Forum polonus.forumoteka.pl Strona Główna polonus.forumoteka.pl
Archiwum b. forum POLONUS (2008-2013). Kontynuacją forum POLONUS jest forum www.konfederat.pl
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Wielogłos o IPN w Rzepie

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum polonus.forumoteka.pl Strona Główna -> ARCHIWUM
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Administrator
Site Admin


Dołączył: 04 Maj 2008
Posty: 9116

PostWysłany: Wto Maj 05, 2009 8:05 am    Temat postu: Wielogłos o IPN w Rzepie Odpowiedz z cytatem

Cytat:

Przykrywanie prawdy kłamstwem
Jan Żaryn 28-04-2009,

Kierowałem Biurem Edukacji Publicznej IPN przez ponad trzy lata, od stycznia 2006 r. do połowy kwietnia 2009 r. To sporo, szczególnie biorąc pod uwagę rzeczywistą skalę zadań, które podejmował kilkuset osobowy zespół naukowców, wystawienników, edukatorów i redaktorów naukowych wydawnictwa IPN, pracujący w centrali BEP, jak i w kilkunastu oddziałach i delegaturach Instytutu. Co to w praktyce znaczy: kierować taką jednostką, składającą się z wybitnych osobowości, różniących się temperamentem, wrażliwością, czy poglądami?

W jednym z wywiadów prof. Andrzej Friszke („Dziennik. Europa”, 18-19 IV 2009 r.) był łaskaw stwierdzić, porównując okres rządów w BEP-ie prof. Pawła Machcewicza i mój, że „tamten zespół był bardziej pluralistyczny. Żaryn też się w tym mieścił [podjąłem pracę w IPN w grudniu 2000 r. – przyp. J. Ż.], ale dominantą była opcja bliższa centrum. To, z czym mamy do czynienia pod kierownictwem Żaryna, to rozrachunek z PRL z bardzo wyraźnych pozycji narodowych, by nie powiedzieć nacjonalistycznych”, a pewnie i gorszych – chciałoby się także dopowiedzieć. Wypowiedź powyższa przedstawiciela – zapewne także – „liberalnego centrum” jest dość typowa dla mentalności ludzi, którym się wydaje, iż kierowanie daną instytucją polega na niedopuszczaniu do głosu inaczej myślących.

Niestety, od początku mojego dyrektorowania spotykałem się z takim – wypowiadanym wprost, bądź po „inteligencku” zasugerowanym – pomówieniem. Gdy usłyszałem po raz pierwszy, że moje prawicowe i konserwatywne poglądy spowodują na pewno dyskryminowanie naukowców z BEP-u o innej wrażliwości, zażądałem od oskarżyciela (nie podam nazwiska, gdyż podczas tego samego spotkania przeprosił mnie) dowodów, albo zaniechania takich oskarżeń. Nic z tego, kolejni „liberałowie” i „centryści” – obdarzeni rzecz jasna tolerancją – nadal mnie bezkarnie obrażali (tak jak powyżej prof. Friszke) obnażając de facto swoją własną ułomność. Kierowaniu BEP-em, wspólnie z prezesem IPN, oraz przy pomocy moich zastępców, towarzyszyły zatem słowa-epitety, które miały wywołać w opinii publicznej zatrwożenie i słuszne oburzenie: „pisowcy”, „zbliżony do LPR”, „popłuczyny endecji”, itd. (to tylko niektóre z określeń, którym obdarzano moją skromna osobę). Ja uważam te określenia – z racji intencji nadawcy — za ohydne, ale nie ukrywam swych poglądów i sympatii ideowych, co nie oznacza iż znajdują swój wyraz w mojej twórczości naukowej, czy też w doborze współpracowników. Nie muszę się także tłumaczyć z tego, które z nurtów ideowych II RP są mi bliższe: narodowe i chadeckie, czy piłsudczykowskie i socjalistyczne. Moi zastępcy zaś –jak przypuszczam jedynie, bo nigdy ich nie pytałem o to na kogo głosowali – powinni się obrazić tym bardziej za takie słowa, nie mówiąc o zdecydowanej większości pracowników BEP.

Moi szanowni skądinąd krytycy nie byli zatem w stanie pojąć, że można przyjmować ludzi do pracy, kierować zespołem badaczy, i cieszyć się, że są oni różni i gotowi tę różnorodność przekazać – za pośrednictwem IPN-u – opinii publicznej. Powyższy cytat z rozmowy prof. Friszke z dziennikarzem „Dziennika” dowodzi także, że formacja „liberalna” – jak sama siebie określa – odbiera innym (spoza mitycznego „centrum”) prawo do kierowania w Polsce instytucjami wpływającymi na świadomość społeczną, w tym przypadku szczególnie — historyczną. To bardzo smutne, gdyż rzeczywiście z prof. Friszke kończy się możliwość dialogu – dokonał bowiem wykluczenia. Wykluczanie ludzi z określonego kręgu stanowisk, czy też szerzej ze społeczeństwa, ma swoją ponurą tradycję rodem z PRL. Groźba wykluczenia w czasach stalinowskich mnożyła tchórzy – np. spośród literatów, którzy omijali na ulicy poetę poznańskiego, Wojciecha Bąka, bo był dotknięty „antykomunizmem”. Podobne tchórzostwo ogarnęło niemal wszystkich (poza prof. Władysławem Czaplińskim), którzy woleli zapomnieć o istnieniu prof. Władysława Konopczyńskiego, wyrzuconego brutalnie z Uniwersytetu Jagiellońskiego, niż narazić się na ewentualne pójście w ślady wykluczonego naukowca. Pod koniec swej kariery wielki twórca PSB i autor kilkudziesięciu prac, z których studenci do dziś się uczą, by zdać egzamin z historii czasów nowożytnych, spędził na drodze sprzedając śliwki.

Nie chcę twierdzić, że zarządzający instytucjami III RP i ich wysunięci do boju intelektualiści grożą takimi samymi konsekwencjami „niepokornym” – nie „centrystom”, co niegdyś rządzący staliniści. Niestety jednak, być może nieświadomie, historycy, publicyści i politycy atakujący konkretne osoby inaczej myślące, mogą przyczynić się do wygenerowania ze społeczności uczonych potencjalnych tchórzy, wprowadzających autocenzurę i poszukujących tego „centrum” we własnej głowie. Bo w końcu po co narażać się na wyżej podane (przykładowo) ataki ad personam. Do tej kolekcji doszedł jeszcze ostatnio „szkodnik Polski”. Prawda, że sympatyczne! Prof. Andrzej Friszke, w tym samym wywiadzie, szczerze zapewne zatroskany stwierdza: „Nie mówię, że Gontarczyk nie ma prawa pisać czy głosić swoich poglądów [Piotr Gontarczyk powinien pewnie podziękować wielkiemu uczonemu, że mu dalej pozwala uprawiać historię; proszę pomyśleć, czytelniku, co by się stało, gdybym to np. ja tak protekcjonalnie potraktował wielkiego uczonego – J. Ż.], ale podlega też bardzo ostrej krytyce innych badaczy. Odpowiadając na nią, nie powinien reagować agresją, co niestety często się dzieje”. Być może pan profesor liczy na naiwność czytelnika; zatem spieszę przypomnieć, że dr Piotr Gontarczyk reagował agresywnie – a mógł moim zdaniem jeszcze mocniej – nie na merytoryczne polemiki, bo takich niestety nie było za wiele, a na haniebne zaczepki, w stylu „Gontarczyk = Gontarz”, czy też represje skierowane wobec jego żony. Podobnie został potraktowany dr Sławomir Cenckiewicz, któremu środowisko antylustracyjne i brzydzące się wyciąganiem „haków” nagle przypomniało, że miał dziadka nie tam gdzie powinien, czyli w aparacie bezpieczeństwa. Jak wiadomo dr Sławomir Cenckiewicz był temu winien. Jeśli to się nazywa merytoryczna polemika z ustaleniami badacza, to rzeczywiście – podobnie jak w kwestii wykluczeń – dialog jest skończony. Gorzej jednak, że tymczasowym zwycięzcą pozostaje w tym układzie kłamca i cham. Jeśli nasze elity wywodzące się z mitycznego „centrum” chcą wziąć odpowiedzialność za całą przestrzeń demokratycznego państwa, niech wezmą ją także za promowanie postaw haniebnych.

