Forum polonus.forumoteka.pl Strona Główna polonus.forumoteka.pl
Archiwum b. forum POLONUS (2008-2013). Kontynuacją forum POLONUS jest forum www.konfederat.pl
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Konstanty Zygfryd Hanff (+2000) - Nowy York
Idź do strony Poprzedni  1, 2
 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum polonus.forumoteka.pl Strona Główna -> ARCHIWUM
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Administrator
Site Admin


Dołączył: 04 Maj 2008
Posty: 9117

PostWysłany: Wto Cze 29, 2010 9:14 am    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Ciąg dalszy opracowania Władysława Gauzy nt. Hanffa:

Cytat:
K.Z.HANFF c.d.

Po znalezieniu się w USA, K.Z.von Hanff rozpoczął swą działalność „polityczną” w sposób ciekawy, bo budzący podejrzliwość: myszkował po różnych środowiskach, organizacjach emigracji politycznej i stowarzyszeniach, głównie polskich, ale nie tylko polskich, również rosyjskich, ukraińskich i innych narodowości. Po obwąchaniu ich, wkręcał się do wewnątrz pod gorącymi deklaracjami poparcia, no i gotowości do współpracy, po czym aktywizował się, wykazując duże zaangażowanie w sprawy upolowanej organizacji (lub danego środowiska). Kiedy się zadomowił i został zaakceptowany (choćby częściowo), wychodził z postulatami i różnymi propozycjami, najczęściej radykalnymi, które jedni przyjmowali za dobrą monetę, natomiast inni, odrzucali je. W ten prosty sposób tworzył „skrzydła” („radykalne” i „umiarkowane”), czyli dzielił zespół na zwolenników i przeciwników Hanffa. Powoli jego i „Wolnej Polski” przeciwnicy, byli przekształcani w „lokajów komunistycznych”, „pachołków reżymu” i „UBeków”, bo przecież nie szli razem z Hanffem.

Celem von Hanffa w tym procesie było przejęcie steru nad organizacją metodą intrygi. Z tym, że Kostek nie pchał się nigdy całkiem na czoło, tylko plasował się gdzieś tam trochę z tyłu. Coś tak, jak Jakub Berman, który powiedział otwarcie T. Torańskiej w „Oni”: „Faktyczne posiadanie władzy (w organizacji – dopis. mój W.G.) nie musi iść w parze z eksponowaniem własnej osoby”.

Od samego początku Hanff był dla jednych polskich emigrantów politycznych osobnikiem kontrowersyjnym, zaś dla nowoprzybyłych i nie orientujących się w klimacie politycznym i układach ideowych – chwytliwy. Natomiast dla starej emigracji i Polonii był typem podejrzanym tak dalece, że uważany za agenta UB/SB-eckiego. A ponieważ miał kontakt z organizacjami emigrantów rosyjskich, ukraińskich, litewskich, ormiańskich i innych ze Związku Sowieckiego, (które były dawno zinfiltrowane przez KGB), więc uważano, że ma kontakt z KGB. Po pewnym incyndencie z Hanffem na początku 1980 roku (o czym później) dostrzegłem, że ma kontakt z KGB i do dzisiaj jestem pewien,że był agentem KGB, bo nie mam dotąd dowodów ani nawet przesłanek, stwarzających wątpliwości co do tego.

Moim zdaniem, polscy emigranci polityczni, którzy uważali, że K.Z. von Hanff jest (był) agentem UB-SB, nie mylili się, biorąc pod uwagę czynnik „rodzinny”, czyli fakt, że UB i SB, to PRL-owskie organy terroru i ucisku, stworzone przez NKWD, który zmienił nazwę na KGB. UB i SB były „córkami” KGB i cały czas współpracowały z „rodzicami”.

Gdzieś w okolicach 1975 roku zebrało się w Nowym Jorku trzech facetów. Jeden z nich to były szef PRL-owskiej misji wojskowej w Berlinie zachodnim i agent UB, pułkownik Tykociński (nazwisko rodowe Tikotiner). Drugi – to były szpieg komunistyczny, przystosowany (uzdatniony) do szpiegowani i rozbijania emigracji polskiej i polonii w Skandynawi (działał najpierw w Szwecji i potem w Norwegii), p.pułk. Janusz Rawicz-Kochański. Trzecim był były agent Abwehry, KGB i oficer prlowskiej UB/SB, p.pułk. Konstanty Z. Hanff.

Tutaj mała dygresja odnośnie Janusza Rawicz-Kochańskiego. W pewnym momencie wywiad norweski, współpracujący naturalnie z CIA, a były to przecież czasy „zimniej wojny”, podstawił Kochańskiemu „nogę”, a gdy ten się „przewrócił”, oddany został CIA, która wyraziła zainteresowanie podpułkownikiem J.Rawicz-Kochańskim. Po przejęciu sprawy CIA szantażem zmusiła go do współpracy. Nie jest więc prawdą, co głosił Kochański i Hanff, a za nimi jego sympatycy i współpracownicy, że Kochański „przeszedł sam na strone amerykańską”. Został do tego zmuszony szantażem. Tyle, że o tym wiedziało niewiele ludzi.

Ale idźmy dalej. Na tym zebraniu ci trzej panowie, postanowili założyć organizację radykalną, powstanie której ogłoszono pod nazwą „Organizacja Bojowa - Wolna Polska”.

Różni ludzie rozmacie tłumaczyli sobie ten ich „radykalizm”. Jedni, że jest to radykalizm przechrztów, którzy ciągle nie będąc pewnym, czy im inni zaufają, wykazywali nadgorliwość w swojej nowej „wierze”, aby stać się wiarygodnym. Dlatego ich błędem było to, że chcieli pokazać się, że są większymi antykomunistami od dotychczasowych. Inni, że jest to wyrafinowana gra, mająca na celu uzyskanie kontroli nad młodym żywiołem antykomunistycznym i skierowania ich ideowości i energii na manowce.

Już fakt, że organizacja ta założona została przez agentów PRL-owskich służb specjalnych, nie wzbudził zaufania. Uważano też, że jedną z głównych przyczyn założenia tej organizacji przez tych trzech panów było to, że ze względu na ich przeszłość nie byli akceptowani i nie byli dopuszczani do czołowych i znaczących organizacji polonijnych i polskiej emigracji politycznej. Byli izolowani, co znacznie ograniczało ich wpływy i zawężało pole oddziaływania. Stąd pozostało im założenie sobie własnej organizacji.

Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie to, że po ogłoszeniu powstania i uregulowaniu strony prawnej (rejestracja), „Wolna Polska” rozpoczęła swą działalność od uczenia „księży pacierza”. Zaczęli podważać dotychczasową działalność i wiarygodność zasłużonych ludzi i organizacji emigracyjnych. W swej działalności „politycznej” stosowali starą metodę bolszewicką: kto nie z nami, ten przeciw nam. Kto przeciw nam, ten UB-ek, agent reżymu komunistycznego. Tę metodę zastosowali również przeciwko mnie, kiedy rozpoczęli akcję rozbijania istniejących struktur KPN na Zachodzie. W sztokholmskich „Wiadomościach Polskich” zamieścili paszkwil pt. „Perfidna gra”, podpisany „Jan Bek”, pod którym to nazwiskiem pisywał współpracownik Hanffa i członek „Wolnej Polski”, Jerzy Kleban, nb. też współpracownik i przyjaciel Macieja Pstrąg-Bieleńskiego. Ten obskurancki paszkwil na mnie, wypowiadający mi otwartą wojnę, został wykorzystany potem przez UB-eka, M.Reniaka vel Strużyńskiego, w jego książce o KPN, do skompromitowania tej organizacji w czasie procesu jej kierownictwa.

Inny przykład, to prymitywny atak na mnie i Tomasza Strzyżewskiego w hanffowym „Zyciu Polonii” (Nr 14, z 2-16 lipca 1981 r. – zob. załącznik nr. 1 pt. „Bezpieka usiłuje rozbić KPN za granicą”).



Ten tekst ukazał się w czasie, kiedy KPN za granicą był już praktycznie i nieodwracalnie rozbity. Tekst ten podpisany jest „Redakcja”, co oznacza w rzeczywistości „K.Z.Hanff”, który pisząc to, oceniał innych według siebie i Macieja Pstrąg-Bieleńskiego. Czyli pisał o swojej akcji rozbijackiej. Wystarczy, aby użyte tam nazwiska zamienić na K.Z.Hanff, Jerzy Kleban i M.Pstrąg-Bieleński, a otrzymamy prawdziwy obraz ówczesnej sytuacji. W akcji tej brał udział niejaki Henryk Szuster, ale nie dołączyłem go do tej „bandy trojga”, gdyż H.Szuster był tylko pudlem Hanffa i aktywizował się zawsze tylko na jego komendę: „Bierz go!”.

Drugim kierunkiem działania „Wolnej Polski” było sianie zamieszania poprzez dezinformację szerzoną drogą fałszowania różnych dokumentów. I tak np. w lipcu 1978 roku sfałszowano tygodnik „CZAS”, wychodzący w Kanadzie pod redakcją J.Mroczkowskiego (zob. załączony
Komunikat w tej sprawie, załącznik nr. 2).



Za tym fałszerstwem, co wyszło na jaw 5 lat później, stał von Hanff. To spowodowało, że J.Mroczkowski nie chciał mieć potem nic wspólnego z KPN i „Wolną Polską” i zaczął współpracować z PPS-em Ciołkoszowej, Podgórskiego i z Sabbatem w Londynie.

Inny przykład, to prowokacja w formie sfałszowania dokumentu Ministerstwa Spraw Zagranicznych władz londyńskich.





Pismo pod tytułem „Do Delegatów Rządu R.P.”, datowane „5 września 1980.” (zob. załącznik nr.3), napisane zostało pod szyldem „Ministerstwo Spraw Zagranicznych” rządu londyńskiego, po czym skopiowane i rozesłane do różnych organizacji emigracji politycznej, delegatów rządu i kół SPK na świecie. Ja otrzymałem kopię tego pisma od ministra Spraw Krajowych, Jerzego Zalewskiego, z uwagą, żebym nie brał na poważnie treści tego pisma, gdyby do mnie dotarło, bo jest to prowokacja szyta grubymi nićmi. Zapewnił mnie, że nie miało miejsca żadne z jego strony informowanie rządu w tej sprawie i w tym czasie o działalności KPN, ani też T.A.Lasko takiego dokumentu nie stworzył i nie podpisywał. Podpis był sfałszowany w ten sposób, że skopiowany z innego dokumentu. Ja w tej fałszywce zostałem przedstawiony jako członek „Wolnej Polski”, nie będąc nigdy członkiem tej organizacji. Celem Hanffa było tu zapewne skompromitowanie mnie w oczach wielu wpływowych osób polskiej emigracji politycznej i polityczne izolowanie mnie. To jednak się nie udało.

