chwilę zaczną się prawdziwe kłopoty gospodarcze – kryzys – a rząd pewnie stwierdzi, że nie jest źle i jakby było fatalnie, gdyby rządził PiS, ale to wciąż nie jest głównym powodem dyskomfortu.

A co jest?

To, że obecne rządy są nieprawdziwe, wirtualne (trafnie to ujął jeden z blogerów – „Nie żyjemy w RP, a w PR”). Wszystko jest PR, dzięki któremu o rozczochranym facecie mówi się, że ma piękną fryzurę, gdy tak naprawdę woła ona o pomstę do nieba. Ta platformerska ekipa to właśnie taki rozczochrany facet, nad którym jednak cmoka się w zachwycie, bo umie wmówić, że jest modnie uczesany. Ciekaw jestem tylko, jak długo na tym pojedzie. Za chwilę gospodarka zacznie się sypać. Teraz mamy jeszcze rozpęd i na tym chwilkę jeszcze pojedziemy. A potem zaczną się schody...

Co to zmieni?

Nie wiem. Ostatnio zdumiewają mnie sondaże. Był taki: czy uważasz, że sprawy w Polsce toczą się w dobrym kierunku? I 55 proc. Polaków mówi, że nie, że w złym. A jednocześnie pokazuje się badanie, że PO ma 60 proc. To jest kompletnie nie do pojęcia, bo w każdym normalnym kraju jeżeli 55 proc. obywateli powiedziałoby, że sprawy idą w złym kierunku, to partia rządząca nie miałaby 60-procentowego poparcia.

Z czego to wynika?

Z niemożności zobaczenia rzeczy takimi, jakimi one są. Jakby Polacy mieli takie hoffmanowskie różowe okulary i patrzyli przez nie na ten świat. Te różowe okulary założyli im specjaliści od rządowej propagandy i wspierająca ich większość mediów, a oni nie bardzo wiedzą, jak się przed tym bronić. Może w ogóle nie wiedzą, że się należy bronić. Że żyją w PR-owskiej rzeczywistości. W komunizmie było z tym łatwiej, wiadomo było, co jest propagandą władz i jak ją traktować. Kłamstwo było odczytywane na kilometr.

Jak nadawano „Dziennik Telewizyjny” o 19.30, to wiedzieliśmy, że posypie się setka kłamstw i byliśmy na to w jakiś sposób uodpornieni. W stanie wojennym, sprzeciwiając się temu, wychodziliśmy o tej godzinie na spacery. Teraz się wierzy we wszystko, bez tamtego antybiotyku, jakim byliśmy zaszczepieni na komunistyczne kłamstwa. Teraz fałsz znów dominuje, ale podany jest sprawnie, nowoczesnymi metodami. Pytanie, czy nam kiedyś te okulary z nosa spadną? To rzecz jasna zależy tylko od nas, ale zwykle też jest tak, że trzeba się mocno potknąć, by okulary spadły.

Rozumiem, że w pana optyce bardowie są nam wciąż potrzebni? Ukazała się pana najnowsza płyta „Tren”. Jak dawniej to piosenki do wierszy Zbigniewa Herberta. To nie jest passé – Gintrowski śpiewający Herberta?

Nigdy się nie uważałem za jakiegoś barda, tylko za gościa, który swój sprzeciw wobec otaczającej go rzeczywistości wyrażał, śpiewając. I tak naprawdę nie znajduję się daleko od tamtej, z czasów kontestacji PRL, pozycji. Jak nagrałem tę płytę, zdałem sobie sprawę, że ja trochę uciekam w Herberta, tak jak uciekaliśmy kiedyś przed fałszem komunizmu. Kocham tę poezję wielką miłością. Ze względu na myśli, na słowa, po prostu wszystko. Powiem pani cytatem z Herberta: „Tak więc estetyka może być pomocna w życiu, nie należy zaniedbywać nauki o pięknie”. Dlatego uciekam w Herberta, bo tam jest wszystko to, co kocham. Jest i piękna polszczyzna i wielka mądrość i jeszcze jest jedna rzecz, nawiązując do poprzedniego wątku naszej rozmowy, prawda. Nie ma obłudy, manipulacji i można sobie pływać wśród tych wierszy bez obawy, że się zaraz wpłynie na jakąś mieliznę.

„Tren” jest płytą, którą pan nagrał po ośmiu latach przymierzania się do niej?