Próba porównywania działalności BEP IPN pod rządami prof. Pawła Machcewicza, z okresem kiedy ja stałem na czele tej instytucji, jest oczywiście dozwolona, pod warunkiem jednak, że piszący ma jakąkolwiek wiedzę na ten temat. A prof. Andrzej Friszke, niestety jej nie ma (zob. Komunikat IPN w odpowiedzi na artykuł prof. A. Friszke: www.ipn.gov.pl). W BEP-ie „zanikł w bardzo poważnym stopniu pluralizm, zwłaszcza w prezentowaniu tematów, wątków z przeszłości, ocen. Dominuje skrajnie antykomunistyczny, prawicowy punkt widzenia i niechęć do dialogu” – stawiał diagnozę profesor. Gdy objąłem w styczniu 2006 r. stanowisko dyrektora BEP IPN dość jasno określiłem swoje credo. Biuro było bardzo dobrze zarządzane przez mojego poprzednika, a zatem główne hasło to twórcza kontynuacja. Efektem tej zasady była także polityka personalna w centrali BEP; moimi zastępcami zostali ludzie wysoko ceniący Pawła Machcewicza, a naczelnikiem głównego wydziału naukowego został poprzedni wicedyrektor BEP, dr Władysław Bułhak. Krytycy mojej „tolerancyjnej” postawy zarzucali mi, że i tak „cię zgnoją twoi krytycy”. Oczywiście mieli rację, ale ja – rzecz jasna – nie dlatego podjąłem współpracę z „ekipą” Pawła Machcewicza, by się komuś przypodobać, a właśnie po to by pluralizm w szeregach Biura wzmocnić.

Nie znaczy to, rzecz jasna, bym miał pełnić funkcje „paprotki”. W porozumieniu z prezesem IPN prof. Januszem Kurtyką, uznałem, że pewne tematy badawcze wymagają twórczego rozwinięcia. Szczególnie te, na które czeka znaczny odłam społeczeństwa, a IPN tym oczekiwaniom nie sprostał. Stosunki polsko-ukraińskie były w latach 2000-2006 zagospodarowane przez jedną opcję historyczno-ideową, której znakiem firmowym był dr hab. Grzegorz Motyka (na marginesie, prof. Friszke oraz G. Motyka, kilkakrotnie już kłamliwie przedstawiają historię rozstania się tego wybitnego skądinąd badacza z IPN, pomawiając mnie, iż byłem sprawcą jego wyrzucenia z pracy. Za pierwszym razem próbowałem polemizować z artykułem Motyki w „Gazecie Wyborczej”, ta jednak po kilku tygodniach zwodzenia, odmówiła mi publikacji sprostowania. Napisałem wówczas e-mail do Motyki, mówiąc mu, że gratuluję wyboru medium, które cenzuruje polemistów, a zatem gwarantuje mu bezkarność. Niestety, mimo tego, po roku bodaj powtórzył swoje pomówienia, a prof. Friszke twórczo je rozwinął w kolejnej swojej filipice anty-IPN-owskiej. Niestety, przy takiej postawie dialog się kończy). W ciągu tych trzech lat BEP IPN, podjęliśmy kilka istotnych projektów, które miały spowodować równowagę w traktowaniu podmiotów polskich (szczególnie poszkodowanych i poranionych środowisk Wołyniaków) zainteresowanych tą tematyką. Krotko rzecz mówiąc dopuściliśmy do głosu Ewę Siemaszko, nie stroniliśmy od kontaktów z dr Lucyną Kulińską, a przede wszystkim współpracowaliśmy z panem Szczepanem Siekierką, itd. Codziennie przyjmowałem w swoim gabinecie ludzie reprezentujących różne środowiska, w tym kombatanckie oraz poranionych przez komunistów, czy też przez współczesnych gwałcicieli polskiej wrażliwości, i widziałem jak bardzo IPN jest im potrzebny. Rozpoczęliśmy prowadzenie projektów badawczych, na czele których – o zgrozo – nie stał tylko i wyłącznie Grzegorz Motyka (oczywiście był koordynatorem ważnego projektu, ale nie jedynego). Tomasz Bereza podjął się koordynacji projektu o stratach osobowych polskich i ukraińskich na Podkarpaciu, z kolei Romuald Niedzielko wspólnie ze mną zorganizował konferencję naukową w 65 rocznice ludobójstwa na Wołyniu. Równocześnie jednak, Grzegorz Motyka zajmował się wraz z m.in. dr Jarosławem Syrnykiem projektami o mniejszościach narodowych, a dr hab. Igor Hałagida pisał o aparacie bezpieczeństwa wobec UPA oraz o ks. Bazylim Hrynyku. Nadto, Mariusz Krzysztofiński koordynował pracę zespołu polsko-ukraińskiego (partnerem jest Uniwersytet Katolicki we Lwowie) na temat represji wobec Kościoła katolickiego trzech obrządków metropolii lwowskiej (1939 – 1990). Pion archiwalny z kolei podjął się wydania – we współpracy z odpowiednikiem IPN w Kijowie – nowej serii edycji źródeł (przy merytorycznym wsparciu BEP IPN). Grzegorz Motyka — jak rozumiem – stracił pozycję monopolisty, więc zechciał sobie odejść. I tyle (nie chcę podawać innych faktów dotyczących relacji polsko-ukraińskich, by nie zanudzać czytelnika). Podobny rozmach towarzyszył wielu innym projektom pod moimi rządami. Prof. Friszke w jednym z artykułów (bodaj w „Gazecie Wyborczej”) był łaskaw stwierdzić, że BEP IPN stroni od kontaktów z innymi historykami, krajowymi i zagranicznymi, stąd – jak rozumiem – termin „historycy IPN”, stał się pojęciem obiektywnym. Otóż, uprzejmie informuję, że dopiero od 2006 r., a nie wcześniej, nastąpiła radykalna zmiana dotycząca współpracy IPN ze środowiskami historyków najnowszych. Prowadzimy kilka, jeśli nie kilkanaście, projektów badawczych (uczestniczy w każdym po 20 i więcej osób), których koordynatorami lub wiodącymi uczestnikami są historycy nie pracujący w IPN. Ich lista jest naprawdę długa: prof. Tomasz Szarota, prof. Piotr Franaszek, prof. Tadeusz Wolsza, prof. Krzysztof Tarka, dr Andrzej K. Kunert, dr Andrzej Chmielarz… ja mogę tak długo. Konferencje naukowe, nabrały niespotykanego wcześniej dynamizmu – tak krajowe jak i międzynarodowe, głównie za sprawą mojego zastępcy (i następcy), dr Łukasza Kamińskiego oraz dr hab. Grzegorza Berendta. Tylko w 2008 r. zorganizowaliśmy 59 konferencji i sesji naukowych, w tym przy współpracy z innymi instytucjami badawczymi (m. in. z tą, w której pracuje prof. Friszke). Dzięki naszej inicjatywie wraz z Instytutem Historii PAN uruchomiliśmy na stronie internetowej bibliografię historii Polski, do tej pory zamkniętą przed szerszym kręgiem odbiorców. Przykładowo, podpisanie umowy z Instytutem Yad Vashem zaowocowało zorganizowaniem dwóch konferencji międzynarodowych na trudne tematy polsko-żydowskie (pierwsza o latach 1967 – 1970 w Polsce i kampanii antysemickiej w PRL). Z kolei, aktywność Łukasza Kamińskiego spowodowała współudział IPN w zorganizowaniu kilku co najmniej konferencji głownie z udziałem historyków z Czech, Słowacji, czy z Niemiec. Niemal w każdym miesiącu czy to w Warszawie, czy to w placówkach Oddziałów IPN, ma miejsce spotkanie, konferencja naukowa, promocja książki, czy też panel dyskusyjny. Projekty badawcze, które rozpoczęliśmy – pod wodzą prezesa IPN – to m.in. aparat bezpieczeństwa wobec dziennikarzy, środowisk naukowych i środowisk twórczych. To także wiele nowych projektów z okresu II wojny światowej, ze szczególnie ważnym: „Straty osobowe i ofiary represji pod okupacją niemiecką”. (Projektów naukowych: centralnych, oddziałowych i indywidualnych, jest w skali kraju k i l k a d z i e s i ą t). W kwestii projektów naukowych kierownictwo IPN ustaliło jedynie pewien tryb postępowania, bez wnikania – rzecz jasna – w pracę merytoryczną naukowców (tę weryfikują recenzenci: zewnętrzny i wewnętrzny, którzy mają wnikliwie „zlustrować” każdą publikację przed wydaniem, a następnie czytelnicy). Koordynator każdego z projektu powinien zorganizować konferencję naukową i wydać materiały pokonferencyjne, przygotować wybór źródeł, jednocześnie pracować z zespołem nad monografią. Niejako „po drodze” cząstkowe wyniki badań winny być umieszczone w „Biuletynie IPN”, bądź w innych periodykach naukowych (nie tylko IPN-owskich, choć w tych przede wszystkim: „Pamięć i Sprawiedliwość”, „Aparat Represji w Polsce Ludowej 1944 – 1989”).