W marcu 1981 roku, w czasie, kiedy L.Moczulski i inni siedzą w więzieniu w oczekiwaniu na przygotowywany proces sądowy, a SB-ecja dwoiła się i troiła, żeby znaleźć mocne dowody przeciw nim, Hanff z Szusterem zamieszcza w swoim „Życiu Polonii” „Komunikat” o przekazaniu KPN w Polsce „200 000 dolarów” (zob. załącznik nr.4).



Kto to tak robi?! Jest to jeszcze jeden przykład wyspekulowanej prowokacji, mającej na celu pogrążenie uwięzionego przywództwa KPN i osłabienia organizacji. Takich przykładów można przytoczyć więcej, ale te tutaj wystarczą.

Hanffa i jego „Organizację Bojową” , ludzie łatwowierni i naiwni oceniali i nadal oceniają po tym, co głosił wszem i wobec, czyli wedlug tego co mówił. Jako argumentu używano, że zawzięcie demaskował „agentów reżymu warszawskiego”. Dla ludzi obdarzonych zmysłem krytycznym był to wrzask złodzieja krzyczącego „Łapaj złodzieja!”. Ta demaskacja agentów reżymu komunistycznego miała na celu odciągnięcie uwagi od własnej osoby. Złodzieja nie rozpoznaje się po tym, co mówi, lecz po tym, co robi. Złodziejem jest ten, kto kradnie. Prostytutką nazywamy kobietę, która sprzedaje za pieniądze swe usługi seksualne. Prostytutka nie mówi o sobie, że jest prostytutką. Więcej - te które pragną odciągnąć uwagę od swojej niechlubnej pracy, wskazują na inne młode kobiety, że się „źle prowadzą”, a jeszcze na inne, że się k......wią.

Konstanty Z. von Hanff był agentem komunistycznych służb specjalnych. I nie ma tu znaczenia, czy był agentem KGB, czy SB-ekiem. Dowodem na jego agenturalność jest to co robił – „Po owocach drzewo poznajesz”. Nie może on być określany według tego, co mówił, lecz według tego co robił. A robił jak agent reżymowy. Wyglądało na to, że odnowiona została stara znajomość z czasów pracy dla KGB. Jeden z internautów słusznie zauważył, że - cytuję: „(...) zasadą jest fakt, że agentem nie przestaje się być nigdy. Kto raz wdepnął w to bagno, brnie w nim ciągle. Chwilami usypiany, chwilami budzony, tak ciągle, aż do naturalnej lub zainscenizowanej śmierci.” (Lubomir).

Mój pierwszy kontakt z Hanffem i jego „Wolną Polską” zdarzył się w maju 1979 roku. Od dwóch lat prowadziłem z Andrzejem Jachowiczem „Biuro Informacyjne Ruchów Demokratycznych w Polsce”. [Nt. Biura - zob. http://www.polonus.mojeforum.net/temat-vt967.html ; Admin]

Pewnego majowego dnia 1979 r. przyszedł do „Biura Info.R.D.wP.” list od „Free Poland”, podpisany przez „K.Z.Hanff”, (zob. zalączony list z 18 maja 1979, załącznik nr.5).





Zaznaczyć tu muszę, że KPN nie tylko, że jeszcze nie istniała, ale nikt o planach powołania takiej organizacji (może poza Moczulskim) nie wiedział. List ten był adresowany „Drodzy Przyjaciele”. Listy adresowane na określone nazwisko, na przykład „Wł.Gauza”, czy „A.Jachowicz”, nie były otwierane przez pozostałych członków zespołu. Biuro Info.R.D.wP. tworzył zespół pięcioosobowy (3 osoby + W.G. i A.J.). Proszę tu o szczyptę dociekliwości przy analizie pierwszego akapitu w tym liście, skierowanym do całego zespołu. Pisze tam, że „nasze listy rozminęły się w drodze”. Tu nasuwa się pytanie: Jakie listy? A no ten prywatny do „p.W.Gauzy”. Ja nie oczekiwałem wtedy jakiegokolwiek listu od Hanffa, bo nie wiedziałem, że taka postać istnieje - to jedno. A drugie, skąd ta pewność, że „nasze listy rozminęły się”? Ale to nie ma tutaj znaczenia, czy pierwszy list doszedł do „p.W.Gauzy”, czy nie, bo nie oto tu chodzi, dlatego Hanff wysyła zaraz następny, żeby spowodować odzew. Więc adresuje go „do całej Waszej grupy”.

W tym była metoda rozbijania nowych organizacji, tworzonych przez nowych emigrantów i uziemniania ich działań. Było to SB-eckie działanie perspektywiczne, mające na celu uniemożliwianie odradzania się nowej emigracji politycznej, która mogłaby zastąpić tą starą, odchodzącą drogą naturalną. Kto tam wówczas wiedział, że system padnie tak szybko. Nawet komuniści w PRL-u tego nie zakładali. Jak wspomniałem wyżej, zespół nasz składał się z pięciu osób aktywnych cały czas. Współpracowników o różnym stopniu zaangażowania było dużo więcej. Ale grupa, do której zwracał się Hanff, liczyła 5 osób. Były to osoby ideowe, tzn. ludzie ci pracowali społecznie, często wykładając pieniądze z własnej kieszeni na tą działalność.

W takich okolicznościach trzeba zachować daleko posuniętą ostrożność i delikatność w obchodzeniu się z ludźmi, żeby nie zrazić ich do siebie i nie wywołać u nich negatywnych reakcji, np. w postaci podejrzeń o to, czy o tamto. Na przykład, kiedy T.Strzyżewski nawiązał kontakt z Hanffem i jego „Wolną Polską”, ja nie mogłem mu doradzać, sugerować lub narzucać zerwanie tego kontaktu i omijanie Hanffa z daleka, bo tym wywołabym u niego podejrzenia wobec mnie samego. Od razu postawiłby sobie pytanie: dlaczego ja to robię i o co tu chodzi?

List do „całej Waszej grupy” został otwarty przez inne osoby z zespołu, zgodnie zresztą z przyjętymi regułami i treść przedstawiona na najbliższym zebraniu, na którym miały być roztrząsane inne, bardziej ważne sprawy. Na treść tego listu zużyto dużo czasu. Już wtedy zarysowała się – moim zdaniem – głupia różnica zdań i poglądów. I w tym właśnie była metoda, jak tworzyć różnicę stanowisk, będącą pierwszym stopniem do poróżnienia ludzi i otwarcia drogi do konfliktu i rozbicia zespołu czy organizacji. W naszej grupie trzy osoby były za współpracą z Hanffem, dwie przeciw: W.Gauza i A.Jachowicz. W załączonym liście zaznaczone są uwagi i znaki zapytania, naniesione przez A.Jachowicza czerwonym długopisem. Ten list pokazał różnicę poglądów i stanowisk w grupie.

W sytuacji, kiedy ma się do czynienia z ludźmi na etatach, to ma się również różne instrumenty nacisku, takie, jak na przykład sankcje ekonomiczne. W zespołach (organizacjach) ideowych, gdzie ludzie pracują nie tylko za darmo, ale jeszcze dokładają do sprawy z własnej kieszeni, sytuacja jest całkiem inna. Ma się wtedy alternatywę: albo ludzi kontrowersyjnych wyrzucić z zespołu, albo utrzymać ich, idąc na daleko posunięty kompromis. W naszej ówczesnej sytuacji poszliśmy z A.J. na kompromis. Hanff i jego „Free Poland” otrzymał jakąś tam odpowiedź (nie udało mi się odnaleźć kopi tej odpowiedzi). W każdym bądź razie odpowiedź tą wykorzystał propagandowo w USA w taki sposób (może obnosił się z nią), że zareagował na to redaktor miesięcznika „Listy do Polaków”, Czesław Maliszewski, były oficer P.S.Z. na Zachodzie. „Listy do Polaków” były rozprowadzane w Norwegii przeze mnie. W liście do mnie, zwrócił uwagę na parę spraw, ale ujął to tak ogólnie, że ludziom wyszło, iż chodzi tu o zacietrzewienie i kłótliwość Polaków. Uchwalono, że należy odpisać Cz. Maliszewskiemu, że my się nie mieszamy w konflikty innych organizacji polskiej emigracji politycznej. I że jesteśmy zainteresowani współpracą ze wszystkimi Polakami, którzy chcą pracować na rzecz obalenia reżymu komunistycznego i niepodległości państwa polskiego. Po tym liście do red. Cz. Maliszewskiego przyszedł list do całego zespołu B.I.D.O.wP. w Oslo, datowany „29.08.1979”, (a więc jeszcze przed powstaniem KPN), od „Konfederacji 76”, (zob. załącznik nr.6). List ten, a właściwie rodzaj oświadczenia, załączam.



Dla informacji pragnę tu dodać, że „Konfederacja 76” została utworzona w 1976 roku przez byłych oficerów Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, oficerów Armii Krajowej i NSZ.

Tu mała dygresja. W załączonym liście od dr. Jana F. Morelewskiego do mnie, Morelewski pyta się mnie, czy zwróciłem uwagę na „Znamienny Rok AKowski” w”Listach....” z sierpnia 1979 r.(zob. załącznik nr 7). Chodzi tu o „Listy do Polaków”, redagowane przez kapitana Cz. Maliszewskiego.





Ostatnio zmieniony przez Administrator dnia Wto Cze 29, 2010 10:25 am, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Sylwia



Dołączył: 25 Cze 2019
Posty: 123

PostWysłany: Wto Cze 25, 2019 8:31 pm    Temat postu: Może Cię zaciekawi... Odpowiedz z cytatem

Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
Administrator
Site Admin


Dołączył: 04 Maj 2008
Posty: 9117

PostWysłany: Wto Cze 29, 2010 9:56 am    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Cytat:
Po tym liście – oświadczeniu „Konfederacji 76”, dyskutowanym na kolejnym zebraniu, chętni do współpracy z von Hanffem i jego „Wolną Polską” podwinęli ogony i zaczęli nadstawiać ucha. W sumie dostałem wolną rękę, aby rozeznać sytuację. Sprawa trochę ucichła. Ale Andrzej J. i ja zaczęliśmy po cichu „obwąchiwanie” Hanffa i jego „organizację”. W korespondencji do różnych, bardziej i mniej wpływowych na emigracji osób, próbowaliśmy „zaciągnąć języka”. Osoby, z którymi byłem w kontakcie, różnie mi odpowiadały. Na przykład dr. Jan F. Morelewski, prezes Polskiego Towarzystwa Prawniczego i sekretarz Komitetu Wykonawczego Studium Spraw Polskich w Ann Abbor (USA), z którym korespondowałem wiele lat (co zresztą wynika z jego listu do mnie, datowanego 22 sierpnia 1979 r. ) i dyskutowałem na tematy polityczne, odpowiedział mi tak, jak w załączonym liście (zob. załącznik nr. 7).