Zamierzałem taką płytę nagrać, ale tak naprawdę dopiero Rok Herbertowski zmobilizował mnie. A to moje pisanie to jest coś takiego, że przez rok nic nie robię, a potem siądę i... już nie chcę mówić, ile czasu zajęło mi pisanie tej płyty. Powiem tylko, że niedużo, za to w pełnym amoku, prawie 24 godziny na dobę. Ogromnie się cieszę, że tę płytę nagrałem, bo patrzyłem na to wszystko, co się dzieje wokół, i sam się czułem jak dopalająca się świeca. Tak jakby mi garb rósł, byłem coraz bardziej zdołowany i wątpiący, wydawało się, że prawda, sprawiedliwość itp. nie mają szans wygrywać, że nasz świat jest tak skonstruowany, że tylko miałkość, obłuda i podłość mogą triumfować. Jak nagrałem tę płytę, poczułem, że odżyłem, uaktywniłem się w jakiś sposób, nie tylko twórczy, ale w ogóle. To niezgoda na świat pozorów, zniewag, manipulacji. I jak ją nagrałem, czas, że wyjście z domu było udręką, minął. A wydawało mi się, że już nic nie można zrobić, że tak myślących jak ja jest mało. Nieprawda.

A skąd pan to wie?

Szwendam się po Internecie i widzę, że ludzi myślących podobnie jest jednak całkiem spory krąg. Powiem otwarcie: ludzi myślących podobnie jest cała masa. Czy to się przełoży na jakiś wynik wyborczy, czy nie, tego nie wiem. Ale jest nas wielu.

Pyta pani, czy śpiewanie Herberta nie jest już passé. Mam świadomość, że poruszam się w rynku kompletnie niszowym, to jest jasne. Doda górą, nawet w kręgach rządowych. Ale mam dwoje dzieci. Starsza córka w tym roku będzie pisała maturę. Otóż widzę, że w jej kręgu jest grupa młodzieży, która mało, że zna Herberta, bo oni jego wiersze przerabiają na lekcjach polskiego, ale się tym interesuje. I jeszcze kiedyś starsza córka rozmawiała ze mną o czymś i powiedziała: tato, bo nasza ojczyzna... I wtedy zdałem sobie sprawę z tego, że tak rzadko słyszę te słowa. Słyszę natomiast „kraj”, „ten kraj”, a słowo „ojczyzna” stało się już chyba politycznie niepoprawne. Więc żywię nadzieję, że ciągle oprócz tych, którzy patrzą na to, żeby co roku zmienić samochód, żeby kupić sobie nowszy gadżet, rośnie, jakby w drugim obiegu, zupełnie inna część społeczeństwa. I oby ta druga była jak największa.

Tymczasem moja młodsza córka chodzi do IV klasy szkoły podstawowej, ma 11 lat i zna te wszystkie wiersze na pamięć. Oczywiście ona się tych wierszy nauczyła nie z książki, tylko z płyty, bo tatuś śpiewa. Przychodzi do mnie i mówi: – Tato, dlaczego w szkole muzycznej na chórze my śpiewamy jakieś piosenki Stachurskiego, ja tego nie chcę śpiewać. Wcale nie mówię tego dlatego, że chcę, by to moje piosenki mieli śpiewać, ale pomyślałem wtedy, że znów, jak kiedyś, ważne staje się wychowanie domowe. Bo w szkole, nic nikomu nie ujmując, Stachursky. To przynajmniej w moim domu – Herbert:

Oczywiście

ci którzy stoją na szczycie schodów

oni wiedzą

oni wiedzą wszystko

co innego my

sprzątacze placów

zakładnicy lepszej przyszłości

którym ci ze szczytu schodów

ukazują się rzadko

zawsze z palcem na ustach......

(Zbigniew Herbert „Ze szczytu schodów”)

Przemysław Gintrowski

(ur. 1951), bard, kompozytor. Zadebiutował w 1976 r., rok później nawiązał współpracę z Jackiem Kaczmarskim i Zbigniewem Łapińskim, której owocem były programy „Mury”, „Raj”, „Muzeum”. W latach 80. koncertował poza oficjalnymi scenami, tworząc programy do słów m.in. Kaczmarskiego i Zbigniewa Herberta („Pamiątki”, „Raport z oblężonego miasta”) i nagrywając je w drugim obiegu. Od lat 90. po krótkim okresie koncertowania z Kaczmarskim zajął się komponowaniem muzyki filmowej, wydał też dwie płyty piosenek do słów Herberta („Odpowiedź”, „Tren”).


http://www.rp.pl/artykul/61991,252938_Spiewam_w_drugim_obiegu.html
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Sylwia



Dołączył: 03 Gru 2016
Posty: 67

PostWysłany: Sob Gru 03, 2016 12:33 pm    Temat postu: Forumoteka.pl Odpowiedz z cytatem



Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
Administrator
Site Admin


Dołączył: 04 Maj 2008
Posty: 9116

PostWysłany: Sob Mar 14, 2009 2:16 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Cytat:
Jestem czarno-biały
Dariusz Rosiak 13-03-2009,

Rz: Co pana śmieszy?

Grzegorz Wasowski: Zawsze mnie śmieszyła burleska: Chaplin, Buster Keaton, Flip i Flap, Harold Lloyd. Woody Allen mnie bawi swoją inteligencją, Monty Python – nie w całości. Czyli ciągle wracam do przeszłości. Dzisiaj nic mnie nie śmieszy.