Zdaję sobie sprawę, że krytyka BEP pod rządami Żaryna nie była spowodowana tym dynamicznym rozwojem badań i popularyzacją wyników (o czym niżej). Powyższe fakty miały jedynie – szczególnie ostatnio – zostać przykryte rzekomym konfliktem na linii IPN – Lech Wałęsa, tak jakbyśmy niczym i nikim innym się nie zajmowali. Przykryć prawdę, kłamstwem, to jednak droga prowadząca donikąd w demokratycznym państwie. Dlaczego? Bo społeczeństwo ma prawo wiedzieć, jak faktycznie prezentuje się jedna z ważniejszych instytucji życia publicznego w Polsce. Ci, którzy to poznanie utrudniają, niestety nie przyczyniają się do budowania społeczeństwa obywatelskiego, czyli posiadającego wiedzę. I znów dialog się kończy, gdy celem jednych jest manipulacja, a drugich rozpoznanie rzeczywistości niezaleznie od konsekwencji politycznych, czy środowiskowych, partykularnych). Dlaczego zatem Żaryn tak się naraził. Po pierwsze dlatego, że w ogóle śmiałem przypomnieć, iż istnieje tradycja narodowa, o której wolno pisać pod logo IPN i to pozytywnie. Przy czym, na tle jedynie zasygnalizowanej różnorodności, publikacje dotyczące historii obozu narodowego należały do – delikatnie mówiąc – marginesu naszych działań. Jeden numer „Biuletynu IPN” (na ponad 20) o ruchu narodowym i jedna centralna konferencja naukowa wraz z towarzyszącą jej publikacją o stratach wśród działaczy narodowych w latach 1939 — 1956. Wystarczyło. Do prezesa IPN i do mnie docierały skargi, że IPN stał się „endecki”, a pewna ważna figura międzynarodowa włączyła swój autorytet, by skrytykować IPN za fakt wydania „Biuletynu IPN” o narodowcach (ukazały się także publikacje naukowe anglojęzyczne – de facto z wyzwiskami). I na tym polega tolerancja „centrystów” i „liberałów” w praktyce. Potworne! Trzeba krzyczeć, gdyż takie zabijanie pluralizmu i debaty publicznej w Polsce grozi paraliżem intelektualnym. Naraziłem się także, jak sądzę, tym zwolennikom dialogu polsko-żydowskiego, którzy bardziej wsłuchują się w głos przedstawicieli Żydów, niż w polską pamięć. Instytut Pamięci Narodowej nie może i nie powinien abstrahować od istniejących w społeczeństwie wrażliwości i ran dotyczących relacji polsko-żydowskich, tak z czasów wojny, jak i z trudnego czasu komunizmu. A to oczywiście rodzi konsekwencje, m.in. takie, iż dzięki autorytetowi instytucji państwowej – IPN Polacy nie musieli pozostawać na pozycjach tłumaczących się z rzekomego antysemityzmu. Jedna z ważniejszych debat, które odbyły się za sprawą kolejnej ksiązki Jana T. Grossa „Strach” nie padła na nieprzygotowany grunt odbioru społecznego, m.in. za sprawą IPN. W tym samym czasie wydaliśmy bowiem pracę innego badacza polskiego z USA, Marka Chodakiewicza „Po Zagładzie”. Zwolennicy dialogu jednostronnego, czyli takiego, w którym jedna strona ma się bić w piersi, a druga może bezkarnie rzucać obelgą ad personam – „to jest antysemita”, do dziś nie mogą nam tego wybaczyć. (Nie będę publicznie opowiadał ile obelg i zniewag mnie dotknęło na tym tle, w tym obrażających moją najbliższą rodzinę, wśród której znajdują się osoby ratujące Żydów w czasie II wojny światowej. Obrzydliwe!).

Działalność naukowa, to nie jedyny filar prac Biura Edukacji Publicznej. W latach 2006 – 2009, znów w skali całego kraju, zorganizowaliśmy setki pokazów wystawienniczych (mamy ponad 200 wystaw krążących po Polsce), wśród których szczególnym zainteresowaniem cieszyły się lokalne wystawy pod wspólnym tytułem „Twarze bezpieki”. Chcieliśmy w ten sposób, zgodnie ze słuszną krytyką IPN, mówiącą o tym, że za bardzo zajmujemy się agenturą, pokazać rzeczywistych sprawców zła. Jak się okazało, wśród tych twarzy znajdowali się beneficjenci III RP. Wywołało to lawinę skutków, które – dziwnym trafem – nie zainteresowały dziennikarzy. „Głuche telefony” z pogróżkami do pracowników IPN, łamanie paneli dokonywane w nocy „przez nieznanych sprawców”, itd. „Ofiary stanu wojennego”, „Akcja AB – Katyń”, „Wygnańcy”, czy ostatnie hity: „Witold Pilecki” oraz „Stefan Korboński”, to tylko niektóre przykłady z setki innych dzieł wystawienniczych opracowanych przez pracowników BEP IPN.

Skąd taki rozmach w funkcjonowaniu IPN? Otóż, w latach 2006 – 2009, ci sami ludzie pracujący w IPN często od początku istnienia tej instytucji zostali obdarzeni nowymi narzędziami, spośród których najważniejszym jest „decentralizacja”. Widać to szczególnie na przykładzie działań edukacyjnych i wydawniczych BEP IPN. Do 2006 r. wydawaliśmy rocznie kilkadziesiąt pozycji książkowych, z kolei w 2008 r. było ich blisko 160 – co najmniej trzy razy więcej. Staliśmy się jednym z najważniejszych wydawnictw naukowych w Polsce. Centrala BEP, z dyrekcją na czele, utrzymała nadzór merytoryczny i techniczno-redakcyjny nad każdą pozycją wydawaną pod logi IPN. Jednakże każdy oddział został zobligowany do wydania książek równolegle tzw. „ścieżką oddziałową”, a nadto do wchodzenia w koedycję z zewnętrznymi partnerami. W ten sposób potencjał twórczy pracowników IPN oraz kooperujących z nim naukowców „zewnętrznych” został lepiej zagospodarowany. Z kolei działania edukacyjne do 2006 r. adresowane były głównie do tych nauczycieli, którzy chcieli do nas dotrzeć i z BEP-em współpracować (szkolenia, wykłady, id). Po 2006 r. zachowując ten model współpracy, równocześnie rozwinęliśmy zupełnie nowy, polegający na „narzucaniu się” wszystkim możliwym środowiskom oświatowo-wychowawczym. Kilkudziesięciu edukatorów nie było bowiem w stanie dotrzeć do ponad 12 tysięcy szkół gimnazjalnych i ponadgimnazjalnych w Polsce, i je obsłużyć; nie było w stanie przeprowadzić więcej niż jedną, dwie lekcje tygodniowo w wybranych szkołach. Zmiana polegała m.in. na tym, że wyedukowaliśmy kolejnych edukatorów (nauczycieli zewnętrznych), którzy lekcje IPN-owskie wykładają do dziś w szkołach całej Polski; szeroka oferta edukacyjna IPN (w tym głównie „Teki edukacyjne”, fragmenty filmów z opisem historycznych oraz „Biuletyn IPN”) wyprodukowana w kilkunastu tysiącach egzemplarzy dotarła do wszystkich szkół w Polsce (jedynie „Biuletyn IPN” od lipca 2008 r. nie dociera do wszystkich szkół, za co publicznie przepraszam; winą za to należy jednak obarczyć panią minister Katarzynę Hall, która odrzuciła ofertę dalszej współpracy z IPN na dotychczasowych warunkach). Uznaliśmy także, że do młodzieży należy docierać poprzez sprawniejsze wykorzystanie nowych technologii, stąd IPN ma tak bogatą stronę internetową (WWW. ipn. gov. pl), na której m.in. internauci odnajdą całą serię portali historycznych (z ostatnich warto przypomnieć o ks. Jerzym Popiełuszce, czy też o Stefanie Korbońskim). Promujemy także kolejne filmy fabularne, których poziom merytoryczny jest przez nas oceniany pozytywnie (Katyń, A. Wajdy, Popiełuszko, R. Wieczyńskiego, czy też Fieldorf, R. Bugajskiego).