Zresztą, kim był dr. Jan F. Morelewski, zob. ww.videofact.com/inwigilacja_ polonii.htm.)

Natomiast Jerzy Mroczkowski, redaktor kanadyjskiego tygodnika „CZAS”, też coś wówczas czuł i wiedział (bo później, w miarę doświadczeń wiedział więcej), na zapytanie o K.Z. Hanffa, odpowiedział mi inaczej (zob. załączony list z 1 września 1979 r., załącznik nr 8).





Wynika z niego, że red. „CZAS”-u, J.Mroczkowski, odebrał Hanffa tak, jak Tomasz Strzyżewski. Ale czy wówczas mógł inaczej? Tak naprawdę to nikt z nas młodych wtedy emigrantów politycznych nie wiedział jak pozbyć się tego rodzaju natrętów i intruzów.

Ja ze swej strony, ciekawy – jak zawsze, „co jest grane” – próbowałem utrzymać z Hanffem przyjazny kontakt. A z drugiej strony próbowałem go „rozgryźć”, czyli rozpracować, mówiąc językiem wywiadowczym. I tutaj znowu, jako przykład zob.odpowiedź red. Mroczkowskiego i dr. Morelewskiego na moje delikatne zapytania, co wiedzą o Hanffie, załączniki nr 7 i 8).

Na początku 1980 roku otrzymałem list od Haffa za zapytaniem, czy mógłbym pomóc jakiejś (nie pamiętam w tej chwili nazwy) organizacji w USA w wysłaniu powielacza i parę paczek matryc do środowisk związanych z samizdatem w Związku Sowieckim. Powielacz ten miałem zawieść osobiście, ponieważ nikomu, tylko mnie ufano – do miejscowości Lahti w Finlandii (niedaleko na północ od Helsinek). Koszta przedsięwzięcia miała pokryć owa organizacja w USA. Rola Hanffa sprowadzała się tylko do pośrednictwa. Odpisałem mu, że mam za małe możliwości czasowe, aby podejmować się tego zadania. Wkrótce po tym zaczął do mnie wydzwaniać i przekonywać mnie, jak to ważna sprawa itd. Przez Lahti miał w oznaczonym dniu i godzinie przejeżdżać sowiecki trailer, którego kierowca, operujący j. angielskim, na określone hasło miał odebrać powielacz i dostarczyć mi niewielką paczkę, zawierającą publikacje samizdatowe. Po paru natrętnych telefonach obiecałem, że spojrzę jeszcze raz na sprawę i postaram się coś załatwić. Po paru tygodniach powiadomiłem go, że znalazłem norweskiego kierowcę samochodu ciężarowego, który udaje się do Helsinek, gotowego za niewielką opłatę zabrać i dostarczyć przesyłkę w umówione miejsce. Dość szybko dostałem odpowiedź, że bardzo ważne jest to, żebym dostarczył tę przesyłkę osobiście. Na to odpowiedziałem, że ten kierowca jest mi znany na tyle, iż nie widzę najmniejszego problemu. Hanff odpowiedział mi wtedy (rozmowa telefoniczna), że nie obawia się o dostarczenie przeze mnie przesyłki, ale chodzi o coś więcej, o odebranie małej paczki z wydawnictwami samizdatowymi i że tylko na mnie można tu polegać.

Tu mała dygresja. Skąd ta pewność Hanffa, że tylko na mnie można polegać, do dzisiaj jest dla mnie zagadkowa, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że nieco ponad rok później, bo w lipcu 1981 r., tj. po moim zawieszeniu działalności Biur Info. KPN na Zachodzie (zresztą w porozumieniu i pełną aprobatą L.Moczulskiego), ogłosił w porozumieniu z M.Pstrąg-Bieleńskim, że ja działałem „nawyraźniej z inspiracji reżymu warszawskiego”?

Wykoncypowaliśmy sobie z Andrzejem Jachowiczem (to tak z ciekawości), że my zapłacimy w ostateczności za ten powielacz i matryce oraz kierowcę, gdyby były potem trudności z odebraniem pieniędzy od Hanffa i jego zleceniodawców, ale za to dowiemy się coś nowego. I tak sprawa potoczyła się dalej. Z tym, że zamiast mnie z kierowcą pojechał młody dziennikarz norweski z prawicowej gazety. Na miejscu w określonej godzinie rzeczywiście pojawił się duży ciężarowy samochód z rejestracją sowiecką. Po sprawdzeniu numerów rejestracyjnych i wymianie haseł, padło pytanie: - „Gdzie jest Wladymir Gauza?”. Dziennikarz norweski mówi: - „Wladyslaw?”. Wtedy od drugiego („rezerwowego kierowcy”?) padło: - „Da, da”. Wtedy ten pierwszy: - „Yes, yes”. Po tym kierowca norweski powiedział, że Władyslaw nie mógł przybyć, bo wczoraj zachorował i miał gorączkę. Sprawa skończyła się na tym, że o powielacz nawet nie zapytali ani nie dali żadnej paczki.

O co tu chodziło?!

Moim zdaniem zamysł z całym przedsięwzięciem był prosty. Po przybyciu do Lahti i wymianie haseł, zostałbym obezwładniony przy pomocy, np. chloroformu, lub innego środka, po czym przetransportowany do siedziby KGB w Związku Sowieckim, gdzie dostałbym wybór: albo pójdę na współpracę z KGB, albo zostanę deportowany do PRL i oddany w łapska bandy Kiszczaka.

Po tym niewypale Hanff miał do mnie pretensje, że nie wyszło tak, jak on to sobie wymyślił i winą za niepowodzenie, obarczył mnie. Ja z kolei udałem, że incydent ten zbagatelizowałem i więcej do tej sprawy nie powracałem przez prawie półtora roku.

Na początku 1981 roku nasiliła się akcja rozbijania istniejących struktur KPN na Zachodzie. Inicjatorem tej akcji byli: K.Z.Hanff i J.Kleban (szef szwedzkiego oddziału „Wolnej Polski” z siedzibą na południu Szwecji, ich zaufany współpracownik), M.Pstrąg-Bieleński i H.Szuster (pudel Hanffa w USA).

K.Z.von Hanff wymyślił sobie, że ponieważ ja nie jestem sterowalny, więc wynalazł sobie, iż M.Pstrąg-Bieleński będzie bardziej praktyczny dla niego i jego „Wolnej Polski”, a zatem bardziej nadawał się na głównego reprezentanta KPN na Zachodzie. Na marginesie pragnę tu dodać, że Hanff, gdy tylko powstała KPN, zaczął mi nasyłać różnego rodzaju „instrukcje”, zalecenia, polecenia i wskazówki, co ma czynić KPN w Polsce i jak działać. Ja ze swej strony ignorowałem to, a gdy mnie coraz więcej napastował, to delikatnie odpowiedziałem, że tego czynić nie mogę (zob. zresztą ostatni akapit listu do T.Brzostka w Paryżu, z 7 maja 1981r. opublikowanym na „Polonusie” http://www.polonus.mojeforum.net/temat-vt1064.html ).

Tego Hanff nie lubiał. Po rozwaleniu KPN na Zachodzie i podporządkowaniu sobie Pstrąg-Bieleńskiego, kontynuował dalej swą działalność pouczania i instruowania ludzi w kraju, co mają robić i jak działać, co ujawnia L.Moczulski, pisząc o nasyłaniu mu mikrofilmów z podobną zawartością z różnych stron. Z południa Szwecji (Kleban) i z drugiej (Pstrąg-Bieleński). Swymi poleceniami do mnie przesyłania do KPN w Polsce różnych wskazań i instrukcji działania, wzbudził dodatkowe podejrzenia o agenturalność, bo było to usiłowanie stymulowania ludzi i zespołów ludzkich w pożądanym dla siebie (i zleceniodawców) kierunku działania. Tak zachowują się agenci służb specjalnych. Sprawa była dla mnie jasna. Wypadki potoczyły się szybko.

Wiosną 1981 roku KPN na Zachodzie, była za sprawą Hanffa i Pstrąg-Bieleńskiego praktycznie rozbita. W kwietniu zostało wydane "Oświadczenie”, w którym odciąłem się wraz z T.Strzyżewskim od wszelkich kontaktów z Hanffem i zarazem Pstrąg-Bieleńskim (Oświadczenie to ukazało się m.in. w majowym n-rze „Kultury” paryskiej). W lipcu, w porozumieniu z L.Moczulskim, ogłosiłem zawieszenie działalności wszystkich biur informacyjnych KPN, żeby zapobiec dalszej kompromitacji i ośmieszania KPN w Polsce. Ogłoszenie to ukazało się w czołowej prasie polonijnej i emigracyjnej, m.in. w USA, Kanadzie i Australii. To rozsierdziło do białości Hanffa i Pstrąg-Bieleńskiego, bo takiego posunięcia z mojej strony zapewne nie zakładali (zob. też załączone moje kolejne wystąpienie, ogłoszone w prasie polonijnej i emigracyjnej, pt. „Jeszcze w sprawie KPN na
Zachodzie” z „18 kwietnia 82r.”, załącznik nr.9).





Ubocznym i pozytywnym skutkiem rozbicia zagranicznych struktur KPN było to, że nagle znalazłem się w posiadaniu większej ilości czasu, którego część mogłem użyć na ograniczenie szkodliwej i destrukcyjnej działalności tego agenta komunistycznych służb specjalnych. Plan unieszkodliwienia Hanffa sprowadzał się do jego jak największej izolacji, poprzez wpływanie na liczące się osoby i organizacje emigracyjno-polonijne, aby zachowywały daleko posuniętą ostrożność wobec Hanffa i jego współpracowników, trzymały go na dystans i zamykały mu drzwi, gdzie się to dało, bo mamy do czynienia z przebiegłym i wyrafinowanym agentem KGB i SB. Do tego celu użyłem swoich wpływów, wieloletnich wcześniejszych znajomości i kontaktów. Na tę kampanię zużyłem ponad półtora roku czasu, tj. rok 1981 i 1982. Za pośrednictwem znajomych Polaków ostrzeżony został m.in. ABN (Antybolszewicki Blok Narodów), że w przypadku Hanffa, mamy do czynienia z agentem KGB.

Rezultaty nie dały długo na siebie czekać. Wkrótce J.Kleban, (ten sam, który z południowej Szwecji podsyłał do L.Moczulskiego mikrofilmy z instrukcjami i zaleceniami Hanffa, co i jak KPN w Kraju ma działać), wysłał do kierownictwa KPN w Polsce, za pośrednictwem SB, ważną wiadomość, gdzie „stwierdza, że Strzyżewski i Gauza oczernili emisariusza KPN na RFN, Macieja Pstrąg-Bieleńskiego (...) tak dalece, iż stracił on wszelkie zaufanie znajomych i ludzie odwracają się od niego plecami” (zob. artykuł w reżymowym „Żołnierzu Wolności” pt. „Z tajnej poczty KPN”; http://www.polonus.mojeforum.net/temat-vt806.html ).