Absolutnie nic?

Z tego, co znam, to nic... No, może kabaret Mumio. Chociaż Mumio chyba zawiesił działalność, więc to też przeszłość. Nienawidzę humoru politycznego. To jest dla mnie beznadziejne, płaskie, po paru latach nie wiadomo, o co w tych dowcipach chodzi. Wolę humor abstrakcyjny, absurdalny, surrealistyczny.

Czy czuje się pan przywiązany do humoru, który wyrasta z twórczości pańskiego ojca i Jeremiego Przybory?

Nigdy się nad tym nie zastanawiałem, ale to niemożliwe, żeby było inaczej – przecież tkwiłem w tym tak długo. Dla mnie rozmowy ojca i wuja to nie było nic niezwykłego. Wyrastałem w ich otoczeniu, więc ich poczucie humoru musiało na mnie wpłynąć.

Bo pan w ogóle nie jest śmieszny, tylko smutny. Chciałby pan, żeby pana humor zaklasyfikować jako smutek inteligentnego człowieka?

Nie wiem, czy na to zasługuję. Mój smutek wynika z tego, że ja ciągle jestem na zewnątrz tego, co się dzieje. Czasem odnoszę wrażenie, że przebywam za jakąś szybą. Jestem z innego świata, kieruję się innym systemem wartości niż ludzie dookoła, jestem staroświecki, trzymam się zasad, które dziś nie obowiązują. W związku z tym miewam często problemy.

A chciałby pan być po drugiej stronie tej szyby?

Oczywiście, że nie. Moja niezgoda na pewne rzeczy w tym świecie to nie jest wyraz heroizmu, tylko wybór. Po prostu staram się przejść przez życie według schematu, który dziś uznawany jest za anachroniczny.

I jakie są części składowe tego schematu?

Na przykład lojalność, przyzwoitość, uczciwość. To są rzeczy tak jasne, że nawet nie wiem, jak o nich mówić.

Tylko że dziś lojalność i przyzwoitość to nie jest to samo co w latach 80. czy 70. Teraz nie ma żadnych mrocznych partii ani wyborów, które decydują o życiu i śmierci. Nasze wybory są prozaiczne i zwykle nie wiążą się z żadnym bohaterstwem. Dziś mamy wybór: zdradzić żonę albo nie, podłożyć komuś świnię albo nie...

... mówić prawdę albo kłamać. Nie znoszę, gdy ktoś rzuca słowa na wiatr. Ja w ogóle mało mówię, ale jak mówię, to się potem tego trzymam i tego samego oczekuję od innych.

Ma pan bardzo wysokie wymagania i wyśrubowane standardy etyczne. To dlaczego pan bierze udział w reklamach?

Bo nie myślę, żeby udział w reklamie był czymś nieetycznym albo obciachowym. Przynajmniej te reklamy, które zrobiłem, nie są dla mnie powodem do wstydu. Gdyby to było coś takiego, pod czym nie chciałbym się podpisać, tobym tego nie robił. Chociaż nie będę nikogo przekonywał, że reklamy robię ze względów artystycznych. Robię je dla pieniędzy. Praca w radiu to jest hobby. Tak się złożyło, że mój tata nie miał głowy do interesów i nie zostawił mi majątku. Ja też niespecjalnie umiem robić pieniądze, a trzeba z czegoś żyć.

To lojalność wobec Krzysztofa Skowrońskiego zdecydowała, że zawiesił pan działalność w Trójce?

Zawiesiłem działalność, bo nie zgadzam się na obrzucanie człowieka błotem bez jakiejkowiek przyczyny. To zresztą jest chyba w Polsce norma – każdego można obrzucić i nikt nie ponosi za to żadnych konsekwencji. Nie godzę się na to.

Krzysztof Skowroński był najlepszym pana szefem?

W ogóle nie traktowałem go jak szefa, bardziej jak kolegę. Nie sądzę, żeby on odkrył jakieś niezwykłe radiowe prawdy, ale po prostu pozwolił ludziom pracować w poczuciu swobody i radości z tego, co robią. Dopuścił fachowców do mikrofonów i dodatkowo wymyślił kilka szalonych rzeczy, takich jak np. „Trójka przekracza granice”.

Może on cierpi na brak wyobraźni? Ja byłem przekonany, że akcja „Trójka przekracza granice” nie ma prawa się udać: że połowa z nas wyląduje w więzieniu albo sprzęt nie będzie działał, albo – to by było najgorsze – że to nie będzie brzmiało albo nikogo nie zainteresuje. I żadna z tych obaw się nie sprawdziła.