Podane wyżej przykłady aktywności BEP-u i całego Instytutu, to tylko wierzchołek góry lodowej, sygnalizujący bogactwo oferty historycznej kierowanej przez tą instytucję do społeczeństwa (głownie do młodzieży). Jeśli w tym państwo dostrzegają działania „szkodników Polski”, jak nas określił wicemarszałek Stefan Niesiołowski, ostatnio w „kropce nad i”, „popłuczyn endeckich”, jak nas nazwał marszałek sejmu Bronisław Komorowski, czy też historyków gorszych od NKWD-zistów, jak raczył nas przyrównać prezydent Lech Wałęsa, „Instytutu Kłamstwa Narodowego” – to z kolei prawdomówny Aleksander Kwaśniewski, to proszę nas rozwiązać. Jeśli nie – to może jednak, znajdzie się silne lobby (np. niezależnych intelektualistów: naukowców, dziennikarzy, itd.), które zmusi przyszłych autorów kłamstw, pomówień oraz chamskich wypowiedzi do przeprosin, bądź milczenia, a dyskusję o IPN-ie ustawi na właściwych torach. Polakom to się należy.

Rzeczpospolita


http://www.rp.pl/artykul/9133,297804_Zaryn__Przykrywanie_prawdy_klamstwem__.html


Ostatnio zmieniony przez Administrator dnia Wto Maj 05, 2009 8:11 am, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Sylwia



Dołączył: 08 Gru 2016
Posty: 67

PostWysłany: Czw Gru 08, 2016 3:08 pm    Temat postu: Forumoteka.pl Odpowiedz z cytatem



Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
Administrator
Site Admin


Dołączył: 04 Maj 2008
Posty: 9116

PostWysłany: Wto Maj 05, 2009 8:07 am    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Cytat:

Kto kogo wyklucza?
Andrzej Friszke 04-05-2009,

Emocje Jana Żaryna wyrażone w artykule „Przykrywanie prawdy kłamstwem” („Rz” z 29.04.2009) są tak wielkie, że bardzo utrudniają merytoryczną dyskusję. Jak twierdzi, to ja dokonałem „wykluczenia”, a zatem „kończy się możliwość dialogu”. Dokonuję tych niecnych czynów jako przedstawiciel „liberalnego centrum”, które – jak rozumiem – dominowało w IPN do 2006 r. i „chcę wziąć odpowiedzialność za całą przestrzeń demokratycznego państwa”. Aby odpowiednio pokazać grozę owego „liberalnego centrum”, Żaryn przypomina nazwiska innych wykluczonych – literatów i pisarzy – w PRL. Tym samym staję się prawie spadkobiercą stalinistów i uczestnikiem rozgałęzionego spisku.

Kto kogo wyklucza, o tym niżej. Zacznijmy jednak od dr. hab. Żaryna, który sam zaznacza, że pracuje w IPN od 2000 r. i pod rządami „liberalnego centrum” mógł prowadzić swoje badania. Zajmował się m.in. powojenną historią podziemnego Stronnictwa Narodowego. Pracy wprawdzie nie ukończył, ale gdyby książkę napisał, to z pewnością wydałby ją pod „logo IPN”. I to mimo ostrych rozbieżności ocen i poglądów, które nie były tajemnicą.

Miałem okazję ostro polemizować z Żarynem na temat powojennej historii Kościoła („Pamięć i Sprawiedliwość” 2005, nr 1), ale wówczas możliwość dialogu się nie kończyła, choć był on bardzo trudny. Wcześniej nie przysłużyłem się „wykluczeniu” Żaryna jako recenzent jego pracy habilitacyjnej, choć miałem i mam do niej wiele uwag krytycznych.

Skoro Żaryn pisze o „wykluczeniu”, trzeba zapytać, jak to się stało, że z BEP pod jego rządami musieli odejść prawie wszyscy doktorzy promowani przez prof. Tomasza Strzembosza. Dotyczy to nie tylko dr. hab. Grzegorza Motyki (którego Żaryn nie dopuścił do udziału w konferencji naukowej, rzecz bez precedensu w wolnej Polsce), ale całego rzędu wybitnych badaczy, specjalistów epoki lat 40. Odchodzili, bo czuli się zmuszeni do odejścia, poddani różnego rodzaju szykanom. Może zechcą sami zabrać głos na ten temat. Można zapytać, dlaczego kilku świetnych badaczy zatrudnionych w IPN, choć nadal tam pracuje, usunęło się w cień. Nazwisk nie wymienię, by im nie szkodzić.

Prawicowe przechylenie IPN

Profesor Żaryn szeroko przedstawia dorobek IPN wyrażający się w liczbie książek i konferencji, organizowanych także we współpracy z innymi ośrodkami naukowymi. Trudno zaprzeczyć, że te książki wyszły i konferencje się odbyły. Nie jest jednak tajemnicą, że niektóre z nich (np. „PZPR jako machina władzy”, „Europa Środkowo-Wschodnia w zimnej wojnie”) nie spotkały się z żadnym zainteresowaniem ogromnej większości historyków z IPN, choć przynosiły potężną dawkę wiedzy o całej epoce.

Podawane liczby wydanych książek są przesadne, obejmują pozycje różnej wartości, także wyraźnie słabe. Z pewnością kilkadziesiąt książek wydanych w ostatnich latach zostanie na trwałe w dorobku polskiej historiografii. To dobrze, że powstały i zostały wydane, ale też trudno się dziwić, że liczba wydanych pozycji wzrosła, skoro budżet IPN, który niegdyś wynosił około 100 mln zł, wzrósł w ostatnich latach do ok. 200 mln.

Liczne książki, konferencje i wystawy są zasługą wielu zatrudnionych w IPN historyków, także zajmujących odpowiedzialne stanowiska. Nigdy nie twierdziłem, że IPN nie robi rzeczy pożytecznych i nie pracują w nim również wspaniali badacze. Twierdzę jednak, że IPN mocno przechylił się na prawą burtę i jeśli się nie wyprostuje, to grozi mu zatonięcie.

Instytut jest bowiem głównym narzędziem tworzenia polityki historycznej współczesnej Polski, o czym przekonuje sam Żaryn, wykazując rozległość prowadzonych prac, oddziaływania na świat naukowy, na szkoły i nauczycieli. Komu wiele dano, od tego wiele się będzie wymagać.

Jeśli IPN uczy Polaków najnowszej historii w większym stopniu niż szkoły, gdzie historii powojennej właściwie w ogóle się nie wykłada, to trzeba pytać, czego i jak uczy. A także wspomnieć wielkie kampanie publicystyczne, które pracownicy IPN wywołali. Te ostatnie mocniej ukształtowały obraz IPN niż bardzo specjalistyczne – nieliczne przecież – monografie i o wiele liczniejsze wybory dokumentów źródłowych.

Gdzie są publikacje o PSL

Wątpliwą zasługą tych kampanii jest upowszechnienie w społeczeństwie polskim przekonania, że Lech Wałęsa to „Bolek”, a nie przywódca Sierpnia i „Solidarności”, bo o pozytywnej roli Wałęsy w polskich zmaganiach lat 80. w IPN głucho. Czytelnik publikacji IPN nie zauważa także, by dla tej instytucji państwowej znaczącą datą był rok 1989. Rocznicę Okrągłego Stołu obchodzono w milczeniu, zobaczymy, jak będzie z wyborami czerwcowymi. Zaczekajmy, może w adresowanym do szkół „Biuletynie” dacie odrodzenia wolnej Polski zostanie oddana sprawiedliwość.

Od lat upominam się, by w IPN zwrócono należną uwagę na wielki ruch przeciwstawienia się dyktaturze komunistycznej, jakim było mikołajczykowskie Polskie Stronnictwo Ludowe. W odpowiedzi słyszę półprawdy, że gdzieś w terenie wyszła jakaś monografia regionalna, że ukazała się książka o kolektywizacji w następnym dziesięcioleciu itp. Pytam więc wprost: dlaczego nie opublikowano niczego i nie przypomniano przywódców PSL zamordowanych w 1945 r. – Narcyza Wiatra, Władysława Kojdera, Bolesława Ścibiorka? Dlaczego nikt nie pochyla się nad takimi postaciami, jak Stanisław Mierzwa, Jan Witaszek, Franciszek Kamiński, Kazimierz Nadobnik, Mieczysław Kabat i wielu innych, którzy organizowali opór przeciw dyktaturze i zapłacili za to więzieniami?

Dlaczego IPN nie wznowił wydanej pod redakcją Władysława Bartoszewskiego publikacji drugiego obiegu z roku 1981 zawierającej protokoły dyskusji w latach 1945 – 1946 w najwyższym gremium kierowniczym PSL? Dlaczego nie wznowiono biografii Stanisława Mikołajczyka napisanej przez prof. Andrzeja Paczkowskiego? Dlaczego nie ukazano – choćby wyborem dokumentów – łamania PSL w latach 1946 – 1947 przez UB? Byłaby to historia pasjonująca, dziś nieznana, ale bardziej ucząca historii tego okresu niż kolejny przyczynek do dziejów kolejnego oddziału partyzanckiego.