Natomiast M.Pstrąg-Bieleński, też za pośrednictwem SB, donosił kierownictwu KPN w tym samym mniej więcej czasie, że „Jestem dokładnie ugotowany”.

Rzecz jasna, że ostrzegając ludzi przed Hanffem i jego „Wolną Polską”, nie „oczerniałem” Pstrąg-Bieleńskiego, ani nawet Klebana, czy Szustera. Ale, gdy ludzie nie rozumieją, że „kiedy przytulasz się do kominiarza, to musisz liczyć się z tym, że się ubrudzisz”, to nie jest to moja wina. A poza tym, to nie ja wypowiedziałem otwartą wojnę zagranicznym strukturom KPN, lecz Hanff z Pstrąg-Bieleńskim i Klebanem.

Jak już wcześniej wspomniałem, moja akcja usadzenia i paraliżowania szkodliwej działalności Hanffa, polegała na poufnym informowaniu w różnych krajach o moich doświadczeniach z nim, gdzie przytaczałem incydent w Lahti z powielaczem, jego ciąg do instruowania i zalecania takiej, a nie innej działalności opozycji w krajach bloku sowieckiego, oraz faktu, że siedział w jednej celi w więzieniu KGB na Butyrkach (o czym nie przeczył)
ze znanym później dysydentem sowieckim o nazwisku Lev Kopelew. I, że ten fakt należy przyjąć do wiadomości z pewnymi modyfikacjami. Hanff został „wrzucony” do tej samej celi, co Lev Kopelew, ale jako „ucho” KGB. Te i inne informacje i zdarzenia dają mocne podstawy do założenia, że jest to agent KGB. Prosiłem przy tym o zachowanie daleko posuniętej ostrożności przy informowaniu innych osób, żeby te informacje nie dotarły do Hanffa lub osób z nim powiązanych, czy mających z nim bliski kontakt. Chodziło mianowicie o to, żeby o tym, co inni o nim wiedzą, K.Z.Hanff nie wiedział. Bo nie wiedząc o tym, będzie działał mniej ostrożnie, co daje większą szansę, że w pewnym momencie potknie się, że podwinie mu się noga. Drugim powodem, żeby te informacje nie dotarły do Hanffa było to, aby nie dać mu okazji do kontrataku.

Tym sposobem udało się, przy pomocy wielu ludzi, z którymi miałem wieloletni kontakt, izolować Hanffa dosyć skutecznie. A poprzez zamknięcie mu drzwi do wielu środowisk i organizacji – ograniczyć szkody z jego strony. Pozostało mu już tylko trzymanie się „rządu” i „prezydenta” Nowiny-Sokolnickiego, bo jeszcze tylko tam był akceptowany.

Z listów w obronie Hanffa, zamieszczonych na stronie swkatowice.mojeforum.net, dowiadujemy się, że „pomagał” też „Solidarności Walczącej”. Nie wątpię w to. Po skłóceniu i rozbiciu wielu organizacji i środowisk emigracji politycznej i KPN, wziął na warsztat SW, której nie zdążył dobrze załatwić ze względu na wcześniejszą demaskację i szybko zmieniające się okoliczności polityczne.

Hanff był specjalistą od sabotażu ideologicznego, politycznego i informacyjnego (dezinformacja). Wyszkolony w Abwehrze, doszkolony w KGB, został najpierw uplasowany w UB, a potem - po zmianie nazwy - w SB. Kiedy Gomułka otworzył granice dla byłych bandziorów UB-eckich i sowietyzatorów Polski („kto się nie czuje Polakiem, niech wyjeżdża”!), Hanff skorzystał z okazji i opuścił Polskę na fali – jak to głoszono potem – „rozpętanego przez Partię antysemityzmu”. Jednak do dzisiaj nie jest takie pewne, czy „wyjechał”, czy został tylko przy okazji „przemycony” ze specjalnymi zadaniami wobec polskiej emigracji politycznej. Po załatwieniu Hanffa na początku lat 1980-tych, od 1984 roku nie interesowałem się ani KPN, ani Hanffem. Jak potem sprawy potoczyły się, mam mało wiedzy. Z informacji, dotyczącej Hanffa, zamieszczonej na videofact, wynika, że poruszał się po Zachodzie na paszporcie konsularnym. Niewiele już chyba dzisiaj ludzi pamięta, że na paszporcie konsularnym w tamtych czasach mieszkali na Zachodzie i posługiwali się nim agenci reżymowi, chwilowo uśpieni agenci i rozmaici donosiciele.

Władze amerykańskie coś czuły i podejrzewały, bo kiedy Hanff chciał wyjechać do innych krajów (poza Kanadę), to nie dawali mu „Reentry Permit”(gwarancji prawa powrotu), a bez tego dokumentu nie mógł dostać wizy kraju, do którego chciał się udać. (Zob. załączony fragment kopi listu Hanffa do M.Pstrąg-Bieleńskiego w RFN z „14 grudnia 1979”, załącznik nr. 10).



Amerykanie mieli problem z K.Z. von Hanffem. Był on bowiem zarejestrowany nie tylko w kartotekach Wehrmachtu, Abwehry i KGB, ale i UB w PRL-u, a po rozwiązaniu w połowie lat 1950-tych tzw. „Państwowego Urzędu Bezpieczeństwa”, funkcjonował w nowopowstałym MSW, czyli w SB. Przed wyjazdem z PRL był agentem „uśpionym”, kiedy go „budzono”, dokładnie nie wiadomo.

Nie mogąc dojść do prawdy o von Hanffie i do ładu o nim, władze amerykańskie zwróciły się w 1979 roku oficjalnie do władz niemieckich i PRL-owskich o informacje dotyczące tego typa, licząc zapewne, że mogą niechcąco dostać jakieś dane, dające punkt wyjścia do bardziej owocnego dochodzenia. Pisze o tej sprawie M.Reniak w książce o KPN i Maciej Pstrąg-Bieleński poufnie do Kostka w liście z „13 września 1981r.”, zamieszczonym na Forum SW Katowice: http://swkatowice.mojeforum.net/post-vp30746.html?highlight=#30746 .

W PRL sprawą zajęło się MSW, ale za wiele nie mogli pomóc Amerykanom, bo przecież nie mogli ich poinformować, że był funkcjonariuszem i oficerem w UB i potem w SB. Zresztą, co by to pomogło. Hanff miał wytłumaczenie: „Przecież nie ukrywałem tego”. Mówił otwarcie, że był wyższym oficerem SB (podpułkownik). W tej sytuacji MSW zwróciło się o „informacje” dotyczące Hanffa do „Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich”. W związku z tym ukazał się w prasie PRL-owskiej Komunikat (zob. załącznik nr. 11).



Ze wspomnianego wcześniej listu Pstrąg-Bieleńskiego do Kostka wynika, że władze amerykańskie zwróciły się też o pomoc w tej sprawie do władz zachodnio-niemieckich. Amerykanie nie uzyskali wiele, bo Niemcy dysponowali tylko tymi informacjami, którymi posługiwał się Hanff. A może nie chcieli pomóc Amerykanom, co też jest możliwe, mając na uwadzę ich ówczesną niechęć do nich za przegraną wojnę i okupację.

Natomiast władze PRL-owskie „pomogły” Amerykanom tylko formą ogłoszenia w/w „Komunikatu”, po czym sprawa szybko ucichła, bo prawdopodobnie MSW otrzymało od KGB „prikaz”, żeby tej sprawy dalej nie drążyć. W ten sposób Hanff uniknął deportacji z USA.

Dziesięć lat później, była „pierestrojka”. Po 1991 roku, to jest po rozpadzie Związku Sowieckiego i likwidacji KGB, zaniechano dociekania prawdy o K.Z. von Hanffie. Kostek się zdezaktualizował. Przestał być potrzebny KGB i stał się niegroźny i obojętny dla władz amerykańskich. Sprawa został zamknięta.

Władysław Gauza,
Czerwiec 2010


Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Administrator
Site Admin


Dołączył: 04 Maj 2008
Posty: 9117

PostWysłany: Nie Lip 11, 2010 3:33 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

I ostatni już artykuł Władysława Gauzy w sprawie Konstantego Hanffa:

Cytat:
O obrońcach Hanffa na „Forum SW - Katowice”


Na temat osoby Hanffa pisałem w artykule pt. „Sprawa K.Z.Hanffa”. Teraz kolej, żeby przyjrzeć się osobistościom, które stanęły w obronie jego „dobrego imienia” na swkatowice.mojeforum.net.

Najciekawszą postacią z nich jest „adwokat” kryjący się pod nazwiskiem W.M. Aleksander.

[Jego list w obronie Hanffa Zbigniew Rutkowski opublikował na Forum SW Katowice:
http://swkatowice.mojeforum.net/post-vp30451.html?highlight=#30451
http://www.polonus.mojeforum.net/post-vp6403.html#6403 ]

Dlatego zacznę od niego. Wyróżnił się mianowicie tym, że dokonał niesamowitego pomieszania faktów, ludzi, czasu, miejsc i wydarzeń. Nie wiem, czy jest to skutek poważnych zaburzeń umysłowych i postępującego otępienia (daleko zaawansowany Alzheimer), czy list ten pisał w czasie napadu halucynacji z powodu przedawkowania alkoholu. Być też może, że to jego majaczenie w obronie Hanffa w chwili pisania było rezultatem wysokiej gorączki.

Dla przykładu, ten obrońca „honoru K.Z. Hanffa” pisze na początku swego listu, że nie zamierza „polemizować z insynuacjami autorów cytowanej książki (mowa jest tu o autorach pracy pt. „Niepokonani”, M.Lewandowskim i M.Gawlikowskim). Ale skąd wynika pewność W.M. Aleksandra, który nie czytał tej książki, że autorzy coś insynuują pod
adresem Hanffa – pozostaje zagadką. Niemniej, jako doniosły „argument” przeciw tym „insynuacjom” i na korzyść K.Z.Hanffa „naświetla kilka wspomnień, aby wówczas nieznanym rycerzom dać ewentualnie powody do przemyśleń”.

Zanim przejdziemy do spojrzenia na „naświetlone wspomnienia” autora tego listu w obronie Hanffa, zauważmy, że otwartą pozostaje tu kwestia: „wówczas nieznanym rycerzom”. „Wówczas”? To znaczy, kiedy? W 1968 roku, po napadzie wojsk Układu Warszawskiego na Czechosłowację? Czy chodzi tu o lata agenturalnej aktywności Hanffa np. w latach
1977 -1982? No i - którzy to ludzie byli wówczas znani i nieznani „rycerze”?