Efekt był rzeczywiście fantastyczny, przynajmniej z tego, co słyszałem. Bo ja generalnie radia nie słucham. Słuchałem, dopóki nie zacząłem w nim pracować. A potem to już raczej niewiele. Ostatnio pod lekkim przymusem, bo mam w domu sekretarza programu. Skowrońskiemu udało się przywrócić trochę świetności Trójki. Nie do końca oczywiście, bo moim zdaniem najlepsza Trójka to była ta do stanu wojennego w 1981 r. Potem nigdy już nie wróciła do tamtej formy. To były tylko mniej lub bardziej udane mutacje.

To ważne, co pan mówi, bo wielu młodym ludziom się wydaje, że złote lata Trójki to były lata 80.

No, nie. Trójka w stanie wojennym i potem to był program zupełnie inny niż ten, który robiliśmy wcześniej, radio przerobione na młodzieżowe.

I pan do niego wrócił.

Przed 13 grudnia byłem szefem „Solidarności” w Trójce i nie chciałem wracać – cztery miesiące byłem poza radiem. Wróciłem, bo moje władze związkowe uznały, że ktoś powinien się upomnieć o tych, którzy będą musieli odejść po stanie wojennym. Przydałem się na pewno o tyle, że udało mi się wynieść z radia i uratować kilkaset taśm, które zostałyby zniszczone. Niszczono wtedy programy autorów kojarzonych z „Solidarnością”. Niekiedy celowo, niekiedy z czystej bezmyślności, np. gdy do Trójki wprowadzili się żołnierze i spali na piętrowych pryczach w tym pomieszczeniu, gdzie dziś jest studio emisyjne, to z nudów bawili się tymi taśmami.

Ten powrót ułatwił panu życie, prawda?

Tak, to było dla mnie wygodne. Byłem dziennikarzem muzycznym, polityką się nie zajmowałem. Przyszedł wtedy Andrzej Turski, który był znakomitym radiowcem i porządnym facetem, i to on uratował wówczas Trójkę, przerabiając ją na program młodzieżowy. Nie potrafię do końca tego ocenić, pewnie nie miał specjalnego wyboru – jeśli Trójka miała istnieć, to tylko w takiej, a nie innej formie. Ale dla mnie to był upadek tego radia. Przyszli „ci” – tak na nich mówiliśmy – „ci z pierwszego piętra”. Zaczęło się „Zapraszamy do Trójki”, jakieś bloki programowe od 6 do 9, potem od 16 do 19. Nie rozumiałem, co to ma być za program. Przed 13 grudnia Trójka powstawała w ten sposób, że zbieraliśmy się na kolegiach, wymyślaliśmy jakieś kunsztowne 15-, 20-, 30-minutowe audycje z wysmakowaną oprawą muzyczną...

Złoty okres tego radia to końcówka lat 70., do 1981 roku. Masa znakomitych audycji wielkich autorów: Jacek Fedorowicz, Marcin Wolski, Jan Kaczmarek, w muzyce Piotr Kaczkowski, Wojciech Mann, Jan Chojnacki... To była enklawa wolności, normalności w nienormalnym świecie.

Nie chcę przesadzać, ale dla nas Trójka z tamtych lat była porównywalna do tego, czym był kiedyś Dudek czy kabaret Owca lub inne tego typu zjawiska. Niech pan wspomni redakcję rozrywki: Czubaszek, Zembaty, Kofta, Janczarski, Kreczmar i jeszcze parę nazwisk. Tego się nie da oczywiście odtworzyć, bo nie ma już takich autorów.

Dlaczego nie da się odtworzyć tej klasy radia? Bo nastąpił zasadniczy spadek jakości wyrobów satyrycznych?

Ja widzę zasadniczy spadek jakości narodu. Wymagania mamy niższe. Przecież gdyby tak nie było, to inaczej wyglądałyby telewizja czy radio. Ja zresztą tego do końca nie rozumiem. Jak się spotka kogoś na ulicy i porozmawia chwilę, to się okazuje, że dzisiejsza telewizja nikomu się nie podoba i wszyscy chcieliby nawiązać do dawnych czasów. Ale z jakichś badań statystycznych wynika, że jednak jest teraz czas na „Gwiazdy tańczą na lodzie”, a nie na „Kabaret Starszych Panów”. Nie wiem, czego się trzymać...


Kim chciałby pan być?

Nie jestem człowiekiem niespełnionym, choć oczywiście żałuję, że z pewnych wyborów nie skorzystałem, na przykład że nie gram na żadnym instrumencie. Rodzice dali mi tyle wolności, że nic nie musiałem, więc nie grałem. Gdybym to mógł zmienić, to chętnie zostałbym perkusistą. Kiedyś chciałem być Fredem Astaire’em, kochałem taniec i chciałem się nauczyć stepowania, ale nie było gdzie. Chciałem być też badmintonistą – uważam, że jak na amatora grałem świetnie, choć nigdy się tego nie uczyłem. Ale u mnie tak było ze wszystkim: gdy miałem pięć lat, poszedłem z rodzicami do parku Ujazdowskiego, była tam wypożyczalnia rowerów, i mówię: „Dajcie mi rower”. A mama na to: „Ale przecież ty nie jeździsz na rowerze”. „No, jak to nie jeżdżę? Wsiądę i pojadę”. No i wsiadłem i pojechałem.