Głucho o WiN

Dlaczego wreszcie, choć tylu historyków pracuje nad dziejami powojennego podziemia, nadal podstawową monografią o Zrzeszeniu Wolność i Niezawisłość jest książka Zygmunta Woźniczki wydana 17 lat temu? Dlaczego nie ma popularnych nawet biografii komendantów WiN?

Dlaczego IPN lekceważy dorobek innych historyków, np. Zygmunta S. Siemaszki, którego wydana w 1982 r. w Londynie monografia „Narodowe Siły Zbrojne” z pewnością godna jest przypomnienia współczesnemu czytelnikowi. Wspomnieć monografię Krystyny Kersten „Narodziny systemu władzy 1943 – 1948” (podziemna „Krytyka” 1984, Paryż 1986) aż się boję, bo Piotr Gontarczyk uznał ją niedawno (w „Rzeczpospolitej”) za produkt peerelowskiej propagandy.

Trudno odpowiedzieć na te pytania inaczej niż tak, że promowane są mikrografia i proste zbiory źródeł, bo pozwala to ominąć trudne pytania i problemy, przed którymi stawali wymienieni ludzie i ich organizacje. Wymagałoby to głębszego namysłu nad epoką, którego nie da się zamknąć w czarno-białym schemacie.

Haniebna spuścizna narodowców

Zarzuca mi wprost Żaryn, że „wykluczam” go jako narodowca, który o narodowcach chce pisać dobrze. Zachęcam do powtórnego przeczytania drugiego akapitu oraz dodaję. Publicystyka obozu narodowego lat 40. wykładała potrzebę ustanowienia w Polsce rządów jednej ideologii i jednej organizacji „narodowej”, a więc dyktatury, mówiąc wprost, totalistycznej. Zmaganie się endeckich totalistów z endekami akceptującymi – mniej lub bardziej szeroki – pluralizm jest jednym z głównych wątków historii tego obozu. Zamazywanie tej prawdy jest fałszowaniem historii.

W ideologii „obozu narodowego” jednym z naczelnych założeń był antysemityzm, który upowszechniano w tysiącach artykułów, na wiecach, walcząc o getto ławkowe i odmawiając polskości Polakom żydowskiego pochodzenia. Kampanii przeciw Żydom nie zaniechano do 1944 r., głosząc m.in. program przymusowej emigracji z Polski „niedobitków”. Zmierzenie się z tą haniebną spuścizną jest konieczne, by rozsądnie rozmawiać o Stronnictwie Narodowym czy Narodowych Siłach Zbrojnych. Zakrzyczenie problemu przez wylansowanie za państwowe pieniądze wątpliwej naukowo książki Marka Chodakiewicza służyło tylko zamazywaniu rzeczywistości.

Tak zatroskany o tradycję SN Jan Żaryn nie znalazł jednak możliwości – a szkoda – by udostępnić czytelnikom dokumentację do historii podziemnego SN, tragicznej sprawy Adama Doboszyńskiego, dramatycznych losów Włodzimierza Marszewskiego czy Tadeusza Macińskiego itd. Głębsze wniknięcie w problem powojennych losów endeków kazałoby się jednak też pochylić nad wyborami tych, którzy zdecydowali się na współdziałanie z władzą w Ministerstwie Ziem Odzyskanych czy Instytucie Zachodnim. No cóż, wtedy zostałby złamany czarno-biały schemat, a to nie byłoby pedagogiczne.

„Glaukopis” i afirmacja zbrodni

W kręgu prof. Żaryna, w piśmie „Glaukopis”, którego naczelnymi redaktorami są odpowiedzialni pracownicy IPN, czytamy we wstępie podpisanym „Redakcja”: „Żyjemy w czasach, gdy relatywizm moralny atakuje różne sfery naszego życia. Nie pozostały wolne od tej plagi również nauki historyczne. (...) Tylko mało kto zdaje sobie sprawę, że autorzy tego rodzaju publikacji, wykształciuchy uformowane w dusznej atmosferze PRL-owskiego kołchozu, żałośni plagiatorzy i propagatorzy dekonstruktywistycznych teorii (...) Jednak ich gnijący fetor zatruwa umysły ludzi wszędzie tam, gdzie nie udało się oczyścić Akademii z upiorów przeszłości...”.

Uff. Cóż za język? I kto tu kogo „wyklucza”?

W tym piśmie Sebastian Bojemski opublikował artykuł, w którym atakuje Biuro Informacji i Propagandy Komendy Głównej AK: „Nawet bez otwierania sowieckich archiwów widać, że działania [Jana] Rzepeckiego, [Aleksandra] Kamińskiego, [Jerzego] Makowieckiego w kilku istotnych kwestiach (...) były w interesie wrogów Polski”.

A zatem mord dokonany na Makowieckim, wysoko postawionym oficerze Komendy Głównej AK przez cały okres wojny, byłym oficerze wywiadu w roku 1920, przywódcy Stronnictwa Demokratycznego, a także na doc. Ludwiku Widerszalu, to „dbałość o porządek społeczny oraz zwalczanie sowieckiej penetracji wywiadowczej i ideologicznej”. Nic to, że autor nie ma żadnych dowodów na podważenie patriotyzmu i uczciwości Widerszala i Makowieckiego, który był demokratą i starał się myśleć politycznie w tragicznej dla sprawy polskiej sytuacji 1944 roku. Autor jasno daje do zrozumienia, że podobny los powinien był spotkać innych wymienionych.

„Można zatem przyjąć tezę, że została podjęta (...) akcja prewencyjna”. Tak właśnie rozumowali różni – nie wszyscy – działacze NSZ: lepiej zabijać lewicowców (w tym nieraz także socjalistów czy ludowców), niż dać im okazję do zdrady w przyszłości. Był to pierwszy od dziesięcioleci znany mi tekst zawierający afirmację morderstw politycznych i stawki na wojnę domową między Polakami.

Problemem Jana Żaryna jest to, że zagadnięty w tej sprawie jako dyrektor Biura Edukacji Publicznej IPN przez Adama Leszczyńskiego („Gazeta Wyborcza”) nie odciął się od tej publikacji pisma, w którego radzie programowej figuruje, a wręcz wykazał zrozumienie dla tych poglądów. I przez wiele miesięcy nie znalazł czasu, by do tej sprawy powrócić w sposób godny wysokiego urzędnika państwa polskiego.

Jeśli mamy do czynienia z instytucją, która stara się zbudować świadomość historyczną współczesnych pokoleń Polaków, to należy oczekiwać, że będzie to robione z maksymalną starannością, świadomością wielowątkowości polskich losów, a nie będzie służyło promowaniu nurtów ekstremalnych i usuwaniu w cień zapomnienia organizacji i wydarzeń kluczowych. A uczenie historii oraz państwowych i narodowych tradycji będzie polegało na budowaniu zrozumienia dla trudnej przeszłości, a nie wykoślawianiu jej obrazu, pomijaniu ważnych wątków. Czy nawet wybielaniu zbrodni, jeśli ich sprawcami byli „nasi”.

Autor jest profesorem historii. Specjalizuje się w zakresie historii najnowszej. W 1981 r. pełnił funkcję redaktora działu historycznego w „Tygodniku Solidarność”. Wchodził też w skład kolegium redakcyjnego związanego z opozycją pisma „Głos Wolny Wolność Ubezpieczający”. Od 1982 r. kieruje działem historycznym miesięcznika „Więź”. Od 1990 r. pracuje w Instytucie Studiów Politycznych PAN. W 1999 r. z rekomendacji Unii Wolności został powołany w skład Kolegium Instytutu Pamięci Narodowej. W 2007 r. z ramienia Platformy Obywatelskiej ponownie był kandydatem na to stanowisko, ale nie został wybrany

Rzeczpospolita


http://www.rp.pl/artykul/9157,300302_Friszke__Kto_kogo_wyklucza_.html
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Administrator
Site Admin


Dołączył: 04 Maj 2008
Posty: 9116

PostWysłany: Wto Maj 05, 2009 8:09 am    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Cytat:
Wizja uproszczona i przeinaczona
Grzegorz Motyka 05-05-2009,

Jan Żaryn twierdzi, że odszedłem z IPN z powodu urażonych ambicji. Tego typu sugestie trudno uznać za eleganckie. Gorzej, iż są zwyczajnie niezgodne z prawdą – pisze historyk

Z prawdziwym zdumieniem przeczytałem artykuł Jana Żaryna „Przykrywanie prawdy kłamstwem” („Rzeczpospolita” z 29.04.2009). Wynika z niego, iż złamanie mojego rzekomego monopolu na badanie stosunków polsko-ukraińskich w IPN dyrektor Żaryn uważa za jeden z większych sukcesów swojej pracy na stanowisku dyrektora Biura Edukacji Publicznej.