Bardziej zagadkowe jest to, co opowiada o sobie i o Hanffie w związku z „wkroczeniem wojsk sojuszniczych” do Czechosłowacji w sierpniu 1968 roku. Mówi nam, że w kilka tygodni po tym wydarzeniu siedział sobie ponoć przy granicy czechosłowackiej po austriackiej stronie i skrupulatnie nagrywał jakieś „ultrakomunistyczne Inter Radio”, gdzie M.Reniak vel Strużyński rzekomo dziko atakował Hanffa i że wtedy dowiedział się od Reniaka, „jakim to łotrem antypolskim jest K.Z.Hanff”.

Poza izbą wytrzeźwień taki bełkot rzadko się spotyka. Szkoda, że W.M. Aleksander nie napisał jeszcze, iż „każde słowo nadawane przez Inter Radio” nagrywał wtedy na komputer i magazynował na CD. Byłby równie wiarygodny. Co gorsze to to, że te banialuki publikuje bezkrytycznie portal swkatowice.mojeforum.com .

W 1968 roku Hanff był „uśpiony” i w ciszy pracował w jednym z krakowskich przedsiębiorstw. Nikt Hanffa – poza komunistycznymi specsłużbami – nie znał. Nie było jeszcze zadecydowane ani przez Hanffa ani przez SB, że Hanff wyjedzie za granicę. Dokumenty o wyjazd zostały złożone w grudniu 1968 a Hanff wyjechał dopiero w sierpniu w
1969 r. Możliwe, że Reniak znał Hanffa przed grudniem 1968 r. ale jako współpracownika. Zatem nie mógł na niego publicznie napadać i obrzucać błotem, np. wyzywać go od łotrów, w dodatku przez radio.

Załóżmy, że W.M. Aleksander siedział w Austrii „nad granicą” z Czechosłowacją i „skrzętnie nagrywał każde słowo”, nadawane w 1968 r. przez Reniaka i jego radio. Pytanie: na czyje zlecenie to robił? Może na zlecenie ówczesnego PRL-owskiego wywiadu wojskowego? Kto mu pokrywał koszty tego przedsięwzięcia takie, jak mieszkanie, magnetofon, taśmy i jedzenie?

Skądinąd zaś wiadomo, że W.M. Aleksander znalazł się na Zachodzie w 1972 roku.

Inny przykład majaków W.M.A. to „wspomnienie”, że po kilku latach od tego czasu (roku 1968) poznał w Carlsbergu, u ks. F.Blachnickiego, Macieja Pstrąg-Bieleńskiego, ponoć też wówczas „wyliczonego” - uwaga! – przez ultrakomunistyczne „Inter Radio”, jako „wroga Polski Ludowej” i że wtedy sprezentował mu u Blachnickiego część swoich nagrań z tamtych czasów. Dla ścisłości należy tu dodać, że Pstrąg-Bieleński przybył na Zachód późną jesienią 1979 roku, czyli 11 lat później, a nie „kilka lat”.

W sierpniu 1968 roku Maciej Pstrąg-Bieleński był na etapie chłopięcego rozwoju, który niedawno zaprzestał bieganie z koszulą w zębach. Kiedy dowiadujemy się od Aleksandra, że jako 17-letni szczeniak, Maciej P.-B. był tak dalece niebezpiecznym wrogiem reżymu komunistycznego w PRL, iż trzeba było użyć środków masowego przekazu do jego zwalczania, to doprawdy ... Nie wiadomo, co tu odpowiedzieć. Ma się ochotę rzucić - człowieku, puknij się w czoło! Ale w przypadku, gdy mamy do czynienia z człowiekiem chorym, majaczącym w wysokiej gorączce, albo z zaburzeniami umysłowymi, to po prostu to nie przystoi i nie wypada.

W innym miejscu pisze Aleksander, że – cytuję: „ Z Panem Konstantym Zygfrydem Hanffem znałem się przez wiele lat. Utrzymywaliśmy bliskie kontakty i trzykrotnie bywał on gościem w moim domu. Wspólnie nie przespaliśmy wiele nocy i wiele wykuliśmy planów.”

Tutaj też coś nie bardzo się zgadza. Wiadomym bowiem jest fakt, że Hanff nie mógł wychylać nosa poza granice USA i Kanady. Amerykanie traktowali go, niebezpodstawnie zresztą, jako agenta komunistycznych specsłużb i chcieli się go pozbyć. Kiedy nasz baron kurlandzki próbował się do Europy, to nie mógł tu przybyć, ponieważ nie dostawał nigdzie wizy. A nie dostawał jej dlatego, że Amerykanie nie chcieli mu wystawić dokumentu gwarantującego wpuszczenie go z powrotem do USA. W.M. Aleksander mieszkał w RFN. W jaki sposób Hanff bywał gościem u niego w domu, tylko Bóg jeden może wiedzieć. Możliwe, że Hanff bywał w jego domu, ale mogło to zdarzyć się po 1990 roku, czyli po rozpadzie ZSRR i po rozwiązaniu KGB. A to już inna sprawa.

Pozostałymi bajerami W.M. Aleksandra, zamieszczonymi w jego liście obronnym honoru Hanffa nie ma sensu się zajmować, bo są tak niedorzeczne, że czytając je, nie wiadomo czy się śmiać czy płakać.

Przy okazji publikowania listu Aleksandra podrzucono informację, której celem było dorobienie mu trochę powagi i autorytetu, żeby nie wypadł za biednie. W związku z tym wyjaśniono czytelnikom, że W.M. Aleksander jest autorem książki, pt. „Agentura – Państwo policyjne”, która wydana była przez „Pogląd” w Berlinie zachodnim i potem w PRL w 1989 roku.

Na witrynie www.poglad-Berlinwest.de znajduje się informacja, że pod tym pseudonimem kryje się Wiesław Jurkiewicz, z zawodu fotograf i że wyemigrował do RFN w 1972 roku. Był związany z pismem „Pogląd”, gdzie publikował artykuły o służbach specjalnych PRLu i gdzie opublikował w/w książkę „Agentura...”. Zajrzałem do tej książki (znajduje się na internecie w pliku PDF). To, co wzbudziło moje zainteresowanie, to zawarta tam wiedza o służbach specjalnych reżymu PRL-owskiego. Gdzie Jurkiewicz tę wiedzę posiadł? Przecież nie sprzedawało jej się w księgarniach i nie udzielało w szkołach średnich ani na uniwersytetach. Gdzie zatem Aleksander vel Jurkiewicz nabył tę wiedzę?

Jedyną odpowiedzią na to pytanie może tu być to, że wiedzę tę nabył w pracy, poprzez praktykę i wewnętrzne szkolenia zawodowe. To zaś mówi nam, że pracował i praktykował w służbach specjalnych reżymu komunistycznego w PRL. Oznacza to, że był funkcjonariuszem i agentem tych służb, zanim znalazł się na Zachodzie. Idąc dalej tym tropem, znajdujemy wyjaśnienie, dlaczego Aleksander vel Jurkiewicz odnalazł się szybko w towarzystwie takich rycerzy PRL-owskich służb specjalnych, jak byli agenci UB/SB, pułk. Tykociński (Tikotyner), ppułk. Rawicz-Kochański i ppułk. baron von Hanff.

W. Jurkiewicz oraz „pogląd-Berlinwest” informuje nas, że był/jest z zawodu fotografem. Może to i prawda. Ale faktem jest, że np. pułk. UB W. Brus, wyemigrował z PRL jako ekonomista i profesor. Natomiast pułk. UB, Z.Bauman, jako socjolog, major UB Br. Baczko jako filozof a ppułk. Józef Lewandowski, jako historyk.

Można by było jeszcze założyć, że Jurkiewicz napisał tę książkę na podstawie udostępnionych mu zapisów, doświadczeń i praktyk Tykocińskiego, Rawicz-Kochańskiego i Hanffa, ale jest mało prawdopodobne. I dlaczego w takim razie wydał to pod pseudonimem? Emigranci polityczni, jak niżej podpisany czy Tomasz Strzyżewski, nie mający nic do ukrycia, występowali z otwartą przyłbicą, nie chowając się pod przybranymi nazwiskami.

Co to za rycerz był z tego W. Jurkiewicza? Interesujące byłoby tu dowiedzieć się, czy nasłuch radia „Inter Radio” i nagrywanie Reniaka w Austrii w 1968 roku dokonywał pod pseudonimem czy pod własnym nazwiskiem? I dla jakich służb specjalnych przeznaczone były te nagrania?

Jakby mało tego było, obrońcy czci i honoru Hanffa przytoczyli inny mało chwalebny argument. Wyciągnęli ze śmietnika historii PRL-owskiego generała brygady, Dubickiego, informując nas przy tym, że współpracował z „Wolną Polską” i K.Z.Hanffem. Dzięki temu otrzymaliśmy pełniejsze oblicze ideowe tej organizacji i ludzi z nią związanych.

Przypomnijmy tu sobie, że o awansach i stopniach oficerskich w PRL decydowała klika komunistyczna, będąca przedłużonym ramieniem Stalina i jego bandy bolszewickiej. Żeby awansować do stopnia pułkownika czy generała, trzeba było dobrze się przysłużyć rządzącemu gangowi spod znaku PZPR (Płatnym Zdrajcom Pachołkom Rosji). Za darmo przecież nie dawali wysokich stopni oficerskich i lukratywnych stanowisk. Gen. Dubicki przybył do Polski z armią Berlinga. Po kapitulacji Niemiec i zainstalowaniu komunistów u władzy w Polsce, oficerów tej armii skierowano do tworzenia oddziałów, którym nadano nazwę KBW (Korpus Bezpieczeństwa Wewnętrznego). Zadaniem tej formacji zbrojnej było utrwalanie „władzy ludowej”, czyli obrona nielegalnej władzy czerwonego reżymu terrorystycznego. KBW było używane do krwawej rozprawy z niepodległościowym podziemiem, tj. z AK i NSZ. Dubicki ma na rękach krew antykomunistycznych Polaków.

Inną zbrodniczą organizacją powołaną do utrwalania władzy komunistycznej w Polsce było UB. Ta organizacja mordowała polskich antykomunistów skrytobójczo i w sposób bestialski. Była organizacją powołaną do terroryzowania polskiego społeczeństwa cywilnego. Mogła
istnieć dzięki takim bandziorom, jak Berman, Radkiewicz, Fejgin i ich pomniejszym żołdakom jak Tykociński, Rawicz-Kochański czy Hanff. Twórcy „Wolnej Polski”, ppułk. Hanff, pułk.Tykociński, ppułk. Rawicz-Kochański i ich współpracownicy, jak gen. Dubicki, byli ludźmi, którzy mieli ręce zbabrane krwią polskich patriotów i antykomunistów.