Gdybym nie był leniwy, a byłem, właśnie z tego powodu, że wszystko mi przychodziło tak łatwo, to chętnie zostałbym piłkarzem. Tylko że miałbym kłopot, bo sam bym wymierzał sprawiedliwość w trakcie meczów. Nie jestem w stanie pogodzić się ze szwindlami na boisku, nie znoszę sędziów, którzy „się mylą”, graczy, którzy symulują faule. Obrzydzenie mnie bierze, jak to widzę.

Bo pan ma zbyt czarno-biały obraz świata.

Tak, ja jestem czarno-biały. Może to błąd. U mnie przejściowych stanów nie ma. Jest albo tak, albo tak. Jak coś robię, to na całego albo wcale. Jak palę papierosy, to 40 dziennie, jak nie palę, to w ogóle. Gdybym grał na tej perkusji, tobym walił godzinami.

Ale dobrym perkusistą też chyba by pan nie był. Chyba że AC/DC albo jakiejś innej łupanki. W grze na tym instrumencie potrzebna jest subtelność i odnajdywanie półcieni. Zresztą pan chyba lubi AC/DC, co dla mnie jest czymś niewiarygodnym. Ale nie pierwszy raz spotykam ludzi, których meandry wrażliwości są nie do pojęcia. Jak można cenić jednocześnie AC/DC i Franka Sinatrę?

Można. Choć AC/DC lubię raczej umiarkowanie. Bardziej Led Zeppelin, The Beatles, Deep Purple, Budgie, Ellę Fitzgerald, Sinatrę i jeszcze parę ton innych. Nie wiem, jak te rzeczy się ze sobą godzą, ale ja odbieram muzykę na poziomie emocji. Albo ściska w dołku, albo nie, i wszystko jedno, jaki to styl. Ja w ogóle dziesiątki różnych rzeczy próbuję i dają mi one przyjemność. Tylko że to bywa trochę niebezpieczne i wygodne. Może służyć jako wytłumaczenie życiowe. Bo skoro wszystko mogę, to po co mam się starać? Tylko że ja nie wiem, czy jakbym się naprawdę postarał i by mi nie wyszło, to czy byłbym równie spełniony i zadowolony z siebie. No to tkwię sobie w tym nieosiąganiu, podpierając się przekonaniem, w którym sam się utwierdzam i inni mnie utwierdzają, że jakbym chciał, tobym mógł. To naprawdę jest wygodne.

Wygodne, owszem. Ale chyba lepiej tak niż na odwrót. Otwiera pan telewizor i widzi wszystkich tych, którzy bardzo chcą, ale nijak nie mogą.

Bo człowiek powinien znać swoje możliwości i miejsce. I tego też się trzymam. Myślę, że jestem dobry jako „ten drugi”. O ile Wojtek Mann jest znakomitą „lokomotywą”, o tyle ja uważam się za dobrego „dopowiadacza”. Tu wrzucę dowcip, tam coś dopowiem itd. To wcale nie jest gorsza funkcja. Lepiej być dobrym aktorem drugoplanowym niż słabym w roli głównej.

Teraz, gdy rezygnuje pan z Trójki, duet Mann – Wasowski znowu zawiesi działalność.

Tylko w radiu i bardzo tego żałuję, bo uważam, że jesteśmy wymarzoną parą. Tak długo się znamy, że Wojtek wie, co zamierzam powiedzieć, zanim się odezwę. I ja też wiem, co on powie, zanim otworzy usta. Ale jakoś te drogi co jakiś czas nam się rozchodzą. Kiedyś robiliśmy audycje: „Lista przebojów dla oldboyów”, „Nie tylko dla orłów”, „RadioMann”, potem „CDN”, później Wojtek związał się z Krzysztofem Materną, a ja z Rychem Szczęśniakiem, ale żałuję, że z Wojtkiem nie pracowaliśmy więcej. Z całym szacunkiem dla Rycha, bo przecież wiele mnie z nim wiąże, to Wojtek jest tą moją drugą połówką. Na szczęście mamy jeszcze program w TVP Kultura.

Ma pan jakieś obsesje?

Tak. Mam obsesję zła. Uważam, że zło rządzi światem.

Poważnie, czy pan żartuje? Kiedyś T-Raperzy znad Wisły nagrali taki znakomity kawałek „Książę Ciemności, umyj mi nogi, bym nie zabrudził twojej podłogi”.

To numer Rycha, rzeczywiście fantastyczna parodia tych kretyńskich tekstów metalowych. Ale ja poważnie mówię.

Diabeł rządzi światem?