Autor, kreśląc w artykule demoniczną wizję „zakłamanych centrowych liberałów”, siłą rzeczy musiał się uciec nie tylko do uproszczeń, ale również przekłamań i przeinaczeń, a w internetowej wersji tekstu wręcz zwykłych kłamstw. Sprostowanie ich wszystkich wymagałoby napisania obszernego oddzielnego artykułu, dwóch rzeczy nie mogę jednak pozostawić bez komentarza.

Racja stanu ważniejsza od cierpienia

Nie rozumiem, co autor ma na myśli, pisząc o dominacji w latach 2000 – 2006 „jednej opcji historyczno-ideowej”, której miałem być „znakiem firmowym”. W konferencjach dotyczących problematyki polsko-ukraińskiej organizowanych przez IPN do 2005 r. wzięło udział kilkudziesięciu wybitnych historyków o bardzo różnych poglądach, m.in. prof. Władysław Filar (były żołnierz 27. Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK) czy prof. Grzegorz Mazur z UJ, dwukrotnie uczestniczyła w nich też (w 2001 r. w Lublinie i w 2003 r. we Wrocławiu) Ewa Siemaszko, którą jakoby dopiero Jan Żaryn dopuścił do głosu.

Być może zdymisjonowany dyrektor Biura Edukacji Publicznej IPN ma na myśli zasadę obowiązującą do 2006 r. w działaniach edukacyjnych Instytutu, że nie należy usprawiedliwiać zadawania cierpień bezbronnej ludności niezależnie od tego, jakiej by była narodowości. Dlatego w publikacjach IPN mówiono zarówno o masowych mordach na Polakach na Wołyniu i w Galicji Wschodniej w latach 1943 – 1945, jak i o przymusowych wysiedleniach Ukraińców i Łemków w 1947 r. Potępiano mającą charakter ludobójstwa „antypolską akcję UPA”, ale też akcję „Wisła”, przeprowadzoną na polecenie Biura Politycznego PPR i będącą typowym przykładem zbrodni komunistycznej.

Po objęciu stanowiska dyrektora BEP IPN przez Jana Żaryna z tego drugiego założenia zrezygnowano. Zdaniem Żaryna, jak rozumiem, można usprawiedliwiać przymusowe wysiedlenia narodową racją stanu. Moim zdaniem, w ten sposób relatywizuje się zbrodnie komunistów tylko dlatego, iż wywózki z Lubelszczyzny i Bieszczadów dotyczyły obywateli RP narodowości innej niż polska. Ot, i cała różnica między nami.

Jan Żaryn twierdzi, że odszedłem z IPN z powodu urażonych ambicji. Tego typu sugestie trudno uznać za eleganckie, gorzej, iż są zwyczajnie niezgodne z prawdą. Pragnę oświadczyć, iż na początku 2007 r. dyrektor BEP IPN Jan Żaryn naciskał na organizatorów konferencji na temat akcji „Wisła”, by zrezygnowali z poproszenia mnie o wygłoszenie referatu. Od spełnienia tego warunku uzależniał współorganizowanie tej sesji przez IPN. Kiedy po kilku tygodniach organizatorzy konferencji (Południowo-Wschodni Instytut Naukowy w Przemyślu i Związek Ukraińców w Polsce) podtrzymali zaproszenie dla mnie, wówczas Żaryn wycofał IPN z listy współorganizatorów. Zainteresowanych pracowników Instytutu poinformowano, iż nie mogą na sesji wystąpić „pod flagą IPN”.

Praktyki godzące w wolność słowa

Naciski dyrektora Żaryna na organizatorów konferencji odebrałem i odbieram jako próbę ograniczenia mojego prawa do swobodnego głoszenia wyników badań naukowych (podobnie odebrałem wprowadzony w IPN na początku 2006 r. zakaz wypowiadania się na temat wymordowania kilkuset Ukraińców w Pawłokomie, tuż przed spotkaniem w tej wsi prezydentów Lecha Kaczyńskiego i Wiktora Juszczenki, co w sposób oczywisty godziło w zwolenników tych uroczystości). Dlatego, na znak sprzeciwu przeciwko takim praktykom godzącym w wolność słowa, w przeddzień rozpoczęcia konferencji, 27 kwietnia 2007 r., złożyłem wymówienie z pracy w IPN.

Przykro mi, iż dyrektor Jan Żaryn, tak chętnie publicznie wypowiadający się na temat potrzeby głoszenia prawdy, wtedy kiedy chodzi o ocenę własnych poczynań, nie potrafi spojrzeć tej prawdzie w oczy.

Autor jest historykiem. Specjalizuje się w tematyce ukraińskiej. Pracuje w Instytucie Studiów Politycznych PAN. Do 2007 r. był również pracownikiem Biura Edukacji Publicznej IPN


http://www.rp.pl/artykul/9157,300662_Wizja_uproszczona__i_przeinaczona_.html
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Administrator
Site Admin


Dołączył: 04 Maj 2008
Posty: 9116

PostWysłany: Wto Maj 12, 2009 12:34 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Cytat:

Atak niesprawiedliwy i niecelny
Wojciech Muszyński 12-05-2009,

W swojej polemice z prof. Janem Żarynem pt. „Kto kogo wyklucza” („Rzeczpospolita” z 4.05.2009 r.) prof. Andrzej Friszke dużo miejsca poświecił atakowi na kwartalnik „Glaukopis”, pomawiając nas o afirmację zbrodni.

Wobec wagi tego zarzutu postanowiliśmy zabrać głos, choć pierwotnie nasza redakcja nie była stroną tej polemiki. Nie jest naszym celem bronić prof. Żaryna – zrobi on to doskonale sam, bez naszej pomocy. Chcieliśmy tylko wyjaśnić, że jako członek rady naukowej „Glaukopisu” nigdy nie próbował cenzurować zawartości pisma ani wpływać na treść artykułów wstępnych pisanych przez członków redakcji. Był też niezmiennie otwarty na pluralizm materiałów ukazujących się w „Glaukopisie”.

Nowe, ważne ustalenia

To zdumiewające, że prof. Friszke odniósł do siebie akurat te fragmenty wstępu jednego z numerów „Glaukopisu”, które traktują o „wykształciuchach uformowanych w dusznej atmosferze peerelowskiego kołchozu, żałosnych plagiatorach i propagatorach dekonstruktywistycznych teorii”. Dalej piszemy też o „kulturmacherach” i propagandystach. Czyżby to było nietrafne określenie komunistycznych „historyków” i tych, którzy takiej „metodologii” hołdują, a dziś podlewają ją sosem postmodernizmu i moralnego relatywizmu – równając katów z ofiarami?

Profesor Friszke jest znanym historykiem opozycji (KORowskiego „salonu”), która – jak się wydaje – walczyła o wolność i likwidację tegoż „peerelowskiego kołchozu”. To, że jeden z głównych jego bohaterów, Lesław Maleszka, okazał się obrzydliwym donosicielem, nie jest niczyją winą, a tym bardziej pana profesora. Może zatem, zamiast mówić, jakie książki ma wznawiać IPN, sam profesor Friszke opracowałby na nowo swoją „Opozycję polityczną w PRL 1945 – 1980”, uzupełnioną o nowe ustalenia IPN. Dzięki otwarciu komunistycznych archiwów wiedza powiększa się w tempie geometrycznym. Warto, aby najnowszy dorobek nauki odzwierciedlały prace prof. Friszkego.

Weźmy sprawę opublikowanego w „Glaukopisie” artykułu Sebastiana Bojemskiego o likwidacji Ludwika Widerszala i Jerzego Makowieckiego, wysoko postawionych funkcjonariuszy Biura Informacji i Propagandy AK, na który zwrócił uwagę prof. Friszke. Dziwi, że reakcja nastąpiła ponad dwa lata po opublikowaniu tekstu. Co więcej, interpretacja odkryć Sebastiana Bojemskiego jest całkowicie niecelna.

Chciał oddać Polskę Sowietom

Profesor Friszke uważa, że inkryminowany artykuł był atakiem na cały BiP – skądinąd zasłużoną instytucję podziemną – a nie jedynie wskazaniem szkodliwości niektórych jej funkcjonariuszy. Ich nazwiska, gwoli przypomnienia, to: Jan Rzepecki, Aleksander Kamiński i Jerzy Makowiecki. To oni mieli podejmować działania, które nie służyły sprawie polskiej, a raczej były na rękę jej wrogom. Chodzi o tak istotne kwestie, jak próba zbojkotowania (przez wyżej wymienioną grupę wpływowych oficerów AK kierowaną przez gen. Tadeusza Komorowskiego „Bora”) akcji scaleniowej Sił Zbrojnych w Kraju oraz działalności antykomunistycznej.