Ktoś, kto dzisiaj oczekuje w niepodległej Polsce, że Polacy będą okazywać szacunek i respekt tym typom spod czerwonej gwiazdy, tkwi nadal w siatce poglądów komunistycznych, albo ma problemy natury psychicznej. Ludzie, których próbowano bronić na Forum SW Katowice, zasługują tylko na pogardę i splunięcie w ich kierunku. I nie tylko dlatego, że byli kolaborantami i zdrajcami polskich spraw narodowych, ale przede wszystkim dlatego, że byli członkami organizacji terrorystycznych i zbrodniczych, którzy mordowali ludzi za poglądy.
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Administrator
Site Admin


Dołączył: 04 Maj 2008
Posty: 9117

PostWysłany: Nie Lip 11, 2010 3:44 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Artykuł Władysława Gauzy - cd.:

Cytat:
Nie lepiej wypadł w swoim porywie obrony czci barona kurlandzkiego ppułk. von Hanffa, redaktor naczelny „Wolnej Polski”, Zbigniew Rutkowski. W swoim „Liście w obronie ...” usiłuje coś nam wyjaśnić razem z Robertem Majką, byłym działaczem „Solidarności Walczącej” z Przemyśla. To wyjaśnienie jest tak jasne, że normalny człowiek dostaje zaćmienia mózgu.

Hanff „nie podawał się za współpracownika KPN”, ale był „najbliższym współpracownikiem (...) przedstawiciela zagranicznego KPN”. „Wielokrotnie występował wraz z nim – w imieniu KPN – w Waszyngtonie” – poucza nas Rutkowski. I zaraz uściśla: „Hanff był osobą, która na początku lat 80. XX w. najwięcej zrobiła dla Konfederacji Polski Niepodległej za granicą”. To oczywiście Rutkowskiemu powiedział K.Z. von Hanff. Więc jest to prawdą. Pomijam już to, że ta prawda jest obraźliwa dla Pstrąg-Bieleńskiego i Klebana. Przecież oni o wiele więcej zrobili dla KPNu, zwłaszcza za pomocą swego oddziału „Wolnej Polski” w Opolu w PRL. Ale nie o to chodzi.

Ciekawość też wzbudza zaprezentowana przez tych ludzi wiedza historyczna. Skąd Majka i Rutkowski wiedzą, że Hanff nie podawał się za współpracownika KPN? Ano chyba stąd, że nie czytywali hanffowego „Życia Polonii” i nie bywali na jego różnych wystąpieniach w imieniu KPN w latach 1980 – 1983. Można i taką przyjmować zasadę: czego nie widziałem i nie słyszałem, tego nie było. A przy tym: jeśli dane fakty nie pasują do mojej tezy i poglądów, to też ich nie było. Dla Rutkowskiego, Hanff był współpracownikiem KPN a jednocześnie nie był. Nawet jak współpracował ściśle z jedynym prawdziwym przedstawicielem KPN, to i tak nie był współpracownikiem tej organizacji. I nawet, kiedy Pstrąg-Bieleński pisze, że mu nie mniej zależy, niż Hanffowi na mocnej K.Z. Hanffa pozycji w KPN. (zob. list Pstrąg-Bieleńskiego do Hanffa z 15 października 1981 r., str.2, opublikowanego na swkatowice).

http://swkatowice.mojeforum.net/post-vp30748.html?highlight=#30748



Nie wiem, jaką definicją współpracy operują Rutkowski z Majką, ale według ich filozofii wychodzi na to, że współpracownik złodzieja, z którym dokonywał kradzieży, współpracownikiem tegoż złodzieja nie był, jeśli nie przyznał się do tego. Rutkowski z Majką i resztą sygnatariuszy „Listów w obronie...” mają problem.

Żeby to wyjaśnienie wyglądało jeszcze jaśniej, przepraszam – ciemniej, przytaczają wypowiedź Hanffa z jego wspomnień, że zawiózł przedstawiciela KPN, Pstrąg-Bieleńskiego do Waszyngtonu, gdzie „Wystąpiliśmy w imieniu KPN, (...)”.

Wyjaśnienie Rutkowskiego i Majki w sygnowanym przez nich „Liście w obronie ...” Hanffa słyszy się tak: jeździli razem na picnik, pitrasili jedzenie, przytulali się do siebie, chodzili na długie spacery, razem występowali tu i tam, on był dla niej opiekunem i mentorem, razem spali, ale Rutkowski i Majka wie, że między nimi na pewno nic nie było...

Pomijając już to, co wyżej, trzeba powiedzieć, że najlepsze świadectwo w zakresie swej wiedzy historycznej i politycznej wystawił sobie redaktor naczelny „Wolnej Polski”, Zbigniew Rutkowski, przez bezkrytyczną publikację majaków W.M. Aleksandra vel Jurkiewicza. Rzeczywiście dobrali się poziomem wiedzy i inteligencji. Do pełnego kompletu brakuje im jeszcze Klebana, Szustera i Pstrag-Bielenskiego.

Zabawna sytuacja powstała, kiedy w pewnym momencie kampanii obronnej czci Hanffa na swkatowice, Robert Majka z Przemyśla wyciągnął z kapelusza gen. W.Andersa. Gdy to ujrzałem, nie mogłem się połapać, o co Majce chodzi. Co ma „piernik do wiatraka”? Zaraz potem okazało się, że nie tylko ja jestem tak ograniczony umysłowo. Stanisław Siekanowicz nie był lepszy ode mnie, więc powiedział wprost, że nie rozumie, co gen. Anders ma wspólnego z Hanffem. R.Majka, nie dając nam czasu na spekulacje, szybko przybiegł z wyjaśnieniem, że:
Cytat:
„(...) związek tego artykułu (o Andersie, dop. mój - W.G.) z Hanffem jest taki, że śp. Hanff był legalistą (...)”.

Ten „argument” na korzyść barona kurlandzkiego jest cienki jak włos. Ale jak nie ma się nic mocniejszego, to używa się to, co się ma. Na "legalistyczność” Hanffa, żeby nie było nieporozumień, trzeba spojrzeć pod kątem faktologicznym. R. Majka nie informuje nas, od kiedy Hanff stał się zagorzałym legalistą. A to jest przecież bardzo ważne, żeby rozumieć, o czym się mówi.

„Legalistą” ppułk. dr. baron von Hanff stał się – jak zresztą sam to relacjonuje w swoich wspomnieniach – w roku 1984. Dlaczego nie stał się „legalistą” wcześniej? Na przykład w latach 1970-tych? Każdy, kto wówczas interesował się polityką i historią, ten wiedział o istnieniu „prezydenta Nowina-Sokolnickiego” i o jego „rządzie RP”. Ja na przykład zetknąłem się z tymi ludźmi już w roku 1978, kiedy podesłano mi ich organ prasowy pt. „Nasza Droga”, wydawany w Australii pod redakcją dr. Sobolewskiego, z którym nb. nawiązałem wkrótce kontakt korespondencyjny, bo prosił mnie o wydawnictwa opozycyjne. To mogę też udokumentować. Ale ja „legalistą” w wydaniu Nowiny-Sokolnickiego nie potrzebowałem zostać. Hanff, tak. I to dopiero w 1984 roku. Dlaczego nie wcześniej?

Otóż sprawa jest bardzo prosta. Hanff w tym czasie był już dobrze izolowany w polskich środowiskach emigracyjnych i w organizacjach polonijnych, gdzie miał zamknięte drzwi. W tej sytuacji powędrował tam, gdzie go jeszcze akceptowano. W taki sposób wylądował w końcu u Nowiny-Sokolnickiego. A więc nie dlatego, że był legalistą, tylko dlatego, że jeszcze tam tylko go zaakceptowano. „Argument” Majki w postaci gen. Andersa ma wartość zeszłorocznego śniegu.

K.Z.Hanff, niby taki cwaniak, był też naiwny. Wykalkulował sobie, że jak razem z Klebanem i Pstrąg-Bieleńskim obsmarują i obszczekają publicznie W.Gauzę i T.Strzyżewskiego, to ich na tyle skompromitują, że zostaną wyeliminowani z gry i z KPN, zaś Hanff i spółka będą mieli wolne pole do uprawiania tego, co będą chcieli. Przeliczył się. Ja nie pozostałem bierny.

W artykule pt. „Sprawa K.Z.Hanffa”, opublikowanym na „Polonusie”, opisałem w skrócie, że po rozbiciu istniejącej na Zachodzie organizacji pomocy dla KPN w Kraju, postanowiłem tego drania osaczyć i sparaliżować jego działania przy pomocy tej samej broni, jaką użył przeciw mnie, Tomkowi S. i naszej organizacji. Zużyłem na to, jak powiedziałem, ponad półtora roku czasu w latach 1981 – 1982. Rezultaty pojawiły się dosyć szybko. Wymieniłem niektóre z nich w wyżej wspomnianym artykule. W ABN zastał drzwi zamknięte przed sobą, dzięki Polakom, z którymi miałem kontakt. Zadbałem też, żeby inni Polacy w USA dostarczyły władzom amerykańskim informacje, że Hanff był agentem komunistycznych służb specjalnych. Sam Hanff zresztą przyznaje w swoich wspomnieniach, że udało mu się zdobyć kopie korespondencji wewnętrznej między amerykańskimi urzędami prokuratorskimi, z której wynika, iż nad nim jeszcze w 1986 roku „wisiało podejrzenie o powiązania z komunistycznym reżymem”. (Cyt. za Henryk Pająk, „Tylko Polska”, nr. 10(78) z 5 – 11 marca 2002r.).

Dla mnie osobiście ta informacja jest przyjemna, bo dowodzi, że moja praca na rzecz izolowania i paraliżowania ruchów Hanffa nie poszła na marne. Zapomniał biedak, że jak mieczem się wojuje, to od miecza można zginąć. Dwa lata później, po wojnie ze mną, pozostało mu nic innego, jak przykleić się do Nowiny-Sokolnickiego i grać „legalistę”.

Na marginesie powyższego pragnę zwrócić uwagę na wypowiedź innego dyskutanta. Stanisław Siekanowicz w polemice z Mirosławem Lewandowskim na www.swkatowice.mojeforum.net/temat-vt9638.html, wychodzi z tezą, że – cytuję:
Cytat:
Konflikt legalistyczny władz emigracyjnych RP przełożył się na konflikt wewnątrz przedstawicielstwa zagranicznego KPN.


Nic bardziej błędnego. Ten punkt widzenia bierze się z niewiedzy S.Siekanowicza o tamtych czasach. Jest to czysta spekulacja pozbawiona zresztą podstaw.