A jak inaczej mogłoby dojść do tych wszystkich rzeczy, które znamy z historii: wojen, obozów, rzezi? Przecież zawsze triumfuje zło, ludzie bez honoru i poczucia przyzwoitości. Teraz byli ubecy, ludzie, którzy katowali bohaterów, żyją długie lata w spokoju i świetnych warunkach materialnych, w zdrowiu – bo przecież nie mają stresów, a nie mają stresów, bo są niewrażliwi. A gdy ktoś próbuje ich rozliczyć, to usłyszy, że jest pozbawiony współczucia wobec starych, schorowanych ludzi. Ja bym ich wszystkich powsadzał do więzienia. Bez względu na wiek. Jeśli ktoś zniszczył życie drugiemu człowiekowi, to niech idzie do więzienia – nawet jeżeli ma 80 lat. Albo do kamieniołomów.

Hasło „Zło dobrem zwyciężaj” nie jest panu bliskie.

Jest mi bliskie, ale w nie nie wierzę. Gdyby to dobro, a nie diabeł, rządziło światem, to moja córka nie umarłaby, mając niecałe 27 lat.

Czuje pan więź z Polakami?

Czuję więź z „Zośką”, „Parasolem”, Jagiełłą, Sobieskim, ale z tymi, którzy są teraz, nijak nie czuję.

Nie przesadza pan? Naprawdę myśli pan, że ci ludzie, którzy występują co dzień w telewizjach, ci, których oglądamy w Sejmie, że to oni rządzą światem? Przecież oni do pana dostępu nie mają. I nigdy nie mieli.

Nie mieli, nie mają, tylko co z tego? I tak oni zwyciężą. Jeśli dobro wygrywa, to tylko na chwilę i nic z tego dobrego nie wynika.


Grzegorz Wasowski – dziennikarz muzyczny, satyryk, autor tekstów. W Trójce od 1971 roku, zawiesił działalność w marcu w związku z odwołaniem Krzysztofa Skowrońskiego. Wraz z Wojciechem Mannem prowadzi program„Archiwizja” w TVP Kultura.
Rzeczpospolita
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Administrator
Site Admin


Dołączył: 04 Maj 2008
Posty: 9116

PostWysłany: Sob Mar 28, 2009 9:58 am    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Chciałem zamieścić tylko fragment tego świetnego tekstu, ale nie mogłem zdecydować się na to, co wybrać. Całość wydaje mi sie wybitna i warta uwagi...

Cytat:
Co się stało z ojczyzną polszczyzną?
Marek Nowakowski 27-03-2009,

Jaka jest kondycja naszej ojczyzny polszczyzny na przestrzeni lat. Rachunek sumienia z okresu 1989 – 2008 musi być poprzedzony refleksjami o czasie wcześniejszym. To rodowód konieczny. Czuję się w pewien sposób upoważniony, ponieważ w swoim pisaniu posługiwałem się nie tylko wyobraźnią, również obserwacją oraz czynnym i biernym uczestnictwem od kilkudziesięciu lat. Przedmiotem mego pisania byli Polacy i ich sprawy, poczynając od okupacji niemieckiej. Od tego czasu miałem uszy i oczy otwarte. To był i jest mój świat. Muszę więc cofnąć się do tych lat wcześniejszych.

Dewastacja moralna, rozbijanie i wynarodowienie Polaków trwało setki lat i dopiero dwudziestolecie międzywojenne scaliło nas w spójną całość. Motorem stał się silny etos walki o niepodległość, obudzony w XIX w., zakończony wyzwoleniem Polski i pokonaniem nawały ze Wschodu. To była wielka rzecz.

Okupacja niemiecka była egzaminem krwawym i wspaniałym. Młodzi konspiratorzy wywodzili się z różnych warstw społecznych: Jan Bytnar, bohater Szarych Szeregów, to syn nauczyciela o wiejskim pochodzeniu, Wacław Bojarski – rymarza z Bednarskiej w Warszawie, Tadeusz Gajcy – syn kolejarza, Andrzej Trzebiński i Zdzisław Stroiński – obaj pochodzenia ziemiańskiego. Ci młodzi ludzie nie tylko walczyli i dawali ofiarę z życia, oni myśleli już o przyszłym państwie polskim, snuli plany reform, gruntownej przebudowy. O tym pisze Stanisław Broniewski, komendant Szarych Szeregów. Pisze w swojej książce o etosie harcerskim poddanym groźnej próbie uczestnictwa w walce z wrogiem. Wykonywali przecież wyroki śmierci, byli w pierwszym szeregu podziemnej wojny. Nie zdemoralizowali się jednak, pozostali czyści.