Wiele uwagi poświęca prof. Friszke patriotycznej przeszłości Ludwika Widerszala, wymieniając np. jego zasługi w wojnie z bolszewikami. Nasuwa się nieodparcie skojarzenie, że Zygmunt Berling czy gen. Żymierski byli nie mniej zasłużonymi uczestnikami wojny 1920 r., tylko czy należy się tym sugerować, gdy rozpatrujemy sytuację z roku 1944? Nie należy też, jak czyni to prof. Friszke, mieszać pojęć, albowiem fakt, że Widerszal należał do Stronnictwa Demokratycznego, nie oznacza samo przez się, że był demokratą. Wręcz przeciwnie – to stronnictwo, jako jedno z pierwszych polskich środowisk politycznych, uznało uzurpatorskie rządy PKWN i włączyło się do budowania komunizmu w Polsce.

Twierdzenie, że Bojemski, omawiając sprawę zabójstwa Widerszala, pochwalał ten fakt, jest nieporozumieniem. Jego tezą było jedynie to, że należy zbadać historię BIP KG AK raz jeszcze. Szczególnie, że ocena działalności tej instytucji ze strony kontrwywiadu KG AK nie była tak jednoznaczna, jak twierdzi prof. Friszke. Opisując wojenną działalność Rzepeckiego i jego podwładnych, oficer kontrwywiadu AK apelował do przełożonych, żeby zechcieli: „(…) zadać sobie trud i zbadać dokładnie personalia i przeszłość kilkunastu (sic!) osób zajmujących czołowe stanowiska w BiP (…)”.

Warto jeszcze dodać, że Jerzy Makowiecki postulował na wiosnę 1944 r. oddanie połowy Polski pod okupację sowiecką. Ten postulat nie znalazł poparcia w żadnym innym znaczącym środowisku politycznym Polskiego Państwa Podziemnego ani też w żadnym niepodległościowym stronnictwie czy strukturze wojskowej. Jednym słowem, w tym względzie Makowiecki odszedł z niepodległościowego mainstreamu. O tym, jak „ciekawa” musiała być działalność tego schowanego w strukturach BIP środowiska, niech świadczy fakt, że znalazło się ono w sferze zainteresowania kilku struktur kontrwywiadowczych AK: centralnej i KW Obszaru Warszawskiego.

Nie za pochodzenia, lecz za komunizm

Profesor Friszke twierdzi, że tylko niektórzy członkowie NSZ wyznawali pogląd, iż w ramach antykomunistycznej akcji prewencyjnej „lepiej zabijać lewicowców (w tym nieraz także socjalistów czy ludowców), niż dać im okazję do zdrady w przyszłości”. Wojna i okupacja, szczególnie tak brutalna jak ta w wydaniu sowieckim czy niemieckim, zagrażająca fizycznemu istnieniu narodu jako całości, to nie jest najlepszy czas na pielęgnowanie zasad tolerancji i wolności słowa wobec ukrytych wrogów i kolaborantów. Takie były tragiczne realia. I tak rozumowali nie tylko działacze NSZ, ale również Stronnictwa Pracy: Witold Bieńkowski, funkcjonariusze Delegatury Rządu: szef bezpieczeństwa Tadeusz Myśliński, działacze harcerscy: hm RP Henryk Glass i wiele innych osób, dla których komunizm nie był ciekawym eksperymentem modernizacyjno-egalitarnym, tylko zbrodniczym totalitaryzmem.

Ciekawe, jak w tym kontekście wyglądałby komentarz prof. Friszkego do fragmentu wspomnień Jana Rzepeckiego: „(kadra oficerska AK jest) bądź nastrojona konserwatywnie, bądź wreszcie o światopoglądzie wręcz reakcyjnym. Ta kadra słabo nadaje się na rewolucyjno-powstańczych dowódców, którzy muszą być zarazem przywódcami walczących w AK rzesz chłopskich i robotniczych. (…) Kto konieczności tej przemiany nie rozumie, powinien być natychmiast usunięty z każdego stanowiska kierowniczego”. Oto oficer AK kierujący niezwykle ważnym pionem propagandy występuje przeciwko swojemu dowództwu. I kto zatem chciał rozbijać konspirację i wywoływać wojnę domową? Kto chciał niszczyć dorobek Polskiego Państwa Podziemnego? Okazuje się, że subtelni ludzie „liberalnego centrum”.

Bojemski nigdzie nie odniósł się do faktu zastrzelenia Makowieckiego i Widerszala. W przywoływanym przez prof. Friszkego tekście znalazł się natomiast następujący passus: „Kwestia środków podjętych do zwalczania środowisk komunistycznych i komunizujących to temat na osobny artykuł o etycznych aspektach czynnego antykomunizmu”. Tym jednak, czym autor się zajął, była analiza motywacji osób, które zdecydowały o wyroku. Notabene w najnowszym numerze „Glaukopisu” odniesiemy się do tego wątku.

Przez dziesięciolecia powtarzano, że Ludwika Widerszala zastrzelili NSZ-owcy, choć żona, która była świadkiem, wiedziała, że to nie był NSZ, tylko oddział AK. Przez dziesięciolecia powtarzano, że Ludwika Widerszala zastrzelono ze względu na żydowskie pochodzenie, mimo że w tradycji rodzinnej przechowała się informacja, iż to było „za komunizm”! (Według rodziny była to straszliwa pomyłka). Jednak nigdy nie słyszeliśmy głosu prof. Andrzeja Friszkego, który w imię rzetelności naukowej prostował te fałszywe informacje. Może tego nie wiedział. Może nie badał tej historii. Ale skoro nie badał i nie wie, to powinien wstrzymać się z sądami na temat sprawy BIP.

Autor jest redaktorem naczelnym kwartalnika społeczno-historycznego „Glaukopis”. Wypowiada się w imieniu całej redakcji


http://www.rp.pl/artykul/2,304070_Muszynski__Atak_niesprawiedliwy__i_niecelny.html
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Sylwia



Dołączył: 08 Gru 2016
Posty: 67

PostWysłany: Czw Gru 08, 2016 3:08 pm    Temat postu: Forumoteka.pl Odpowiedz z cytatem



Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
Administrator
Site Admin


Dołączył: 04 Maj 2008
Posty: 9116

PostWysłany: Czw Maj 14, 2009 9:12 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Cytat:

Walka na insynuacje i pomówienia
Jan Żaryn 13-05-2009,

Nie chcę dłużej odpowiadać na zarzut, że jestem narodowcem. Takie ustawianie mojej osoby przez Andrzeja Friszkego nazywam operacją wstępną służącą wykluczaniu mnie z grona naukowców, którym wolno w Polsce pełnić funkcje publiczne.

Polemika z tekstami, których autorzy próbują usilnie ominąć sedno sprawy, jest trudna. By utrzymać jako taki poziom repliki, trzeba ominąć fragmenty nienadające się do komentarza albo zniżać się do poziomu szanownego polemisty. Oto krótkie przykłady tego, o czym piszę.

Prof. Andrzej Friszke doskonale wie, jakie książki są wydawane w IPN, a zatem świadomie myli czytelnika, pisząc, iż pomijamy w publikacjach Instytutu temat Zrzeszenia WiN (zob. np. „Biuletyn IPN” poświęcony tylko Zrzeszeniu WiN) czy też historię ruchu ludowego (zob. album o Stefanie Korbońskim, a za chwilę kolejne pozycje).

Wie także, że insynuacja, jakoby z mojego powodu odeszli z pracy uczniowie prof. Tomasza Strzembosza, jest chybiona. Tym niemniej pisze – co jest dla mnie obraźliwe – że wyrzucałem ludzi z pracy według tegoż właśnie klucza (to samo czyni Grzegorz Motyka).

"Wrażliwość współczesnych Ukraińców jest mi bliska, ale nie na tyle, bym zapomniał o polskiej"

W rzeczywistości każdy przypadek należałoby opisać indywidualnie (część odeszła z IPN, bo otrzymała lepszą ofertę pracy; inni nadal są w IPN, i to na wysokich stanowiskach itd.). Dla czytelnika nie są to historie ani zajmujące, ani wnoszące cokolwiek do debaty publicznej na temat działalności IPN. Wie o tym także prof. Friszke, a zatem sobie używa – jakby był propagandystą, a nie historykiem. Po co zatem pisze, „że odchodzili, bo czuli się zmuszeni do odejścia, poddani różnego rodzaju szykanom”. Nie będę odpowiadał, dalej się tłumacząc, by nie zniżać się do poziomu wyznaczonego przez polemistę (już zupełnym nieporozumieniem jest insynuowanie i publiczne pisanie o tym, że swą habilitację zawdzięczam nie sobie, a dobremu sercu recenzenta).