W latach 1976 – 1982 nie było żadnego konfliktu legalistycznego w utworzonych i prowadzonych przeze mnie, Tomasza Strzyżewskiego i F.Wilka z Londynu, strukturach ROPCiO i potem KPN na Zachodzie. Nikt nie dyskutował o jakimś „legalizmie”, czy o „prezydencie Nowinie-Sokolnickim”. Taka sprawa w tym czasie nie istniała. Kiedy w 1978 roku nawiązałem kontakt z tym środowiskiem poprzez ich organ „Nasza Droga” i z dr. Sobolewskim w Australii, nikt o tym nie wiedział, ani F.Wilk ani T. Strzyżewski, bo była to tylko moja prywatna sprawa, a nie organizacji. Jestem pewien, że nawet Tomek S. nie wiedział o tym. Zresztą, po co miałem mu tym głowę zawracać? Dyskusja na ten temat byłaby w ówczesnych okolicznościach politycznych bezsensowna, bo do niczego nie przydatna. Kradłaby nam tylko czas i kierowała ludzkie zaangażowanie na manowce.

W korespondencji, jaką Hanff nam nasyłał, Nowina-Sokolnicki nigdy nie był wspomniany. Po prostu w tym czasie nie istniał. A jak on nie istniał, to i problem „legalizmu” też nie istniał. Zresztą sam Hanff potwierdza ten fakt, kiedy informuje nas w swych wspomnieniach, że zadeklarował się współpracować z Nowiną-Sokolnickim w 1984 roku, czyli prawie trzy lata po rozbiciu KPN na Zachodzie.

Nie wtrącałbym do tej sprawy S.Siekanowicza, gdyby nie ciągnął uparcie tego wątku. Na swkatowice.mojeforum.net/temat-vt9786.html powtarza to samo w innym kontekście – cytuję:
Cytat:
Temat absolutnie nie tknięty przez historyków IPN, a byłoby absurdem twierdzić, że bezpieka nie interesowała się Rządem RP na emigracji. A właśnie ten spór legalistyczny dotknął zagraniczne przedstawicielstwa KPN i trzeba czekać na ujawnienie dokumentów, które rozstrzygną kim w istocie był Konstanty Hanff.


Jeżeli S. Siekanowicz chce nadal kontynuować swoją wersję genezy konfliktu w KPN na Zachodzie, to powinien przytoczyć jakiś dokument (np.korespondencja Hanffa, oświadczenie, rezolucja itp.) z lat 1979 – 1982, gdzie była poruszana sprawa legalizmu i gdzie wymienione było nazwisko Nowiny-Sokolnickiego, albo E.Raczyńskiego. Taki dokument dałby podstawę do spojrzenia na pogląd Siekanowicza ze zrozumieniem. Rzecz w tym, że takiego dokumentu nie znajdzie, bo takiej sprawy nie było.
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Administrator
Site Admin


Dołączył: 04 Maj 2008
Posty: 9117

PostWysłany: Nie Lip 11, 2010 4:02 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Cytat:
Bardziej nikłą wiedzę na temat KPNu na Zachodzie, bo ocierającą się o głupotę, prezentuje nam redaktor naczelny „Wolnej Polski” z Kozichgłów, Zbigniew Rutkowski. Piszę tu, że ocierającą się o głupotę dlatego, bo afirmuje swą niezdolność do kojarzenia faktów, dat i wydarzeń. Nie mając rzeczowego i przekonywującego argumentu w polemice z Tomaszem Strzyżewskim i Mirosławem Lewandowskim, wyciągnął z rękawa „argument”, którym posługują się dzieci w końcowych latach szkoły podstawowej i początkowych szkoły średniej. Wyciągnął mianowicie „Kolejny list Pana Macieja Pstrąg-Bieleńskiego do K.Z.Hanffa z 23.01.AD 1985” [ http://swkatowice.mojeforum.net/post-vp30749.html?highlight=#30749 ], przy którym pisze – cytuję:
Cytat:
I co ciekawe, (oczywiście, dla Rutkowskiego, dop. mój – W.G.), na listowniku nie znajdą Forowicze wśród reprezentacji zagranicznej (Abroad) KPN tak lubianych przez Pana Mirosława Lewandowskiego Panów
Gauzy i Strzyżewskiego, ale nielubianych przez Panów Mirosława Lewandowskiego i Tomasza Strzyżewskiego – Jerzego Klebana.


Nie wiem, czy redaktor naczelny, Z. Rutkowski, zna się na cyfrach i na kalendarzu. Dlatego pragnę go poinformować, że rok 1985 był trzy i pół roku później. Najpierw był rok 1981, kiedy nastąpiło zawieszenie działalności zagranicznych biur informacyjnych KPN, zbudowanych przeze mnie i przez Tomka S. Działalność ta została zawieszona na skutek destrukcyjnej i rozbijackiej działalności Hanffa, Pstrąg-Bieleńskiego i Klebana. Było to konieczne, żeby nie powiększać konfliktu w strukturach KPN na Zachodzie, uciąć skłócanie ludzi, ośmieszanie organizacji w Kraju i jej kompromitację.

Wcześniej odcięliśmy się publicznie od tych ludzi w oświadczeniu, które zostało opublikowane w prasie polonijnej i emigracyjnej w USA, Kanadzie, Australii i w paryskiej „Kulturze” w kwietniu 1981 roku. Po prostu nie widzieliśmy z Tomkiem Strzyżewskim sensu w babraniu się w szambie, jakie stworzyli Pstrąg-Bieleński z Hanffem i Klebanem. Jak w tej sytuacji, w 1985 roku, na „listowniku” Pstrąg-Bieleńskiego mogli znajdować się jeszcze
Strzyżewski i Gauza, jako „reprezentanci”, czy „przedstawiciele” KPN na Zachodzie obok Klebana i jeszcze tam kogoś – tylko sam Rutkowski może sobie wyobrażać.

W innym poście, związanym z tym tematem, Z.Rutkowski pyta Mirosława Lewandowskiego – cytuję:
Cytat:
Nie wiem, dlaczego odrzuca Pan punkty widzenia Macieja Pstrąg-Bieleńskiego i Jerzego Klebana, czy próbował Pan do nich dotrzeć? Czy też zachowując pryncypialność trzyma Pan stronę i wykładnię jedynego dostępnego dla Pana świadka tamtych wydarzeń
- Pana Tomasza Strzyżewskiego?.

Nieuczciwość Rutkowskiego polega tu na tym, że stawia M.Lewandowskiemu zarzut, iż odrzuca punkty widzenia M.P.-B. i J.K. Redaktor naczelny „Wolnej Polski” z Kozichgłów ma znowu problem ze zrozumieniem prostej rzeczy: żeby odrzucać czyjś, lub jakiś punkt widzenia w danej sprawie, to najpierw ten punkt widzenia musi istnieć. Gdzie są te „punkty widzenia” Klebana i Pstrąg-Bieleńskiego? Dlaczego Z.Rutkowski, albo redaktor wydania przemyskiego „Wolnej Polski”, R.Majka, nie chce powiedzieć nam, jaki punkt widzenia reprezentują ci ludzie? A jak nie znają ich punktu widzenia, to dlaczego nie chcą im udzielić miejsca na łamach tych pism, żeby wyrazili tam swój punkt widzenia?

Śmieszne jest też tutaj pytanie skierowane do M.Lewandowskiego, czy próbował do nich dotrzeć. Na marginesie mogę tu zapewnić Rutkowskiego, że M.Lewandowski próbował do nich dotrzeć. Ta moja pewność wynika z tego, że M.L. rok temu pytał mnie, czy przypadkiem nie znam adresu e-mail do tych osób, bo chciałby im zadać parę pytań z ciekawości. Inna rzecz to, że portal „Polonus” nie ukrywa swojego adresu i każdy może napisać tam, co mu leży na sercu. I na pewno otrzyma jakąś odpowiedź.

Problem jednak leży gdzie indziej. Ale Rutkowski&Majka nie chcą go widzieć, bo nie pasuje do namalowanego im wcześniej obrazu przez K.Z.Hanffa i jego kompanów. Powiedzmy sobie wprost: Jerzy Kleban i Maciej Pstrąg-Bieleński tak się zbłaźnili w latach 1980 – 1982, ośmieszyli i skompromitowali, że dzisiaj ich „punktem widzenia” na ten okres działalności politycznej jest trzymać pysk i siedzieć cicho, jak mysz pod miotłą. I odczekać, aż sprawa ta przycichnie i pójdzie w zapomnienie.

M.Reniak vel Strużyński w książce o KPN wspomina coś tam o Opolu. M.W. Aleksander vel Jurkiewicz też wymienia Opole, gdzie ponoć był zainstalowany oddział „Wolnej Polski”. Tam też została przejęta przez SB korespondencja Klebana i Pstrąg-Bieleńskiego do Leszka Moczulskiego. W listach tych – co warto przypomnieć – Kleban i Pstrąg-Bieleński, w prymitywny i obskurancki sposób obszczekał i oczernił mnie, Tomka Strzyżewskiego i redaktora „Kultury” paryskiej, Jerzego Giedroycia. Zostało to potem wykorzystane przez SB na łamach reżymowego „Żołnierza Wolności” w celu skompromitowania KPN w Polsce. Teksty te są dostępne na „Polonusie”, gdzie opublikował je Tomasz Strzyżewski półtora roku temu.

[ http://www.polonus.mojeforum.net/temat-vt806.html ]

Przykład z oddziałem „Wolnej Polski” w Opolu pokazuje, że gdzie była „Wolna Polska”, tam była SB. Gdzie była SB, tam była „Wolna Polska”.

Ja miałem kontakt korespondencyjny z L.Moczulskim, A. Mazurem z Łodzi i paroma innymi osobami w PRL w okresie ROPCiO, tj. przed powstaniem KPN i potem. Wysyłałem do tych ludzi pieniądze i listy. Otrzymywałem od nich listy i rozmaite dokumenty, najpierw ROPCiO a potem KPN. W tych latach, tj. 1977 – 1982 nie wydarzyła się żadna wpadka. Po lipcu 1981 roku, za sprawą Pstrąg-Bieleńskiego, Hanffa i Klebana, kontakt z Moczulskim i KPN w Kraju został urwany. Gdyby jakaś wpadka nastąpiła, na pewno zostałaby wykorzystana propagandowo przez SB-eków, np. w reżymowej prasie czy w książce Reniaka. Nic takiego jednak nie miało miejsca. Ciekawe, nieprawdaż?

I jeszcze jedno: Jeżeli Z.Rutkowskiemu i R.Majce zależy bardzo na usłyszeniu punktu widzenia Klebana i Pstrąg-Bieleńskiego, to niech sami zwrócą się do nich i zaciągą języka. Mają takie same możliwości jak M.Lewandowski.