Prawdziwa katastrofa nastąpiła po wojnie. Narzucony został obcy, wschodni porządek i walka z komunistami zakończyła się przegraną. Znaleźliśmy się pod nową okupacją, o wiele gorszą niż poprzednia, gdyż narzuconą nam przez Sowietów z udziałem polskich komunistów. I odtąd zaczyna się długotrwały proces pustoszenia moralnego narodu. Najlepsi wyginęli bądź uciekli z kraju lub gnili w tiurmach. Pozostali ukrywali się gdzieś na obrzeżach życia. Nadal przeważająca część społeczeństwa traktowała rządzących komunistów jak wrogów, zdrajców, wykonawców poleceń z Kremla. Lecz życie ma swoje prawa. Lata przymusu, represji, demagogicznej propagandy spowodowały wyniszczenie duchowe; uczyły pokory, zaprzaństwa i przystosowania się do nowych okoliczności. Prawda była zakazana i zaczęto uważać ówczesny stan rzeczy za długotrwały, o ile nie wieczny. Polska stała się atrapą.

Wiedzieliśmy, że państwo, władza, prawo są nam obce, wrogie. Ale działało także naturalne prawo przetrwania i poddawaliśmy się obowiązującym regułom gry. Najgorsi korzystali najwięcej z takiego stanu rzeczy. I choć nieujarzmiona ostatecznie potencja narodu czasem dawała o sobie znać – zryw w czerwcu 1956 r. w Poznaniu czy październik 1956 r. w Warszawie – to wszelkie próby uczłowieczenia socjalizmu, jak mówiono wówczas: „przywrócenia mu ludzkiej twarzy”, kończyły się niezmiennie utratą nadziei i system dalej znieprawiał i niewolił. Jego działania o tyle były skuteczne, że wykształcił się najgorszy z możliwych pragmatyzm, który da się streścić w kilku słowach: nie ma co podskakiwać i trzeba w tym bagnie starać się o zdobycie jak najlepszych szans bez względu na środki prowadzące do celu. Już mało co znaczyło dobro i zło, prawda i kłamstwo, przyzwoitość, wierność zasadom. Wszystko sprowadzało się do egoistycznego serwilizmu. Był to proces pokoleniowy. Ojcowie tak wychowywali swoje dzieci. Te dzieci stawały się rodzicami i swemu potomstwu przekazywały to samo.

Dopiero wybuch „Solidarności” dał nadzieję, że nasza ojczyzna polszczyzna nie została do reszty znieprawiona.
Można ten fenomen nazwać erupcją pozytywnych sił tkwiących pod skorupą. To była wielka szansa odrodzenia zdeptanego, sponiewieranego narodu. Nawet twarze działaczy związku „Solidarność” z hut, fabryk, kopalni, biur, ludzi młodych i starych, były inne, jak z innej planety, czyste, wyraziste, jasne. Nie miały nic wspólnego z fizjonomią Gnębona Puczymordy, panującego dotychczas niepodzielnie na wiecach, masówkach i egzekutywach partyjnych. I był tak silny entuzjazm, potrzeba czystości etycznej i przywrócenia zapomnianych wartości. Była wola wspólnego działania, odrodzenia Polski. Była bezinteresowność i potrzeba wspólnoty.

Jednak polityczna ekwilibrystyka Okrągłego Stołu spowodowała kompromis z warstwą rządzącą w PRL; tzw. łagodne przejście z tamtego czasu do III RP – z zachowaniem stanu posiadania dawnych komunistycznych włodarzy, zapewnieniem im nietykalności, swobody rabunkowego właszczenia się na mieniu państwowym, nachalnym przenikaniem prominentów z aparatu partyjnego i tajnych służb do nowych elit. Słowem, cała ta „gruba kreska”, zasunięcie teatralnej kotary na niedawną przeszłość – zmarnowały bezcenny kapitał „Solidarności”, zniechęciły czystych ludzi do nieczystych spraw. (...) Przejmowane zostawały cyniczne reguły postępowania z praktyki PRL, tyle że zmodyfikowane w formie, opatrzone inną etykietą. Etos patriotyczny, pamięć i historia zostały zlekceważone jako bagaż przeszłości, wyrzucone do śmietnika spraw nieużytecznych. Tak marnowała się szansa rzeczywistej naprawy Polski i moralnego jej odrodzenia. Szybko zanikał entuzjazm. Ogarniała apatia, zniechęcenie. Jak pisze Leszek Długosz, marzyły się nam Himalaje, a poszliśmy w Beskid Niski!...

Miałkość, małość zyskały pierwszeństwo. Wystarczy zauważyć, jak szybko poznikały czyste, szlachetne twarze działaczy „Solidarności” z karnawału roku 1980 czy później – stanu wojennego. Zastąpili ich ludzie sprytni o twarzach-bułach, bez indywidualnego wyrazu, jakby niedorzeźbionych. Wszyscy do siebie podobni, cwani pragmatycy. Wyrosła klasa polityczna kurczowo trzymająca się zdobytej pozycji. Dużo w niej Nikodemów Dyzmów, czują się jak ryby w wodzie, poruszają się w zaklętym kręgu od urzędu do urzędu, odchodząc zaś od polityki, od razu zatrudniani są w bankach, spółkach, holdingach, radach nadzorczych ze względu na swoje rozległe koneksje. Zuniformizowani, odbici jedną sztancą w mennicy.