Operacja wykluczenia

Ma z kolei rację prof. Friszke, pisząc, że celem władz IPN jest wydanie i udostępnienie szerszej publiczności opracowanych źródeł, znajdujących się obecnie w gestii Instytutu. Nie traktujemy tego zadania jako mniej ambitnego z punktu widzenia naukowego; sama ustawa o IPN skłania i inspiruje kierownictwo Instytutu, by wprowadziło do obiegu naukowego nowy zasób wiedzy – dostępny także dla tych, którzy np. z przyczyn ideologicznych omijają budynek IPN, a chcą być nadal historykami dziejów najnowszych. Może się czegoś nauczą!

Jednocześnie w ostatnich latach ukazało się w wydawnictwie IPN wiele monografii, zbiorów artykułów czy też materiałów pokonferencyjnych, co powinno zaspokoić potrzeby wybredniejszych badaczy. Zarzut powyższy wydaje się, że omija sedno sprawy – czy chodzi o to, by Polacy znali akta IPN w wersji przygotowanej przez naukowców, czy też należy ograniczać ich dostępność jedynie do tych osób (historycy i dziennikarze), które ujęła ustawa o IPN? I może o tym warto podyskutować.

Nie chcę też dłużej odpowiadać na zarzut mówiący o tym, że jestem narodowcem. Jestem historykiem, który ma – jak każdy – poglądy, także ideowe i polityczne, ale to nie znaczy, bym miał się poddać logice etykietowania i się z tych poglądów tłumaczyć (w tym na temat oceny historii ruchu narodowego, chadeckiego czy socjalistycznego). Właśnie takie ustawianie mojej osoby przez Andrzeja Friszkego nazywam operacją wstępną, służącą wykluczaniu mnie z grona naukowców, którym wolno pełnić w Polsce funkcje publiczne. A to jest niegodne.

„Problemem Jana Żaryna”, że się posłużę cytatem z artykułu Andrzeja Friszkego, nie jest to, iż nie odciąłem się od „Glaukopisu”, by przyznać rację atakującym go publicystom z „Gazety Wyborczej”, ale problemem Andrzeja Friszkego jest to, że czyta gazety, w których zamieszcza się teksty i wypowiedzi nieautoryzowane, a ewentualne sprostowania wrzuca do śmieci. Jakie źródło informacji, taki efekt poznawczy – panie profesorze.

Redakcja „Glaukopisu” sama sobie poradzi, a zatem nie będę ich wyręczał („Atak niesprawiedliwy i niecelny, „Rz” 12.05.2009). Powiem tylko, że Andrzej Friszke ma rację, że wymienione przez niego osoby (Adam Doboszyński, Włodzimierz Marszewski i inni) zasługują na to, by się nad nimi „pochylić” – zachęcam do lektury kilku co najmniej słowników wydanych przez IPN, w tym o stratach osobowych działaczy obozu narodowego w latach 1939 – 1956. Naprawdę, trudno polemizować z kimś, kto wie, a pisze, jakby nie wiedział!

Żeby jednak wyjść naprzeciw – w tej sytuacji polemicznej – konstruktywnie, zapewniam pana profesora, iż wrócę do pisania monografii o Stronnictwie Narodowym. Teraz dzięki pomocnej, i to niejednej, dłoni mam więcej czasu. Muszę jednak zmartwić przyszłych czytelników tej pracy, że nie będzie się zaczynała od deklaracji autora, iż spuścizna narodowców jest haniebna – jak raczył napisać Andrzej Friszke. Mam nadzieję, że tej frazy nie trzeba używać, jak niegdyś cytatów z dzieł wybranych…

Roszczenia Ukraińców

Żarty się jednak kończą, gdy przychodzi mi polemizować z tekstem Grzegorza Motyki. Autor stwierdził w nim m.in., że piszę „zwykłe kłamstwa”, że jestem zwolennikiem tezy, iż akcja „Wisła” to przykład „usprawiedliwienia przymusowego wysiedlenia narodową racją stanu”, a w końcu, iż „w 2007 r. dyrektor BEP IPN Jan Żaryn naciskał na organizatorów konferencji na temat akcji „Wisła”, by zrezygnowali z poproszenia mnie [Grzegorza Motyki] o wygłoszenie referatu”.

Otóż, równie uprzejmie informuję, że mojemu polemiście pomylił się szyk zdania. To nie ja naciskałem, a za to wraz z prezesem IPN byliśmy naciskani w rzeczonej sprawie, czyli konferencji, której współorganizatorem był IPN. Sprawa nie jest incydentalna, a rzeczywiście bardzo ważna. Także dla przyszłych prezesów i dyrektorów w IPN.

Otóż, swego czasu przybyła do prezesa IPN delegacja Związku Ukraińców w Polsce, która w sposób daleki od form przyjętych w cywilizowanych krajach wystąpiła z roszczeniem, by IPN uznał de facto polskie zbrodnie, jakich się dopuszczaliśmy przez lata na narodzie ukraińskim. Następnie podyktowano nam obsadę i tytuły referatów, w tym autorów z IPN, którzy mogą wystąpić podczas konferencji.

Wrażliwość współczesnych Ukraińców jest mi bliska, ale nie na tyle, bym zapomniał o polskiej. Drogi czytelniku, proszę mieć świadomość, że są takie instytucje w Polsce i takie tematy historyczne w najnowszych dziejach, które podlegają testom wytrzymałości i uległości polskich decydentów. Otóż, mam nadzieję, że żaden podmiot – nawet tak szacowny jak jeden Związek – nie będzie narzucać Instytutowi Pamięci Narodowej wersji historii burzącej polską wrażliwość i pamięć o haniebnych czynach naszych sąsiadów bądź współobywateli.

W środku sporu

Testowanie takie w okresie, gdy byłem dyrektorem BEP IPN, nie ograniczało się – rzecz jasna – do kwestii stosunków polsko-ukraińskich. Grzegorz Motyka stał się poniekąd ofiarą sporu fundamentalnego, przy czym, podejmując decyzję o wycofaniu jego głosu z konferencji, liczyłem na jego lojalność wobec argumentacji, a nie dyrektora BEP.

Dodatkowym argumentem, poza oczywistym, że nie będziemy przyjmować dyktatu, był fakt, że Grzegorz Motyka chciał opowiadać o napięciach wśród historyków polskich badających skomplikowane dzieje tych dwóch narodów w XX wieku. W moim pojęciu było czymś nagannym, by temat ten zaprezentował badacz, który tkwi w środku tego napięcia, jest stroną dyskusji.

Z kolei opowiadanie, że kierownictwo IPN zabroniło Motyce wypowiadać się na temat wymordowania Ukraińców w Pawłokomie (a wie polemista o śledztwie prowadzonym w tej kwestii), jest ilustracją megalomanii, która go opanowała. Niemal każdy liczący się pracownik BEP i OBEP otrzymywał polecenie służbowe, by z powodów znanych w instytucji publicznej jedynie prezesowi, wstrzymał się do czasu otrzymania zgody od swego szefa z publiczną wypowiedzią, która mogłaby być traktowana w kategoriach oficjalnego stanowiska IPN (jak wiedzą czytelnicy BEP nie jest jedynym biurem występującym pod logo IPN). I znów, Grzegorz Motyka o tym wie, lecz insynuuje, że kierownictwo IPN to sami cenzorzy zamykający usta swoim pracownikom – wolnym badaczom.

Mam nadzieję, że przyjdzie jeszcze czas, by porozmawiać poważnie o polityce historycznej uprawianej przez IPN; mam nadzieję, że nie będziemy kontynuowali tego sporu, prowokowani przez polemistów rzucających insynuacje, pomówienia i wykluczające etykiety.

Na koniec bardzo dziękuję panu Danielowi Passentowi, który naśmiewając się ze mnie w ostatnim numerze „Polityki”, przypomniał, by w zapale walki polemicznej na słowa nie tracić miary w opisie swych osiągnięć. Ma rację!

Autor jest doradcą prezesa IPN i profesorem Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego. Do niedawna był dyrektorem Biura Edukacji Publicznej IPN – został z tego stanowiska zwolniony, gdy uznał za błąd nadanie Lechowi Wałęsie statusu poszkodowanego przez SB.
Rzeczpospolita


http://www.rp.pl/artykul/9157,304924_Zaryn__Walka_na_insynuacje_i_pomowienia_.html
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum polonus.forumoteka.pl Strona Główna -> ARCHIWUM Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Strona 1 z 1
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Możesz dodawać załączniki na tym forum
Możesz ściągać pliki na tym forum




Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group