Obrońcy ppułk. UB/SB dr. barona von Hanffa, nie czując się pewnie w swoich okopach, wystrzelili stary list, który ja napisałem ponad 30 lat temu do H.Szustera, a który w ich mniemaniu może mieć pewną siłę rażenia jako argument.
[ http://swkatowice.mojeforum.net/post-vp30744.html?highlight=#30744 ]
Mają jednak problem, z czego zapewne nie zdają sobie sprawy – tj. zrozumienia, co i jak jest tam sformułowane. Zwłaszcza w akapicie dotyczącym Hanffa. Gdyby spojrzeli na treść trochę krytycznie, (do czego potrzebne jest posiadanie zmysłu krytycznego), to zadaliby sobie pytanie, dlaczego nie napisałem bezpośrednio do szefa „Wolnej Polski”, lecz komunikowałem się z nim za pośrednictwem jego lokaja? Toż to przecież skandal! Obraza majestatu barona von K.Z.Hanffa. Po drugie, cóż Hanff mógł takiego doniosłego zrobić dla KPN w ciągu czterech miesięcy istnienia tej organizacji, żeby mu Moczulski składał „serdeczne podziękowania”. Nie pamiętam, żeby w tym czasie przesłał choć jednego dolara na pomoc KPN w Kraju.

Hanff był już dobrze znany w środowiskach polonijno-emigracyjnych, jako specjalista od skłócania ludzi, paraliżowania ich działalności i wywoływania wrogości. Miałem przeczucie, że człowiek ten swoimi wybrykami może narobić dużo szkód. Nie wiedziałem też, na ile jest obliczalny. Nie znałem go osobiście. Nam, jak zresztą innym, nachalnie narzucił się swoją osobą. Był typem, który wkręcał się, gdzie tylko widział możliwość. Nie bardzo wiedziałem wówczas jak na tego człowieka wpłynąć, żeby stał się mniej zadziorny, mniej wrzaskliwy i mniej agresywny. Doszedłem w końcu do wniosku, że moich próśb na pewno nie będzie respektował. Wtedy wymyśliłem sobie, że jest szansa, gdy powołam się na autorytet
L.Moczulskiego, jako przywódcę KPN. Dlatego najpierw wyszedłem z „przekazaniem serdecznych podziękowań” od L.Moczulskiego, by zaraz po tym przekazać (jako też od Moczulskiego) prośby, aby powstrzymał się z atakami na różne osoby i z tworzeniem niepotrzebnego szumu. To, co mogę tutaj potwierdzić to, że L.Moczulski nie „prosił” mnie o jakiekolwiek
„podziękowania” dla Hanffa ani nic o tej sprawie nie wiedział. Ja to pisałem od siebie i na własną odpowiedzialność. W ówczesnych okolicznościach politycznych takie chwyty były dozwolone. Łączność w tamtych czasach nie była tak łatwa i szybka jak dzisiaj i często trzeba było podejmować decyzje bez oglądania się na kierownictwo organizacji, oddzielone żelazną
kurtyną.

Uważny czytelnik zauważy w tym liście, że jest tam wyraźnie napisane, iż należałoby „przestrzegać ściśle powyższe zalecenia. To ze względu na dobro KPNu.” Chyba jasno powiedziane?! Wkrótce wyszło na jaw, że Hanffowi i jego chłopcom na posyłki, nie chodziło wcale o dobro KPN. Nie pomogło tu nawet powołanie się na autorytet Moczulskiego. Chodziło im o skłócenie ludzi, rozbicie struktur KPN na Zachodzie i przejęcie kontroli nad organizacją, do stworzenia której nie przyłożyli ręki. Dowodem na to jest fakt, że nie stworzyli nic nowego, tylko przejęli to, co ja wymyśliłem, bo tworzenie biur informacyjnych KPN, to była moja idea. Osiągnięciem Hanffa, Pstrąg-Bieleńskiego, Klebana i reszty było zniszczenie nam łączności z KPN w Polsce i odcięcie organizacji w kraju od dopływu środków finansowych i materialnych.

Sumując sprawę tego i innych listów, mogę krótko powiedzieć, że jako „argument” na korzyść Hanffa, to jest to strzał Panu Bogu w okno. Takie „argumenty” mogą wyciągać z rękawa i strzelać nimi, ile tylko zechcą. Ich siła rażenia jest równa zeru.

Co ppułk. UB/SB dr. baron von Hanff dokonał w latach 1980, 1981 i 82 ze swoimi pucybutami, Pstrąg-Bieleńskim, Klebanem, pudlem Szusterem i paroma innymi, tego dzisiaj odkręcić i usunąć z historii już się nie da. I nie pomoże napisanie nawet dziesięciu „Niesamowitych historii jednego życia” i stu sprostowań przez Rutkowskiego i Majkę.

Władysław Gauza,
Lipiec 2010
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Administrator
Site Admin


Dołączył: 04 Maj 2008
Posty: 9117

PostWysłany: Sob Lis 06, 2010 8:41 am    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Na stronie videofact nowy, obszerny biogram Hanffa:

Cytat:
Konstanty Z. Hanff

Konstantin Siegfried Hanff


Urodzil sie w 1926 r. Sluzyl w niemieckim Wermachcie. Od lutego 1944 do marca 1948 przebywal w Rosji. Jak podawal m.in. w wiezieniu Butyrki w Moskwie i w obozie na Uralu.

Twierdzil, ze po przybyciu do PRL byl tymczasowo wieziony przez UB we Wroclawiu.

W miejscu, w ktorym pracowal zajmowal sie sprawami RFN, kontaktami z obywatelami RFN, a takze Polakami, ktorzy do RFN wyjezdzali.

W 1969 roku wyjechal z Polski do USA ale po pewnym czasie zachaczajac o RFN wrocil do Polski. Po pewnym czasie wyjechal ponownie i osiadl na stale w USA. Podrozowal na paszporcie konsularnym.

W Nowym Jorku nauczyl sie zawodu masazysty i po pewnym czasie wraz z zona Maria Sidorenko otworzyli gabinet rehabilitacji fizycznej, w ktorym oboje pracowali.

W 1976 r. zalozyl antykomunistyczna Organizacje Bojowa Wolna Polska w USA i wlaczyl sie do dzialan podejmowanych przez srodowiska anykomunistyczne.

Wydawal takze antykomunistyczny newsletter pod tytulem Wolna Polska, w ktorym m.in. pietnowal kolaborantow z rezimem PRL.

Rzad Stanow Zjednoczonych prowadzil w sprawie Konstantego Hanffa dochodzenie dotyczace rzekomo nieprawdziwych stwierdzen podczas ubiegania sie o prawo przyjazdu do USA.

Pomagal Marianowi Golebiewskiem po jego przyjezdzie do USA.

Wystepowal jako "podsekretarz stanu rzadu RP na uchodzctwie" wprowadzajac tym wielu ludzi w blad, gdyz nie dodawal, ze chodzi o tzw. "rzad" Sokolnickiego.

Nie zostal przyjety do Antybolszewickiego Bloku Nardow (ABN), o czlonkowstwo w ktorym bardzo zabiegal.

Po tej negatywnej decyzji, w dniach 28 i 29 czerwca 1986 r., zorganizowal w Nowym Jorku spotkanie kilku osob z innych emigracyjnych organizacji Albanii, Bulgarii, Kroacji, Estonii, Polski i Rumunii.

Pod koniec dwudniowego spotkania w nowojorskim hotelu, Konstanty Hanff wydal oswiadczenie, ze w Nowym Jorku odbyla sie miedzynarodowa konferencja, podczas ktorej reprezentanci tych krajow zdecydowanli sie podjac wspolprace.

Konstanty Hanff podawal sie za wspolpracownika KPN. Wysylal do Polski materialy wzywajace do podejmownia dzialan, ktore wykraczaly poza ramy walki politycznej. Bardzo bolesnie przezyl dementi Moczulskiego w jego sprawie.

Konstanty Hanff byl glownym organizatorem zbiorki pieniedzy na pomnik katynski w Nowym Jorku.

Sprawa zakonczyla sie skandalem poniewaz w Nowym Jorku pomnik katynski nigdy nie zostal zbudowany, a ofiarodawcy domagali sie wyjasnienia co stalo sie z tysiacami dolarow.

W dniu 20 stycznia 1989 r. Konstanty Hanff wycofal sie z "prac" Komitetu Budowy Pomnika Katynskiego, ze wzgledu, jak to sam okreslil, na "kontrowersyjnosc mojej osoby". Zobacz linki do listu Hanffa i komunikatu Komitetu na dole tej strony.

Po 1989 r. zwiazal sie ze srodowiskiem w Polsce, ktore zainteresowane jest m.in. sprawami demaskowania masonerii.

Konstanty Hanff byl takze tlumaczem z jezykow rosyjskiego, polskiego i niemieckiego na angielski.

Zmarl w USA 17 grudnia 2000 r. w wieku 74 lat.

W Archiwum MSW znajdowaly sie kopie listow Konstantego Hanffa do roznych osob aktywnie dzialacych na rzecz KPN na Zachodzie.

Videofact zna kryptonim pod jakim w dokumentach SB wystepuje Konstanty Hanff.


http://www.videofact.com/polska/hanff.html

I jeszcze dwa dokumenty zalinkowane na tej stronie, z których wynika, że ludzie zaprotegowani przez Hanffa do Komitetu zostali później objęci poważnymi zarzutami:



Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Administrator
Site Admin


Dołączył: 04 Maj 2008
Posty: 9117

PostWysłany: Sob Gru 18, 2010 8:12 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem





Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Sylwia



Dołączył: 25 Cze 2019
Posty: 123

PostWysłany: Wto Cze 25, 2019 8:31 pm    Temat postu: Może Cię zaciekawi... Odpowiedz z cytatem

Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
Administrator
Site Admin


Dołączył: 04 Maj 2008
Posty: 9117

PostWysłany: Pon Lip 16, 2012 9:47 am    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Pierwsza wzmianka o organizacji "Wolna Polska" w materiałach SB nt. KPN pojawiła się 20 września 1979. Jest to zapis rozmowy telefonicznej Leszka Moczulskiego z Władysławem Gauzą. Wynika z niej, że przedstawiciel(e) tej organizacji nawiązał(li) kontakt z Władysławem Gauzą w Oslo zaraz po utworzeniu KPN w Polsce i włączyli się w akcję zbierania pieniędzy na jej działalność. Wrogą postawę wobec tej organizacji zajął od razu Giedroyć. Oto fragmenty tych dokumentów:



Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum polonus.forumoteka.pl Strona Główna -> ARCHIWUM Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Idź do strony Poprzedni  1, 2
Strona 2 z 2
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Możesz dodawać załączniki na tym forum
Możesz ściągać pliki na tym forum






Załóż forum phpbb2 lub phpbb3 za darmo na Forumoteka.pl





Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group