Do takiej rzeczywistości nastałej po 1989 r. wtargnęła potężną falą europeizacja. Małpia, powierzchowna. Często stosowana jako szantaż, bicz. Służy do różnych doraźnych celów partyjnych. Co na to Europa! Musimy, bo Europa! A przede wszystkim mąci umysły relatywizacją, lekceważeniem dawnych wartości uważanych za anachroniczne, hamujące postęp. Wprowadza zamęt światopoglądowy, często bowiem ma lewacki rodowód; wielu niedawnych apostołów marksizmu, maoizmu, trockizmu, wielbicieli Che Guevary i Czerwonych Brygad znalazło się na pierwszej linii integracji europejskiej, wiodą prym w parlamencie w Brukseli, działają na frontach globalizacji, ekologii, katastrofy klimatycznej, pomocy dla głodujących w „trzecim świecie”, obrony Palestyńczyków. Bezbronna polska młodzież wyrastająca w rzeczywistości nieokreślonej, nieukształtowanej ostatecznie, gdzie widma PRL i mentalność postkomunistyczna ciągle żywe, chętnie sięga do efektownych wzorców światłej Europy. Bawi się w parady feministyczne czy gejowskie, protesty w Dolinie Rospudy, wdrapywanie na wysokie kominy itp. Nade wszystko chętnie przyjmuje egoistyczne, bezideowe postawy, których celem jest pogoń za sukcesem materialnym, kariera za wszelką cenę i miraż słodkiego życia, traktując jak kulę u nogi historię, tradycję, moralne rozterki.

Gdzie stałe, sprawdzone wzorce? Czego się trzymać? Gdzie dobro, a gdzie zło? Wszystko staje się splątane, płynne, brakuje oparcia. I na domiar złego na scenie są jeszcze media, show-biznes, żurnaliści ze swoim poczuciem wszechmocy, zdeprawowani siłą broni, którą mają. Ogłupiają i... prowadzą na manowce zapatrzonych telewidzów. Telewizja to nader interesujący twór, uwikłana niejako dynastycznie – ojcowie, synowie, wnuki – w dawny komunistyczny układ; tym bardziej ci ludzie nie chcą przejrzystości życia publicznego, wrogo nastawieni przeciw próbom odkrywania przeszłości, dążeniu do prawdy. Serwilistyczni i ulegli wobec każdej władzy mają przekazaną z tamtych czasów zręczność prestigitatorów (i brak jakichkolwiek poglądów?). Ogarnia rezygnacja. Ta wymarzona Polska jest jakąś chimerą, złudzeniem. Tak myśli niemała część społeczeństwa, bierna, niechętna każdej władzy, uśpiona. Patrzy lud ponuro i rachuje, ile milionów idzie z jego podatków na polityków, partie, posłów, rząd, administrację. Chamostan rośnie w siłę, jego kodeks postępowania niepisaną normą. Tak nazywam warstwę społeczną wylęgłą na styku komunizmu i „Europy”.

Tak jak Jarosław Marek Rymkiewicz i wielu innych wierzyłem, że wreszcie pojawił się „ktoś, kto ugryzł w dupę żubra”, nie powiem – przepraszam za kolokwializm. Niestety, nie był to gryz skuteczny. Żubr ledwie poruszył racicami. Może nie ma żadnego żubra? Zwid jego majaczy jedynie. Nasza ojczyzna polszczyzna nadal zarażona komunistyczną ciągłością i źle pojętą europeizacją. Tu konieczna dygresja: nie chodzi o powrót PZPR czy komunizm w postaci strukturalnej, myślę o kontynuacji mentalnej. A mówiąc o europeizacji, przypominam, rewolucja nihilizmu w Niemczech i program Lenina realizowany w Rosji to import z zachodniej strony. Wylągł się w piwiarniach Monachium, Berlina i kawiarenkach Zürychu w Szwajcarii. To też droga wspaniałej, zjednoczonej Europy, nie wiadomo, w jakim kierunku może podążać.

Istnieje obawa, żeby następne pokolenia Polaków nie wyrosły na ludzi znikąd, pozbawionych korzeni i oparcia. Możemy zatracić to, co było najlepsze i zyskać najgorsze.

Autor jest pisarzem i publicystą. Ostatnio nakładem wydawnictwa Świat Książki wydał zbiór opowiadań „Syjoniści do Syjamu”
Rzeczpospolita


http://www.rp.pl/artykul/61991,283052_Co_sie_stalo_z_ojczyzna_polszczyzna_.html
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum polonus.forumoteka.pl Strona Główna -> SPRAWY BIEŻĄCE Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Strona 1 z 1
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Możesz dodawać załączniki na tym forum
Możesz ściągać pliki na tym forum




Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group